piątek, 2 czerwca 2017

Informacja

Hej hej, ludziska. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości - ja wiem, że ostatnio trochę nawalam. Najpierw opóźniam terminy publikacji rozdziałów, potem w ogóle ich nie dodaje. Wytłumaczenie, oczywiście, również przygotowałam. Mimo wszystko całkowicie zgodne z prawdą. Ostatnio mam naprawdę sporo na głowie i NIE MA OPCJI, żebym znalazła chociaż chwilę na napisanie czegoś przed 19 czerwca. Wtedy właśnie wrócę z ostatniego, męczącego zapewne weekendu, który zakończy to kilkutygodniowe pasmo porażek, stresu i wszystkiego, co najgorsze. Ufam, że dacie radę jeszcze trochę poczekać i nie zapomnicie o mojej, jakże okropnej osobie :P 

Trzymajcie się,

Joyssli 

czwartek, 18 maja 2017

4. Dwa Wiatry




Noc była lodowata. Leżałem w łóżku od mniej więcej godziny, starając się zgromadzić pod kołdrą jak najwięcej ciepła. Nieszczelny dach i ciągnąca zimnem podłoga wyjątkowo doprowadzały mnie do szału, ale w dalszym ciągu moja wściekłość na panujący w domu chłód była spowodowana w większej mierze czymś zupełnie innym. Jeszcze niedawno byłem tak potwornie zmęczony, że wszystko dookoła przyćmiewała mi gęsta mgła, a wszelkie odgłosy zagłuszał cichy szept, nawołujący - śpij, śpij, śpij... Teraz to wszystko zniknęło, a moje zmysły wydawały się wyostrzone. Widziałem każdą drobinkę kurzu, przelatującą nad wciąż palącymi się świeczkami. Słyszałem wycie wiatru, łamiące się gałęzie, kapiącą gdzieś wodę, ale... AGH! Nie słyszałem Andy'ego!!! Nie słyszałem kroków, szelestu, oddechu czy szczękania zębów, którego się spodziewałem. Nie słyszałem zupełnie nic i ostatecznie to właśnie zmusiło mnie do wstania z łóżka. Nie powinienem był tego mówić. Gdybym mógł, te słowa nigdy nie opuściłyby moich ust, ale to już bez znaczenia. Faktem wciąż pozostawało to, że ja nawet tak nie myślałem. To było zwykłe, bezsensowne pieprzenie, spowodowane skrajnym zmęczeniem i złością. Niemniej jednak coś niemiłosierne kłuło mnie w środku. Odetchnąłem głośno, wsuwając na stopy ciężkie, zimowe buty i powoli zszedłem na dół. Hałas, jaki robiły trzeszczące schody obudziłby umarlaka, toteż widząc w pokoju na piętrze puste łóżko skierowałem się na parter. Może siedział gdzieś w kuchni albo spał na kanapie w salonie? Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej, a wszystkie źródła ciepła, takie jak koc czy kurtka, zostały na strychu. 

- Andy? - Szepnąłem, rozglądając się uważnie po spowitym mrokiem pomieszczeniu. 

Wszędzie było... głucho. Głucho i PUSTO, a pusto z całą pewnością być tutaj nie powinno.

- Andy?! - Zawołałem głośnej, ponownie sprawdzając kuchnię i sypialnię - pusto. 

I wcale nie spodziewałem się go tam zastać. Pokój sypialny należał do naszych rodziców - to pierwszy powód. Drugi był taki, że to pomieszczenie było po prostu przytłaczające. Dziwne odcienie brązu mieszające się ze zgniłą zielenią, brudnym pomarańczem i bliżej nieokreślonym, à la musztardowym kolorem były nie do zniesienia. Całość była jedynie nieco mniejsza od salonu, acz nieumiejętne ustawienie sporej wielkości mebli powodowało, że pokój wydawał się mikroskopijny. Dwie stare szafy, ciemna komoda, dwie szafki nocne, dwuosobowe łóżko naprzeciwko wejścia i trzy długie półki nad nim,  masywne zasłony i ciężkie, wyblakłe dywany... Nigdy nie mogłem pojąć, jak ojciec i Karen tu wytrzymują. Ja z całą pewnością bym zwariował. W znienawidzonej sypialni znalazłem jednak zawinięty w folię, gruby, kremowy koc, który z całą pewnością nam się przyda. Nam obu, jeśli uda mi się znaleźć tego przeklętego dzieciaka!

- Andy! - Tym razem krzyknąłem donośnie, głośno zatrzaskując za sobą drzwi pomieszczenia. - Gdzie jesteś?!

Denerwując się coraz bardziej pobiegłem do łazienki na piętrze, jednak ta też okazała się pusta. Nie było go w pokoju, salonie, kuchni, sypialni ani łazience, oraz z całą pewnością nie było go na strychu. Do jasnej cholery! Jak bardzo Andy dziwaczny i popieprzony by nie był, na pewno nie potrafił rozpływać się w powietrzu. Potrafił się jednak doskonale chować. Niemniej przeszukałem już wszystkie miejsca, w których mógłby być. Pod łóżkiem, w szafach, za kanapą, zasłoną czy regałem... Byłem gotów zajrzeć do lodówki, ale mimo wszystko starałem się zachować ostatnie pokłady racjonalności. Zbierzmy fakty: Andy'ego wcięło. Dlaczego go wcięło? Ponieważ się obraził/załamał psychicznie. Jak to się stało? Usłyszał wiele rzeczy, których nigdy nie powinien był usłyszeć. Od kogo je usłyszał? Ode mnie. Wnioski? Jestem idiotą. 

- ANDY! Słyszysz mnie?! - Po ponownym przebiegnięciu domku stanąłem w korytarzu, uspokajając płytki, drżący oddech. Z moich ust wydobywały się jasne obłoki, a na ramionach pojawiła gęsia skórka. - Andy! Proszę cię, wyjdź już! To nie jest zabawne! - Spróbowałem po raz kolejny, kurczowo ściskając w dłoni koc i nasłuchując jakiegokolwiek odzewu. - Wiem... Wiem że jesteś zły, w porządku?! Wcale nie musisz się do mnie odzywać! Po prosu chodź tutaj! Znalazłem naprawdę gruby koc! - Odruchowo rzuciłem wzrokiem na trzymany przeze mnie przedmiot i zmarszczyłem brwi. Folia w kilku miejscach pokryta była... śniegiem? Odwróciłem się gwałtownie i wbiłem wzrok w niewielką górkę białego puchu, który dostał się do środka razem z nami. Tyle, że teraz wydawała mi się jakby większa. 

- ANDY?! - Otworzyłem szerzej oczy, a po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. - ANDY, DO JASNEJ CHOLERY, JEŚLI WYLAZŁEŚ Z DOMU, TO CIĘ ZABIJĘ - Krzyknąłem ile sił w płucach i z prędkością światła znalazłem się na strychu, szybko wciągając na siebie kurtkę i niedbale zarzucając na szyję szal. Byłem nie na żarty przestraszony. Jeśli wypłosz był na tyle głupi, lub co gorsza - na tyle zdesperowany, żeby wyjść z domu na tę śnieżycę... Boże, przecież on tego nie przeżyje! Nie mam pojęcia, ile stopni jest na minusie, ale sam wiatr może okazać się morderczy. Z powrotem znalazłem się na dole i już chwytałem za klamkę, kiedy uderzyły we mnie trzy rzeczy. Po pierwsze, drzwi były przysypane tak mocno, że pewnie nieźle bym się natrudził, by w ogóle je otworzyć, samochód za oknem był już teraz jedynie jedną, wielką górą śniegu, a buty Andy'ego stały bezpiecznie przy wyjściu. Nie byłem pewien, czy powinienem odetchnąć  z ulgą i założyć, że w takim razie z całą pewnością nie wyszedł z domu, czy zacząć wyrywać sobie włosy z głowy i spisywać testament, bo jeśli wylazł na TAKĄ pogodę, w dodatku bez butów, albo padnę na zawał, kiedy dogłębnie to do mnie dotrze, albo umrę z wyziębienia, szukając dzieciaka, który prawdopodobnie już wcześniej podzielił mój los. Może przynajmniej podwójny pogrzeb wyjdzie jakoś taniej? W końcu ani mój ojciec, ani Karen nie chcieliby się jakoś szczególnie wypłacać. Chociaż... dowiedzą się pewnie grubo po czasie, a nasze ciała odnajdą - jeśli w ogóle tak się stanie - dopiero, gdy stopnieją śniegi. Ale ciekawą opcją będzie opłacenie ceremonii pieniędzmi ze sprzedaży tego domku. Swoją drogą, może zwabią potencjalnych kupców tą historią? Jak to dwójka ich synów tragicznie zginęła tu pewnej mroźnej nocy, gdy za oknem panowała zamieć...

Potrząsnąłem głową i zaśmiałem się histerycznie, na chwilę chowając twarz w dłoniach. To moja wina. Głupie, bezsensowne pieprzenie, ale to była tylko i wyłącznie moja wina. Andy zawsze był małym, upierdliwym, irytującym dziwadłem z kolorowymi włosami i choć zawsze doprowadzał mnie do szewskiej pasji, za żadne skarby nie chciałbym, żeby jakkolwiek się zmieniał. Po prostu taki już był, ale miał i zalety. Na przykład... Cóż, jakieś na pewno miał. Właśnie, ja nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znosiłem go, a potem po prostu przyjąłem do wiadomości, że mam się nim jakoś zająć, zainteresować. Dzwonić, rozmawiać, pytać, co u niego, mailować z nauczycielami. To nawet nie było trudne, wydawało się po prostu właściwe. Co prawda nigdy nie widziałem i pewnie już nie zobaczę w nim brata, ale jest coś, co sprawia, że to trochę tak wygląda. Ta chęć opieki i tak dalej, to właśnie to, co czują starci bracia, tyle że nie do końca w ten sposób. Andy był w moich oczach obcym człowiekiem, nie rodziną, z którą łączą mnie więzy krwi. Był obcy, jednak mimo tego był też jedną z najbliższych mi osób. Bliższą niż rodzice, znajomi z pracy czy sąsiedzi. Nie potrafiłem tego zaklasyfikować, wepchnąć go do jakieś grupy. To był po prostu Andy i z nikim innym nie łączyła mnie taka relacja, jak własnie z nim. A teraz zniknął. Zniknął, bo nie umiałem nad sobą zapanować i powiedziałem coś, czego nigdy nie powinienem był mówić. 

Odetchnąłem głęboko i począłem błądzić wzrokiem po wszystkim, co mnie otaczało, jakby w tęchnącym drewnie szukając odpowiedzi na dręczące mnie pytanie. Drewniane wieszaki, z wyrzeźbionymi ozdobnikami, drewniana skrzynia, w której latem chowaliśmy buty, parasolkę i składane leżaki, drewniane ramy obrazów i obrazków, drewniana, ozdobna misa, do której wkładaliśmy klucze lub słodycze, drewniane listwy ciągnące się do drewnianej futryny drewnianych drzwi od piwnicy, za którymi były drewniane schody, a na dole drewniany, bujany fotel, w którym zazwyczaj przesiadywał...

- Andy... ANDY! - Zafoliowany koc z cichym szelestem upadł na podłogę, a ja w mgnieniu oka znalazłem się przy owych drzwiach i, chwyciwszy za klamkę, mocno je pchnąłem. Ustąpiły od razu. - Andy?! Andy, jesteś tu?! 

Gdy tylko przekroczyłem próg, uderzył we mnie ogrom kurzu, wilgoć i nieprzyjemny zapach unoszący się w powietrzu. Nie zważając na to, ostrożnie pokonywałem koleje stopnie, starając się dojrzeć cokolwiek w panującym wokół mroku. Tutaj nie było okien, przez które wpadałoby złudne światło odbijane przez tony śniegu. Gdy zszedłem na sam dół, ogarnęła mnie całkowita ciemność. Teraz, gdy patrzyłem na górujące nade mną drzwi, świat za nimi wydawał się o wiele jaśniejszy, niż był w rzeczywistości. 

- Andy? - Zmrużyłem powieki, wytężając wzrok jak tylko byłem w stanie. Na nic się to zdało - nie widziałem zupełnie nic. 

Szybko wróciłem na górę i dzięki względnej widoczności znalazłem w kuchni pudło ze świeczkami. Zgarnąłem pierwszą lepszą i chwyciłem za zapałki, od lat leżące w tym samym miejscu nad kuchenką. Znalezione przed chwilą źródło światła rozbłysło niewielkim płomieniem dopiero przy trzeciej próbie, a ja boleśnie poparzyłem sobie dwa palce. Zdążyłem jednak jedynie przekląć pod nosem i po chwili z powrotem znalazłem się w piwnicy. Tym razem nie dość, że zdołałem dojrzeć otoczenie, usłyszałem cichy szelest tuż za plecami. Pewnie w innych okolicznościach nieźle najadłbym się strachu, jednakże przerażenie, które towarzyszyło mi, gdy pomyślałem, że Andy'emu mogło się coś stać, było o wiele silniejsze. 

- Andy? - Po minucie ciszy byłem gotów z zawodem stwierdzić, ze to tylko myszy, o których wypłosz sam z resztą wspomniał, ale doskonale słyszalne pociągnięcie nosem rozwiało wszystkie wątpliwości - Andy...

- Wyjdź stąd- Drżący, zachrypnięty głos przeciął ciemność jak tylko postąpiłem krok na przód. 

- Posłuch-

-  Wyjdź - Zbliżyłem się jeszcze trochę, i jeszcze, aż w końcu dostrzegłem zwinięte w kulkę, drżące ciało chłopaka. Jego blade dłonie kurczowo zaciskały się na okrytych płaszczem ramionach, a stopy spowijały wyraźnie przemoczone skarpetki.

- Czyś ty do reszty zwariował?! Szukam cię od jakiejś godziny! Przeszedłem dom kilka, jak nie kilkanaście razy! Wychodziłem z siebie zastanawiając się, czy jesteś na tyle głupi, by wyleźć na zewnątrz! Ma...- Odetchnąłem ciężko, przeczesując dłonią rozpuszczone dredy - Martwiłem się o ciebie, do jasnej cholery!

- Wyjdź - Powtórzył po raz kolejny, a ja podszedłem do niego prędko, gratulując sobie w duchu wyboru na tyle szerokiej świecy, bym teraz mógł swobodnie postawić ją tuż obok, nie martwiąc się o jej przewrócenie.

- Och, właśnie wychodzę. Razem z tobą - Chwyciłem go za kołnierz płaszcza i postawiłem do pionu, jednak wypłosz cały czas się przy tym wyrywał i próbował mnie odepchnąć. - O CO CI CHODZI?!

- O co TOBIE chodzi?! - Odsunął się ode mnie i parsknął niewesoło - Przecież nie puszczałem muzyki, nie odzywałem się, nie pokazywałem ci się na oczy...

- ANDY, DO JASNEJ CHOLERY, MOGŁEŚ ZAMARZNĄĆ! Wracamy na górę! - Przysunąłem się, chcąc chwycić go za ramię, jednak zdołał mi umknąć, z łatwością przeskakując niewysoką świecę.

- NIE - Wysyczał, niemal zgrzytając zębami - Mógłbyś przestać mi przeszkadzać?

- W UMIERANIU? - Wrzasnąłem, załamując ręce.

- W udawaniu, że nie istnieję. Wiesz, ponoć to właśnie robię najlepiej. - Odparł chłodno, głośno przełykając ślinę. 

I znów, mimo że było ciemno, mimo że nawet nie powinienem zwrócić na to uwagi, jego oczy lśniły i wywiercały we mnie niewidzialną dziurę, a ja nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Ostatecznie zacisnąłem wargi w wąską linię i odwróciłem na moment głowę, zwijając dłonie w pięści. 

- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, załatwimy to inaczej - Oznajmiłem po chwili i rzuciłem chłopakowi ostrzegawcze spojrzenie, które skomentował kpiącym prychnięciem. - W porządku.

Nie czekając ani chwili, którą wypłosz mógł wykorzystać na zorientowanie się w sytuacji i ucieczkę, znalazłem się przy nim i jednym, silnym ruchem przerzuciłem go sobie przez ramię, niczym okazały worek ziemniaków. Spodziewałem się wyzwisk, szarpaniny i kopniaków, ale prócz jednego, mocnego uderzenia w plecy, wypłosz nie zrobił nic. Po prostu został tak, jak go ułożyłem i nie drgnął nawet o centymetr. Spojrzałem więc na drogę, jaką miałem do pokonania i przy po mocy buta zgasiłem świeczkę. Teraz, kiedy dokładnej zapoznałem się z układem piwnicy, ciemność nie była już takim utrudnieniem. Dosyć sprawnie dotarłem do schodów, a potem na górę. Pokonanie dalszej drogi było dziecinnie proste, czego zasługą była również nikła waga i chwilowa dezaktywacja Andy'ego. Kiedy już znaleźliśmy się na strychu, mało delikatnie rzuciłem chłopaka na łóżko i, nie patrząc na niego, wróciłem na dół po upuszczony wcześniej koc. Potem, kiedy tak stałem przed schodami, wejście na górę wydawało się o wiele trudniejsze. Przez moment rozważałem nawet spanie w tej nieszczęsnej sypialni lub salonie, ale ostatecznie zacząłem powoli wchodzić na górę. Andy miał prawo być na mnie zły, wiem. Tyle, że ja wiedziałem, że sytuacja wygląda o wiele gorzej. On nie był po prostu zły czy obrażony. On miał żal. Moje słowa go zraniły i choć sam się nie przyzna, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. A ja nigdy nie chciałem zranić go w taki sposób. Dlatego tak trudno było mi z powrotem wejść do pomieszczenia i spojrzeć na niego, ale zrobiłem to. Leżał w dziwnej, raczej niewygodnej pozycji, z pewnością takiej, w jakiej go zostawiłem. Cały drżał, a jego usta były sine z zimna. Zanim się do niego zbliżyłem, zapaliłem jeszcze dwie świeczki i zgasiłem tę, która była na wykończeniu. Potem ostrożnie wszedłem na łóżko i zacząłem pozbywać się pojedynczych części jego odzieży. Przemoczonych skarpetek, cienkiego szala, wilgotnego płaszcza. Wypłosz ani drgnął. Byłby w moich ramionach niczym szmaciana laka, gdyby nie doskonale wyczuwalne drżenie jego ciała. Co chwilę też pociągał nosem. Na koniec jakoś udało mi się wyciągnąć spod niego kołdrę i szczelnie go nią owinąć. Sam zdjąłem buty, kurtkę i położyłem po drugiej stronie łóżka, okrywając się swoim nowym znaleziskiem, a pod głowę wpychając sobie jaśka. Koc był naprawdę bardzo gruby i ciepły, więc nie miałem na co narzekać. No, może prócz pewnej niedokończonej sprawy, która nie pozwalała mi jeszcze zamknąć oczu. 

- Andy - Szepnąłem w przestrzeń, dopiero po chwili odwracając głowę w stronę chłopaka. Nadal nie wykonał żadnego ruchu, tępo wpatrując się w sufit. - Andy, przepraszam. - Powiedziałem nieco głośniej, wypatrując jakiejkolwiek reakcji - Za to, co powiedziałem. Dobrze wiesz, że wcale tak nie myślę, nie? Pieprzyłem co mi ślina na język przyniesie, rozumiesz? - Zero reakcji. - Andy...?

Minęło dziesięć, może piętnaście minut, podczas których wsłuchiwałem się w ciche szczękanie zębów wypłosza, które chyba usilnie chciał zagłuszyć, chowając usta w satynowym materiale. A potem nagle się odezwał.

- Powiedziałeś prawdę. - Jego głos był praktycznie niesłyszalny. Cichy, zachrypnięty, drżący, stłumiony przez kołdrę, ale tak bardzo chciałem go wtedy usłyszeć, że brzmiał dla mnie jak przy użyciu megafonu. - Może dlatego-

Nie dokończył, jedynie uśmiechając się cierpko i kręcąc głową, ostatecznie przekrzywiając ją w moją stronę.

- Serduszko ci zmiękło, co? - Parsknął cicho, ponownie pociągając nosem.

Przewróciłem oczami, nie mogąc powstrzymać lekkiego grymasu ulgi, jaka ogarnęła mnie w tamtym momencie. 

- Lepiej dla ciebie, wypłoszu. - Skinął na te słowa, a ja zaśmiałem się cicho - Andy? - Zagaiłem raz jeszcze, czekając, aż na mnie spojrzy - Naprawdę tak nie myślę, wiesz o tym, prawda? 

- Daj spok-

- Nie - Przerwałem mu od razu - Pojechałem po ciebie, bo chciałem po ciebie pojechać. Karen mogłaby mnie błagać na kolanach, ale gdybym nie chciał, nie zrobiłbym tego. Twój przeklęty ryj i pieprzenie jak najbardziej się zgadza, ale to nie tak, że nie chciałbym go więcej zobaczyć, czy usłyszeć. Wtedy, kiedy proponowałem ci odwiedzanie mnie i przyjazd na wakacje, mówiłem serio, Andy. Chcę, żebyś o tym pamiętał, okej?

- Serio zmiękłeś - Zaśmiał się cicho i to był ten dobry rodzaj śmiechu. W końcu ułożył się wygodnej na boku, wtulając twarz w poduszkę i odetchnął głęboko, po czym zaniósł się kaszlem.

No ładnie. Na stówę jutro będzie chory, albo chociaż przeziębiony. Będę musiał zrobić jakieś rozeznanie w kuchni. Powinny tam zostać jakieś leki. Gorzej będzie z ich datami ważności. Pewnie wszystkie już dawno...

- Wiem, Dav. Byłoby ze mną naprawdę do dupy, gdybyś był jak matka. Ostatecznie... jesteś tym, co mi zostało. Czymś defektywnym i prymitywnym, ale zawsze. - Mruknął z cichym, nieukontentowanym westchnieniem, jednak na jego ustach nadal błąkał się wcześniejszy uśmiech.

Nie odpowiedziałem. Z góry stałem na przegranej pozycji, gdyż a) musiałbym odpowiedzieć coś, co naprawdę wskazywałoby na domniemaną miękkość mojego serca, b) powiedziałbym coś, co miałoby na celu odgryzienie się, ale wtedy ta czerwonowłosa poczwara odezwałaby się ponownie, i ponowne, aż do skutku - w tym wypadku uciszenia mnie i tym samym jego zwycięstwa. Trwaliśmy więc w ciszy, już nie niezręcznej i wypełnionej napięciem. Po jakimś czasie pociąganie nosem zastąpił cichy, miarowy oddech i kaszel, więc i ja mogłem odetchnąć. Miałem wrażenie, że na zewnątrz powoli zaczyna się rozjaśniać, kiedy zapadałem w spokojny, niczym nie zmącony sen.



~~~

Witam wszystkich zgromadzonych ;) Jeszcze raz Dwa Wiatry, a w przyszłym tygodniu postaram się wrzucić wam kolejny rozdział NBR.


Do następnego, 

Joyssli

PS. Czy tylko ja nie znoszę lata i wysokich temperatur? -_-





niedziela, 7 maja 2017

3. Dwa Wiatry



Jechaliśmy w zupełnej, niczym nie zmąconej, idealnej, nieskazitelnej, błogiej ciszy, a potem Andy włączył muzykę, o ile w ogóle można to było tak nazwać. Ostre brzmienia gitary elektrycznej przeplatały się z delikatnymi nutami skrzypiec, a wokal przebiegał z wysokich, operowych tonów do głośnego, że się wyrażę, darcia ryja. Nie miałem pojęcia, skąd on w ogóle to wytrzasnął, ale nigdy wcześniej nie słyszałem nic podobnego. Zresztą, co się dziwić. To brzmiało po prostu, jakby ktoś postawił obok siebie dwie wieże - jedną odtwarzającą jakąś operę, a drugą hard metal i na zmianę podkręcał dźwięk raz w tej, raz w tej. Boże, powiedz, jak nie zwariować?

- Wyłącz to. Wyłącz albo załóż słuchawki. Trać słuch beze mnie, to już nie mój problem. - Westchnąłem głośno i zerknąłem na niego, ale jedyną reakcją, jakiej się doczekałem, było ciche prychnięcie. - Andy, jak Boga kocham...

- Jesteś niewierzący - Przypomniał ze znudzeniem chłopak, nadal nie ściszając muzyki.

- Jesteś w moim samochodzie, z mojej dobrej woli, na moich warunkach i łasce lub nie łasce. Równie dobrze mogę dokładnie w tym miejscu zjechać na pobocze i cię wysadzić.

- Nie możesz.

- Oczywiście, że mogę! 

- Powodzenia.

- Nie wierzysz mi?

- To raczej niewykonalne.

- PONIEWAŻ?

- PONIEWAŻ tu nie ma pobocza.

Mocniej zacisnąłem dłonie na kierownicy. Byliśmy jakieś półtorej godziny drogi od tej przeklętej chałupy w Glencoe, radio wskazywało dwunastą w nocy, a pogoda była coraz gorsza. Wiatr rzucał się na nas falami, przysypując auto tonami śniegu. Obecność wypłosza była w tym momencie bardzo niewskazana. Jego i jego przeklętej muzyki.

-  Po tych kilku minutach pęka mi łeb. Tego nawet nie da się słuchać.

- To twoje zdanie. - Wzruszył lekko ramionami, cały czas wpatrując się tępo za okno.

- Według twojego ulubionego profesora jesteś bardzo otwartym dzieckiem. Nie interesuje cię moje zdanie na ten temat? - Prychnąłem kpiąco, starając się jednak skupić wzrok na drodze.

- Mam w dupie twoje zdanie w każdej możliwej kwestii.

- Wiesz, co jeszcze o tobie pisał? Że masz zaskakujący szacunek do starszych. Gdzie on się podział?

- Jest tuż obok twojego zdania. - Uśmiechnął się uroczo, w końcu wyłączając te przeklęte dudnienie i ułożył się wygodniej w fotelu - A teraz daj mi spać. 

- Przeklęty...

- Śpię.

- O Jezu...

- Ale żeś się religijny zrobił.

- ŚPIJ!

I kolejna godzina upłynęła mi w zaskakującym spokoju. Andy zasnął naprawdę szybko i choć jego sen wcale nie był niezmącony, czułem dziwną satysfakcję. Nienawidził jeździć w taką pogodę odkąd pamiętam. Zawsze zasłaniał okno bluzą i włączał głośną muzykę, byle zagłuszyć pioruny. Karen zawsze miała o to pretensje i irytowała się, że przecież wypłosz uwielbia burzę. Owszem, uwielbiał. Uwielbiał ją malować, wpatrywać się w nią. Zawsze wsłuchiwał się w krople deszczu, nieustannie uderzające o naderwaną rynnę nad jego oknem. Nie można mu było wtedy przeszkadzać - czysto teoretycznie, rzecz jasna. Ale musiałem przyznać, że coś w tym było. Coś jego. Po prostu do niego pasowało. Kiedy wpadałem wtedy do jego pokoju, żeby tylko go wnerwić, siedział na parapecie, wpatrując się w świat za oknem. Zanim zaczynał się na mnie drzeć, udawało mi się dojrzeć jego blady profil, raz za razem rozświetlany przez srebrno-błękitne błyski. Zielone czy niebieskie włosy strasznie dziwnie odbijały światło, rzucając na jego skórę kolorowe poświaty. Pamiętam też, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, że na ułamek sekundy byłem w stanie się zagapić. Oczy Andy'ego i bez burzy przyciągały wzrok, bo z daleka wydawały się niespotykanie jasne, ale to było coś innego. Miałem wrażenie, że ta cała burza, deszcz, błyskawice i pioruny... Że to wszystko jest w jego oczach. Jakby były jakimiś cholernymi projektorami, nieustannie skierowanymi w stronę nieba i wyświetlającymi to wszystko. To było przecież nierealne, żebym to w nich widział świat wyraźniej, ale tak było. Nie byłem w stanie dojrzeć przez okno tyle, ile widziałem w tych ślepiach. Każdą czarną chmurę, każdy piorun, błysk. Pewnie gdybym tak się wpatrywał - nie, żebym kiedykolwiek miał zamiar - mógłbym policzyć w odbiciu jego oczu pojedyncze krople deszczu...

- Daleko jeszcze? - Głos chłopaka wyrwał mnie z - jakże bezsensownych - rozmyślań.

- Jakaś godzina.

- Nie mieliśmy przypadkiem około tyle do pokonania? - Mruknął niezadowolony, ostrożnie zmieniając pozycję. 

- Zważywszy na to, czego słuchasz, utratę słuchu jestem w stanie zrozumieć, ale wzrok chyba jeszcze masz względny, hm? Rozejrzyj się, potem miej pretensje. I nie do mnie, bo jak bardzo zajebisty i wszechmocny bym nie był, pogodą jeszcze nie władam. 

- Może do Boga? Chociaż ostatnio to chyba ty się z nim bratasz, czy coś...

- Nie chcesz jeszcze pospać? - Warknąłem rozdrażniony i westchnąłem głośno, włączając dodatkowe światła, kiedy wjeżdżaliśmy na nierówności doliny. 

W każdym razie w wypłoszu panowała pewna zależność - żeby zachowywać się odpowiednio swobodnie, musiał czuć się bezpiecznie, a w samochodach nie czuł się nawet okej. Nienawidził długiej jazdy i podróży, ale że panicznie bał się latać, w ostateczności był na nie skazany. Jego nienawiść do aut natomiast nasilała się podczas takiej właśnie pogody. Byłem pewien, że podczas najgorszej burzy mógłby z zadowoleniem hasać po lesie, gdzie jazda w lekkiej mżawce była dla niego torturą. Nie miałem nawet zamiaru próbować tego zrozumieć. "To był Andy"- jedyne prawdziwe i słuszne wyjaśnienie otaczającego mnie, emanującego od niego dziwactwa i chłodnej aury. Ale wracając do tematu - tu miało początek moje uczucie błogiej satysfakcji. Zasnął. Zasnął w moim samochodzie podczas ogromnej zamieci. 

- Przestań tak trząść. 

- Naprawdę muszę się powtórzyć, żeby dotarło? Poza tym, wjechaliśmy do doliny. Będzie tak trzęsło już do końca, chyba że pójdziesz wyremontować drogi. Weź ze sobą łopatę, trochę napadało.

W gruncie rzeczy również nie byłem z tego powodu zadowolony. Z każdą minutą jechałem coraz wolniej, chcąc mieć jak największą kontrolę nad autem, ale wszystko szło na nic. Wiatr był tak mocny, że właściwie ledwo się poruszaliśmy. Wycieraczki już od dłuższego czasu przestawały radzić sobie z taką ilością śniegu, a opony - mimo że zimowe - zdecydowanie nie były przygotowane na takie warunki. Minuty zaczęły ciągnąć się w nieskończoność, a pokonanie jednego kilometra zajmowało nam całą wieczność. Dookoła nie było nic prócz niewielkich drzew, krzaków i przeklętej pustki zasypanej śniegiem. Nie chciałem krakać, naprawdę nie chciałem, ale gdzieś w zakamarkach umysłu już widziałem tę chwilę, kiedy w końcu samochód nie wytrzyma i staniemy w miejscu, a ja zostanę uwieziony w niewielkiej przestrzeni z czerwonowłosym potworem.


Potem było jedynie gorzej. Dużo, dużo, dużo gorzej. Gdybym mógł cofnąć czas o tę przeklętą godzinę, wykorzystałbym długie minuty na dziękowanie wszystkim bóstwom za tak cudowną pogodę. Od kiedy zjechaliśmy na węższą, nieoszczędzoną przez los drogę trzy razy stanęliśmy w miejscu. Auto było na wykończeniu, tak samo z resztą, jak i ja. Miałem dość, naprawdę serdecznie dość. 

- Co tak szumi? - Mruknął Andy po kilkunastu minutach siedzenia cicho. Chyba nawet on wyczuł, że sytuacja jest poważna. Poważnie do dupy, ma się rozumieć.

- Proponuje modlić się, aby to był cholerny wiatr, a nie sprzęgło. - Warknąłem zdenerwowany i wypłosz chyba chciał rzucić jakiś komentarz, zapewne na temat tej "modlitwy", ale - trzymajcie mnie - darował sobie. 

I wtedy coś szarpnęło. Mocno szarpnęło. Szum się nasilił, zaczęło potwornie śmierdzieć, a mi właśnie padła bateria w telefonie. Nie wytrzymałem. 

- AAAAAAAA! Nie ma, kurwa, mowy, żebyśmy dziś tam dojechali! Przepaliło się! Cała skrzynia będzie do wymiany, co w sumie w tym przypadku może równać się zakupowi nowego samochodu! Zaraz staniemy na dobre, a ta pierdolona śnieżyca-

- To tutaj - Przerwał mój - i tak nierobiący na nim żadnego wrażenia - wywód, nieco się ożywając. - To za tamtym zakrętem, wzdłuż jeziora. 

- Gdzie ty tu, do cholery, widzisz jezioro?! Wszędzie jest kurewsko biało! - Uderzyłem głową o kierownicę, powoli zatracając się w histerii. 

- Po prostu jedź! Dom jest za tą górą. - Upierał się wypłosz. 

- Jesteś pewny? - Odetchnąłem cierpiętniczo, zerkając na niego spode łba.

- Jak twojej ociężałości umysłowej. - A więc był. 

No i faktycznie, do czegoś żeśmy dojechali. Do wielkiej, białej zaspy, ściślej mówiąc. "Zaparkowanie auta" też okazałoby się niedomówieniem, bo ono po prostu zgasło, po raz czwarty tej nocy. 

- Posuń się - Przepchnąłem trochę nastolatka i wygrzebałem ze schowka klucze, by następnie spojrzeć raz jeszcze na to, z czym zaraz przyjdzie nam się zmierzyć. - Włączaj latarkę, trzeba znaleźć wejście. - Westchnąłem głośno i z trudem otworzyłem drzwi samochodu. Jeszcze nigdy nie czułem na sobie tak silnego wiatru.

- Z drugiej strony!

- CO? - Przymrużyłem oczy, starając się dojrzeć, albo chociaż usłyszeć chłopaka w tej zamieci.

- WEJŚCIE JEST Z DRUGIEJ STRONY, KRETYNIE!!! - Pewnie powinienem coś na to odkrzyknąć, ale nie miałem siły. Nie. Miałem. Kurwa. Siły.

- POŚWIEĆ TAM! - Powoli, mozolnie poruszałem się na przód, brnąc przez sięgający mi niemal do pasa śnieg. - GDZIE SĄ TE CHOLERNE DRZWI?! - Wydarłem się, docierając do ściany domu. - ANDY?! - Dzieciaka jakby wcięło, światło latarki też zniknęło, a ja byłem na skraju załamania nerwowego. 

- Klucz!

- CO?

- DAJ MI CHOLERNY KLUCZ! 

- NIE WIDZĘ CIĘ! WŁĄCZ LATARKĘ!

- TELEFON MI PADŁ! IDŹ DO PRZODU! - Biorąc pod uwagę okoliczności, śmierć wypłosza mogłaby okazać się jedynie nieszczęśliwym wypadkiem, prawda? Prawda?! 

Ostatecznie jednak znalazłem dzieciaka, klucz i dostaliśmy się do środka. I nie tylko my. Razem z nami do pomieszczenia wparowały - jak mi się wtedy wydawało - całe tony śniegu. Kiedy w końcu udało mi się zamknąć drzwi, brodziliśmy w tym białym gównie po kostki. 

- Zabijcie mnie...

- Z przyjemnością, ale nie dziś. - Odparł chłopak, otrzepując swoje włosy, z których zleciało jeszcze więcej puchu. - Nie byłbym w stanie czerpać z tego maximum przyjemności.

- Przymknij się, czubie i znajdź światło.

- Naprawdę wierzysz, że się włączy? - Parsknął kpiąco i ruszył w głąb korytarza, a mi pozostało jedynie podążenie za nim.

- Gdzie leziesz?

- Byle dalej od ciebie!

- Zero wdzięczności...- Przetarłem dłonią zmęczone oczy, zatrzymując się w salonie.

Prócz tego, że dom wydawał się dziwnie pusty i martwy, praktycznie nic się nie zmieniło. Na środku pomieszczenia, na ciemnej podłodze stał ten sam niski, drewniany stolik, ten sam kominek i dziwaczny koc tuż przed nim. Ta sama zniszczona, skórzana kanapa i dwa ciemnobrązowe fotele tego samego rodzaju. Zaraz przy otwartym wejściu zaś swoje miejsce miał ogromny regał, dźwigający na sobie tysiące książek, map i albumów. Naprzeciwko natomiast znajdowały się spore drzwi tarasowe, teraz z zewnątrz miażdżone przez ogrom śniegu, a przy nich niewielka szafka i wysoka lampa z wymyślnym abażurem. Mimo naprawdę wielu lat na karku i zdecydowanej dominacji brązu pokój zawsze wydawał mi się swoiście przytulny. Niewielki, emanujący ciszą i spokojem. 

- Ale tu syf - Mruknął Andy, pobieżnie rozglądając się dookoła. 

- Dom stoi pusty od pięciu lat, czego się spodziewałeś? - Parsknąłem cicho, nadal błądząc wzrokiem po pomieszczeniu. - Poza tym, nie tego pokoju teraz potrzebuję najbardziej.

- Hm? - Wypłosz zmarszczył brwi, najwyraźniej będąc o wiele mniej domyślnym, niż mi się wydawało.

- Wyjaśnimy sobie coś. Samochód jest ROZPIEPRZONY, pogoda się SPIEPRZYŁA, co prowadzi do SPIEPRZENIA się światła, prądu i innego ustrojstwa, nie mamy nawet PIEPRZONYCH telefonów, a ja PIEPRZĘ to wszystko i idę spać. - Zrobiłem iście histeryczną minę i żwawym krokiem skierowałem się na górę. 

Schody głośno trzeszczały pod moimi stopami, a kurz i brud sypiący się spod nich jeszcze długo miał unosić się w powietrzu. Domek był niewielki, toteż na tak zwanym piętrze, które od parteru dzieliło kilkanaście drewnianych stopni, znajdował się średniej wielkości pokój i łazienka. Pomieszczenia rozmieszczone były po przeciwnych stronach krótkiego korytarza, schody zaś ciągnęły się jeszcze dalej ku górze. Ostatnim i zdecydowanie moim ulubionym miejscem w tej chałupce, był strych. Stary, maleńki, ciemny i lekko zalatujący stęchlizną strych. Zapach spowodowany był nie do końca szczelnym dachem, którego naprawą miał zająć się lata temu mój nieszczęsny ojciec. Teraz to zadanie spadnie zapewne na nowych właścicieli. W każdym razie jakoś nigdy nie zwracałem na to większej uwagi. Choć byłem w dolinie na wakacjach tylko trzy razy, bardzo dobrze zapamiętałem to pomieszczenie. Spędziłem w nim masę czasu, nie chcąc schodzić na dół do rodziców i Andy'ego. On z resztą też nigdy nie kwapił się do przesiadywania z nimi. Najczęściej, kiedy już poddawał się w próbach odzyskania strychu, wychodził. Często spędzał noce poza domem, błądząc po pobliskich lasach i śpiąc pod gołym niebem. Wiem, bo nie raz przyszło mi go szukać. Przeklęty gówniarz. Potem zazwyczaj był chory albo przynajmniej przeziębiony, ale weź z takim rozmawiaj. Lubił zimno i nie dbał o pogodę. Jak już mówiłem, uwielbiał burzę, deszcz i chłodny wiatr. Miał głęboko gdzieś swoją słabą odporność, zapewne twierdząc, że w końcu się zaharuje. Cóż, nie wypaliło. Nadal jednak nie zwraca na to większej uwagi, nocą otwierając okna na oścież i nawet w najgorsze mrozy chodząc w jesiennym płaszczu. No właśnie, nie znosił wysokich temperatur. To kolejny powód, dla którego całe wakacje spędzone w dolinie przesiadywał w lesie. Lub w piwnicy. Zawsze jednak kłócił się ze mną o ten strych i choć na początku myślałem, że była to czysta złośliwość, tak potem nie byłem już tego taki pewien. Niby im wyżej, tym cieplej, a im cieplej, tym gorzej dla wypłosza, ale to miejsce po prostu miało swój klimat. I niewielkie okno, które można byłoby otwierać nocami, co z całą pewnością bachor miał na uwadze, próbując mnie stąd wykurzyć. 

Odwróciłem nieco głowę, zawieszając wzrok na ogromnym - jak na standardy pomieszczenia - łóżku, zajmującym praktycznie całą dostępną przestrzeń. Znajdowało się na prawo od wejścia, a obok niego zdołała znaleźć miejsce jedynie sterta wykradzionych z kredensu książek i rupieci, służąca za szafkę nocną, oraz lampa, a raczej kij z niedokręconą, przechyloną w bok żarówką, gdyż abażur już lata temu stracił zdolność do pracy. Po lewej stronie łóżka, na podłodze, leżał jasny, beżowo-szary dywan, na którym lubiłem przesiadywać, nie chcąc zabrudzić cudownej, satynowej pościeli. Był grupy i mimo upływu lat nadal miękki w dotyku. Mierzył jakoś dwa na dwa metry, a i tak lekko nachodził na ścianę z prostokątnym oknem. Całe pomieszczenie nie mogło mieć więcej niż cztery metry w poprzek. Natomiast ode mnie, stojącego jeszcze na schodach do ściany naprzeciwko było może dwa i pół metra maksymalnie. Ciasny, ale własny, hm? Zdjąłem buty, zgodnie ze zwyczajem zostawiając je na ostatnim schodku i pokonałem kilka pozostałych, w końcu w pełni wchodząc do pokoju. Syknąłem cicho, od razu rozmasowując bolącą po uderzeniu głowę. No tak, należy pamiętać również o konstrukcji samego strychu, a dach był przecież trójkątny. Jednak nawet w najwyższym punkcie wysokość nie przekraczała dwóch metrów z jakimiś centymetrami. Ale to wszytko nie było ważne, póki znajdowało się tu piekielnie wygodne łóżko i ten dywan. Ostrożnie wszedłem głębiej, tym razem schylając się nieco, by w ostateczności uklęknąć na dywanie i wepchnąć łapy pod łóżko. Po omacku starałem się znaleźć stare pudełko po butach, w którym - jeśli pamięć mnie nie myli - powinny znajdować się przeróżne świeczki, przez całe poprzednie wakacje konsekwentnie kradzione z salonu. Od zapachowych, w ozdobnych szkiełkach, bo różnokształtne, kolorowe, zwykłe, długie, do świecznika i te malutkie, w sreberkach. W końcu zanurkowałem bardziej i odszukałem pudło, ze zdziwieniem stwierdzając, że nie napotkałem na swojej drodze tyle kurzu, ile się spodziewałem. Wierzch mojego znaleziska pokrywała jedynie cienka jego warstewka, którą, prostując się powoli, strzepnąłem obok dywanu. 

- Mam cię - Uśmiechnąłem się pod nosem, wyciągając ze środka najlepiej prezentujące się świeczki. 

- Masz mnie? - Drgnąłem zaskoczony, z prędkością światła odwracając głowę w stronę wejścia. 

- Pogięło cię, oszołomie? - Warknąłem rozeźlony i posłałem mu wściekłe spojrzenie. A raczej posłałem je w miejsce, w którym prawdopodobnie znajdowały się oczy tej czarnej, niewyraźniej w ciemności plamy. - I NIE WŁAŹ TU W BUTACH!

- Aleś ty się lękliwy zrobił. I nerwowy. Nie słyszałeś trzeszczenia schodów? - Parsknął kpiąco - I spokojnie, zostawiłem buty na dole. - Uniósł - tak mi się przynajmniej wydawało - ręce do góry i przysiadł na skraju dywanu, wzdychając cicho - Kuchnia jest w całkiem niezłym stanie, tak myślę. Wszystko na swoim miejscu. Łazienka i sypialnia też, prócz jednego. Ta kanapa w pokoju niżej jest wilgotna i cholernie śmierdzi. Nie zdziwiłbym się też, gdyby to, co przeleciało mi przed oczami, okazało się szczurem czy innym zwierzakiem.

- Czy to nie cudownie? Przecież uwielbiasz zwierzęta. Na pewno się dogadacie - Zakpiłem wesoło i począłem zapalać koleje świeczki, stawiając je we wszystkie, lata temu opracowane i przygotowane do tego miejsca. Wbrew pozorom praktycznie wszystko tu było łatwopalne a sam dom cały drewniany. Trzeba było naprawdę uważać. 

- Mieszkają w kołdrach, pajacu. 

- No tak, nie lubisz się dzielić. 

- Wal się - Warknął, prędko podnosząc się na równe nogi - Biorę tą.

- Oooo nie. Po moim trupie. - Zaprotestowałem od razu i całym ciężarem ciała oparłem się o starannie złożoną, zabezpieczoną dodatkowym prześcieradłem i folią pościel. 

- Da się załatw-

- NIE. Powiedziałem NIE. NIE oddam ci tej kołdry, więc możesz spieprzać. - Podniosłem głos, wpatrując się w niego uparcie. - Jestem na nogach od SZÓSTEJ RANO, rozumiesz? Jeszcze przed świtem odbyłem jakże cudowną rozmowę z ojcem, w gruncie rzeczy spowodowaną wcześniejszą dyskusją z twoją matką, jak się domyślasz - niezbyt przyjemną. Udało jej się jednak wybłagać, a raczej wymusić na mnie odebranie cię z tej przeklętej szkoły, oddalonej od Londynu pieprzone PÓŁ TYSIĄCA MIL, których pokonanie zajęło mi pieprzone DWANAŚCIE GODZIN, w pieprzonej śnieżycy. Potem musiałem ponad TRZY GODZINY słuchać twojego irytującego głosu, psychicznej muzyki, szumienia sprzęgła i rozwalającej się skrzyni biegów, a to wszystko i tak było stopniowo zagłuszane przez pieprzoną śnieżycę! Jestem głodny, spragniony, brudny i cholernie, CHOLERNIE ZMĘCZONY i nie marzę o niczym innym niż walnięciu się na to łóżko i pójściu spać, więc z łaski swojej WYPIEPRZAJ STĄD i daj mi to zrobić! NIE chciałem po ciebie przyjeżdżać, oglądać twojego przeklętego ryja, słuchać twojego pieprzenia i w ogóle się do ciebie zbliżać, ale gdyby nie ja, zostałbyś w internacie przez koleje tygodnie, do usranej śmierci czekając na pociąg, bo oboje wiemy, jak prędko twoja matka postanowiłaby po ciebie pojechać! Więc wydobądź z siebie jakiekolwiek pokłady wdzięczności i zrób to, co robisz przez całe swoje życie, począwszy od śmierci twojego ojca, poprzez ślub matki, skończywszy na dniu dzisiejszym. Rób to, czego wymagała od ciebie Karen od małego i niezmiernie cieszyła się z tego, że w końcu udało się jej osiągnąć cel. Nie odzywaj się, nie włączaj muzyki, nie pokazuj mi się na oczy! Rób to, co od zawsze wychodzi ci najlepiej - UDAWAJ, ŻE NIE ISTNIEJESZ! 

Z tego, co powiedziałem, zdałem sobie sprawę dopiero kilka minut później, wsłuchując się w głuche trzeszczenie próchniejących schodów. Tym razem słyszałem je bardzo wyraźnie. 




~~~



Witajcie ludziska! Od razu przepraszam za nieobecność, ale ostatnimi czasy po prostu nie mam możliwości naskrobania czegokolwiek. Stąd też nastąpi zmiana w publikacji rozdziałów, które od dziś będą ukazywały się NIEREGULARNIE. Mogę wstawić dwa rozdziały NBR pod rząd, z tygodniowym odstępem, a następnie Dwa Wiatry po dziesięciu dniach. Mam nadzieję, że nie będziecie strzelać, pluć i mordować O.o

Do następnego,

Joyssli 

ROZDZIAŁ NIESPRAWDZONY! 




niedziela, 23 kwietnia 2017

14. Dam



Dam
Tama


Macie tutaj jako takie zdjątka członków "Dawn":


Louis "Lou" Loyd 
20 lat
Wokal



Roderick "Rod" Bennett
24 lata
Gitara Basowa



Timothy "Tim" Ward
28 lat
Perkusja 




Tomas od kilku minut przysłuchiwał się szalenie fascynującej rozmowie Mike'a i Tony'ego na temat dinozaurów. Mike oczywiście był zdania, że te morskie były najfajniejsze i gdyby nadal żyły, z całą pewnością prowadziłby nad nimi badania i uczył je przeróżnych rzeczy. Tony natomiast był za roślinożercami lądowymi. Twierdził, że podwodne stwory były drapieżne i niebezpieczne, więc prędzej by Mike'a zjadły, niż się z nim zaprzyjaźniły. Tak rozpoczęła się zacięta dyskusja na temat poziomu inteligencji, drapieżności i ogólnej świetności nieżyjących od tysięcy lat bestii.

-...i zobaczysz, pojadę tam i wszystkiego się dowiem. To największe oceanarium w kraju! Na pewno są tam jakieś informacje na temat wymarłych gatunków. 

Minęły dwa dni odkąd Nathan powiedział Tomasowi o objeździe największych oceanariów w promieniu kilkuset mil, na który ma zamiar zabrać ich Allen. Mike dowiedział o się tym przez przypadek następnego dnia i był po prostu wniebowzięty. Sam Hils nie do końca wiedział, co tak właściwie ma o tym wszystkim myśleć. Nath bez wątpienia był atrakcyjny, inteligenty i miał niesamowity charakter. Poza tym, po prostu miał w sobie coś takiego, co przyciągało ludzi. Niezależnie od płci, wieku czy jakichkolwiek upodobań. Nie mógł jednak pozbyć się głęboko rodzącej się w nim obawy. Siedemnastolatek był naprawdę trudny, a temu całemu Allenowi udało się namówić go na coś takiego po dwóch miesiącach znajomości. Martwił się. Martwił jak cholera, chociaż na razie było to ukryte za obowiązkami i pracą. Niemniej był pewien, że w pewnym momencie to multum obaw wyjdzie na jaw. W momencie, w którym Allen dowie się czegoś, czego Nathan nigdy nie zdecyduje się mu powiedzieć lub odkryje coś, czego nigdy nie powinien był odkryć. Nie tak, nie w taki sposób. Chłopak zabrnął w tą znajomość dalej, niż kiedykolwiek w swoim życiu i w pewnym sensie Tomas się z tego cieszył. Nastolatek na to zasługiwał. Mimo wszystko doskonale wiedział, że Nathan może nigdy nie być w stanie zaufać Navasowi do końca i wtedy właśnie stanie się to, czego się obawiał, a dzieciak znów będzie cierpiał. 

Ostatecznie potrząsnął głową, chcąc wyrzucić z niej wszystkie niepotrzebne myśli. Od kiedy tak bardzo wybiegał w przyszłość, martwiąc się tym, co być może nigdy nie nadejdzie? To nie było do niego podobne.

- Nie prawda! - wykrzyknął nagle młodszy chłopiec. - W ogóle się nie znasz! We wtorek zapytam się o to Alla, on-

- Przed chwilą mówiłeś, że on też się nie zna! - odkrzyknął Tony. 

- Ale na pewno jest mądrzejszy od ciebie - sarknął chłopiec i widząc, że już dojeżdżają pod szkołę chwycił plecak, przygotowując się do wyjścia. - Poza tym jest straszy, na pewno wie cokolwiek na ten temat.

- A dlaczego w ogóle miałby ci powiedzieć? Jest dorosły, a dorośli nie dzielą się swoimi wiadomościami z dzieciakami. I tak byś nic nie zrozumiał.

- Jesteś głupszy niż ja i nie potrafisz się z tym pogodzić - Mike uśmiechnął się pod nosem, zerkając w kierunku szkoły. - I powiedziałby mi, bo... bo jest w porządku. Na pewno by mi powiedział.

- Doba, wysiadka. Muszę lecieć do pracy chłopaki - zakomunikował mężczyzna, parkując nieopodal wejścia do placówki. - Mike, dzisiaj siedzisz po lekcjach z Marry?

- Mhm, zostanę. Cześć Tommy! 

- Cześć młody.

- Pa brat! - zawołał jeszcze Tony, szybko biegnąc za Mike'iem.

Gdy tylko chłopcy zniknęli za drzwiami szkoły, Hils odetchnął głęboko i ruszył w stronę rezydencji Clavelów. " W porządku", hm? Osoby, którym Mike z własnej, nieprzymuszonej woli dał miano "w porządku" dało policzyć się na placach jednej, dziecięcej ręki. Nie może być więc tak źle... inaczej. Musi być naprawdę dobrze. I poważnie. Dużo poważniej, niż się spodziewał...

Dojechał na miejsce dokładnie osiem minut przed czasem i zasadniczo mógłby być z siebie dumny, gdyby w drzwiach nie wpadł na starego Clavela.

- Tomasie, oczekiwałem cię. Zapraszam do biura - oświadczył twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem i skierował się do odpowiedniego pomieszczenia.

Brunet westchnął cierpiętniczo i szybkim krokiem ruszył za ojcem Victora. Chyba nie zrobił nic wystarczająco złego, by szef wzywał go na pogadankę. Zrobił? Z tuningiem maszyn i składaniem motocykla szło mu świetnie. Załatwiał najlepsze, acz nie przesadnie drogie części, pracował dokładnie, wytrwale i niekiedy zostawał po godzinach oraz zjawiał się w rezydencji w weekendy. Nie mogło to być więc związane z jego zawodem mechanika, więc... Może Clavelowi chodziło o jego relacje z...

- Chciałbym porozmawiać z tobą na temat relacji z moim synem. - Niech to szlag.

Starszy mężczyzna zasiadł sztywno na czarnym, obrotowym krześle i skinął Tomasowi na stojący nieopodal biurka fotel. Z jego miny nie dało się wyczytać zbyt wiele.

- O co dokładnie pan pyta? - Zaryzykował.

- Dokładnie o to. Jakie relacje łączą cię z moim synem? - powtórzył, tym razem wyraźnie akcentując każde słowo.

- Dogadujemy się całkiem dobrze... Czasem mijamy się na korytarzu, kiedy idzie do biblioteki, ale nie rozumiem-

- Niedawno zabrałeś Victora do miasta i dałem ci na to pełną zgodę. Dziś chcesz wywieźć go gdzieś ponownie, również za moją zgodą. Nie mam nic przeciwko, ale pamiętaj o naszej umowie, Hils. Były pewne warunki - mówiąc to położył przed nim plik kartek z krotką notatką na wierzchu. - W tą sobotę o 10 przed południem. Nie ma możliwości, byś się nie zjawił. To jeden z punktów kontraktu.

- Rozumiem - odchrząknął cicho chwycił niewielki stosik papieru. - To wszystko?

- Niezupełnie. Dziś czeka nas dostawa tego mercedesa, o którym wspominałem ci już jakiś czas temu. Przyjmiesz ją. Załatwisz formalności i sprawdzisz stan auta. Sporządź też listę potrzebnych części i średni czas doprowadzenia go do stanu używalności. Chcę mieć to na piśmie do jutra - Clavel odetchnął cicho i skinął na bruneta. - Teraz to już wszystko. Masz trzy godziny wolnego przed przyjęciem samochodu. Możesz opuścić posiadłość.

Tomas z wyraźną ulgą podniósł się z fotela i skierował w stronę drzwi. Kiedy jednak jego dłoń znalazła się na klamce...

- Pamiętaj o naszej umowie, Hils. Nie wolno ci mnie zawieść.

- Nie mam zamiaru - odrzekł pewnie i możliwie szybko opuścił pomieszczenie.


***


- Chłopaki, Tom niedługo wpadnie na próbę! - ogłosił donośnie Louis, żwawo zeskakując z wysokiego, barowego krzesła, stojącego tuż przed mikrofonem. - Rod, słyszałeś?

Szatyn nawet nie odwrócił głowy w jego kierunku, nadal brzdąkając coś na swoim basie z jedną słuchawką w uchu.

- Rody? ROOD!? - zniecierpliwił się chłopak, doskakując do mężczyzny i tupiąc nerwowo stopą, odzianą w ciemnofioletowego glana. 

Blondyn poprawił zsuwającą mu się z czoła bandanę i westchnął cicho, kierując swój wzrok ku mocno oświetlonemu sufitowi. Co za gość.

- Roderick!!!

- CO? - wydarł się w końcu, odrzucając słuchawki w bok i niezbyt delikatnie odkładając gitarę. - Nie widzisz, że ćwiczę nowy kawałek!?

- Nie słyszysz, że coś do ciebie mówię!? - odkrzyknął mu, z powrotem lokując swój wzrok w towarzyszu.

- Okej, co mówiłeś? - odetchnął cicho, drapiąc się po głowie.

Jeśli trzyletni związek z Louisem czegokolwiek go nauczył, to z całą pewnością większej przystępności, pokory, cierpliwości i uległości. W momencie rozpoczynającej się kłótni, złożenie broni było jedynym słusznym wyjściem. Kapitulacja i zadośćuczynienie, rzecz jasna. Nawet jeśli była to niewielka sprzeczka, wywołana przez Loyda. Winny był Rod, i tylko Rod. Musiał się tego nauczyć, by zostać później wpuszczonym do mieszkania. Poza tym, tego chłopaka nie szło przegadać, a jak się obrazi...

- Teraz, to możesz się pieprzyć. - No właśnie.

Bennett z lekkim uśmiechem ruszył za blondynem, który kierował się właśnie w stronę swojej ulubionej loży. W ciągu dnia klub był zamknięty dla klientów i cały do ich dyspozycji. Od ponad roku grali tu w co drugi weekend i znacząco wpływali na dochody lokalu, więc właściciel często oddawał im swój dobytek na całe dnie, pozwalając na próby i różne przygotowania.

- Z przyjemnością, ale do tego będziesz potrzebny mi ty. - Objął chłopka od tyłu, zanim ten zdążył rozłożyć się na jednej z kanap i przyciągnął go do siebie maksymalnie blisko.

- Tsk, nie puszczaj wodzy fantazji i wracaj do swoich zajmujących ćwiczeń. - Chciał mu się wyrwać, ale wtedy mężczyzna stanowczo chwycił go za biodra i przycisnął do swojej klatki piersiowej.

- Zwykle nie przeszkadza ci, gdy fantazjuję. - Między słowami począł składać delikatne pocałunki na karku blondyna. - Na przykład o nas.

- O nas? - parsknął zadziornie i uniósł brew, choć Rod i tak nie był w stanie tego zobaczyć.
- Mhm... O nas. Na przykład w naszym przytulnym mieszkanku, po miłej kolacji. Leżymy przed telewizorem i oglądamy twój ulubiony film, którym rzygam od kilku tygodni... - W tym momencie Louis szarpnął się mocniej, co wprawiło mężczyznę w jeszcze większe rozbawienie - ...więc cholernie mi się nudzi. Nudzę się, nudzę i nudzę, aż w końcu znajduję sobie zajęcie. - Przygryzł delikatnie wrażliwą skórę za jego uchem, po czym uśmiechnął się szerzej, słysząc ciche, mrukliwe westchnienie.

- Jakie? - Loyd oparł się wygodnie o tors Roda i starał się powstrzymać cisnące mu się ku górze kąciki ust.

- Twoja koszula jest lekko podwinięta, odsłaniając kawałek bladej skóry na boku - mówiąc to uniósł bluzkę blondyna, szorstkimi od gry opuszkami gładząc jego talię - więc skupiam się na nim, skutecznie odwracając twoją uwagę od filmu. Potem odwracasz się w moją stronę z tą swoją miną "za przeszkadzanie mi dostałbyś kopniaka między nogi, gdyby zawartość twoich gaci nie byłaby mi potrzebna" i...

- I? - Louis zgodnie ze słowami mężczyzny odwrócił się do niego przodem, zaplatając ramiona na jego karku. - Pocałowałbyś mnie? Namiętnie, mocno i głęboko? - Drażnił się z nim.

- O tak. - I było to ostatnie, co zdążył powiedzieć, zanim wpił się chłopakowi w usta, całując go dokładnie tak, jak sobie tego życzył.

Po krótkiej chwili chwycił Loyda pod udami i uniósł, zaraz potem przyciskając go do nieprzyjemnie zimnej ściany. Blondyn zapamiętale oddawał pocałunek, zaciskając dłonie na włosach partnera i cicho wzdychając w jego usta. Wszyscy zapewne domyślamy się, jak prawdopodobnie by skończyli, gdyby nieoczekiwane pojawienie się Tima.

- Dlaczego nie powiedzieliście, że Tomas dziś wpada-aaaaa?... - Ward skinął głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy i odwrócił się w stronę nowo przybyłego. - Oto dlaczego.

Louis uśmiechnął się pod nosem i ostatni raz musnął usta szatyna, mocno ciągnąc przy tym jego włosy, po czym zsunął się na stały grunt i podszedł do Hilsa, witając się z nim lekkim uściskiem. Podobnie uczynił Rod zaledwie kilka sekund później, by potem na powrót stanąć za blondynem i objąć go lekko.
- Co tak właściwie tu robisz? To twój dzień pracy, no nie? - zastanowił się chłopak, wyciągając Timowi do połowy spalonego papierosa spomiędzy warg i zaciągając się głęboko. Twarz bruneta wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie, ale nie odezwał się ani słowem, ponownie sięgając do kieszeni.
- Ta, ale szefuńcio dał mi trzy godzinki luzu. Potem odbieram Mercedesa-Benza von Kriegera 540 K Special Roadster z 1936. - W pomieszczeniu rozległy się ciche gwizdy uznania, a Tomas zaśmiał się pod nosem, jako kolejny odbierając perkusiście dopiero co odpalonego papierosa.
- Gratuluję stary, praca przy takiej maszynie to sama przyjemność - mruknął znad włosów Loyda zadowolony Rod.

- Jasne, gorzej z jej przyszłością - westchnął ociężale i oparł się o stojący nieopodal, wysoki stolik. - Robię ją do stania w garażu. Będzie własnością syna Clvela, ale koleś jest psychiczny. Stwierdził, że nie pozwoli chłopakowi jeździć tym autem. Ma po prostu stać.

- Kurna, świr jakiś. To grzech trzymać taki samochód i nawet nie usłyszeć warczenia silnika.

- Mi tam bardziej żal tego chłopaka. Przesrane z takim starym. - Rod pokiwał głową, przyznając tym samym Louisowi rację.

- To fajny dzieciak i trzyma się, ale cholernie mu współczuję. Żyje tam jak w złotej klatce. Ogromna chałupa, najnowszy sprzęt, służba, prywatne nauczanie... Wygląd, charakterek... - odchrząknął cicho, a Bennett zaczepnie uderzył go w ramie, doskonale rozumiejąc przesłanie. - Ale rodzice traktują go jak rzadkie, szlachetne zwierzę, nie jak syna. Odcinają mu wszystkie możliwe drogi do świata zewnętrznego. Tworzą sobie jakieś cholerne tamy, z przeciekiem w postaci wyjść raz w tygodniu. W każdym on razie ma osiemnaście lat i wszystko, prócz wolności.
- Więc tak naprawdę nie ma nic - burknął Tim i boleśnie trzepnął basistę po łapię, kiedy ten również chciał zabrać mu papierosa. - Spróbuj tylko, a nie zagrasz w tym miesiącu. Pamiętam jeszcze co nieco z ringu.
Kiedy Louis śmiał się z oburzonej miny swojego chłopaka, a Ward nadal mamrotał wymyślne groźny, Tomas jedynie uśmiechnął się wymuszenie i pogrążył we własnych myślach. Więc tak naprawdę nie ma nic. Czy w takim razie... Czysto teoretycznie, rzecz jasna, byłby w stanie coś mu dać? Coś ruszyć? Zburzyć tamę?


~~~

Cześć wam! Wybaczcie mi tak krótki rozdział po tej chwilowej przerwie, ale mam nadzieję, że spodobały wam się nowe postacie i ogólny wątek. Od teraz członkowie "Dawn" będą pojawiali się co jakiś czas w naszej historii.

Rozdział sprawdzony przez Nanni ;*

Trzymajcie się i miłej niedzieli,

Joyssli




niedziela, 26 marca 2017

2. Dwa Wiatry

Kolejnym momentem wartym zapamiętania jest pewien styczniowy wieczór. Przesiadywałem w apartamencie, bezpiecznie ukryty przed lodowatym wiatrem i śnieżną zawieją, zajadając się pozostałościami ze świąt. Maya, dziewczyna Maxa, zaopatrzyła nas - a tak właściwie mnie, bo przyjaciel i tak więcej czasu spędził u niej w mieszkaniu - w porządny zapas wałówki. Byłem jej niezmiernie wdzięczny, bo chociaż jakoś radziłem sobie w kuchni, to czas znacznie ograniczał moją działalność kulinarną. Na trzy dni wyjechałem również do rodziców, dostając trochę jedzenia, więc mogłem śmiało stwierdzić, że z zaopatrzeniem nie jest źle. Po imprezie noworocznej uzupełniłem nawet barek, tak wiele osób zasypało mnie przeróżnymi trunkami. Gorzej miało się moje życie prywatne. Oto jak skończę - zażarty, zapity, pogrążony w wiecznej pracy. W dodatku samotny. Max od jakiegoś czasu wracał do naszego mieszkania średnio raz w tygodniu i choć jeszcze nic mi nie powiedział, doskonale wiedziałem, że szuka nowego lokum dla siebie i Mayi. Było mi trochę żal, że nadal to przede mną ukrywał, ale samej wyprowadzki nie miałbym mu za złe. Byli z Mayą już prawie trzy lata i to zdecydowanie odpowiedni czas na kolejny krok. Kochali się i życzyłem im jak najlepiej. To, że ja byłem sam jak palec, nie oznaczało przecież, że mój przyjaciel również będzie. Kiedyś razem wyrywaliśmy najlepsze laski w najlepszych klubach. Wolne dusze, niczym nie uwiązane, niczym nie obarczone. A potem poznał Mayę. Pewnego razu schlaliśmy się tak bardzo, że Max wziął za szampon stojący na półce klej do drewna. Do dziś nie mam pojęcia, skąd się tam wziął. Sytuacja była naprawdę nieciekawa i sami z pewnością byśmy sobie nie poradzili. Jego włosy nie były już martwą częścią jego ciała, one ożyły. W każdym razie z samego rana, zaraz po wytrzeźwieniu i zorientowaniu się w sytuacji, wybraliśmy się do najbliższego salonu fryzjerskiego. Tam właśnie spotkaliśmy młodą, rudowłosą dziewczynę, która zamiast pomóc mojemu przyjacielowi w tej tragicznej sytuacji, zwijała się ze śmiechu. I trafiło go. Jedna kawka, druga, wspólne wypady i nocne seanse. Zakochał się i nie było przebacz. Imprezowanie samemu nie miało już takich kolorów jak wcześniej. Wszystko było takie... nijakie. Na początku się z niego śmiałem, że skończy jak faceci w tych filmach. Gruby, z trójką dzieci, niespełniony i zrzędliwy, żałując, że kiedykolwiek pozwolił na coś takiego. Potem jednak, obserwując jak rozkwita z każdym dniem, oraz widząc blask w jego oczach za każdym razem, gdy Maya pojawiała się na horyzoncie... zapragnąłem tego samego. Też chciałem szykować się godzinami na pierwszą randkę i wracać nad ranem cały w skowronkach. Chciałem mieć kogoś, kogo mógłbym przytulić w środku nocy, zwierzyć się, zaopiekować i być po prostu sobą. Nie marzyłem o jakieś wielkiej miłości na wieczność, bo nie wierzyłem w tę bujdę, ale zapragnąłem jakiegoś sensownego, luźnego związku z sensowną dziewczyną. Jak na złość, żadnych sensownych nie było.

    Dochodziła siódma wieczorem. Akurat wychodziłem spod prysznica, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Na początku wcale nie miałem zamiaru odbierać, sądząc, że to znowu ktoś z pracy. Nie chciałem narzekać, w końcu jaki dwudziestodwulatek mógłby pochwalić się stanowiskiem głównego grafika w jednej z wzrastających agencji reklamowych, ale czasem ludzie z mojego działu byli naprawdę męczący. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy na wyświetlaczu zobaczyłem " KAREN ", zapisane dużymi, białymi literami. Ani ona, ani ojciec nie odzywali się do mnie zbyt często, a i ja nie byłem skory do kontaktu z nimi. Rozmawialiśmy jedynie w ostateczności, kiedy sprawa była naprawdę pilna i niecierpiąca zwłoki. Ze zmarszczonymi brwiami podniosłem komórkę i z wahaniem odebrałem połączenie.

Halo? David? - Jej głos był nieco poddenerwowany.

- To ja, Karen. Coś się stało? - zapytałem od razu, chcąc mieć jakikolwiek pogląd na sytuację.

Nie, nie. Chociaż, tak. Mam... My mamy pewien problem...- urwała z głębokim westchnieniem i ciężko wypuściła powietrze. - Chodzi o Andy'ego.

- O Andy'ego? - Tym razem uniosłem brwi tak wysoko, jak tylko byłem w stanie. Co jak co, ale jeśli chodzi o sprawy związane z braciszkiem, to raczej nie bardzo byłem w stanie pomóc. - Już wrócił?

- Nie i właśnie tu jest problem.

Nie powiem, nieco się zaniepokoiłem. Nie widziałem się z wypłoszem od wakacji, bo nie przyjechał na święta do domu, ale to już dłuższa historia. Czasem rozmawiałem z nim na Skypie i dostawałem maile od jego nauczycieli, ale poza tym nie wiedziałem, co konkretnie się u niego dzieje. Orientowałem się, że młody nadal miał przerwę od nauki. Tak właściwie to skończył już szkołę, pozostało mu czekać na wyniki i zaplanować co dalej. Chodził do szkoły prywatnej, na kierunek sztuka - rysunek i malarstwo. Był na poziomie wysoko zaawansowanym, więc powinno być w porządku. Gorzej szło mu z przedmiotów ścisłych, zawsze były dla niego czarną magią. W każdym razie miał przyjechać do Swindon kilka dni temu i zostać do połowy lutego. Co się stało, że jeszcze nie dotarł?

- O co chodzi?

- Nic takiego. To znaczy, to jest ważne, ale nie stało się nic złego.  

- Karen, możesz mi po prostu powiedzieć co się stało? - westchnąłem nieco rozdrażniony jej przeciąganiem. Chciałem w końcu zorientować się w sytuacji.

- Dobrze wiesz, że Andy nie lata samolotami. Mógł dostać się do domu tylko pociągiem, ale ze względu na czas wolny od nauki ostatnie kursy były tam zupełnie zapełnione. Udało mu się zarezerwować bilet na wtorek, ale w poniedziałek w nocy zaczęły się srogie zamiecie i wszystkie pociągi odwołano ze względów bezpieczeństwa. Ja nie mogę zostawić Sama, a twój ojciec ciężko pracuje. Na kurs busem musiałby czekać kolejne kilka dni, więc...więc...

- Więc?

- David, czy mógłbyś po niego pojechać?

Chyba się przesłyszałem.

- Co takiego? - wykrztusiłem w końcu, nie mogąc uwierzyć w prośbę Karen.

- Ja wiem, że nie jesteście szczególne blisko, ale ostatnimi czasy dogadywaliście się całkiem... nieźle. To w końcu twój brat, nie? Zrozum, on nie ma jak dostać się do domu i...- zaczęła trajkotać bez ładu i składu, a ja wysłuchiwałem tego wszystkiego z szeroko otwartymi oczami.

- Karen, wybacz mi, ale-

- DAVID!  Nie proszę cię o wiele, czemu zawsze mi odmawiasz? Nie jestem twoją matką i rozumiem, że-

- JA w przeciwieństwie do ciebie mam pracę i zobowiązania, z których MUSZĘ się wywiązać. Odkąd SIĘ WYPROWADZIŁEM - wyraźnie podkreśliłem te słowa, chcąc jej przypomnieć, że wcale nie wyniosłem się z domu z własnej woli - muszę sam się utrzymać i zadbać o siebie i moje otoczenie. Mój współlokator i przyjaciel pewnie niedługo się wyprowadzi, muszę odłożyć trochę pieniędzy na czynsz. Mam teraz ważne, dobrze płatne zlecenie, muszę doprowadzić je do końca. Przykro mi, nie mogę pomóc. 

Zawsze się jakoś wymigujesz! O pomocy w opiece nad Samem nie chcesz nawet słyszeć! Jesteś w dużo lepszej sytuacji finansowej od nas i jeszcze narzekasz! Nie dziwię się, że twój ojciec tak prędko przystał na pomysł z wyprowadzką. Jesteś niewyobrażalnie niewdzięcznym dzieckiem! I nie masz serca. On tam jest zupełnie sam i nie wie co zrobić. Ma dopiero siedemnaście lat, a ty-

- A ty wysłałaś go na drugi koniec kontynentu, kiedy miał czternaście. Jak w ogóle śmiesz mówić do mnie coś takiego?! To JA z nim rozmawiam kiedy ma problemy w szkole i to JA dostaje maile z jego wynikami. To JA odbieram go ze stacji, kiedy z niechęcią zgodzi się przyjechać do ''DOMU'' i to JA zawożę go z powrotem, kiedy z uśmiechem wraca do szkoły. To ja trzy lata temu pożegnałem go na dworcu i potargałem mu włosy, kiedy TY wyrzuciłaś z domu własne dziecko na rzecz kolejnego! I TY masz czelność prawić mi kazania na temat traktowania Andy'ego?!

- Nie dało się w wami żyć! Sprawialiście takie problemy, że-

- Nie masz prawa się tłumaczyć. Nie jesteś złą osobą, Karen, ale byłaś dla młodego najgorszą matką, jaką mógł sobie wyśnić w koszmarach. Ja byłem pełnoletni, ale on był wtedy jeszcze dzieckiem. Sama dobrze wiesz, że on nigdy nie okazuje słabości. Nigdy nie płacze. I wiesz co? Wtedy płakał. Tamtej nocy pierwszy raz zobaczyłem jego łzy, i to TY jesteś temu winna. To TY pogubiłaś się po śmierci męża, a potem w wychowaniu własnego dziecka! Dziecka, które potrzebowało kochającej matki, nie nieodpowiedzialnej kumpeli z problemami psychicznymi.

- D-david!

- Pojadę po Andy'ego, ale nie zrobię tego dla ciebie. Zrobię to dla niego, żeby nie musiał czuć się jeszcze gorzej z faktem, że tak naprawdę masz go głęboko w...- Nim zdążyłem skończyć, usłyszałem po drugiej stronie głuche pikanie, oznajmiające zakończenie połączenia. 

- CO ZA...AAAAAAA! - Krzyknąłem rozjuszony i kopnąłem mocno skórzany narożnik, przeczesując palcami wilgotne jeszcze dredy. 

Musiałem skontaktować się z szefem i upewnić się, że nie będziemy mieli żadnego nieoczekiwanego zlecenia przed najbliższe dwa dni (to, co powiedziałem Karen, było oczywiście wierutnym kłamstwem, gdyż właśnie ukończyliśmy zlecenie i teoretycznie miałem teraz dwa tygodnie luźnej pracy w domu), zadzwonić do Maxa i poinformować go o wyjeździe, a potem ogarnąć się na długą i męczącą podróż do Inverness i z powrotem. Westchnąłem ciężko, w końcu opadając na kanapę i odchyliłem głowę do tyłu, tępo wpatrując się w sufit. Byłem wściekły. Cholernie wściekły. Tak wściekły, jak już dawno nie byłem, a Max na rozmowę wybrał sobie akurat tę chwilę.

- Dav, musimy pogadać. - Zacisnąłem mocno zęby i zwinąłem dłonie w pięści, starając się nie rzucić w niego stojącym naprzeciw, szklanym stolikiem. 

- To nie jest odpowiedni moment - odparłem staranie modulowanym głosem i powoli podniosłem na niego wzrok.

- Humorek nie dopisuje, co? Nie zajmę ci wiele czasu, a sprawa jest nagląca. Posłuchaj... Wiem, że powinienem powiedzieć ci to dużo wcześniej, jesteś w końcu moim najlepszym przyjacielem, ale... prawda jest taka, że sam przez długi czas się wahałem. Nie byłem do końca pewien, czy... - Byłem na skraju i wątpiłem, by dalsze słuchanie wywodu przyjaciela mnie uspokoiło. Chciałem się przespać i przygotować psychicznie na jutrzejszy dzień.

- Wyprowadzasz się? - warknąłem cicho, starając się jednak nie brzmieć na tak zdenerwowanego, jak w rzeczywistości byłem.

- Tak. Wiem, że już dawno się domyślałeś. Za dobrze mnie znasz - zaśmiał się pod nosem i opadł na kanapę tuż obok mnie. - Powinienem całkowicie wynieść się jakoś do końca tygodnia. Mamy czwartek, więc w weekend będziesz już jedynym, prawowitym panem tego apartamentu. Czynsz jest spłacony na trzy miesiące z góry, nie musisz się tym przejmować.

- Max...

- Och zamknij się. Ty ratujesz mi dupę wszystkimi możliwymi sposobami, a ja mogę spłacić to tylko kasą i lojalnością. Za głupi jestem - ponownie się zaśmiał i poklepał mnie po spiętym ramieniu. - ''Cieszę się twoim szczęściem, przyjacielu''. Dziękuję ci, Davidzie - sarknął ironicznie, po czym westchnął pod nosem. - Tylko jedna osoba jest w stanie wprowadzić cię w taki stan - zanucił złośliwie, powoli wstając narożnika. - I nie zniszcz stolika. Naprawdę ładnie wygląda w zestawieniu z tym dywanem, nie sądzisz? - Potem skierował się do wyjścia, zapewne z zamiarem udania się do swojego pokoju i rozpoczęcia wielkiego pakowania. Przy wyjściu otwartego na kuchnię salonu odwrócił się po raz ostatni i posłał mi znaczące spojrzenie. - Pozdrów Andy'ego.

Parsknąłem jedynie pod nosem i ponownie wbiłem wzrok w sufit. W tamtej chwili jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że mój spokój został mi odebrany bezpowrotnie.



Wyjechałbym z domu z samego rana, by uniknąć korków w centrum, ale coś mnie niestety zatrzymało. Załamanie nerwowe. Silne, wyczerpujące i niszczące w skutkach załamanie. Jeszcze przed wchodem słońca - choć styczniowe słońce wschodziło dość późno - niemal potknąłem się na schodach, słysząc dzwoniący z dołu, domowy telefon. Osobą, która miała czelność dzwonić do mnie o tak wczesnej porze, okazał się być mój ojciec. Cwaniaczek. Wiedział, że na mój numer prywatny nawet nie ma co próbować. Oczywiście jak tylko zorientowałem się, z kim mam do czynienia, rzuciłem słuchawką i zabroniłem właśnie schodzącemu na dół przyjacielowi odbierać telefonów, które zgodnie z moimi przewidywaniami już po chwili zaczęły nas nękać. Do chwili odłączenia go od kontaktu, rzecz jasna. Nie zdążyłem się nawet uspokoić po sytuacji sprzed kilkunastu godzin, przez pół nocy dręczony dziwnymi snami i własną wściekłością, a ojciec pogorszył mój stan jeszcze bardziej. Zdecydowanie zbyt łatwo było mnie wyprowadzić z równowagi. Byłem porywczy, konfliktowy i nerwowy, a moja rodzina od lat działała na mnie jak płachta na byka. 

Czarę goryczy przelała jednak wiadomość, którą dostałem zaraz po odcięciu telefonu od zasilania. Nadawcą był ojciec, ale użył do tego telefonu Karen co znaczyło, że ta z całą pewnością siedzi teraz obok niego. Brzmiała następująco:

" Wczorajsza rozmowa z pewnością nie przebiegła tak, jak razem z żoną planowaliśmy. Nie spodziewałem się tego po tobie, Davidzie. Wszystko mi powtórzyła. Powinieneś spłonąć ze wstydu, po tym, co powiedziałeś własnej matce. Nie odbierasz moich telefonów, więc postanowiłem skontaktować się z tobą innym sposobem. Po tym jak tak NIEGRZECZNIE zakończyłeś rozmowę z Karen, nie chciała dzwonić do ciebie ponownie, więc zaczekaliśmy z tym do dnia dzisiejszego. Sprawa jest nagląca. Matka Karen, jak dobrze wiesz, ma w górskiej dolinie Glen Coe dom. Nikt nie przyjeżdżał tam od czasu naszych wakacji pięć lat temu. Twoim zadaniem jest podjechanie razem z Andym do chaty i sprawdzenie jej stanu. Trzeba ją sprzedać jeszcze w tym roku. Zrobisz zdjęcia i wycenisz wartość chałupy. Andy musi znaleźć pewne dokumenty, powinien wiedzieć gdzie się znajdują. Dokładne położenie domu prześlę ci później. Uważaj synu, w dolinie panują teraz ogromne zamiecie. 

Jog "

N.I.E.D.O.C.Z.E.K.A.N.I.E. Niech szlach weźmie jego i jego przeklętą, kłamliwą żonę! Że też właśnie ich przyszło mi nazywać rodziną! Za jakie grzechy?! No dobra, może i miałem trochę na sumieniu, ale byłem skłonny przeprosić każdą z tych dziewczyn, oraz podać rękę każdemu z pobitych przeze mnie chłopaków, żaby tylko zmienić imiona opiekunów. Może brzmiało to dosyć brutalnie, ale tak właśnie było. Gdybym tylko miał wybór, nie chciałbym mieć z nimi nic wspólnego. Nie dane mi jednak było wybierać. Jog był moim ojcem, a Karem macochą. Szczęście, że byłem już pełnoletni i nie mieli nade mną żadnej władzy. Prawie żadnej...

Andy zdecydowanie miał w tym wszystkim mniej szczęścia. Może i uciekł od nich, ale w świetle prawa nadal nie był do końca "wolny". Poza tym, dopiero co skończył siedemnaście lat. Ja w tym wieku nawet nie zastanawiałem się nad odkładaniem pieniędzy na własne mieszkanie i szukaniem oferty pracy, a Andy to właśnie robił. W moich oczach chłopak nadal był dzieckiem. Jego niski wzrost, wiecznie kolorowe włosy i delikatne rysy twarzy tylko upewniały ludzi w przekonaniu, że to iście kreskówkowy dzieciak, z nudów zgrywający buntownika. 

Wracając do wyjazdu z Londynu - wyruszyłem po ósmej i zgonie z oczekiwaniami utknąłem w korkach. Przez ponad godzinę przebijałem się przez centrum, zanim udało mi się wyjechać na prostą. Potem droga nie była szczególnie skomplikowana. Mimo to co jakiś czas zerkałem na nawigację, utwierdzając się w przekonaniu, że jadę właściwą drogą, oraz dobijając się, widząc drogę, jaką jeszcze mam do przebycia i obliczony na dole ekranu czas, jaki zajmie mi jej pokonanie. 10 godzin 52 minuty przy obecnej pogodzie panującej na wysokości Manchesteru, a potem Glasgow. W między czasie zatrzymałem się na wczesny obiad i chwilę postoju w Stafford. Jak okazało się niespełna dwie godziny później, dojechanie do Manchesteru zajęło mi trochę mniej, niż początkowo przewidywałem. Tam zaplanowałem sobie kolejny postój, nieco dłuży. Musiałem coś zjeść, rozprostować kości i dać odpocząć oczom. Mimo powoli narastającego we mnie zmęczenia, nie narzekałem. Od zawsze lubiłem jeździć i robiłem to nad wyraz często. Wybierałem się w przeróżne miejsca, nie raz i nie dwa byłem za granicą, by uzupełnić się w inspirację i nowe pomysły. Ukończyłem naukę na uniwersytecie w wieku niespełna dwudziestu lat, kiedy już odbywałem staż w firmie. Bardzo pomogły mi zajęcia z grafiki artystycznej i projektowej, oraz wykłady z zarządzania. Po studiach zostałem w pełni zatrudniony niemal od razu, z drobną pomocą znajomości ojca Maxa. Jednak na posadę głównego grafika zapracowałem sobie sam, ciężką pracą i talentem, którego nie mogłem sobie odmówić. Nie, nie jestem pyszny ani narcystyczny, (może odrobinę) ale znam wartość swoją oraz swojej pracy. Nad każdym projektem przesiaduję dniami i nocami, wkładając w to tyle wysiłku i serca, ile jestem w stanie. Miałem pod sobą cały zespół i jeszcze nikt nie podważył mojego zdania sensowniejszym argumentem. Pracowaliśmy wspólnie, owszem. Ceniłem sobie pracę zespołową, lecz równie mocno ceniłem sobie swoje pragnienie dominacji. I wszystkim wychodziło to na zdecydowany plus. Byłem zdania, że swoich ludzi należy szanować i współpracować z nimi, oraz upewniać im w poczuciu bycia potrzebnym, ale i dawać im do zrozumienia, że nadal jestem ich przełożonym. Nie myślcie o mnie źle, z takim samym podejściem podchodziłem do swojego szefa. Być może było mi o tyle łatwiej, że darzyłem tego człowieka sympatią i ogromnym szacunkiem. Miał nie więcej niż czterdzieści lat, a zdołał w ciągu czterech lat wejść na ciężki rynek i szybko się wybić. Traktowałem go jak pewnego rodzaju wzór. I od jakiegoś czasu chadzałem z nim na piwo. Piwo... Nabrałem ogromnej ochoty na ten napitek. Niestety, dopiero dojeżdżałem do Glasgow - gdzie chciałem zatrzymać się na dłuższą chwilę - i czekało mnie jeszcze około czterech godzin drogi. Cieszyłem się jak głupi, że zaoszczędziłem prawie półtorej godziny, aż nie dojechałem do Perth. Pogoda gwałtownie się pogorszyła, temperatura drastycznie spadła, z nieba zaczął padać gęsty, mokry śnieg, a wiatr zaczął wiać kilkukrotnie mocniej. Jechałem bardzo wolno, a i to przychodziło mi z trudem, przez niebywale ograniczoną widoczność. Zostałem nawet zmuszony zjechać z strasy i przeczekać ponad półtorej godziny w przydrożnym barze, gdy sytuacja była tak ciężka, że nie byłem w stanie ruszyć z miejsca.  W końcu jednak pojechałem dalej, w iście ślimaczym tempie. Ruszyłem prosto do Inverness. Kiedy dojechałem na miejsce, było już około dziesiątej wieczorem, a raczej w nocy, biorąc pod uwagę porę roku i ciemność dookoła. Zaparkowałem na krytym parkinu ogromnej, starej uczelni, ledwo wysiadłem z auta i ruszyłem w stronę lekko oświetlonych, gigantycznych drzwi. Byłem zmęczony, obolały, zdrętwiały, zmarznięty, głodny, zdenerwowany i śpiący, a czekała mnie jeszcze trzygodzinna podróż do Glencoe i pięć razy dłuższa do domu. Byłem pewien, że gorzej już być nie mogło...

- Wyglądasz jeszcze gorzej niż zwykle - rozległ się przebrzydły, melodyjny głosik i niesiony przez echo w ogromnym pomieszczeniu począł głośno i ciężko dudnić mi w uszach.

... A jednak mogło.


~~~

Jest i dwójeczka. Z moich obliczeń wynika, że największa śnieżyca Dwóch Wiatrów zawita wraz z postępującą wiosną  =.=

UWAGA INFO!

Na samym początku przepraszam za brak rozdziału w zeszłą niedzielę, ALE! Ale właśnie - jest "ale". Ostatnio sporo się u mnie dzieje i nie będę w stanie dodawać kolejnych rozdziałów co tydzień. Obecnie piszę dla was na bieżąco, więc po prostu się nie wyrobię. Sytuacja powinna unormować się w nadchodzące Święta Wielkanoce. Do tego czasu opowiadania będą pojawiały się na przemian, jednak co dwa tygodnie. Dziś dałam wam dwójkę DW, ponieważ kochana Nanni sprawdziła ten tekst już jakiś czas temu, a nad kolejnym rozdziałem NBR nadal pracuję. Mam nadzieję, że zrozumiecie i przeczekacie tę moją nieszczęsną, miesięczną burzę.


Trzymajcie się,

Joyssli