sobota, 20 stycznia 2018

8. Dwa Wiatry

BYŁEM PIJANY! - Wmawiaj sobie, Davidzie. 

Głosu w swojej głowie też raczej nie powinienem słyszeć, prawda? Był środek nocy, a przynajmniej tak obstawiałem. Nie byłem do końca pewien, ile czasu mogło minąć. Już niczego tak właściwie nie byłem pewien. Niewiele też pamiętałem, fakt faktem, wcale nie wypiłem tak mało. Kilka ostatnich godzin było dla mnie jedną, wielką, niewyraźną taśmą, na której jedynie poszczególne fragmenty potrafiłem jasno odczytać. Wszędzie przeplatało się ciepło i czerwone plamy, będące zapewne włosami Andy'ego, oraz palący smak alkoholu. Głuche uderzenia kołaczącego w piersi serca słyszałem nawet teraz. Aż dziw, że Andy mógł tak spokojnie spać, opierając głowę na mojej klatce piersiowej. Ostatecznie wieczór, który miał wszystko wyjaśnić i pomóc mi poczuć się lepiej, sprawił, że już nawet nie wiedziałem, gdzie mętlik w mojej głowię się zaczynał, a gdzie kończył, oraz co tak właściwie się na niego składało. Mętlik. Jakbym wrzucił wszystkie swoje wcześniejsze emocje do miksera, włączył najszybsze obroty, a potem próbował to pooddzielać. Nierealne, prawda? Mętlik. To jedyne słowo, które mogłem wyłapać. Mętlik, oraz przypadkowe słowa, które pomogłyby mi zapomnieć o tym wszystkim, co się obecnie działo. Epidemia, globalne ocieplenie, głód, powódź, wojna. Potem do głowy przyszli mi znajomi, rodzina, ulubione ubrania i słodkie pieski z grafiki Google. Ostatecznie jednak nieszczęsny mózg wyłapywał z tego zagmatwania własne odpowiedniki moich wymysłów, bym zaczął zupełnie świadomie popadać w obłęd. Ciepło, rosół, czerwony, ciepło, mętlik, czerwony, bliskość, bliskość, rodzina, obcy, czerwony, moje, cudze, czerwony, mętlik, mętlik, mętlik, Andy... I pocałunek.


Otworzyłem gwałtownie oczy, nie mogąc dłużej znieść tej ciemności. Podobno będąc ślepym, słyszy się o wiele wyraźniej. Ja nie chciałem tego słuchać. Odetchnąłem głęboko, a głowa Andy'ego, wciąż spoczywająca na moim torsie, uniosła się lekko. Kilka czerwonych kosmyków zsunęło się na pogrążoną w głębokim śnie twarz, muskając czoło i rumiane policzki. Na nieokreślony czas zawiesiłem na tym wzrok. Andy był piękny. I wcale nie musiałem tak uważać, ale gdybym miał zupełnie obiektywnie, szczerze określić jego urodę, to właśnie bym powiedział. Niecodzienny, wyjątkowy, piękny. Blada, gładka cera, niesprawiedliwe oszczędzona przez wszelki trądzik i inne niedoskonałości, sprawiała wrażenie nierzeczywistej, jakby tak naprawę była skórą porcelanowej laleczki, nie żyjącego człowieka. Sam kształt twarzy owalny, nieco kobiecy z naprawdę minimalnie zarysowaną szczęką i kośćmi policzkowymi. Usta pudrowe, lekko spękane i spierzchnięte, a mimo to wyglądające na namalowane. Górna warga węższa, dolna pełniejsza, wszystko doskonale wymierzone. Nos prosty i ładny, po prostu pasujący. Brwi zadbane, odpowiednio wyregulowane, kolorem zawsze pasując do włosów. Jasne, długie rzęsy, okalające 
teraz szczelnie zamknięte, papierowe powieki, które ukrywały moją zgubę. Duże, błękitne oczy, które ciężko było opisać słowami. Nieogarnione bardziej niż bezchmurne niebo, a jednocześnie głębokie i gwałtowne niczym fale granatu podczas sztormu. Zimne jak lodowy kryształ, o mglistym wykończeniu, zasnute deszczowymi chmurami. Rwące, górskie potoki, przeplatane leniwym, srebrnym dymem. Otulone zimową poświatą, jednak rażące intensywniej niż ledowe światła i uderzające mocniej niż błyskawice. Niezapominajki, bo jeśli choć raz w nie spojrzałeś, już na zawsze pozostaną w twojej głowie. On cały w niej pozostanie, bo nie dało się zapomnieć tak niespotykanego chaosu, układającego się w nieznany dotąd sposób w uporządkowaną całość. Tyle sprzeczności, emocji i braw, składających się na jedno, tak młode istnienie. Andy był piękny. Nie tylko na zewnątrz, przede wszystkim w środku. Trudny i skomplikowany, ale wciąż piękny. I w tamtym momencie byłem pomiędzy podziwianiem samego piękna, a powiązaniem go z faktyczną osobą. Pojawiał się problem. Andy był moim przyszywanym bratem, od dawien dawna nielubianym przeze mnie członkiem tak samo nielubianej rodziny. Nie miałem podstaw, powodów i prawa, by czuć wszystko to, co mną zawładnęło. Zagubienie i dezorientacja sięgały zenitu, a potem pojawiły się obawy i nieuzasadniona złość. I zawód, może żal. Bo przecież Andy nigdy nie był moim bratem. Nigdy nie był rodziną czy nawet przyjacielem. Był zupełnie obcą osobą, na którą patrzyłem tylko pod jednym, niezmiennym przez lata kątem. Teraz, kiedy uderzyły we mnie wszystkie inne strony i możliwości, nie chciałem nic więcej, niż widzieć w nim tylko i wyłącznie brata. Upierdliwego, młodszego brata, z którym trzeba się użerać i bez przerwy walczyć. Tymczasem dostrzegłem piękno i aurę przybijającej samotności i bezradności, której z całych sił chciałem zapobiec. Pomyślałem też, że naprawdę dobrze byłoby widzieć uśmiech na jego twarzy, przytulać go i wiedzieć, że czuje się wtedy dobrze, a nawet kłócić się i przekomarzać, bo to po prostu był on. Ten dzieciak robił ze mną dziwne rzeczy, a ja zamiast temu zapobiec, zanurzałem się w tym głębiej. To było irracjonalne i popieprzone, ale gdybym miał jakoś to nazwać... czułem fascynację i chęć opieki. Być może nienazwany jeszcze rodzaj miłości, opierający się na pragnieniu trwania przy czyimś boku, nie oczekując nic w zamian. Nie braterskiej i przyjacielskiej, ale też nie romantycznej, bo kiedy już prawie przegryzłem sobie wargę i wyrwałem pięć dredów, mogłem śmiało powiedzieć sobie, że to wcale nie tak, że Andy pociągał lub nie pociągał mnie fizycznie. Ja w ogóle na to nie patrzyłem. To było coś głębszego, uczucie gdzieś w środku. Chciałem Andy'ego. 


Ciepło, rosół, czerwony, ciepło, mętlik, czerwony, bliskość, bliskość, rodzina, obcy, czerwony, moje, cudze, czerwony, mętlik, mętlik, mętlik, Andy...


Andy.


Andy było słowem, które słyszałem teraz zupełnie wyraźnie. 


***

Obudziłem się sam, a pościel wokół mnie była nieprzyjemnie chłodna. Nie chciałem schodzić na dół. Nie chciałem niezręczności. Od kilku dni bez przerwy myślałem nad tym wszystkim, w efekcie nie dochodząc do żadnych konkretnych wniosków, a wczorajszym wieczorem jedynie bardziej gmatwając całą sytuację. Miałem dość i musiałem podjąć pewne kroki, a do tego należałoby być odpowiednio przygotowanym. Fizycznie i psychicznie. Najciszej jak potrafiłem, a zważywszy na skrzypienie schodów wcale nie było to takie proste, zszedłem do salonu, w celu zbadania terenu. W kominku palił się ognień, a z kuchni dochodziły przytłumione hałasy. Zakładając więc, że to właśnie tam znajduje się Andy, prędko skierowałem się do piwnicy, włączyłem agregat i czmychnąłem z powrotem na górę. Dłuższą chwile kręciłem się bez celu, czekając, aż woda wystarczająco się nagrzeje. Przygotowałem ubrania na zmianę, ogarnąłem strych, policzyłem świece i podniosłem z dywanu kilka farfocli. Byle tylko zająć czymś myśli. Potem wziąłem w miarę szybką, gorącą kąpiel, ubrałem się i, nie odwlekając dłużej tej chwili, skierowałem się do kuchni. 

Andy siedział na blacie, ubrany w czarne dresy i jasną koszulę z krótkim rękawem, a mnie szlag jasny trafiał, bo przecież ten dzieciak jeszcze wczoraj miał gorączkę. Szybkim ruchem ściągnąłem z siebie bluzę i rzuciłem nią w chłopaka. Ten tylko spojrzał na mnie bez wyrazu i wzruszywszy ramionami zarzucił ją sobie na plecy, po chwili powracając do zajadania się pieczywem kukurydzianym z dżemem i masłem orzechowym, oraz leżącą obok czekoladą.

- Hej. - Bąknąłem, opierając się chłodną ścianę. 

- Hej. - Chłopak tylko zerknął na mnie przelotnie, nie odrywając się od wykonywanej czynności. - Woda jest gorąca, możesz zrobić sobie herbatę. 

- Okej. - Odchrząknąłem, powoli odpychając się od ściany. - Jak się czujesz?

- Lepiej. 

- Lepiej wyglądasz. 

- Twoje lewe kuracje alkoholowe coś dały. - Parsknął cicho, kończąc konsumpcję i zeskakując z kuchennego blatu. - Idę do salonu. A, i suchary się skończyły.

Zachowywał się... Normalniej. Nie jak Andy sprzed tygodnia, ale też nie jak schodzący na tamten świat Andy dwa dni temu. No i nie nic nie wskazywało na to, by pamiętał wczorajsze zajście. Tylko nie byłem pewien, czy należało z tego powodu świętować, czy jednak walić głową w ścianę, bo może i uniknąłem pewnej niezręczności, ale teraz wszystko będzie jeszcze trudniejsze. 

Zjadłem śniadanie, wypiłem herbatę i popatrzyłem trochę w świat za oknem, obserwując niewielką poprawę w pogodzie. Śnieżyca praktycznie ustała, wiatr stracił na sile. Mimo wszystko, gdyby nie prowizoryczne ogrzewanie i komin, domek znajdowałby się teraz pod tonami białego dziadostwa. Swoją drogą najwyższy czas na kolejne sprawdzenie zasięgu. Teraz, kiedy zawierucha postanowiła być dla nas łaskawa, może udałoby mi się dodzwonić do Maxa i ściągnąć pomoc. Mój pobyt w Glen Coe trwał zdecydowanie zbyt długo i doprowadził mnie do niekorzystnego stanu emocjonalnego. I Andy. Winowajcą był przede wszystkim rozwalony na kanapie Andy, rzucający mi zdziwione spojrzenia, kiedy wręcz wbiegłem do salonu.  

- Nie chcę psuć naszych relacji. - Podjąłem w końcu, niekontrolowanie przy tym gestykulując. 

- Naszych relacji? - Andy uniósł kpiąco brew i przechylił głowę w bok, jakby wcześniej zbyt miernie dawał do zrozumienia, że pieprzę bez sensu. 


- Nie chcę psuć naszych złych relacji. - Sprecyzowałem. 


- Nie chcesz poprawiać naszych relacji, dobrze rozumiem? - Teraz zmarszczył brwi, prostując się.


- Nie to miałem na myśli! - Jęknąłem bezsilnie i, biorąc głęboki oddech, przetarłem twarz dłonią. 


- Chyba musisz zwolnić, bo nie mam zielonego pojęcia, o co tym razem ci chodzi...


- JA TEŻ!


No bo o co mi tak właściwie chodziło? Cholera, mogłem to jednak bardziej przemyśleć, wszystko poukładać, rozważyć jakieś za i przeciw, ale Andy po prostu siedział na łóżku w mojej bluzie, patrząc się na mnie tym swoim wzrokiem i wybuchłem.

- Podobaszmisię. - Wrzuciłem to z siebie z prędkością światła, a kiedy słowa te dotarły do moich uszu, komicznie rozszerzyłem oczy i jeszcze mocniej zacisnąłem dłonie. 

- Wiem. - Mruknął niewzruszenie, przyprawiając mnie tym samym o palpitacje serca.

- Nie to chciałem powiedzieć. 

- Wiem. - Skinął głową. 

- To nie miało zabrzmieć w ten sposób.

- Wiem, Dav. 

- Przestań utrudniać. - Sapnąłem błagalnie, choć przecież teoretycznie Andy wcale nie powiedział nic złego. - W każdym razie, to wszystko twoja wina.
- A może wcale nie pocałowałeś mnie pierwszy, hm?
- Co?

- Naprawdę sądziłeś, że wyprowadzając się z domu w wieku czternastu lat do miejsca oddalonego o pół tysiąca mil będę grzecznie się uczył, siedział w pokoju i powoli popadał w depresje? Może nie mam najmocniejszej głowy, ale nie jesteś nawet w pierwszej dziesiątce osób, które mnie upiły.

- Chcesz mi powiedzieć, że ty...

- Wszystko pamiętam - Skinął głową i zaklaskał mi kilkukrotnie. - I nie rozumiem o co ta cała afera.

- O co? - Wydusiłem słabo, wytrzeszczając gały jeszcze bardziej. - MY SIĘ CAŁOWALIŚMY, ANDY! 

Podczas gdy ja wymachiwałem rękami, podnosiłem głos i brałem udział w dramatycznym i być może w przyszłości traumatycznym dla mnie wydarzeniu, czerwonowłosy siedział wygodnie na kanapie, od czasu do czasu podrygując jedynie stopą i patrząc się na mnie z mieszaniną niezrozumienia, rozbawienia, obawy, kpiny i współczucia. 

- No i? 

- C-A-Ł-O-W-A-L-I-Ś-M-Y S-I-Ę  DO CHOLERY. Całowaliśmy! Jesteśmy jakby rodziną, wiesz? Coś jak braćmi, nie powinniśmy się całować! Nie powinienem nawet patrzeć na ciebie w ten sposób, a moje myśli już dawno przeszły wszelkie pojęcie i jak możesz być taki spokojny?! 

- Co zamierzasz? 

- Czy cokolwiek z tego co przed chwilą powiedziałem do ciebie dotarło?!

- Wykrzyczałeś i tak, jak najbardziej, tylko wciąż nie rozumiem twojego toku rozumowania. Tak, wiem o co ci chodzi, po za tym, twoje trybiki zawsze działały troszeczkę inaczej, nie mogę wymagać od ciebie zbyt wiele, ale zadaj sobie jedno, podstawowe pytanie. Co dalej? - Oblizał spierzchnięte wargi i nie, to nie powinno działać na mnie w ten sposób. - Doszedłeś do jakichś wniosków, gratuluję. Teraz zastanów się, czy mają wpływ na twoje życie i jakie kroki podejmiesz, bo w obecnej chwili zmierzasz jedynie do zbicia szyby w regale, niepohamowanie wierzgając łapami. 

- Ciebie to nie rusza? Tak... W ogóle? - Opadłem na stojący nieopodal fotel, starając się uspokoić oddech.

- Dlaczego miałoby? - Wzruszył ramionami 


- Jesteś wszystkim co mam. - Uciął prędko i pierwszy raz podczas tej, nazwijmy to rozmowy, spuścił wzrok. 

- C-czekaj czekaj, bo chyba w kulki lecisz. Jeśli masz zamiar puścić to mimo uszu albo co gorsza zaakceptować i wejść w to tylko i wyłącznie dlatego, że nie chcesz zrywać naszego kontaktu, to-

- Nie, nie o to mi chodziło. - Zatrzymał się na moment, zerkając na mnie i wyraźnie niepewnie wstał z miejsca. 

Spodziewałem się ucieczki, strzału w twarz, a nawet, że zacznie tańczyć breakdance na dywanie, ale na pewno nie spodziewałem się, że usiądzie mi okrakiem na kolanach. Pomijając sam fakt Andy'ego na moich udach, zaskoczenie to plus kilkaset do zawału, więc równie dobrze mogłem już nie żyć. 

- Jak się teraz czujesz? - Głupie, kurwa, pytanie. - Ja czuje się dobrze. 

- I jak mam to rozumieć? Kurna, wytłumacz mi cokolwiek, nie wiem, rozjaśnij na przyk-

- Czy ty ZAWSZE musisz być takim idiotą i wszystko spłycać?! - Syknął zirytowany i oprał dłonie na moich ramionach. - Nie możesz, nie wiem, dać temu spokój?

- Jak to dać spokój, Andy, wszystko się zmieniło!

- Nic się nie zmieniło i nic się nie zmieni, chyba że nie przestaniesz machać rękami. - Mówiąc to rzucił wzrokiem w stronę regału. 

- Wszystko się zmieni!

- Po prostu daj temu być, odpuść sobie!

- Ale jak, kiedy mój przyszywany brat siedzi na mnie w pozycji, w której wcześniej siedziały na mnie moje byłe i mówi, że jest mu dobrze?!

- Nie, trzeba zmienić taktykę, jesteś po prostu za głupi. - Powiedział jakby do siebie i przysunął się jeszcze bliżej. - Pocałuj mnie.

- Co?

- Gówno, pajacu.

A potem musiałem czegoś się chwycić, by mieć całkowitą pewność, że nie odlatuje. I to nie był delikatny, niewinny całus, jak wtedy na kanapie. To było mocne, pewne i gwałtowne, przesączone informacją, która miała zostać przekazana jasno i wyraźnie, a kiedy mogłem uznać, że odczytałem ją i przyjąłem do siebie, zacząłem rozkoszować się innymi aspektami pocałunku. Andy smakował słodko. Dżem, miód, czekolada i jego własny, słodki smak mieszały mi w głowie tak bardzo, jak jeszcze nic i nikt przedtem. Potrafił się całować. Nie miałem pojęcia skąd i od kiedy, ale w przyszłości z całą pewnością zostaną przeprowadzone odpowiednie rozmowy. Ręce z podłokietników przeniosłem na biodra nastolatka, z czasem lekko zaciskając na nich dłonie bo... Wow, to było naprawdę intensywne. Kiedy już dało mi się przejąć pełną kontrolę nad chłopakiem, począłem wprawionymi ruchami badać jego podniebienie i splatać ze sobą nasze języki, starając się robić to naprawę dobrze i zapamiętale. Dopiero wtedy tak właściwie poczułem, jak bardzo tego pragnąłem. Jak bardzo potrzebowałem i jak bardzo starałem się tę potrzebę wyprzeć ze swojego umysłu. A to, co trwało, było tak dobre, że nie chciałem przestawać już nigdy. Cóż, musiałem, kiedy to wszystko zrobiło się zbyt dobre i mógłbym nie powstrzymać rekcji swojego ciała.

- Dość. - Sapnąłem ciężko, w końcu odrywając się od jego ust i opadając całym ciężarem na oparcie fotela. 

Czułem się trochę jakbym cofnął się te kilka lat. Pierwsze pocałunki, niezręczności i brak kontroli. Jeśli miałem przechodzić to wszystko jeszcze raz, tym razem z Andym u boku, to z całą pewnością nie było ze mną do końca w porządku. 

- Zwariowałem. - Szepnąłem, przymykając ciężkie powieki i zamruczałem gardłowo. - Taa, jak nic zwariowałem. I to twoja wina...

- Upiłeś mnie...- Parsknął cicho, rozsiadając się wygodniej na moich nogach.

- ... Tylko i wyłącznie twoja...

- ... I pocałowałeś. 

- ... Twoja i twoich przeklętych ślepi. 

- To dlatego zawsze tak się gapiłeś. - Zanucił z satysfakcją, a ja gwałtownie poderwałem głowę. 

- Nie gapiłem się. 

- Gapiłeś się. 

- Nie gapiłe-

- Gapiłeś.

- Nie. 

- Ta-mmm...

Jednak jeśli całowanie czerwonowłosego dołączało do mikroskopijnego grona skutecznych sposobów na uciszenie go, mogłem śmiało na to pójść. Zakończyłem to tak samo szybko i niespodziewanie, jak zacząłem, a chłopak przez chwilę patrzył na mnie oszołomiony. Patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego, nie mogąc oderwać wzroku. 

- Gapisz się. - Uniósł lekko brwi, zbijając usta w wąską linie. 

- No. - Przyznałem bez oporów, coraz głębiej zanurzając się w tych niebiańskich tęczówkach. - Są piękne. 

- Hm?

- Twoje oczy. - Wyjaśniłem, nie odrywając wzroku ani na sekundę. - Mogłem cię nie cierpieć, ale nigdy nie mogłem przestać ich podziwiać. - Przyznałem bez żadnej krępacji. - Zawsze uważałem, że twoje oczy są naprawdę piękne. 

W pierwszej chwili Andy wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował, zamiast tego parskając i kiwając lekko głową. 

- Woah! - Zaśmiałem się teatralnie, dostrzegając nikłe rumieńce i fakt unikania przez chłopaka mojego wzroku. - Ciebie da się zawstydzić!

- W ciągu naszej dziewięcioletniej znajomości nie usłyszałem od ciebie tak bezpośredniego komplementu, jestem po prostu w ciężkim szoku. - Przewrócił oczami, a ja nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu, bo to zwyczajnie był Andy. 

- No i co teraz? - Zagadnąłem, po chwili, chcąc mimo wszystko wiedzieć, na czym tak właściwie stoję. 

- Nic. - Odparł, ponownie wzruszając ramionami. - Tylko daj temu istnieć. 

- Tak po prostu? - Zmarszczyłem brwi, wciąż nieprzekonany.

- Tak po prostu. 

I w tamtym momencie spojrzał na mnie, jak jeszcze nigdy wcześniej. Z lekko uchylonymi, spuchniętymi od pocałunków ustami, zarumienionymi policzkami i ciepłymi, lśniącymi oczami, a tańczące w nich iskierki szczęścia rozświetlały cały odbijający się tam świat. Gdyby tylko mogły, całe tony śniegu i lodu za oknem stopiłyby tak samo, jak topiły moje zahamowania i obawy. Dla tego spojrzenia byłem gotowy zrobić wszystko. 

~~~

Oto jest dzień, w którym ósmy rozdział Dwóch Wiatrów zawitał na blogu. Prawie 3k słów, w kalendarzu to odhaczę. I jak wrażenia? 

Miłego weekendu,
Joyssli

Przypominam również o świeżutkim wattpadzie: Wattpad Joyssli

sobota, 13 stycznia 2018

Notka Informacyjna + POWRACAM // 13.01.18

Hey Hi Hello 

Notka powstała tylko i wyłącznie w celu przeproszenia i wyjaśnienia mojej nieobecności, więc jeśli ktoś ma to zagadnienie mniej bardziej w poważaniu, może śmiało ją pominąć. 

Zacznijmy od tego, że od początku września mój laptop kompletnie nie nadawał się do jakiegokolwiek użytku, a mieszkając w internacie + mając mocne ograniczenia czasowe nie miałam możliwości napisania czegokolwiek. I okej, próbowałam na telefonie, przysięgam, ale nie wyszło. Oto jeden z powodów. 
Drugim jest mój stan zdrowia, który swoją drogą powoli wraca do normalności, ale to wciąż nie jest to, czego od życia oczekuję, heh. Miałam poważne problemy z sercem, nerką i nadciśnieniem, wciąż kilka badań przede mną. Zdrowie zdrowiem, ale kiedy po dłuższym czasie poczułam się lepiej, nie miałam nawet ochoty na pisanie. Zrozumcie mnie, od ponad dwóch miesięcy praktycznie nie wychodzę z domu. Lenistwo też robi swoje, więc pochwalę się tym, że nadrobiłam cztery seriale. 
Ostatnim z powodów jest remont, który skończył się mniej więcej w święta, a był dodatkowym obciążeniem, mocno odbierającym chęci, czas i możliwości do chwycenia za laptopa. 

Ostatecznie czuję się w porządku, nowiutki laptop śmiga jak należy, a remont dawno za nami, więc WRACAM. 

Wrzuciłam Wam Vkookowego shota, bo ostatnimi czasy ten ship utorował sobie ładą ścieżkę do mojego serducha, a rozdzialik Dwóch Wiatrów lub Navy Blue Roses pojawi się w przyszłym tygodniu. Well, przepraszam za to, ale proponuję powtórzyć lekturę, haha. 

JEŚLI KTOŚ Z WAS BYŁ TU PRZEZ CAŁY TEN CZAS I WCIĄŻ TU JEST, BARDZO PROSZĘ O POZOSTAWIENIE PO SOBIE KOMENTARZA, CHOĆBY W POSTACI KROPKI --->  . 

Do niebawem, 
Joyssli 

Desire | taekook


Czym jest osobowość? Kiepskie pytanie do rozmyślań, a odpowiedź na nie na pewno nie byłaby w stanie rozwiązać problemów chłopaka, ale skoro już zostało zadane, wątek należy rozwinąć. Tekst wycięty żywcem z Wikipedii jedynie bardziej by namieszał, więc uprośmy to tak bardzo, jak tylko jesteśmy w stanie. Nasza osobowość tworzy nas samych. Nas, jako samodzielne, wyjątkowe, niepowtarzalne, różne od siebie jednostki. Składają się na nią nasze cechy, myśli, zachowania, emocje, reakcje i wiele innych, ale tego nie musimy teraz wiedzieć. Fanatyków zapraszamy do skorzystania z wiarygodnych źródeł. Wracając, osobowość to coś całkiem skomplikowanego. Nie wydaje się, prawda? Przecież kształtuje się w okresie naszegov dorastania, mamy nad nią pełną kontrolę i możemy sami zadecydować o jej, nazwijmy to, efekcie końcowym. A jednak. Nasze cechy, mimo że stałe, wpływają na zachowania, emocje i reakcje, nad którymi często nie jesteśmy w stanie w pełni zapanować, ale nie to jest najgorsze. Myśli. Myśli są tym, co znaczącą część społeczeństwa doprowadza do szału. To zabawne i przerażające zarazem, ale mają nad nami niewyobrażalną władzę, czyż nie? Jasne, są na to sposoby, nawet wiele i to dobrych, ale nie będziemy rozwodzić się tu nad tematami kontroli własnego umysłu, nie. Będziemy rozwodzić się nad o wiele bardziej zajmującymi problemami Jeona Jungkooka, żyjącego w wielkiej niezgodzie ze swoją osobowością, a co za tym idzie, ze samym sobą. Nietolerowanie swoich cech, zachowań, emocji i reakcji musi być niezwykle męczące i w istocie, takie właśnie było. Cholernie męczące i doprowadzające na skraj załamania. Ból egzystencjalny, odczuwany przed niego podczas ćwiczeń, nie pozwalał mu skupić się na żadnej z choreografii, ale czarę goryczy przelał moment w którym jego za duża o przynajmniej dwa rozmiary koszulka podwinęła się do góry, ukazując tym samym jego klatkę piersiową. Od pewnego czasu nienawidził swojego ciała.

- Jungkookie, dobrze się czujesz? - Zapytał Namjoon, gdy tylko ostatnie nuty piosenki ucichły.

Brunet prędko odwrócił się w stronę lidera i energicznie pokiwał głową. To nie tak, że coś było z nim nie w porządku.

- Tak, hyung. Dlaczego pytasz?

- Wydajesz się dziwnie rozkojarzony, coś się stało? - Chłopak skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, jak miał w zwyczaju i uważnie przyjrzał się maknae. - Dobrze spałeś?

- Nie zjadłeś całego śniadania! Wiedziałem, że go nie zjesz, jeśli cię nie przypilnuje! Musisz jeść zdrowe rzeczy! - Seokjin pojawił się znikąd i oskarżycielko wymierzył w niego palcem.

- Położyłem się wczoraj jak tylko wróciliśmy, przespałem cały wieczór i popołudnie i ZJADŁEM śniadanie, Jin-hyung, nawet wziąłem banana ze sobą.

- Mleko bananowe skończyło się wczoraj rano, Junkookie może być przez to bliski depresji. - Zaśmiał się głośno Hoseok, przewieszając ramię przez barki młodszego.

- Albo to po prostu ta pogoda. Mi też chce się przez nią spać. - Mówiąc to Yoongi oparł się, a raczej opadł bezwładnie na jedną ze ścian i przymknął oczy.

- Tobie zawsze chce się spać, hyung. - Parsknął rozbawiony Jimin i stanął pomiędzy udręczonym raperem, a resztą zgromadzonego wokół maknae towarzystwa. - A ty już wczoraj wydawałeś się niewyraźny, Jungkookie-chan.

- To naprawdę nic takiego, może dopadło mnie zmęczenie, albo to faktycznie przez tę pogodę. Od kilku dni jest tak pochmurno, że nie mam ochoty wstawać z łóżka. - Ziewnął przeciągle, jakby dla wiarygodności i uśmiechnął się delikatnie.

- Oh, Jungkookie pracuje naprawdę ciężko, powinniśmy zrobić sobie chwilę przerwy. - Zanucił Jimin i stanął po przeciwnej od Hoseoka stronie, również obejmując przyjaciela ramieniem.

- Nie, ćwiczmy dalej, jeszcze trochę ponad pół godziny i koniec, prawda? - Odetchnął JK, przyjmując od milczącego dotychczas Taehyunga butelkę wody mineralnej.

- My z Jiminnim zostaniemy trochę dłużej, ale odprowadzimy cię do drzwi, Jungkookie. - Hobie odsunął się nieco i czule potargał mu włosy, wywołując u niego cichy śmiech.

- W porządku, w takim razie wracamy do pracy. - Zdecydował Namjoon, choć sam wyraźnie się do tego nie rwał.

- Nadmierny wysiłek fizyczny-

- Dasz radę, Yoongi-hyung! - Zawołał Park, ciągnąc na środek pomieszczenia również Jungkooka.

I dał, reszta również. Ćwiczenia nie zajęły im jednak pół, a jeszcze dwie godziny i wszyscy odetchnęli z ulgą, bądź, jak najstarszy, opadli na podłogę gdy zarządzono koniec. Jungkook starał się wyłączyć niechciane myśli, ale nie umiał znaleźć odpowiedniego guzika. Cóż, dał z siebie wszystko. Po wyjściu z sali i poinformowaniu reszty zespołu o swoich zamiarach, chłopak udał się do łazienki. Korzystając z chwili samotności rozebrał się i prędko zajął jedną z kabin, od razu zanurzając się pod strumieniem gorącej wody. Gorącej w założeniu, bo aż krzyknął cicho, gdy jego rozgrzana skóra zetknęła się z lodowatymi kroplami. W mgnieniu oka odsunął się od prysznica, czekając, aż woda się rozgrzeje, ale to nie następowało. Jęknął zrezygnowany i przepasawszy biodra białym ręcznikiem wyszedł kabiny, chcąc udać się do kolejnej, zakładając po prostu jakąś awarię tego urządzenia.

- Szybko.

Chłopak podskoczył zaskoczony i mimowolnie złapał się za klatkę piersiową, kiedy po pomieszczeniu rozniósł się głęboki, tak dobrze znany mu głos swojego... Przyjaciela. Tak wolał go nazywać. Co prawda "byli ze sobą" już prawie rok, ale ich relacja nie odpowiadała tej panującej w większości związków. Byli przyjaciółmi, po prostu trochę częściej się przytulali, czasem całowali, rzadziej robili... Inne rzeczy, ale wciąż nie te, które robią pary z niemal rocznym stażem. To nie tak, że Jungkook nie był pewien, co czuje do starszego, ten etap miał już na całe szczęście dawno za sobą. Po prostu...

- Myślisz. - Odgadł bez problemu Taehyung. - Myślisz za dużo.

- Przestraszyłeś mnie, hyung. - Odetchnął brunet, opierając się o zamknięte drzwi kabiny, do której zamierzał wejść. - I nie skończyłem, nie było ciepłej wody. - Dodał po chwili.

- Myślisz za dużo o rzeczach, o których wcale nie powinieneś i nie chcesz myśleć, przez co jesteś zły, smutny, nieobecny i bez życia. - Uściślił, odpychając się od ściany, o którą wcześniej się opierał i podszedł do maknae. - Nie wiem tylko, co to jest

Co to jest? CO TO JEST? To jest to, że po prostu uderzyło w niego, że nie jest tym, kim chciałby być. Chciałby być bardziej. Bardziej umiejętny, bardziej męski, bardziej uzdolniony, bardziej błyskotliwy, bardziej pewny siebie, bardziej przebojowy. Chciał być bardziej, ale mu nie wychodziło. I to wcale nie tak, że znów naczytał się hejtów na swoją osobę, chociaż to właśnie było tym, co zrobił. Tutaj chodziło o znacznie więcej, mianowicie właśnie o Taehyunga. Jego i ich relację, której nie potrafił zmienić, ruszyć do przodu, bo nie był wystarczająco "bardziej". Był za to "zbyt". Zbyt nieśmiały, zbyt niepewny, zbyt wrażliwy, zbyt tchórzliwy i... Chcecie wiedzieć do czego prowadzi ta psychologiczno-filozoficzna tyrada?! Chcecie?! Proszę bardzo! Otóż prowadzi tylko i wyłącznie do tego, że osiemnastoletni Jeon Jeongguk chciał przespać się ze swoim chłopakiem. Śmiejcie się, proszę bardzo, na zdrowie. Ale on przechodził załamanie nerwowe i bynajmniej nie było mu do śmiechu. No bo co miał zrobić?! Po prostu zaprzeć się i powiedzieć "Tae, chcę uprawiać z tobą seks"? Przecież takie słowa w życiu nie opuszczą jego ust, prędzej zostanie prawiczkiem do końca życia, A NIE CHCIAŁ TEGO. Chciał przeżyć swój pierwszy raz z chłopakiem, być może już mężczyzną, którego darzył specjalnym uczuciem, choć jeszcze mu tego nie powiedział. Naprawdę tego chciał.

- Przejdzie mi. - Chcieć, a móc, czyż nie?

- Wiem, ale obawiam się, że przedtem zdążysz ześwirować.

Szatyn uniósł lekko brwi. Postąpił jeszcze kilka kroków do przodu i stanąwszy na wprost JK'a, położył dłonie na jego okrytych jedynie ręcznikiem biodrach.

Stał blisko, a on był w ręczniku, praktycznie nagi i samo to wywoływało u młodszego palpitacje serca. Ledwo powstrzymywał się przed odskoczeniem od przyjaciela i schowaniem w kabinie. Tyle że on wcale NIE CHCIAŁ więcej uciekać i nie uciekłby, gdyby Taehyung zainicjował TO nawet teraz. Ale nie inicjował. Nie inicjował niczego od bardzo dawna i właśnie dlatego Jungkooka dopadły złe myśli, o których przecież nie mógł mu powiedzieć.

- Przejdzie mi szybciej. - Parsknął śmiechem, bo jak miał tego nie zrobić, kiedy starszy słał mu jedne ze swoich najlepszych uśmiechów i co chwilę dźgał go kciukiem w brzuch, wciąż jednak trzymając dłonie w tym samym miejscu.

Taehyung doskonale wiedział, że wyciąganie informacji na siłę nic mu nie da, już to przerabiał. Nie zmieniało to jednak faktu, że obawiał się o swojego dzieciaka. Był bardzo... podatny. Na zranienia na przykład. Uwielbiał to, jak otwarty był przy hyungach, przy nim, jak zmienił się i dorósł przez te lata, ale wciąż bywały sytuacje, w których był tym zamkniętym, zagubionym chłopcem.

- Jungkookie - Westchnął pokonany, na chwilę opierając czoło o to należące do chłopaka. - Nie zmuszaj mnie do tego, żebym się o ciebie martwił.

- Nie będę. - Mruknął cicho, czując dreszcze przebiegające przez całe jego ciało.

Kim, gdy tylko to poczuł, odsunął się na odległość wyciągniętych ramion i zabrał dłonie z bioder chłopaka, chwilę później jeszcze bardziej targając jego i tak skołtunione włosy. A potem klepnął go w tyłek i zwiał, dobrze wiedząc, że czekałby na niego kopniak lub dosyć mocne uderzenie w wystarczająco pokiereszowane ramię.

***


I właśnie tak wyglądało to za każdym razem, a Jungkooka szlag jasny trafiał. Hyung kompletnie błędnie odczytywał wszystkie jego zachowania, jak te dreszcze na przykład. Przecież się go nie bał, do jasnej cholery! Jego dotyku też się nie bał, on go potrzebował. Jego humorki zmieniały się z prędkością światła i, zdaniem reszty zespołu, były nie do wytrzymania. Jimin-hyung porównał go nawet do kobiety w ciąży i chłopak rozpaczał. Nie nad słowami blondyna, bo on już dostał za swoje, ale nad tym, że nawet gdyby był dziewczyną, nie mógłby mieć ciążowych wahań nastroju, bo do tego potrzebna jest ciąża, a do niej potrzebny jest STOSUNEK. Ponownie, uproszczając to tak bardzo, jak tylko jesteśmy w stanie - Jungkooka dopadła frustracja seksualna, choć sam przed sobą w życiu by tego nie przyznał. Co więcej, do owej frustracji dochodził brak samoakceptacji, powodujący niebotyczne wątpliwości. No bo, czysto teoretycznie, może on już wcale się Taehyungowi nie podobał? Wtedy brak tego zainteresowania ze strony starszego byłby jak najbardziej logiczny. I tutaj wkraczały humorki, raz wprawiające go w nastrój "jestem najprzystojniejszym mężczyzną na planecie, każdy by na mnie poleciał", by zaraz potem wprowadzić go w stan "nie spojrzę w lustro, bo pęknie. Jin-hyung, trzeba będzie przenieść lustra do twojego pokoju". Ostatecznie jednak komiczną złość i naburmuszenie wywoływała u niego ślepota Taehyunga, który jasne, wiele razy próbował z nim porozmawiać, ale Jungkook wcale nie chciał rozmawiać. Chciał uprawiać seks!

Gdy usłyszał te słowa w swojej głowie zarumienił się po czubki uszu i zakrył głowę kocem, jęcząc przeciągle.

- Może wezwiemy psychologa? - Mruknął Yoongi, nawet nie odrywając wzroku od telewizora. - Chyba zawiedliśmy jako rodzice.

- Od samego początku się na nich nie nadawaliście! - Krzyknął Jin, kierując swoje słowa do zdziwionego Namjoona i jak zawsze obojętnego Mina. - Zadręczylibyście to dziecko!

- Nie jestem dzieckiem! - Wykrzyknął spod koca brunet.

- Przynieść ci mleko bananowe, Jungkookie? - Westchnął Hobie, raz dwa podnosząc się z kanapy.

-...

- Jungkookieee - Charakterystycznie dla siebie przeciągnął ostatnią sylabę i kucnął przed miejscem zajmowanym przez osiemnastolatka.

- Poproszę. - Mruknął cicho, nadal jednak nie wyściubiając nosa spod okrycia.

- W porządku, zaraz wracam. - Klasnął w dłonie i posłał porozumiewawcze spojrzenia Seokjinowi i Taehyungowi, siedzącym po obu stronach Kookiego.

Tuż obok Kima, na skraju kanapy, rozwalił się Jimin, co chwilę zerkając na ukrytego pod kocem chłopaka. Namjoon i Yoongi zajęli fotele znajdujące się przy krańcach sofy, a Jhope, po powrocie z mlekiem, które przekazał Taehyungowi, rozsiadł się na miękkiej, puchatej pufie przed telewizorem.

- Mam coś dla ciebie, Jeonggukie-ah. - Szepnął Taehyung, przybliżając usta do miejsca, w którym prawdopodobnie znajdowało się ucho chłopaka.

Ten natychmiast wystawił dłoń spod koca, oczekując, że Kim po prostu położy na niej kartonik. Czekał, czekał i doczekać się nie mógł, a kiedy już chciał zabrać dłoń i dać mu należyty opieprz, szatyn bez ostrzeżenia pociągnął go mocno za wystającą kończynę i zmusił do usadzenia się na jego kolanach. Objął go również w pasie, brodę opierając na ramieniu bruneta.

Cisza i spokój trwały około dwóch minut.

Po nich Jungkook wydarł się głośno, zaczął szamotać i trzykrotnie potykając się o zaplątany w kostkach koc wybiegł z pomieszczenia. Po kolejnych minutach wszyscy prócz Yoongiego posłali sobie zdziwione, zmęczone i zmartwione spojrzenia. Jedyną, pozornie nie wzruszoną osobą w pokoju pozostawał raper, wciąż tępo wpatrujący się w ekran telewizora.

- To dzwonić po tego psychologa? 





***


Jungkook, po godzinie tarzania się na łóżku i walenia głową w ścianę, zażył długiej i relaksującej kąpieli, podczas której układał swój dalszy plan działania. Doszedł do konkretnych wniosków i postanowił dzisiejszego wieczora załatwić wszystko, co miał do załatwienia. Musiał się zawziąć, inaczej zwariuje i on, i reszta zespołu. Wtedy i tak będzie mu wszystko jedno. Taehyung już teraz nie był do końca normalny. Gdyby ześwirował, Jeon za Chiny nie pociągnąłby tego związku sam. Chcąc nie chcąc, choć chciał, rzecz jasna, musiał coś zrobić. Dziś. Teraz. Natychmiast. Nawet jeśli to wszystko okaże się dla niego jedną wielką kompromitacją. Zrobi to. Dla dobra własnego, Kima, zespołu i reszty Korei, która mocno przeżyłaby zamknięcie całej ich siódemki w zakładzie psychiatrycznym. Z tą nieskromną myślą i zaciętym wyrazem twarzy z hukiem otworzył drzwi łazienki, by po niespełna sekundzie zdusić w ustach krzyk i mocniej opatulić się białym szlafrokiem.

- V-hyung? - Wyspał zaskoczony, starając się jak najprędzej przywołać się do odpowiedniego stanu.

Szatyn siedział wygodnie po lewej stronie łóżka, z miną równie zaciętą jak Jungkook jeszcze pół minuty temu.

- Musimy porozmawiać. - Stwierdził dosadnie, wbijając w chłopaka stanowczy, aż wyraźnie niespokojny wzrok.

- T-tak? - Odchrząknął, powoli podchodząc do łóżka. - Tak. 

- O twoim zachowaniu w ostatnim czasie. Musisz w końcu powiedzieć mi, o co chodzi.

Brunet przysiadł na skraju posłania, po chwili jednak wchodząc na nie w pełni i zajmując miejsce nieopodal starszego. Odetchnął głęboko, w głowie widząc już najczarniejsze scenariusze. Dalej, Jungkook, dasz radę, nie spieprzysz tego.


- Raz przychodzisz do mnie w środku dnia i domagasz się uwagi, mimo że nigdy tak nie robiłeś, a zaraz potem uciekasz ode mnie, jakbym parzył. Przez ostanie dwa tygodnie obraziłeś się na mnie więcej razy niż przez wszystkie lata naszej znajomości i to z powodów tak dla mnie niezrozumiałych, że nie wiedziałem nawet, za co mam przepraszać. Nie chcesz pomocy ani ode mnie, ani od hyungów, nie chcesz z nami rozmawiać i Jungkook, czego ty tak właściwie chcesz? - Sapnął Taehyung, załamując ręce i patrząc na chłopaka ze zmęczeniem, oczekiwaniem i pewną nadzieją.

Nie powie tego. Słowa po prostu nie przejdą mu przez gardło. Nie da rady.
Wziął kilka uspokajających oddechów i zagryzł mocno dolną wargę. Nie ważne, nie słowa, a czyny tworzą historię. Ktoś tak kiedyś powiedział, mało istotne. Istotny był za to Jungkook, zrywający się z miejsca i usadawiający na kolanach starszego. Tak, to zdecydowanie było interesujące. Na tyle, że sam Kim Taehyung powołał do pracy swoją mimikę twarzy i warknął pod nosem.

- O co ci chodzi?!

- Wiedziałem. - Szepnął martwo brunet, spuszczając wzrok na swoje dłonie.

- Co wiedziałeś?!

- Dlatego nie zwracasz uwagi na moje zachowanie i nie widzisz, co próbuję ci przekazać.

- Co?

- Po prostu to powiedz, Taehyung.

- CO?

- Już mnie nie chcesz.

Taehyung zmarszczył mocno brwi, przez dobre kilkanaście sekund starając się wyłapać jakikolwiek sens wypowiedzi swojego chłopaka, a kiedy to nastąpiło o mało się nie zapowietrzył, z głośnym świtem wciągając powietrze do płuc.

- A więc to o to chodziło od samego początku. - Westchnął głęboko szatyn, opierając głowę o bark chłopaka. - Oh, Jeonggukie...

- Nie, ja po prostu-

- Po prostu jesteś bardzo głupiutki, tak. - Parsknął w jego skórę, po chwili składając na niej długi pocałunek.

Taehyung pokręcił lekko głową, biorąc kolejny głęboki wdech. Co za niemożliwy dzieciak.

- Jak mogłeś w ogóle pomyśleć, że mi się nie podobasz?

- To nie tak. Wiedziałem, że ci się p-podobam, ale... Nie byłem pewien, czy pociągam cię w ten sposób.

- Skąd przyszło ci to do głowy? - Wyjęczał chłopak, na chwilę podnosząc wzrok. - Dałem ci kiedyś powód, byś poczuł się tak poczuł?

- Nie, oczywiście że nie, ja tylko...- Brunet urwał na chwilę, odwracając głowę i zwilżając spierzchnięte usta koniuszkiem języka. - Tylko na samym początku miałem wrażenie, że myślisz o tym cały czas. Nie w ten zły sposób, nie o to chodzi, ale wspominałeś o tym, pytałeś, stwarzałeś sytuacje...

- ...które cię zawstydzały i sprawiały że czułeś się niezręcznie, więc kazałeś mi przestać i poczekać, aż wyrazisz na to zgodę. - Przypomniał starzy.

- Tak. - Osiemnastolatek skinął głową, nerwowo skubiąc kołnierz koszuli szatyna. - Nie spodziewałem się jednak, że odsuniesz się aż tak, a w chwili w której stwierdziłem, że mógłbym tego chcieć, nie miałem pojęcia co robić. Nie było już momentów do wykorzystania, ani twoich prowokacji do ułatwienia sprawy i byłem oszołomiony tym, że nie potrafię iść dalej. Zacząłem więc zastanawiać się nad tym, czy teraz to ty tego chcesz. Nigdy nie byłem jakiś szczególny i mógłbyś w końcu zdać sobie z tego sprawę. Chciałem coś zrobić, ale nie byłem wystarczająco-

- Kookie. - Przerwał mu twardo straszy, doskonale wiedząc, do czego to dążyło. - Ty JESTEŚ "wystarczająco", rozumiesz? Jesteś BARDZIEJ niż "wystarczająco" i bardziej niż "dobrze". Jesteś właśnie taki, jaki powinieneś być, nie dociera to do ciebie? Takiego się poznałem, takiego pokochałem i takiego cię chcę. Żadnego innego.

- Kiedy ja-

- Kiedy ty nie akceptujesz siebie, ja każdego dnia zakochuje się w tobie coraz bardziej. Kiedy ty chcesz zwalczyć swój naturalny i niezaprzeczalny urok, ja pragnę go pielęgnować i oglądać jak najczęściej. Kiedy ty przeklinasz się za swoją nieśmiałość, a przeklinam fakt, że ona może kiedyś zniknąć. Kiedy ty patrzysz w lustro i widzisz kogoś niewystarczającego, ja patrzę na ciebie i martwię się, że wszystko inne może nie być wystarczające dla kogoś takiego jak ty. Kookie, spójrz na mnie - Poprosił, a kiedy nastolatek spełnił tę prośbę, przeniósł jedną dłoń na jego kark i przyciągnął go bliżej. - Nie chce, żebyś kiedykolwiek się zmieniał. Kocham ciebie takim, jakim jesteś. Kocham Jeona Jeongguka, uroczego chłopaka, którego poznałem ponad trzy lata temu i przyjąłem do mojego serca właśnie takim, jakim był. Kocham w tobie dosłownie wszystko i nie ważne, ile nie wad przybędzie ci przed następne lata, będę kochał je równie mocno. Kocham cię, rozumiesz?

Jungkook pokiwał głową, zagryzając wargę niemal do krwi. I to wcale nie tak, że w oczach krążyły mu łzy, a oddech przyspieszył kilkukrotnie. On po prostu był zakochany.

- Taehyung. - Szepnął drżąco, przybliżając się tak, że niemal stykali się nosami.

- Tak, Jeonggukie?

- Ja...- Uśmiechnął się delikatnie, wsuwając palce w miękkie włosy starszego - Ja też cię kocham. Naprawdę cię kocham i dziękuje ci, że czekałeś tak długo. Obiecałem wtedy, że kiedy to będzie ten czas, sam do ciebie przyjdę i... I ja...

- Przyszedłeś do mnie. - Dokończył Taehyung i wpił się w jego usta, chcąc w końcu nasycić się ich słodkim smakiem.

Tak, przyszedł do niego. W własnej woli, pewny, zdecydowany. Dlatego nie protestował, gdy Kim stopniowo pogłębiał pocałunek, sunąc dłońmi po jego bokach. Oddawał każdy ruch warg najlepiej jak umiał, w pięściach ściskając jasne kosmyki chłopaka. Na to właśnie czekał. Tego chciał. Tego potrzebował. Pokochał dotyk niecierpliwych dłoni na swoich plecach, biodrach, pośladkach i udach. Pokochał mocne, żarliwe i namiętne pocałunki. Pokochał czucie jedwabistej skóry szatyna pod swoimi palcami. Sunął nimi po karku, barkach i ramionach, badając jej fakturę o wiele dokładniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Bordowa koszula, wcześniej niedbale rzucona na łóżko, gładko zsunęła się na jasny dywan, zaraz obok szlafroka młodszego. Czuł zawstydzenie, ale minęło w momencie, w którym Taehyung ponownie zaatakował jego usta, pchając go na pościel i błądząc dłońmi po jego torsie. Chłód pościeli wywołał nieprzyjemne dreszcze, jednak ciepło, bijące od ciała Kima, wynagradzało mu to w zupełności. To było szybkie i gwałtowne, wyczekiwane. Już nie raz byli w takiej sytuacji. Nie raz posuwali się nieco dalej, za pomocą wzroku, słów i dłoni doprowadzając siebie nawzajem na skraj orgazmu. Jednak teraz było inaczej. Teraz Jungkook wiedział, że na tym się nie skończy i nie mógł powstrzymać natłoku emocji, które zaczęły na niego nacierać.

- Muszę zadać to pytanie. - Sapnął starszy, po długim czasie odrywając się od jego ust. - Jesteś pewien?

- Tak. - Odpowiedział niemal natychmiast, ciaśniej zaplatając ramiona na jego karku. - Tak, jestem pewien.

Taehyung skinął głową, doskonale wiedząc, że w tym momencie słowa wcale nie były im potrzebne. Potrzebny był dotyk. Dlatego, nie zwlekając ani chwili, zaczął obdarowywać nim całe ciało chłopaka, starając się nie ominąć ani skrawka gładkiej skóry. Błądził palcami po każdej krzywiźnie, każdym zagłębieniu i uniesieniu. Tworzył na ciele kochanka swoją własną mapę, wyliczając drogi, które miał jeszcze do przejścia i zaznaczając punkty, do których należy później wrócić. Całował go, pieścił, doprowadzał do błogiego szaleństwa. Przygotowywał powoli, dokładnie, bez pośpiechu. To miało być idealne. Ta noc miała być idealna.

Minęła godzina? Może dwie, Jungkook nie liczył. Nie byłby nawet w stanie poprawnie skorzystać z zegara, czując palce Taehyunga dosłownie wszędzie. W sobie, na sobie, wszędzie. Otaczało go ciepło i przyjemność, dużo przyjemności. Nie wyłapywał zbyt wiele ze słów chłopaka, dopóki nie sprowadził go na ziemię tym jednym zdaniem:

- Odwróć się, Jeonggukie. - Chrapliwy szept rozbrzmiał tuż przy jego uchu, sprawiając, że zadrżał po raz kolejny.

Z lekkim ociąganiem spełnił prośbę, natychmiast wtulając twarz w satynową pościel, spowijającą poduszkę starszego. Wdychał zapach, którym zdążyła przesiąknąć już całkowicie. Zapach świeżych cytrusów i imbiru, zapach kwiatów, najdelikatniejszych i najpiękniejszych, jakie ktokolwiek, kiedykolwiek widział, zapach lodowatego deszczu wiosną i leniwie wschodzącego zimowym porankiem słońca. Zapach jednocześnie mocny, intensywny oraz subtelny i aksamitny. Zapach, który chciał wdychać do końca swojego życia. Chciał nim przesiąknąć jak ta pościel, nosić go na sobie. Być przynależnym.

Czuł wilgotne wargi, składające czułe pocałunki na jego karku, ramionach i plecach. Czuł duże, delikatne dłonie sunące uspokajająco wzdłuż jego boków. Spięte w obawie mięśnie zaczęły stopniowo się rozluźniać, a wargi chłopaka uchyliły się nieznacznie, pozwalając cichym stęknięciom i westchnieniom dotrzeć do uszu Taehyunga. Wszystko jakby zwolniło. Stało się głuche i niewyraźne. Nie istniało nic, prócz ust i dotyku szatyna. Poddawał się im. Upajał się. Zatracał.

Starszy nie powiedział zupełnie nic. Nie musiał. Po prostu podciągnął się wyżej, chwytając podbródek Jungkooka i całując go pewnie, ale nie mocno. Intensywnie, ale nie natarczywie. Namiętnie, ale nie bezbarwnie. Całował go tak, jakby był jego wszystkim. Jakby był całym jego światem. A potem wszedł w niego powoli i delikatnie, splatając ze sobą ich palce tuż przy głowie bruneta. Westchnął błogo, kochając to uczucie od pierwszej sekundy. Zanurzał się w nie głębiej. Tonął w nim.

- Shhh, spokojnie - Wyszeptał, słysząc spazmatyczny oddech chłopaka i czując uścisk, niemal miażdżący mu place. - Shhh, Jeonggukie...

Słowa Taehyunga były jak mantra, a ich echo niewyraźnie rozbrzmiewało w głowie osiemnastolatka. Bolało. Bolało nawet bardziej, niż się spodziewał, ale to było w porządku. Mógł to znieść. Mógł to znieść dla Kima, którego ciężki oddech czuł na swoim policzku. Mógł to znieść dla uczucia wypełnienia, przynależności, oddania. Mógł znieść to dla samego siebie i pokochać ten ból, bo to on sprawiał, że stali się jednością. I zniósł to. Zniósł długie minuty, wsłuchując się w kojące szepty i czerpiąc z motylich pocałunków. Zniósł wszystko, a potem do bólu dołączyła przyjemność.

Zacisnął dłonie jeszcze mocniej, w jednej z nich gniotąc ciemną pościel, w zaś drugiej palce kochanka.

- Shhh, piękny...- Chłopak docisnął wargi do jego ucha poruszył się po raz kolejny, i kolejny, i kolejny...

Jungkook nawet w swojej głowie nie umiał opisać tego uczucia. Nie widział gdzie zacząć, gdzie szukać słów. Jego umysł wypełniał chaos, ale to wcale nie było negatywne. Było wyraźne i czytelne, a nowe odczucia i emocje rzucały się na niego co sekundę, wypełniając go po same brzegi. Ból i przyjemność mieszały się ze sobą, a mieszanka ta była obezwładniająca.

- Jesteś taki dobry, Jeonggukie. Taki piękny. - Głos Kima był ciężki i chrapliwy od rozkoszy, powoli przejmującej nad nim kontrolę.

Kookie był jego wszystkim. W tamtym momencie nie istniało dla niego nic, prócz tego chłopaka. Prócz nich, razem, tak blisko, jak nigdy przedtem. Stali się jednością. Ich ciała, zapachy, westchnienia i krople potu mieszały się ze sobą. Taehyung był niepoprawnym romantykiem, tak. Może nawet nieco naiwnym, ale w chwili, w której brunet wypowiedział jego imię głosem przepełnionym emocjami tak bardzo, że zdolne były go przytłoczyć, był pewien, że bez wahania oddałby mu nawet swoją duszę. Oddałby mu wszystko, by to splotło się z młodszym i ułożyło się w całość. W jedno istnienie. Chciał poczuć to bardziej, głębiej. Chciał w niego wchłonąć i wiedział, że chłopak chce tego samego.

- Tae...Taehyung

Mocniej. Głębiej. Więcej. Bardziej. Taehyung. 

- J-jeongguk

Mocniej. Głębiej. Więcej. Bardziej. Jeongguk.



Mocniej. Głębiej. Więcej. Bardziej. My.

Nie liczyło się nic więcej. Ni deszcz, uderzający w zaparowaną szybę, ni ciche wycie syren gdzieś w oddali, ni drażniący chłód na plecach, ni palące gorąco w środku. Pot, coraz dłuższymi strumieniami zdobiący ich skórę. Westchnienia i jęki, tracące tembr w miękkich dywanach. Dotyk, zostawiający po sobie niewidzialne ślady. Pocałunki, składające obietnice, przekazujące uczucia, spełniające pragnienia.

To mogło wydawać się nieco teatralne, tak.

Nieco przesadzone.

Ale było tylko dla nich.

Ta noc była tylko dla nich.

I przyjęli ją w pełni.

***

Poranek był... Nieoczekiwany. Cóż, z całą pewnością byłby najcudowniejszym w życiu Taehyunga, gdyby o szóstej rano nie został obudzony przez głośny huk dobiegający z pokoju obok. Na początku nieszczególnie się tym przejął, rozkoszując się ciepłem drugiego ciała w swoich ramionach, jednak po pewnym czasie postanowił na sekundę opuścić wciąż śpiącego chłopaka i sprawdzić, co było źródłem hałasu. Zgodnie ze wszelkimi oczekiwaniami był nim Namjoon, próbujący "po cichu" wstać z łóżka. Chłopak tylko zajrzał do środka przez uchylone drzwi i już miał zamiar uciekać, ale okazało się, że nie był jedyną osobą, którą niespodziewany łomot skłonił do wyjścia z pokoju. Z martwą twarzą błądził wzrokiem po wystających zza drzwi głowach, uniesionych kciukach i znaczących spojrzeniach, od których jego policzki przybierały coraz dorodniejsze kolory. Kiedy w końcu znalazł się z powrotem w pokoju, Jungkook wciąż spał, a on starał się ułożyć w głowie dobry, acz możliwy do zrealizowania plan, który pomógłby uniknąć młodszemu siarczystej niezręczności. Cóż, nie ma to jak wsparcie ze strony przyjaciół...


~~~ 


Powracam z jednopartem shipu, który od miesiąca mocno gra mi w głowie, więc łapcie go i zerknijcie proszę na notkę, którą dodam zaraz po opublikowaniu tego ;) 
Swoją drogą, jeśli są tu fani i zwolennicy BTS oraz Vkooka, koniecznie zostawcie po sobie jakiś ślad ;))


W końcu żywa,
Joyssli



niedziela, 24 września 2017

7. Dwa Wiatry

 Czułem się cholernie niewyspany. W ciągu minionej nocy budziłem się niezliczoną ilość razy, podając Andy'emu wodę, poprawiając poduszki i odgarniając z czoła przepocone kosmyki włosów. W pewnym momencie chciałem zejść na dół i zaparzyć mu napar, który wyraźnie mu pomagał, ale wypłosz nie chciał mnie puścić. Był do mnie przyklejony nawet wtedy, gdy już dawno zapadł w sen. Wówczas miałem czas na rozmyślania. Bezsensem byłaby próba ponownego zaśnięcia, gdy miałem pewność, że niebawem przeraźliwy atak kaszlu dzieciaka wyrwie mnie z drzemki po raz kolejny. Zastanawiałem się więc nad obecną sytuacją. Wracałem pamięcią do chwil, w których Andy chorował i faktycznie udało mi się dostrzec pewne podobieństwa w jego zachowaniu. Z początku wcale nie było to takie oczywiste, bo Karen w pewnym momencie przestała okazywać swojemu synowi jakiekolwiek zdrowe zainteresowanie i przejawy matczynej troski, nie wykluczając okresów jego choroby. Mimo wszystko, pamiętałem wyraźnie jedną z tych sytuacji, w której Andy na boso, w środku nocy, dreptał do pokoju rodziców. Był wtedy rozdygotany i przerażony, ale choć pukał, wołał i prosił, drzwi do sypialni Karen i Joga nigdy nie zostały dla niego otwarte. Zdaniem matki był już wystarczająco duży, by spać samemu nawet podczas choroby. Andy miał wtedy dziesięć, może jedenaście lat, ale obraz grymasu zawodu, lęku i rozpaczy malujący się na twarzy kurczowo ściskającego w ramionach poduszkę chłopca wyraźnie temu przeczył. Był wtedy jeszcze dzieckiem, na litość boską. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i nawet nie próbowałem zrozumieć sposobu myślenia Andy'ego, jego poczynań ani tego, czym się wtedy kierował. Ale może to właśnie dlatego głaskałem teraz po głowie nastoletniego chłopaka. Nikt się nim nie interesował, nie troszczył się, nie układał do snu, kiedy ten był chory. Przecież każde dziecko tego potrzebuje. On tego nie miał, więc logiczne byłoby pragnienie uzyskania tego teraz, a ja, z jakiegoś powodu wcale nie byłem niezadowolony z bycia tym, który może mu to dać.

- Zimno mi - Wychrypiał w moją szyję, pociągając przy tym nosem. 


- Niedługo zejdę na dół i rozpalę w kominku. Ty weźmiesz w tym czasie gorącą kąpiel i się rozgrzejesz. Zrobię napar, później śniadanie i obiad, posadzę cię przed kominkiem i sam pójdę się myć. - Przedstawiłem mu plany na dzisiejsze przedpołudnie, szczelniej okrywając go kołdrą. 


On tylko mruknął coś pod nosem i zadrżał, kiedy przez przypadek musnąłem dłonią dolną część jego pleców. Następnie wczepił się we mnie niczym rzep i absolutnie nie przesadziłem z tym stwierdzeniem. Przywarł do mojej klatki piersiowej, wciskając się w nią tak, jakby chciał tam wchłonąć. Czułem go każdą częścią swojego ciała i to znowu robiło ze mną dziwne rzeczy.


- Andy, odsu-


- Możemy tak zostać? 


- Nie, jesteś za blisko. Ogarnij się i-


- Tylko na chwilę. - Przełknąłem nerwowo ślinę, miarowo ściskając i poluźniając ścisk pięści. 


- Zatraciłeś pojęcie utrzymywania prawidłowiej przestrzeni osobistej pomiędzy dwoma facetami? Jeszcze chwila i poczuję się molestowany. - Sarknąłem, nieudolnie próbując go od siebie odczepić. 


- Jesteś ciepły. - Szepnął w momencie, w którym odciągnąłem od siebie jedną z jego dłoni. - Jesteś ciepły.


- Ej... - Zmarszczyłem brwi, słysząc lekkie drżenie jego głosu.


- Ciepło jest takie dobre. 


- Młody, co ci...- Próbowałem spojrzeć na jego twarz, ale wciąż bezwstydnie wciskał ją w zagłębienie mojej szyi.

- Wiedziałem, że jest inne niż zimno, ale...

- Zaczynasz bredzić. Może jeszcze się prześpij, co? - Zasugerowałem, bo jak Boga kocham, zaczęły mi się pocić dłonie.


No bo o co mogło mu chodzić? Nigdy nie lubił ciepła. Zimą nosił jesienne ubrania, w lecie nie wpuszczał do pokoju promieni słonecznych i obstawiał się klimatyzatorami. Żadnych kurtek, pierzyn, grzejników, słońca, saun czy gorących napoi. Jedynie grubsze bluzy i swetry oraz jego puchaty koc. Zresztą mniejsza o niego, to ja miałem zasadniczy problem! Zaczynałem poważnie zastanawiać się nad swoim zdrowiem psychicznym, fizycznym i po części seksualnym. Nie to, żebym odczuwał coś w ten deseń, ale to i tak nie było normalne. Byłem niesamowicie spięty, zdezorientowany i nawet przerażony swoimi reakcjami, a raczej ich brakiem. Bo to nie tak, że denerwowałem się, ponieważ czułem się źle, obrzydliwie i niekomfortowo. Czułem się dobrze, przyjemnie i cholernie komfortowo i właśnie to w ów dyskomfort mnie wprawiało. Jestem dorosłym facetem obejmującym nastolatka, w dodatku nielubianego przeze mnie przyszywanego brata. Powinienem czuć niechęć i zgorszenie, a w najlepszym z możliwych wypadków troskę, ale na pewno nie satysfakcje! Nie chciałem tego i z coraz większym lękiem odkrywałem, że moje ruchy powoli przestają być zależne ode mnie. Jakbym podświadomie chciał go objąć, ale przecież wcale tak nie było! Mój mózg wymyślał dla ciała coraz to nowe wymówki, a ja nie miałem na to wpływu. Machinalnie kładłem dłoń blisko włosów Andy'ego, bo przecież tak jest wygodniej, mówił mózg. Co z tego, że ramie drętwiało mi po kilku minutach. Kiedy Andy opierał na nim głowę, mrowienie jakby automatycznie znikało. Czułem tylko fakturę jego miękkich, czerwonych włosów.

- Andy? - Szepnąłem niepewne, po kilku minutach srogiej ciszy. - Wszystko w porządku?

- To nic. - Odpowiedział ledwo słyszalnie, lekko rozluźniając wszelki uścisk i, ku mojemu niepożądanemu rozczarowaniu, odsuwając się nieco. - Po prostu jest mi naprawdę zimno.


***


Byłem ostro wnerwiony. Śnieżyca nie ustępowała i zaczynało mnie to coraz bardziej niepokoić. Paliwo zużywało się szybko i bezpowrotnie, a na obecną chwilę nie było żadnego sposobu, by zdobyć go więcej. Musieliśmy więc jeszcze bardziej ograniczyć korzystanie z agregatu, przez co brałem dziś prysznic w ledwie letniej wodzie. Kuchenki używałem zaledwie trzynaście minut i tylko cudem udało mi się zrobić przez ten czas jakiś obiad. Fakt faktem, sporego pola do popisu i tak nie miałem. Przygotowanie makaronu z sosem może i nie było ogromnym, kulinarnym wyczynem, ale po odpowiednim doprawieniu papryczką chili, imbirem, kurkumą, tymiankiem, rozmarynem, solą i pieprzem, dodaniu masła orzechowego, suszonej żurawiny i łyżki miodu mogłem śmiało stwierdzić, że wyszło naprawdę nieźle. Cóż, mi smakowało, a Andy nie miał praw do składania zażaleń. Wracając, obiad musiałem zrobić wcześniej, co również mnie zdenerwowało. Wypłosz zjadł na śniadanie jedynie dwie kromki pieczywa kukurydzianego z dżemem i wypił szklankę ciepłego mleka, które swoją drogą przypaliłem, niszcząc w ten sposób jeden z nielicznych garnków. Samo przyrządzanie posiłku również mnie irytowało, choć na to nie miałem odpowiedniego wyjaśnienia. Byłem po prostu zły. Później stałem się jeszcze bardziej zły za sprawą ubrań Andy'ego, które musiałem przeprać. Zostały mu już tylko letnie ubrania, więc wcisnąłem go w moją bluzę, samemu zostając w 

stosunkowo cienkim t-shirtcie z długim rękawem. Posprzątałem też nieco strych i uzupełniłem zapas świeczek o te znalezione w piwnicy. Wychodząc z niej pobrudziłem sobie dresy jakimś smarem i to chyba był właśnie ten moment, w którym moje lewe oko poczęło niepokojąco drgać. Nigdy nie byłem człowiekiem grzeszącym cierpliwością, a swój limit i tak przekroczyłem już kilka dni temu, wyciągając wypłosza z piwnicy. 

No i tak dotarliśmy do podstawowego powodu mojego tragicznego samopoczucia, głównej gwiazdy wieczoru, prowodyra zaistniałej sytuacji i niezaprzeczalnego winowajcy niefortunnych zdarzeń, które miały niebawem nadejść. Miałem bowiem przebiegły plan, który to odpowiednio wprowadzony w życie pomógłby mi pozbyć się wszelkich zmartwień na czas bliżej nieokreślony. Tak właśnie myślałem, wyjmując z szafki gąsiorek wiśniówki i przygotowując niemały dzban grzańca. Wszystko to oczywiście uczyniłem w celach leczniczych, jak zapewniłem zaskoczonego wypłosza, który, mimo początkowych protestów, prędko stracił zapał do spierania się i zgodnie z moimi zaleceniami pochłoną pierwszy kieliszek burgundowej cieczy. Na kominkowym zegarze wybiła piąta wieczór, gdy trzeci już raz zapełniałem naczynie nalewką, nie przestając również pilnować grzańca w kubku Andy'ego. 


- Pij, pij. Musi być gorące, żeby zadziałało. - Poinstruowałem go, powstrzymując przy tym nikczemny uśmiech. 


Na czym tak właściwie opierał się mój łajdacki plan? Otóż po pierwsze, był wielofazowy, co dawało mi zróżnicowane pole działania i rozmaite możliwości na poszczególnych etapach. Pierwszym z nich było sięgnięcie po alkohol i uśpienie moralności oraz wyzbycie się wyrzutów sumienia, wmawiając sobie działanie na rzecz dobra wyższego i zdrowia psychicznego. Chciałem wszystko rozegrać powoli i gładko, jednak ponownie klejący się do mnie wypłosz, powodujący palpitację serca, zimne poty, przyspieszony oddech i gęsią skórę, jak zawsze niezawodnie zrównał z ziemią mój ledwie odbudowany mur samokontroli. 


- Dobrze się czujesz? - Zapytałem starannie modulowanym głosem, będąc spiętym do granic wszelkich możliwości. 


- Od twojego ostatniego pytania tego typu minęło dziesięć minut. Niewiele się zmieniło. 


- Tym razem pytam o twoje zdrowie psychiczno-emocjonalne. - Wyjaśniłem wspaniałomyślnie, rzucając na niego morderczym wzrokiem. 


- Skąd znasz takie trudne sformułowanie? 


- Szkoda, że zostawiłem telefon na górze. Jeśli nie zdążę udokumentować tego, zanim poczujesz się lepiej i przestaniesz świrować, wszystkiego się wyprzesz, a mi nikt nie uwierzy. -  Nie odpowiedziałem na jego złośliwe pytanie, od razu się odgryzając. 

-Jeśli wypomnisz mi to choć jeden raz, kiedy wyzdrowieję...- Odsunął się prędko, patrząc na mnie spod byka.

- Nie mam zamiaru niczego ci wypominać, ale chcę uzyskać jakąś odpowiedź! Nie wmówisz mi, że nagle doznałeś objawienia i stałeś się przylepny i potulny, bo nie uwierzę, że przez te wszystkie lata ukrywałeś przed światem swoje prawdziwa „ja”. A może przez chorobę doznałeś jakiegoś porażenia komórek mózgowych i już sam nie wiesz, kim jesteś, co? Nigdy, powtarzam, NIGDY się tak nie zachowywałeś, więc masz mi wyjaśnić, co ty do cholery odpieprzasz? Jakiś syndrom niechcianego dziecka masz, czymkolwiek by to nie było?! Było sobie znaleźć w Inverness jakąś starszą cizię i załatać pustkę w serduszku. 

Idę na górę. - Wychrypiał i poderwał się z miejsca, cały czas wlepiając we mnie to dziwne spojrzenie. 

- NIE, NIGDZIE NIE IDZIESZ! - Krzyknąłem, niezbyt delikatnie pchając go z powrotem na kanapę.  - MASZ USIĄŚĆ NA DUPIE, BO MUSIMY SOBIE NA SPOKOJNIE POROZMAWIAĆ!


- Nie chcę cię martwić, ale jak na razie kiepsko ci idzie. - Mruknął niezadowolony, ale nie próbował ponownie się podnieść. 


Drgnąłem niespokojne i potarłem dłońmi zmęczoną twarz, a z moich ust wyrwał się bliżej nieokreślony, histeryczny dźwięk rozpaczy. Jebać fazowy plan. Byłem już tak daleko od mojej granicy opanowania, że tylko jedno mogło mi pomóc. 


- PIJ TO. - Podsunąłem mu pod nos kolejny kieliszek nalewki, samemu opróżniając do końca swoją szklankę. 


- Uspokój się...


- JESTEM PIERDOLONĄ OAZĄ SPOKOJU. - Odwarknąłem, wolną już dłonią dolewając sobie trunku i mocno naparłem plecami na oparcie kanapy. 


Przez następne dwadzieścia minut w pokoju panowała kompletna cisza. Wypłosz nawet nosem nie pociągnął, a ja stale dolewałem alkoholu do obu naczyń. No i co dalej? Zaciągnąłem go tu, wlałem w niego trzy kubki grzańca i sporo nalewki, a teraz nie miałem pojęcia co począć. Chciałem tylko poczuć się lepiej sam ze sobą, a wyszło na to, że poczułem się dużo gorzej. Zamiast spróbować zrozumieć Andy'ego i własne zachowania, upiłem chłopaka i jeszcze na niego nawrzeszczałem, tak właściwie za nic. Znaczy, za jego przylepność, która wywoływała we mnie dziwne odczucia. Za jego przylepność spowodowaną czort wie czym, a że czortem nie byłem, to nie wiedziałem, popadając przez to w coraz większy obłęd. Tak, to zapewne w wyniku ów obłędu stwierdziłem, że mógłbym się do tego przyzwyczaić. I niezależnej ode mnie pracy mojego ciała, rzecz jasna. Ale nie ważne, bo ostatecznie stanęło na tym, że siedzieliśmy cicho na kanapie, a atmosferę tępym nożem można było kroić. Zniszczyłem nam obu nastrój, wydoiłem pół gąsiorka nalewki, a problem jedynie wzrósł, bo nagle poczułem się naprawdę źle w panującej między nami ciszy. I był jeszcze chłód. Chłód, mimo że od kominka dzieliły mnie zaledwie dwa metry, a na ramiona zarzucony miałem cienki koc. Chłód, ponieważ Andy siedział na samym skraju kanapy, od pół godziny wpatrując się w płomienie. 


- Tak naprawdę skończyłem szkołę prawie pół roku temu. - Odezwał się cicho, kiedy zegar wskazał siódmą wieczór. - Chciałeś rozmawiać. - Wzruszył ramionami, błędnie odczytując moje zdumienie. 


- Jak to pół roku temu? - Zmarszczyłem brwi, odwracając głowę w jego kierunku. 


- Rok szkolny w tej placówce wyglądał zupełnie inaczej niż w zwyczajnych szkołach. Zaczynał się trochę później, kończył wcześniej, ale chodziliśmy na zajęcia również w weekendy, a normalne lekcje trwały do siedemnastej. - Wyjaśnił spokojnie, wciąż popijając swojego grzańca. 


- Nie miałem pojęcia. Zawsze wyjeżdżałeś i wracałeś zgodnie z funkcjonowaniem normalnych szkół. Dlaczego nic nie powiedziałeś? Rodzice...- 


Co za bezsens. Oczywiście, że rodzice o tym nie wiedzieli. Niby skąd by mieli, skoro w życiu nawet nie zapytali o szkołę Andy'ego. Znali adres oraz wiedzieli, że młody dostał się do niej bez żadnych problemów. Widocznie tyle im wystarczało.


- Miałeś prawo nie wiedzieć, nie? Szkoła zapewniła mi meldunek w tamtejszym internacie, więc mogłem przebywać tam cały czas. Przyjeżdżałem wcześniej, wyjeżdżałem później i nie było z tym żadnego problemu, więc ani ty, ani opiekunowie prawni nie zostaliście powiadomieni. Poza tym...- Westchnął ciężko, biorąc porządny łyk aromatycznego trunku. -... Znacznie bardziej wolałem być sam w pustym gmachu, niż czuć się samotnie w miejscu, w którym się wychowałem. Nie miałem zamiaru nikomu mówić.


- Więc dlaczego mówisz mi teraz? 


- Bo chciałeś porozmawiać. - Przypomniał, po czym zmarszczył brwi, jakby w zastanowieniu. - I właśnie mnie upijasz. 


Sarknąłem, szybko odwracając wzrok i pociągając solidny łyk ze swojej szklanki. Co fakt, to fakt. Już nawet sięgałem po dzbanek grzańca i nalewkę, by odnieść wszystko do kuchni, ale zrezygnowałem. Co prawda sam czułem już przyjemne szumienie w mojej głowie, a Andy wcale nie wypił mniej, ale czego ja nam będę żałował? Nie miałem zamiaru się schlać, młody pewnie niedługo padnie. Alkohol sprawnie rozwiązał mu język i pomógł zabić czas. Oto i plusy dzisiejszego wieczoru.


- I co tak właściwie miałeś zamiar zrobić, co? - Odetchnąłem, ponownie na niego zerkając. - Zostałbyś w domu jakiś czas?


- Nie myślałem o tym. - Mruknął nieprzekonująco, przenosząc wzrok na stygnący płyn w jego kubku.


- Jasne. - Uniosłem kpiąco brwi, dolewając mu przy tym wiśniówki. - W życiu w to nie uwierzę. 


- Wiem. - Uśmiechnął się lekko i przymknął oczy. - Zacząłem rozważać to jeszcze przed wyjazdem do szkoły.


- W zeszłym roku?


- Nie, przed pierwszym wyjazdem. - Wyjaśnił, a ja, choć przecież nie mógł tego dostrzec, spojrzałem na niego zdziwiony. - Już wtedy zastanawiałem się, co zrobię po skończeniu szkoły. Jasne było dla mnie, że nie będzie mnie stać na wynajem, a co dopiero kupno jakiegoś lokum. Ostatecznie nie jestem nawet pełnoletni, a po szkole artystycznej będzie mi ciężko znaleźć pracę, która pozwoliłaby mi opłacić czynsz. Wiedziałem to od samego początku, ale i tak wyjechałem. Tak właściwie nie miałem wyjścia. Gdybym został, zamieszkałbym u ciotki albo babki, więc teoretycznie to tam powinienem się udać po powrocie. Wtedy jednak jaki sens miałby mój wyjazd? 


 Poprawił otulający go koc i spojrzał na mnie tego rodzaju wzrokiem, który bezproblemowo zmuszał mnie do niekontrolowanych działań, takich jak bliski kontakt cielesny. Automatycznie więc przysunąłem się bliżej i objąłem go ramieniem. Procenty krążące w moim organizmie sprawiały, że wtedy nie wydawało mi się to nawet ani trochę nieodpowiednie.


- Więc co? - Pokręcił się chwilę, po czym wzruszył ramionami, opierając na mnie cały ciężar swojego ciała.


- Myślałem nad dzieleniem z kimś lokum na obrzeżach miasta lub po prostu akademikiem, ale oba wyjścia nie były do końca idealne. Po pierwsze, ludzie nie potrafią ze mną żyć. 


- To ty nie potrafisz żyć z ludźmi. - Mruknąłem pod nosem, bawiąc się pustą szklanką. 


- Po drugie...- Kontynuował, w ogóle niezrażony moją zaczepką. -... I tak musiałbym jakoś spłacić swoją część czynszu i zapewnić sobie jakiś byt. Jedzenie, chemia i tak dalej, to wszystko przecież kosztuje. Mam trochę oszczędności, a pieniądze na moją edukację będę dostawał jeszcze przez kilka miesięcy, ale to i tak niewiele. Rodzice w życiu nie wspomogą mnie finansowo, a nawet jeśli, to nic od nich nie wezmę. No i są jeszcze studia. 


- No właśnie, co z akademikiem?


- Zacznę we wrześniu, to ponad pół roku. W dodatku tu chodzi o walkę o stypendium, które pokryłoby koszty.


- Gdzie tak właściwie chcesz studiować? 


- Nie powiem ci. - Bąknął, w końcu odstawiając kubek i chwytając w dłonie pełną szklaneczkę nalewki. 


- E? Dlaczego? 


- Bo nie. 


- Nie ma "bo nie", powiedz mi. - Szturchnąłem go, kiedy pił, przez co podkrztusił się i spojrzał na mnie z żądzą mordu, a przynajmniej zapewne tak miało to wyglądać i wyglądałoby, gdyby nie leżał na mnie w stanie nietrzeźwości, nie kontrolując w dodatku swojej mimiki twarzy. 


- Ale będziesz się szarogęsił...- Zabawnie nadymał usta i opróżnił naczynie do końca, krzywiąc się przy tym wyraźnie, po czym odstawił je i opadł na mnie bezsilnie. - University of the Arts...


- W Londynie? Idziesz na mój uniwerek? - Parsknąłem niekontrolowanie, po czym wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. Ot tak, po prostu.


- Zamknij się. I nie twój, ty już kończysz zabawę w studenta. - Pociągnął mnie za dredy i kiedy przestałem się śmiać, ułożył się wygodniej, wciskając mi poduszkę w twarz. 


- No już dobrze, gdzie konkretnie? - Zapytałem już na spokojnie, wplatając dłoń w jego włosy. 


- Zastanawiam się, czy nie pójść najpierw do London College of Communication, a dopiero potem-


- Przecież masz już dyplom ze swojej szkoły. Jesteś na to za dobry, idź od razu na trzyletni Design. - Skinąłem głową, jakby na potwierdzenie swoich słów, by następnie spojrzeć na Andy'ego i przekazać mu swoją rację również kontaktem wzrokowym. 


On również na mnie patrzył. Leżał na mojej klatce piersiowej, więc wzrok kierować musiał ku górze. Jego włosy rozsypały się luźno, okalając mu twarz czerwoną aureolą, którą nieustannie gładziłem opuszkami palców. Uśmiechał się. Uśmiechał się w szczery, leniwy sposób, mrużąc przy tym oczy. Wyglądałby niewinnie, gdyby nie te rubinowe kosmyki i ostatnie krople burgundowej cieczy na jego ustach. Zazwyczaj były wąskie i blade, kolorem przypominając resztę jego skóry, jedynie trochę bardziej zaróżowionej i spierzchniętej. Teraz, dzięki palącemu alkoholowi, były ciemne, pełne i lśniące, dodatkowo, w potrzebie zaczerpnięcia oddechu, delikatnie uchylone. Pchany fascynacją i popędzany szumem w mojej głowie pochyliłem się nieco, nie odwracając swojego wzroku od wiśniowych kropli dopóty, dopóki moje powieki całkiem nie opadły, a kiedy ciemność ogarnęła mnie doszczętnie, inne zmysły wyostrzyły się czterokrotnie. Usta Andy'ego były gorące i miękkie. Kuszące. I chociaż było to zaledwie muśnięcie, może kilka, czułem je na swoich bardzo dokładnie, kiedy oddawały moje pocałunki. Gdy otworzyłem oczy, uderzyło we mnie jasne światło płomieni, choć moja głowa ani drgnęła. Ognień tańczył swawolnie w jego oczach tuż obok mojego odbicia, a ja, patrząc na to, czułem się, jakbym płonął. Nawet kiedy z powrotem oparłem głowę na kanapie i zwróciłem wzrok w stronę okna, za którym nieprzerwanie szalała śnieżyca, czułem to. Żar pochłaniał mnie bezpowrotnie, a jedynym miejscem nietrawionym przez palące płomienie były opuszki palców prawej dłoni, którymi wciąż gładziłem czerwone kosmyki. 




~~~


Ahoj! Przybywam do was po...miesiącu? Porażka, ja wiem. Dajcie mi jeszcze chwilę i wrócimy do zaburzonego rytmu ;)


Pragnę jeszcze zauważyć, że Dwa Wiaty niebawem dolecą do celu. Chciałam zakończyć to opowiadanko w dziesięciu rozdziałach, więc mam nadzieję, że się wyrobię.


Przepraszam Was bardzo za zwłokę,

Joys