niedziela, 24 września 2017

7. Dwa Wiatry

 Czułem się cholernie niewyspany. W ciągu minionej nocy budziłem się niezliczoną ilość razy, podając Andy'emu wodę, poprawiając poduszki i odgarniając z czoła przepocone kosmyki włosów. W pewnym momencie chciałem zejść na dół i zaparzyć mu napar, który wyraźnie mu pomagał, ale wypłosz nie chciał mnie puścić. Był do mnie przyklejony nawet wtedy, gdy już dawno zapadł w sen. Wówczas miałem czas na rozmyślania. Bezsensem byłaby próba ponownego zaśnięcia, gdy miałem pewność, że niebawem przeraźliwy atak kaszlu dzieciaka wyrwie mnie z drzemki po raz kolejny. Zastanawiałem się więc nad obecną sytuacją. Wracałem pamięcią do chwil, w których Andy chorował i faktycznie udało mi się dostrzec pewne podobieństwa w jego zachowaniu. Z początku wcale nie było to takie oczywiste, bo Karen w pewnym momencie przestała okazywać swojemu synowi jakiekolwiek zdrowe zainteresowanie i przejawy matczynej troski, nie wykluczając okresów jego choroby. Mimo wszystko, pamiętałem wyraźnie jedną z tych sytuacji, w której Andy na boso, w środku nocy, dreptał do pokoju rodziców. Był wtedy rozdygotany i przerażony, ale choć pukał, wołał i prosił, drzwi do sypialni Karen i Joga nigdy nie zostały dla niego otwarte. Zdaniem matki był już wystarczająco duży, by spać samemu nawet podczas choroby. Andy miał wtedy dziesięć, może jedenaście lat, ale obraz grymasu zawodu, lęku i rozpaczy malujący się na twarzy kurczowo ściskającego w ramionach poduszkę chłopca wyraźnie temu przeczył. Był wtedy jeszcze dzieckiem, na litość boską. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i nawet nie próbowałem zrozumieć sposobu myślenia Andy'ego, jego poczynań ani tego, czym się wtedy kierował. Ale może to właśnie dlatego głaskałem teraz po głowie nastoletniego chłopaka. Nikt się nim nie interesował, nie troszczył się, nie układał do snu, kiedy ten był chory. Przecież każde dziecko tego potrzebuje. On tego nie miał, więc logiczne byłoby pragnienie uzyskania tego teraz, a ja, z jakiegoś powodu wcale nie byłem niezadowolony z bycia tym, który może mu to dać.

- Zimno mi - Wychrypiał w moją szyję, pociągając przy tym nosem. 


- Niedługo zejdę na dół i rozpalę w kominku. Ty weźmiesz w tym czasie gorącą kąpiel i się rozgrzejesz. Zrobię napar, później śniadanie i obiad, posadzę cię przed kominkiem i sam pójdę się myć. - Przedstawiłem mu plany na dzisiejsze przedpołudnie, szczelniej okrywając go kołdrą. 


On tylko mruknął coś pod nosem i zadrżał, kiedy przez przypadek musnąłem dłonią dolną część jego pleców. Następnie wczepił się we mnie niczym rzep i absolutnie nie przesadziłem z tym stwierdzeniem. Przywarł do mojej klatki piersiowej, wciskając się w nią tak, jakby chciał tam wchłonąć. Czułem go każdą częścią swojego ciała i to znowu robiło ze mną dziwne rzeczy.


- Andy, odsu-

- Możemy tak zostać? 


- Nie, jesteś za blisko. Ogarnij się i-


- Tylko na chwilę. - Przełknąłem nerwowo ślinę, miarowo ściskając i poluźniając ścisk pięści. 


- Zatraciłeś pojęcie utrzymywania prawidłowiej przestrzeni osobistej pomiędzy dwoma facetami? Jeszcze chwila i poczuję się molestowany. - Sarknąłem, nieudolnie próbując go od siebie odczepić. 


- Jesteś ciepły. - Szepnął w momencie, w którym odciągnąłem od siebie jedną z jego dłoni. - Jesteś ciepły.


- Ej... - Zmarszczyłem brwi, słysząc lekkie drżenie jego głosu.


- Ciepło jest takie dobre. 


- Młody, co ci...- Próbowałem spojrzeć na jego twarz, ale wciąż bezwstydnie wciskał ją w zagłębienie mojej szyi.

- Wiedziałem, że jest inne niż zimno, ale...

- Zaczynasz bredzić. Może jeszcze się prześpij, co? - Zasugerowałem, bo jak Boga kocham, zaczęły mi się pocić dłonie.

No bo o co mogło mu chodzić? Nigdy nie lubił ciepła. Zimą nosił jesienne ubrania, w lecie nie wpuszczał do pokoju promieni słonecznych i obstawiał się klimatyzatorami. Żadnych kurtek, pierzyn, grzejników, słońca, saun czy gorących napoi. Jedynie grubsze bluzy i swetry oraz jego puchaty koc. Zresztą mniejsza o niego, to ja miałem zasadniczy problem! Zaczynałem poważnie zastanawiać się nad swoim zdrowiem psychicznym, fizycznym i po części seksualnym. Nie to, żebym odczuwał coś w ten deseń, ale to i tak nie było normalne. Byłem niesamowicie spięty, zdezorientowany i nawet przerażony swoimi reakcjami, a raczej ich brakiem. Bo to nie tak, że denerwowałem się, ponieważ czułem się źle, obrzydliwie i niekomfortowo. Czułem się dobrze, przyjemnie i cholernie komfortowo i właśnie to w ów dyskomfort mnie wprawiało. Jestem dorosłym facetem obejmującym nastolatka, w dodatku nielubianego przeze mnie przyszywanego brata. Powinienem czuć niechęć i zgorszenie, a w najlepszym z możliwych wypadków troskę, ale na pewno nie satysfakcje! Nie chciałem tego i z coraz większym lękiem odkrywałem, że moje ruchy powoli przestają być zależne ode mnie. Jakbym podświadomie chciał go objąć, ale przecież wcale tak nie było! Mój mózg wymyślał dla ciała coraz to nowe wymówki, a ja nie miałem na to wpływu. Machinalnie kładłem dłoń blisko włosów Andy'ego, bo przecież tak jest wygodniej, mówił mózg. Co z tego, że ramie drętwiało mi po kilku minutach. Kiedy Andy opierał na nim głowę, mrowienie jakby automatycznie znikało. Czułem tylko fakturę jego miękkich, czerwonych włosów.

- Andy? - Szepnąłem niepewne, po kilku minutach srogiej ciszy. - Wszystko w porządku?

- To nic. - Odpowiedział ledwo słyszalnie, lekko rozluźniając wszelki uścisk i, ku mojemu niepożądanemu rozczarowaniu, odsuwając się nieco. - Po prostu jest mi naprawdę zimno.


***


Byłem ostro wnerwiony. Śnieżyca nie ustępowała i zaczynało mnie to coraz bardziej niepokoić. Paliwo zużywało się szybko i bezpowrotnie, a na obecną chwilę nie było żadnego sposobu, by zdobyć go więcej. Musieliśmy więc jeszcze bardziej ograniczyć korzystanie z agregatu, przez co brałem dziś prysznic w ledwie letniej wodzie. Kuchenki używałem zaledwie trzynaście minut i tylko cudem udało mi się zrobić przez ten czas jakiś obiad. Fakt faktem, sporego pola do popisu i tak nie miałem. Przygotowanie makaronu z sosem może i nie było ogromnym, kulinarnym wyczynem, ale po odpowiednim doprawieniu papryczką chili, imbirem, kurkumą, tymiankiem, rozmarynem, solą i pieprzem, dodaniu masła orzechowego, suszonej żurawiny i łyżki miodu mogłem śmiało stwierdzić, że wyszło naprawdę nieźle. Cóż, mi smakowało, a Andy nie miał praw do składania zażaleń. Wracając, obiad musiałem zrobić wcześniej, co również mnie zdenerwowało. Wypłosz zjadł na śniadanie jedynie dwie kromki pieczywa kukurydzianego z dżemem i wypił szklankę ciepłego mleka, które swoją drogą przypaliłem, niszcząc w ten sposób jeden z nielicznych garnków. Samo przyrządzanie posiłku również mnie irytowało, choć na to nie miałem odpowiedniego wyjaśnienia. Byłem po prostu zły. Później stałem się jeszcze bardziej zły za sprawą ubrań Andy'ego, które musiałem przeprać. Zostały mu już tylko letnie ubrania, więc wcisnąłem go w moją bluzę, samemu zostając w 

stosunkowo cienkim t-shirtcie z długim rękawem. Posprzątałem też nieco strych i uzupełniłem zapas świeczek o te znalezione w piwnicy. Wychodząc z niej pobrudziłem sobie dresy jakimś smarem i to chyba był właśnie ten moment, w którym moje lewe oko poczęło niepokojąco drgać. Nigdy nie byłem człowiekiem grzeszącym cierpliwością, a swój limit i tak przekroczyłem już kilka dni temu, wyciągając wypłosza z piwnicy. 

No i tak dotarliśmy do podstawowego powodu mojego tragicznego samopoczucia, głównej gwiazdy wieczoru, prowodyra zaistniałej sytuacji i niezaprzeczalnego winowajcy niefortunnych zdarzeń, które miały niebawem nadejść. Miałem bowiem przebiegły plan, który to odpowiednio wprowadzony w życie pomógłby mi pozbyć się wszelkich zmartwień na czas bliżej nieokreślony. Tak właśnie myślałem, wyjmując z szafki gąsiorek wiśniówki i przygotowując niemały dzban grzańca. Wszystko to oczywiście uczyniłem w celach leczniczych, jak zapewniłem zaskoczonego wypłosza, który, mimo początkowych protestów, prędko stracił zapał do spierania się i zgodnie z moimi zaleceniami pochłoną pierwszy kieliszek burgundowej cieczy. Na kominkowym zegarze wybiła piąta wieczór, gdy trzeci już raz zapełniałem naczynie nalewką, nie przestając również pilnować grzańca w kubku Andy'ego. 


- Pij, pij. Musi być gorące, żeby zadziałało. - Poinstruowałem go, powstrzymując przy tym nikczemny uśmiech. 


Na czym tak właściwie opierał się mój łajdacki plan? Otóż po pierwsze, był wielofazowy, co dawało mi zróżnicowane pole działania i rozmaite możliwości na poszczególnych etapach. Pierwszym z nich było sięgnięcie po alkohol i uśpienie moralności oraz wyzbycie się wyrzutów sumienia, wmawiając sobie działanie na rzecz dobra wyższego i zdrowia psychicznego. Chciałem wszystko rozegrać powoli i gładko, jednak ponownie klejący się do mnie wypłosz, powodujący palpitację serca, zimne poty, przyspieszony oddech i gęsią skórę, jak zawsze niezawodnie zrównał z ziemią mój ledwie odbudowany mur samokontroli. 


- Dobrze się czujesz? - Zapytałem starannie modulowanym głosem, będąc spiętym do granic wszelkich możliwości. 


- Od twojego ostatniego pytania tego typu minęło dziesięć minut. Niewiele się zmieniło. 


- Tym razem pytam o twoje zdrowie psychiczno-emocjonalne. - Wyjaśniłem wspaniałomyślnie, rzucając na niego morderczym wzrokiem. 


- Skąd znasz takie trudne sformułowanie? 


- Szkoda, że zostawiłem telefon na górze. Jeśli nie zdążę udokumentować tego, zanim poczujesz się lepiej i przestaniesz świrować, wszystkiego się wyprzesz, a mi nikt nie uwierzy. -  Nie odpowiedziałem na jego złośliwe pytanie, od razu się odgryzając. 

-Jeśli wypomnisz mi to choć jeden raz, kiedy wyzdrowieję...- Odsunął się prędko, patrząc na mnie spod byka.

- Nie mam zamiaru niczego ci wypominać, ale chcę uzyskać jakąś odpowiedź! Nie wmówisz mi, że nagle doznałeś objawienia i stałeś się przylepny i potulny, bo nie uwierzę, że przez te wszystkie lata ukrywałeś przed światem swoje prawdziwa „ja”. A może przez chorobę doznałeś jakiegoś porażenia komórek mózgowych i już sam nie wiesz, kim jesteś, co? Nigdy, powtarzam, NIGDY się tak nie zachowywałeś, więc masz mi wyjaśnić, co ty do cholery odpieprzasz? Jakiś syndrom niechcianego dziecka masz, czymkolwiek by to nie było?! Było sobie znaleźć w Inverness jakąś starszą cizię i załatać pustkę w serduszku. 

Idę na górę. - Wychrypiał i poderwał się z miejsca, cały czas wlepiając we mnie to dziwne spojrzenie. 

- NIE, NIGDZIE NIE IDZIESZ! - Krzyknąłem, niezbyt delikatnie pchając go z powrotem na kanapę.  - MASZ USIĄŚĆ NA DUPIE, BO MUSIMY SOBIE NA SPOKOJNIE POROZMAWIAĆ!


- Nie chcę cię martwić, ale jak na razie kiepsko ci idzie. - Mruknął niezadowolony, ale nie próbował ponownie się podnieść. 


Drgnąłem niespokojne i potarłem dłońmi zmęczoną twarz, a z moich ust wyrwał się bliżej nieokreślony, histeryczny dźwięk rozpaczy. Jebać fazowy plan. Byłem już tak daleko od mojej granicy opanowania, że tylko jedno mogło mi pomóc. 


- PIJ TO. - Podsunąłem mu pod nos kolejny kieliszek nalewki, samemu opróżniając do końca swoją szklankę. 

- Uspokój się...


- JESTEM PIERDOLONĄ OAZĄ SPOKOJU. - Odwarknąłem, wolną już dłonią dolewając sobie trunku i mocno naparłem plecami na oparcie kanapy. 


Przez następne dwadzieścia minut w pokoju panowała kompletna cisza. Wypłosz nawet nosem nie pociągnął, a ja stale dolewałem alkoholu do obu naczyń. No i co dalej? Zaciągnąłem go tu, wlałem w niego trzy kubki grzańca i sporo nalewki, a teraz nie miałem pojęcia co począć. Chciałem tylko poczuć się lepiej sam ze sobą, a wyszło na to, że poczułem się dużo gorzej. Zamiast spróbować zrozumieć Andy'ego i własne zachowania, upiłem chłopaka i jeszcze na niego nawrzeszczałem, tak właściwie za nic. Znaczy, za jego przylepność, która wywoływała we mnie dziwne odczucia. Za jego przylepność spowodowaną czort wie czym, a że czortem nie byłem, to nie wiedziałem, popadając przez to w coraz większy obłęd. Tak, to zapewne w wyniku ów obłędu stwierdziłem, że mógłbym się do tego przyzwyczaić. I niezależnej ode mnie pracy mojego ciała, rzecz jasna. Ale nie ważne, bo ostatecznie stanęło na tym, że siedzieliśmy cicho na kanapie, a atmosferę tępym nożem można było kroić. Zniszczyłem nam obu nastrój, wydoiłem pół gąsiorka nalewki, a problem jedynie wzrósł, bo nagle poczułem się naprawdę źle w panującej między nami ciszy. I był jeszcze chłód. Chłód, mimo że od kominka dzieliły mnie zaledwie dwa metry, a na ramiona zarzucony miałem cienki koc. Chłód, ponieważ Andy siedział na samym skraju kanapy, od pół godziny wpatrując się w płomienie. 


- Tak naprawdę skończyłem szkołę prawie pół roku temu. - Odezwał się cicho, kiedy zegar wskazał siódmą wieczór. - Chciałeś rozmawiać. - Wzruszył ramionami, błędnie odczytując moje zdumienie. 


- Jak to pół roku temu? - Zmarszczyłem brwi, odwracając głowę w jego kierunku. 


- Rok szkolny w tej placówce wyglądał zupełnie inaczej niż w zwyczajnych szkołach. Zaczynał się trochę później, kończył wcześniej, ale chodziliśmy na zajęcia również w weekendy, a normalne lekcje trwały do siedemnastej. - Wyjaśnił spokojnie, wciąż popijając swojego grzańca. 

- Nie miałem pojęcia. Zawsze wyjeżdżałeś i wracałeś zgodnie z funkcjonowaniem normalnych szkół. Dlaczego nic nie powiedziałeś? Rodzice...- 


Co za bezsens. Oczywiście, że rodzice o tym nie wiedzieli. Niby skąd by mieli, skoro w życiu nawet nie zapytali o szkołę Andy'ego. Znali adres oraz wiedzieli, że młody dostał się do niej bez żadnych problemów. Widocznie tyle im wystarczało.


- Miałeś prawo nie wiedzieć, nie? Szkoła zapewniła mi meldunek w tamtejszym internacie, więc mogłem przebywać tam cały czas. Przyjeżdżałem wcześniej, wyjeżdżałem później i nie było z tym żadnego problemu, więc ani ty, ani opiekunowie prawni nie zostaliście powiadomieni. Poza tym...- Westchnął ciężko, biorąc porządny łyk aromatycznego trunku. -... Znacznie bardziej wolałem być sam w pustym gmachu, niż czuć się samotnie w miejscu, w którym się wychowałem. Nie miałem zamiaru nikomu mówić.


- Więc dlaczego mówisz mi teraz? 


- Bo chciałeś porozmawiać. - Przypomniał, po czym zmarszczył brwi, jakby w zastanowieniu. - I właśnie mnie upijasz. 


Sarknąłem, szybko odwracając wzrok i pociągając solidny łyk ze swojej szklanki. Co fakt, to fakt. Już nawet sięgałem po dzbanek grzańca i nalewkę, by odnieść wszystko do kuchni, ale zrezygnowałem. Co prawda sam czułem już przyjemne szumienie w mojej głowie, a Andy wcale nie wypił mniej, ale czego ja nam będę żałował? Nie miałem zamiaru się schlać, młody pewnie niedługo padnie. Alkohol sprawnie rozwiązał mu język i pomógł zabić czas. Oto i plusy dzisiejszego wieczoru.


- I co tak właściwie miałeś zamiar zrobić, co? - Odetchnąłem, ponownie na niego zerkając. - Zostałbyś w domu jakiś czas?


- Nie myślałem o tym. - Mruknął nieprzekonująco, przenosząc wzrok na stygnący płyn w jego kubku.


- Jasne. - Uniosłem kpiąco brwi, dolewając mu przy tym wiśniówki. - W życiu w to nie uwierzę. 


- Wiem. - Uśmiechnął się lekko i przymknął oczy. - Zacząłem rozważać to jeszcze przed wyjazdem do szkoły.


- W zeszłym roku?


- Nie, przed pierwszym wyjazdem. - Wyjaśnił, a ja, choć przecież nie mógł tego dostrzec, spojrzałem na niego zdziwiony. - Już wtedy zastanawiałem się, co zrobię po skończeniu szkoły. Jasne było dla mnie, że nie będzie mnie stać na wynajem, a co dopiero kupno jakiegoś lokum. Ostatecznie nie jestem nawet pełnoletni, a po szkole artystycznej będzie mi ciężko znaleźć pracę, która pozwoliłaby mi opłacić czynsz. Wiedziałem to od samego początku, ale i tak wyjechałem. Tak właściwie nie miałem wyjścia. Gdybym został, zamieszkałbym u ciotki albo babki, więc teoretycznie to tam powinienem się udać po powrocie. Wtedy jednak jaki sens miałby mój wyjazd? 


 Poprawił otulający go koc i spojrzał na mnie tego rodzaju wzrokiem, który bezproblemowo zmuszał mnie do niekontrolowanych działań, takich jak bliski kontakt cielesny. Automatycznie więc przysunąłem się bliżej i objąłem go ramieniem. Procenty krążące w moim organizmie sprawiały, że wtedy nie wydawało mi się to nawet ani trochę nieodpowiednie.


- Więc co? - Pokręcił się chwilę, po czym wzruszył ramionami, opierając na mnie cały ciężar swojego ciała.


- Myślałem nad dzieleniem z kimś lokum na obrzeżach miasta lub po prostu akademikiem, ale oba wyjścia nie były do końca idealne. Po pierwsze, ludzie nie potrafią ze mną żyć. 


- To ty nie potrafisz żyć z ludźmi. - Mruknąłem pod nosem, bawiąc się pustą szklanką. 


- Po drugie...- Kontynuował, w ogóle niezrażony moją zaczepką. -... I tak musiałbym jakoś spłacić swoją część czynszu i zapewnić sobie jakiś byt. Jedzenie, chemia i tak dalej, to wszystko przecież kosztuje. Mam trochę oszczędności, a pieniądze na moją edukację będę dostawał jeszcze przez kilka miesięcy, ale to i tak niewiele. Rodzice w życiu nie wspomogą mnie finansowo, a nawet jeśli, to nic od nich nie wezmę. No i są jeszcze studia. 


- No właśnie, co z akademikiem?


- Zacznę we wrześniu, to ponad pół roku. W dodatku tu chodzi o walkę o stypendium, które pokryłoby koszty.


- Gdzie tak właściwie chcesz studiować? 


- Nie powiem ci. - Bąknął, w końcu odstawiając kubek i chwytając w dłonie pełną szklaneczkę nalewki. 


- E? Dlaczego? 


- Bo nie. 


- Nie ma "bo nie", powiedz mi. - Szturchnąłem go, kiedy pił, przez co podkrztusił się i spojrzał na mnie z żądzą mordu, a przynajmniej zapewne tak miało to wyglądać i wyglądałoby, gdyby nie leżał na mnie w stanie nietrzeźwości, nie kontrolując w dodatku swojej mimiki twarzy. 


- Ale będziesz się szarogęsił...- Zabawnie nadymał usta i opróżnił naczynie do końca, krzywiąc się przy tym wyraźnie, po czym odstawił je i opadł na mnie bezsilnie. - University of the Arts...


- W Londynie? Idziesz na mój uniwerek? - Parsknąłem niekontrolowanie, po czym wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. Ot tak, po prostu.


- Zamknij się. I nie twój, ty już kończysz zabawę w studenta. - Pociągnął mnie za dredy i kiedy przestałem się śmiać, ułożył się wygodniej, wciskając mi poduszkę w twarz. 


- No już dobrze, gdzie konkretnie? - Zapytałem już na spokojnie, wplatając dłoń w jego włosy. 


- Zastanawiam się, czy nie pójść najpierw do London College of Communication, a dopiero potem-


- Przecież masz już dyplom ze swojej szkoły. Jesteś na to za dobry, idź od razu na ten trzyletni Design. - Skinąłem głową, jakby na potwierdzenie swoich słów, by następnie spojrzeć na Andy'ego i przekazać mu swoją rację również kontaktem wzrokowym. 


On również na mnie patrzył. Leżał na mojej klatce piersiowej, więc wzrok kierować musiał ku górze. Jego włosy rozsypały się luźno, okalając mu twarz czerwoną aureolą, którą nieustannie gładziłem opuszkami palców. Uśmiechał się. Uśmiechał się w szczery, leniwy sposób, mrużąc przy tym oczy. Wyglądałby niewinnie, gdyby nie te rubinowe kosmyki i ostatnie krople burgundowej cieczy na jego ustach. Zazwyczaj były wąskie i blade, kolorem przypominając resztę jego skóry, jedynie trochę bardziej zaróżowionej i spierzchniętej. Teraz, dzięki palącemu alkoholowi, były ciemne, pełne i lśniące, dodatkowo, w potrzebie zaczerpnięcia oddechu, delikatnie uchylone. Pchany fascynacją i popędzany szumem w mojej głowie pochyliłem się nieco, nie odwracając swojego wzroku od wiśniowych kropli dopóty, dopóki moje powieki całkiem nie opadły, a kiedy ciemność ogarnęła mnie doszczętnie, inne zmysły wyostrzyły się czterokrotnie. Usta Andy'ego były gorące i miękkie. Kuszące. I chociaż było to zaledwie muśnięcie, może kilka, czułem je na swoich bardzo dokładnie, kiedy oddawały moje pocałunki. Gdy otworzyłem oczy, uderzyło we mnie jasne światło płomieni, choć moja głowa ani drgnęła. Ognień tańczył swawolnie w jego oczach tuż obok mojego odbicia, a ja, patrząc na to, czułem się, jakbym płonął. Nawet kiedy z powrotem oparłem głowę na kanapie i zwróciłem wzrok w stronę okna, za którym nieprzerwanie szalała śnieżyca, czułem to. Żar pochłaniał mnie bezpowrotnie, a jedynym miejscem nietrawionym przez palące płomienie były opuszki palców prawej dłoni, którymi wciąż gładziłem czerwone kosmyki. 




~~~


Ahoj! Przybywam do was po...miesiącu? Porażka, ja wiem. Dajcie mi jeszcze chwilę i wrócimy do zaburzonego rytmu ;)

Pragnę jeszcze zauważyć, że Dwa Wiaty niebawem dolecą do celu. Chciałam zakończyć to opowiadanko w dziesięciu rozdziałach, więc mam nadzieję, że się wyrobię.

Przepraszam Was bardzo za zwłokę,
Joys






czwartek, 24 sierpnia 2017

16. Captive

Trochę świątecznego klimatu na ochłodę ;)



Captive
Na uwięzi 



Czy doprawdy na żelaznej uwięzi trzymane
jest stworzenie kochane?




Święta, święta i po? Nie, nie ma tak dobrze. Ta słodka męczarnia trwać miała przez jeszcze trzy dni, aż najbliższa rodzina w końcu wyniesie się z jego domu. Nawet nie chodziło o to, że za nimi nie przepadał, bo i jak miał wypracować sobie jakiekolwiek zdanie na temat ludzi, których widział kilka razy w życiu. Widywali się maksymalnie kilka razu w roku, na ceremoniach pogrzebowych i na święta Bożego Narodzenia, choć usłyszawszy ciche narzekania matki, mógł śmiało wywnioskować, że zjeżdżają się w te tylko i wyłącznie z powodu tradycyjnych, zimowych wyprzedaży w Londynie*. Zapewne liczyli również na hojne prezenty, choć wiadome było, że wuj Herman otrzyma od Clavelów obrzydliwy sweter, skarpety bądź szal. Z całą pewnością, jako że rodzice chłopaka nie odwiedzali pospolitych sieciówek, będzie on prosto od projektanta, a wuj, jak co roku, sprzeda go za połowę wartości, by po powrocie do domu utopić pieniądze w whisky. Ciotka Greta natomiast będzie udawała zachwyconą nowymi perfumami, które dostawała od zawsze, a których zapach nigdy jej się nie podobał. Pod tym względem najlepiej wypadał sam Victor, który nie zdążył - przez te kilka spotkań - narobić sobie wśród rodziny wrogów, a jego "ciężki stan zdrowotny" wywoływał nikłą falę współczucia ze strony tych "dobrodusznych i empatycznych". Mógł więc liczyć na podarunki niezłośliwe, dobrej jakości i w miarę udane, takie jak bezprzewodowe słuchawki, ogromna poduszka w kształcie nuty, z wyszytym na środku jego imieniem, rzemyk z zawieszką czy kosz czekolad świata, których, swoją drogą, nie mógł jeść. Przy najbliższej okazji miał zamiar oddać je komuś, kto naprawdę będzie miał z ich zjedzenia trochę radości. 

Chłopak westchnął ciężko, z lekkim niesmakiem wpatrując się góry tradycyjnych ciast, zamówionych w najlepszych cukierniach kilka dni wcześniej. Kurier jeszcze dziś rano przywiózł je do domu, tak samo jak indyka i resztę stojących na stole potraw. Jedyną rzeczą, którą Clavelowie robili sami, było otwieranie ich drogocennych win. Nakrywanie stołu, gotowanie, ubieranie choinki czy przyozdabianie domu - tym wszystkim zajmowali się wynajęci do tego ludzie. Zastawa była śnieżnobiała, wcześniej na pewno dokładnie wypolerowana, potrawy kształtem nie przypominały nawet tego, czym były, sztuczna choinka przystrojona została skromnie, w odcieniach złota i beżu, z jednym sznurem dających ciepłe światło lampek, a ozdoby w domu ograniczały się do czerwonych i beżowych świec. Chłopak patrzył na to wszystko i był coraz bardziej przybity. Jego rodzice nie zwykli gotować, a większość służby po wykonaniu swoich obowiązków dostała dwa dni wolnego, więc brakujące potrawy zostały zamówione. Dokładnie wyselekcjonowane, z wykluczeniem wszelkich szkodliwych i uczulających składników, które zastąpione zostały ich substytutami. Reszta rodziny nie wyglądała na niezadowoloną, ale zdaniem Victora były bez smaku. Jak większość jedzenia, które spożywał. Choinki również nie mogli mieć prawdziwej, gdyż było to ryzyko wprowadzenia do domu zarazków. To samo tyczyło się świątecznych skarpet, będących skupiskiem kurzu i bakterii. Jakby nie patrzeć, w obecnej sytuacji dziwem nad dziwy było samo wpuszczenie do domu takiej ilości ludzi, będących chodzącą wylęgarnią chorobotwórczych drobnoustrojów. Oto i świąteczny cud Victora Clavela. 

Rzadkością było również "rodzinne" zachowanie jego matki, wynikające zapewne z nieznacznych wyrzutów sumienia, spowodowanych sytuacją sprzed kilku dni. Tak więc dokładnie dwa dni przed przyjazdem gości, pod nieobecność ojca, chłopak zszedł do podziemi, żeby w końcu móc swobodnie napatrzeć się i posiedzieć w teoretycznie swoim samochodzie. Każda osoba zatrudniona w rezydencji Clavelów zajęta była dopinaniem zleconych im zadań na ostatni guzik, więc nikt nie zwrócił uwagi na zniknięcie nastolatka. Doktorek rzecz jasna był doskonale poinformowany. Sam nawet szczelnie odział podopiecznego w gruby, beżowy, zimowy płaszcz i zbliżonego koloru rękawiczki oraz szal. Kiedy zaś wyciągał w jego kierunku czapkę, chłopak spuścił nieco głowę i spojrzał na przyjaciela w sposób, który wywołał u niego falę śmiechu odrzucenie czapki w najciemniejszy kąt pomieszczenia. Potem Victor mógł swobodnie zejść do podziemi, a następnie niezauważenie wymknąć się na zewnątrz. Nikłe ilości topniejącego śniegu tworzyły brudne, szare kałuże na codziennie oczyszczanych chodnikach, jednak nawet to wydawało się mu naprawdę... piękne. Po prostu prawdziwe i piękne. Miał nieopisaną ochotę po prostu, jak małe dziecko, wskoczyć w jedną z nich, ale obawiał się plam na jasnym ubraniu, które zauważone z całą pewnością nie przeszłyby bez echa. Przeniósł więc wzrok w stronę alei. Na nielicznych drzewach i krzewach pozostało jeszcze trochę przymarzniętego, białego puchu, jednak toczące się po gałęziach zimne krople jasno mówiły, że już niebawem korony pozostaną zupełnie łyse. Naprawdę szkoda. Chłopak westchnął cicho i ruszył przed siebie. Obejście domu, ogrodu i alei zajęło mu nieco więcej, niż przewidywał, ale cicha ekscytacja i radość widoczna w jego oczach stanowczo odpierała uczucie drętwienia w koniuszkach palców i szczypania mocno zaczerwienionych policzków. Kilka razy minął ogrodników, przycinających rośliny i rozwieszających lampki choinkowe, ale nie zwrócili na niego większej uwagi, chcąc wyrobić się ze wszystkim w ostatnich godzinach swojej pracy. Skierował się w stronę wschodnich drzwi dopiero wtedy, kiedy stwierdził, że nie czuje stóp, a z nieba zaczął kropić lodowaty deszcz. Nie zdążył jednak dojść do celu, kiedy jego uwagę przykuł samochód podjeżdżający pod rzadko używane wejście z tyłu domu. Katering i inne dostawy oraz wszelakiej maści przesyłki zawsze kierowane były do wjazdu z zachodniej strony, goście wchodzili tylko i wyłącznie od frontu, a rodzice wjeżdżali go garażu. Tyłu używała czasem służba, ale nikt z pracujących tam osób raczej nie jeździł nowiutkim Audi A7, wartym około czterdziestu ośmiu tysięcy funtów* i nie było to bynajmniej auto należące do jego ojca. Do matki również, więc jakież było jego zdziwienie, gdy to właśnie jej sylwetka wyłoniła się po otwarciu drzwi pasażera. Miejsce kierowcy zajmował zaś wcześniej wysoki, dosyć młody mężczyzna, teraz wyjmujący w bagażnika dwie, sporej wielkości walizki, które pani Clavel zawsze zabierała ze sobą w tygodniowe delegacje. Victor nie próbował się chować ani wcześniej, kiedy samochód podjechał pod dom, ani kiedy matka prowadziła ożywioną dyskusję z towarzyszem, ani później, kiedy żegnała go namiętnym pocałunkiem. Przyglądał się tej scenie z niewzruszoną miną, wciąż pozostając niezauważonym. Zmieniło się to w momencie, w którym drzwi otworzyły się przed nim i stanęła w nich zdziwiona kucharka, trzymająca w dłoni pudełko z małymi lampeczkami-bombkami, chcąc zapewne zanieść je ogrodnikom. Zaczęła od razu lamentować nad jego wyglądem i nieodpowiedzialnością, krzykami błagając go, by wszedł do środka. Wytłumaczył się pokrótce i ostatni raz odwrócił głowę w stronę tylnego wjazdu, którym czarne auto właśnie opuszczało posesję. Skierował wzrok również na matkę, a ich spojrzenia na ułamek sekundy się skrzyżowały. Potem oboje zniknęli w drzwiach rezydencji. 

Teraz Victor z narastającym zirytowaniem obserwował rzucającą szerokimi uśmiechami rodzicielkę, nienaturalnie łaszącą się do równie zadowolonego ojca. Prawdziwa, świąteczna szopka. Nie pamiętał, kiedy ostatnio się tak zachowywali. Być może był zbyt mały, by pamiętać, a może po prostu nigdy nie było między nimi czegoś takiego. Czegoś prawdziwego, rzecz jasna. Kiedyś, dawno temu, całowali się na dzień dobry i do widzenia bez tego obrzydliwego fałszu, ale nawet wtedy to było po prostu neutralne. Pocałunek dwóch odrębnych jednostek, które stykają ze sobą usta według zapisanego w umysłach, przez lata wyćwiczonego schematu. Nic mniej, nic więcej. 

Tak więc siedział na szerokim krześle obitym ciemną, ekologiczną skórą i zastanawiał się, czy jego rodzicielka jest na tyle zdesperowana, by - w celu utrzymania swojej powierzchownej aury dobrej i kochającej kobiety - pozwolić mu na krótki spacer. Oczywiście nie rozmawiali o całym zajściu. Wątpił, by w ogóle potrafili jeszcze normalne rozmawiać, niemniej jednak od tamtego dnia była o wiele bardziej przystępna. Przymykała oko na tak wiele rzeczy, że sam ojciec niejednokrotnie uniósł brew naprawdę wysoko. Cóż, zdarzały się już takie sytuacje, a jemu zdarzało się je wykorzystywać, jeśli to w ogóle było odpowiednie określenie. Inaczej - odpowiednio użytkował okazję do normalnego życia. 

- Mamo? - Odezwał się cicho, jednak na tyle wyraźnie, by skupić na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych. - Zastanawiałem się, czy mógłbym wybrać się na krótki spacer. Zemdlił mnie zapach słodkości. 

Kobieta odchrząknęła nerwowo, mimo wszystko cały czas utrzymując na twarzy sztuczny uśmiech. 

- Nie wszyscy skończyli swój posiłek, Victorze. Byłoby niegrzecznym wstawać teraz od stołu. Poza tym, mamy gości. Przyjechali do nas z daleka, więc należałoby spędzić z nimi tyle czasu, ile jesteśmy w stanie. Nie zobaczymy się prędko. - Poinformowała go usłużnie, kierując wzrok na siedzącą przy stole rodzinę. 

- Nonsens, moja droga. Jeśli chłopak nie czuje się dobrze, niech pójdzie się przewietrzyć. Mamy dziś piękny wieczór. Nikt z nas nie będzie miał absolutnie nic przeciwko, czyż nie? - Zagabnęła ciotka Amanda, a reszta bez chwili zwłoki zgodnie skinęła głowami. 

Ona jako jedyna wśród całej familii uważała, że Victor powinien więcej przebywać na świeżym powietrzu i co roku nie przepuszczała sposobności, by wygłosić swoje racje. Była żoną zmarłego przed laty, najstarszego brata jego ojca, wuja Rogera, oraz, pomijając dziadka Hermana, najstarszą osobą podczas corocznych zgrupowań. Można było też nazwać ją przysłowiową "czarną owcą", bo choć teraz każdy bez wyjątku szanował ją i odczuwał respekt, kiedyś było zupełnie inaczej. Z tego, czego dowiedział się od ciotki Grety kilka lat temu, ślub wuja Rogera i ciotki Amandy był niemal skandalem. Mimo wysokich wpływów i dogodnej sytuacji finansowej Humphrey'owie byli farmerami, niemogącymi równać się swoją pozycją z rodziną Clavelów. Nie trudno jest się więc domyślić, jakie oburzenie wywołały zaręczyny najstarszego syna Clavela, Rogera Clavela, z jedyną córką Humphrey'ów, Amandą Humphrey. Ze swoim sposobem bycia, przekonaniami i przyzwyczajeniami przez całe lata nie mogła znaleźć sobie miejsca wśród krewnych męża, ale ostatecznie jej charakter dokonał swego. Jeszcze za życia męża wielokrotnie wykłócała się z jego rodzicami na temat "trzymania go w złotej klatce". Ona za młodu sama pracowała na fermach ojca, pomagała ze zwierzętami, ze żniwami. W jej stronach nie zwracało się uwagi na deszcze czy wiatry, toteż nie pojmowała przewrażliwienia Clavelów. Mawiała również, że zdrowie należy zahartować, nie "jajkować", czyli obchodzić się z nim jak z jajeczkiem. Victor nie znał jej dobrze, ale gdyby miał polubić kogoś z tego nieszczęsnego klanu, to właśnie ją. Miała w oczach, sposobie mówienia i bycia coś takiego, że chłopak chciał z nią rozmawiać. Chciał pytać się o życie na prowincji, o pracę na fermie i wiele innych rzeczy. Imponowała mu samym trzymaniem w garści całej ferajny, bo choć sama od dawna nosiła to nazwisko, nigdy zachowywała się jak jedna z Clavelów, a mimo to traktowana była z największym uznaniem. Cóż, może właśnie dlatego, że nie była Clavelem, bo przecież Victor wcale nie skakał z radości, będąc częścią tej rodziny. Gdyby ktoś kiedyś dałby mu wybór, stokrotnie bardziej wolałby być Humphrey'em. 

- W takim razie w porządku. - Kobieta zacisnęła na chwilę usta, po czym spojrzała na syna. - Tylko ubierz się ciepło i wróć niebawem. Nie odchodź zbyt daleko i-

- Matko, on ma osiemnaście lat, nie osiem. Da sobie radę na godzinnym spacerku o szóstej wieczorem. - Przerwała jej Amanda, zerkając na moment w stronę nastolatka. - No idźże, chłopcze, bo twoja matka jeszcze się rozmyśli i resztę wieczoru spędzisz w toalecie. Mnie też mdli ich zapach. - Mówiąc to skinęła z niesmakiem na stojące nieopodal jej talerza ciasto. 

Brunet nie mówiąc nic więcej wstał od stołu, cicho dziękując za posiłek i szybkim krokiem udał się do korytarza. Chciał odruchowo wstąpić do pokoju McDowella, ale przypomniał sobie, że w tym roku został on zaproszony na święta do swojego wieloletniego przyjaciela. Znaczy, ów zaproszenie otrzymywał co roku, jednak dopiero teraz postanowił z niego skorzystać. Ów przyjaciel pewnie był tak samo zdziwiony jak Victor, jeśli nie bardziej. Chłopak zawsze przychodził do Neemy odpocząć od duszącej atmosfery, która zawsze towarzyszyła rodzinnym spotkaniom. Teraz, prawdę mówiąc, czuł się jeszcze odrobinę bardziej samotny niż zazwyczaj. Miał jednak nadzieję, że przyjaciel dobrze spędza czas u bliskich sercu ludzi. Dobrze wiedział, że mężczyzna nie ma tutaj rodziny. Jego rodzice odeszli wiele lat temu, nie miał żony ani dzieci, a jedyna siostra mieszkała i pracowała w Ameryce. Żadne z nich nie mogło pozwolić sobie na lot za granice ze względu na wykonywany zawód lub finanse. Nie byli ze sobą też szczególnie blisko. Czasem słyszał, a nawet przesiadywał u McDowella, kiedy ten rozmawiał z nią przez telefon, ale to nie było nic nadzwyczajnego. Dwójka dawno rozdzielonego rodzeństwa, utrzymująca stały kontakt telefoniczny, od czasu do czasu wysyłająca sobie podarunki. Tak naprawdę Victor był w ich przyjaźni dosyć samolubny. On zyskał odpowiedniego lekarza, opiekuna i cudownego przyjaciela, a Neema małomówne dziecko w stanie zalążków depresji. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że być może doktorek wcale nie miał ochoty na miano przyjaciela przygnębiającego dzieciaka. Cóż, ostatecznie to na starszym mężczyźnie ciążyła wina i odpowiedzialność. Victor na początku wcale nie miał ochoty wdawać się w bliższe relacje z czarnoskórym. Był dla niego po prostu kolejnym, złym, potwornym i okrutnym lekarzem, którego rodzice sprowadzili do domu, by go dręczył. Prawda była taka, że sam McDowell nie bardzo kwapił się do pracy dla Clvelów, ale został o to poproszony przez swojego poprzednika, który na kilka miesięcy zmuszony był udać się do zachodniej Europy. Tak więc Neema zajął chwilowo jego miejsce i faktycznie, trwałoby to prawdopodobnie jedynie kilka miesięcy, gdyby nie przemycał dla podopiecznego sklepowych słodyczy, nie zaprzestał wstrzykiwania silnego antybiotyku, nie pozwalał wychodzić dziecku na dwór i nie zakochał się w nim do szaleństwa. Victor stał się dla niego synem, którego nigdy nie miał, a on dla dziecka zapewne kimś w rodzaju dziadka, choć przecież nie powie mu tego w twarz, bo jeszcze się obrazi. Chłopak miał ochotę uśmiechnąć się na samą myśl tych wspomnień. Przypomniało mu ono również o koszu czekolad, które otrzymał w prezencie tego popołudnia, a których nie będzie mógł zjeść ze względu na nieodpowiedni skład. Mógł ostatecznie wepchnąć je pod łóżko lub przechowywać u McDowella, ale bardziej miałoby to na celu zrobienie nazłość rodzicom, niż samo schowanie ulubionych słodyczy. Poza tym swojej "odpowiedniej" czekolady miał w kuchni pod dostatkiem, a z tego kosza ktoś z całą pewnością ucieszy się bardziej niż on. Zabawi się w Świętego Mikołaja, a co. Już gotowy do wyjścia chwycił stojący w rogu pomieszczenia kosz i otworzył drzwi, po niespełna sekundzie zamykając je z cichym trzaskiem. Odetchnął głęboko chłodnym, zimowym powietrzem i ruszył w stronę głównej bramy. Tak właściwie nawet nie za bardzo wiedział, gdzie iść. Gdyby obrał swoją zwyczajną trasę, wróciłby z tak samo pełnym koszem, z jakim wyszedł. Naprawdę chciał rozdać te czekolady. Wciąż pamiętał każdy raz, kiedy z zadowoleniem pochłaniał coraz to nowe słodkości, które Neema przynosił mu z miasta, a których normalnie nie mógłby nawet tknąć. Zresztą, jakie dziecko nie lubi słodyczy? Z tą myślą, bez chwili wahania, skręcił w boczną ulicę, którą miał zamiar dojść do ogromnego parku, gdzie na pewno znajdzie masę małych szkrabów. Mimo pory i dzisiejszej daty, w świąteczny czas ten bark zawsze był pełen ludzi, zwłaszcza dzieci. Znajdowały się tam dwa duże place zabaw, co roku pięknie przyozdabiane na święta. Organizowano tam również różne świąteczne zabawy i konkursy dla najmłodszych, a tuż obok parku, na rynku, coroczny kiermasz świąteczny. Zawsze chciał się tam przejść, pooglądać wystawy, kupić coś tandetnego i po prostu poczuć się zwyczajnym nastolatkiem. Dziś miał taką okazję i z całą pewnością nie będzie w stanie ukryć podekscytowania. 

Dotarcie na miejsce zajęło mu około czterdziestu minut dosyć szybkim marszem, ale zdecydowanie było warto. Ludzi było multum. Przy każdym stoisku, na każdej ławce, w każdej alejce. Rozdał już sporo czekolad, ale kosz nadal pozostawał niemiłosiernie ciężki. Bądź co bądź, bez uchwytu sięgał mu nieco za kolana, a z jego kondycją prawie godzinny marsz z kilkunastu kilowym obciążeniem był nie lada wyzwaniem. Przystanął więc w jednym z mocniej oświetlonych miejsc, choć tak właściwie, mimo że zmrok zapadł już dwie godziny temu, w parku było wyjątkowo jasno. Dodatkowo wszystkie łańcuchy, lampki, gwiazdki i tym podobne tworzyły niesamowity klimat. 

- My też możemy czekoladę? - Victor wzdrygnął się zaskoczony i spojrzał w dół. 

- Widzieliśmy, jak daje pan czekolady tamtym dzieciom, więc zastanawialiśmy się...

 - ... Czy my też możemy je dostać? 

Przed nim stało dwóch, na oko ośmio/dziewięcioletnich chłopców. Mieli praktycznie identyczne ubrania, różniące się tylko niewielkimi szczegółami kolorystycznymi. Jeden z nich, ten, który zaczął mówić, miał zielony pompon na szczycie różnokolorowej czapki, drugi zaś, stojący nieco z tyłu, niebieski. Paski na rękawach ich morowych kurteczek również się różniły, odpowiadając kolorom pomponów. Potem zwrócił uwagę na wystające spod nakryć głowy kosmyki takich samych, jasnobrązowych włosów i takie same, lekko zaczerwienione na nosach i policzkach twarze. Najbardziej jego uwagę przykuły jednak dwie pary święcących, błękitnych oczu z zielonymi refleksami. Miał dziwne wrażenie, że już nie kiedyś widział. 

- Oczywiście. - Odpowiedział po chwili zawieszenia i, schyliwszy się do kosza, podał bliźniakom po tabliczce czekolady. 

- A możemy dostać po dwie? Ma pan ich naprawdę dużo. - Dzieciak uśmiechnął się szeroko, zerkając to na niego, to na zawartość kosza. 

- T-tak, nie ma problemu. Proszę bardzo - Nieco oszołomiony podał im kolejne tabliczki, starając się przywołać na twarz przyjazny uśmiech. 

Chłopcy spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się jeszcze szerzej, nadal nie ruszając się z miejsca. 

- Wie pan, mamy jeszcze duuużo rodzeństwa! Oni też pewnie chcieliby taką czekoladę! 

- Jerry by nie chciał - Dodał ciszej bliźniak stojący z tyłu. 

- Ale Kate i Steph by chciały! Kate mówi, że jest na diecie, ale to nie prawda! Widziałem, jak ostatnio je cukierki! Ale pan się nie martwi! Jeśli da nam pan więcej, na pewno się nie zmarnują! My się nimi zaopiekujemy! 

- Tony też by chciał - Ponownie odezwał się cichszy głosik. 

- Tony chciałby nawet dwie! 

- Macie dużo rodzeństwa. - Zawahał się przez chwilę, ale pospiesznie zaczął wyjmować z kosza kolejne czekolady. Przecież taki właśnie miał zamysł - rozdać je komuś, komu sprawią radość. 

- Tak! Mike jest najmłodszy! - Wykrzyknął chłopiec, z zadowoleniem przyjmując od nastolatka tyle słodkości. 

- Tak właściwie, no Mike nie jest naszym bratem. Jest bratem Nathana, ale on jest jak brat braciszka, więc może być tak jakby naszym bratem. - Poinformował go drugi z nich, biorąc od brata połowę tabliczek. 

- Dokładnie! Potem jest Tony, my, Steph, Kate i Jerry. No i braciszek! 

- Ale braciszek nie jest już dzieckiem, więc nie dostanie czekolady. 

- Jerry też mówi, że nie jest dzieckiem, bo ma już piętnaście lat, ale oszukuje, prawda? Dzieckiem jest się do osiemnastu lat, tak powiedział braciszek! 

- A mama wtedy powiedziała, że zawsze będziemy jej dziećmi. Nawet braciszek, chociaż jest już stary.

- Nie jestem stary! - Victor wzdrygnął się drugi raz tego wieczora, prędko podnosząc wzrok. - A wy jesteście niegrzeczni. Gdzie kazałem wam czekać?

- Ale ten pan rozdaje czekolady! Gdybyśmy tam na ciebie czekali... 

- ... To moglibyśmy nie zdążyć, zanim rozda wszystkie. 

Mężczyzna westchnął z rezygnacją, delikatnie trzepiąc obu bliźniaków w tył głowy i otwierając usta, zapewne z zamiarem wygłoszenia czegoś na kształt przeprosin, przeniósł spojrzenie na nastolatka. 

- Napraw... Victor?! Wow, co ty tutaj robisz? - Tomas rozszerzył komicznie oczy i uśmiechnął się szeroko. - Znaczy, jesteś sam? Uciekłeś z domu czy jak? 

- Um, dostałem ten kosz w prezencie, ale nie mogę zjeść jego zawartości, więc postanowiłem przyjść tu i rozdać słodycze dzieciom. - Wyjaśnił krótko, pocierając dłonią zaczerwieniony ze zdenerwowania policzek. 

- Więc możesz dać nam wszystkie! - Chłopiec słysząc, że mają do czynienia z kimś znajomym, prędko porzucił zwrot grzecznościowy i stał się jeszcze bardziej śmiały. 

- Danny! - Upomniał go Tomas, zerkając przepraszająco na Clavela. 

- No co?! Przecież Victor i tak nie może ich zjeść, prawda? 

- I dlatego powinien oddać je wam, tak? - Uniósł brew, patrząc karcąco na młodszego brata. - Nie uważasz, że byłoby to niesprawiedliwe względem innych dzieci? - Zapytał cicho, kiwając głową na kręcącą się nieopodal grupkę małolatów, na razie obawiającą się podejść bliżej. - A ty jak sądzisz, Ray? 

Wyraźnie spokojniejszy z bliźniaków skinął powoli głową, wciąż mimo to zerkając tęsknie w stronę kosza. 

- Okej, pobawimy się trochę inaczej. 

Mężczyzna ściągnął z głów braci kolorowe czapki i schował je do obszernych kieszeni swojej kurki. Następnie postawił na ziemi papierową torbę, której Victor nie zdołał wcześniej dostrzec, po czym wyciągnął z niej kilka czerwono-białych zawiniątek, będących, jak okazało się już po chwili, czapkami Świętego Mikołaja. 

- Drogi dobroczyńco, rozdający dzieciom słodycze! - Zaczął świetnie modulowanym głosem, prędko naciągając na głowę swoją i bliźniaków świąteczne czapki. - Ja jestem wysłannikiem Świętego Mikołaja, patrolującym londyńskie przedmieścia. Udałem się tu wraz z moimi uczynnymi pobratymcami, Dannym - W tym momencie położył dłoń na głowie głośniejszego z chłopców - i Ray'em, - A tym razem na ramieniu tego spokojniejszego - by znaleźć kogoś, kto mógłby pomóc nam roztaczać magię świąt. Czy chcesz do nas dołączyć? - Mówiąc to, wyciągnął dłoń z czapką w stronę zaskoczonego chłopaka. 

- Tak. - Odpowiedział niemal natychmiast, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu i drżenia rąk, gdy wciągał czapkę na głowę. 

Tomas mrugnął do niego, chwilę po tym odwracając się w stronę grupki dzieci i przechodniów. 

- Czekoladowy dobroczyńca dołączył do nas! - Oznajmił donośnie, rozkładając ręce na boki. - I dzisiejszego wieczora pomożemy mu rozdać dzieciom magiczne, świąteczne słodkości, które swoją mocą sprawią, że te święta będą dla was wszystkich niezapomniane! Wesołych Świąt! 

- Wesołych Świąt! - Powtórzyli za nim bliźniacy. 

- Wesołych Świąt! - Odkrzyknął tłum zgromadzonych wokół ludzi. 

- Wesołych Świąt. - Szepnął chłopak, z czystym zachwytem wpatrując się w stojącego przed nim mężczyznę. 

Tego wieczora dotknął dziesiątek dziecięcych dłoni, rozdając łakocie na świątecznym jarmarku. Rozmawiał z dziesiątkami ludzi i widział dziesiątki przepięknych uśmiechów. Dziesiątki razy pozwalał Ray'owi bawić się swoimi włosami i dziesiątki razy bawił się z Dannym w berka. Dziesiątki razy został obdarowany ciepłym spojrzeniem Tomasa i dziesiątki razy odpowiedział na nie tak, jak potrafił. Zaśpiewał dziesiątki świątecznych piosenek, dziesiątki razy pociągnął nosem i potarł o siebie zmarznięte dłonie. Kiedy bliźniacy padali ze zmęczenia i Tomas odwiózł go do domu, wysłuchał się dziesiątek pretensji, narzekań i krzyków ze strony swojej matki, a potem dziesiątki razy zagrał na fortepianie wyśpiewywane dzisiaj melodie. Potem wyciągnął spod materaca gruby notes, a z niego kartkę i skreślił z niej jeden punkt. Wziął gorącą kąpiel i zaszył się w swoim ulubionym fotelu, dziesiątki minut czcią gładząc kawałek papieru. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak szczęśliwy. 

Chcę wrócić do domu po zmroku, spóźniony i zmarznięty. Chcę nie czuć palców u dłoni, pociągać nosem i trząść się z zimna. Chcę wysłuchać pretensji o mojej nieodpowiedzialności i dostać szlaban. Chcę skreślić ten punkt z listy. 



* Zimowe wyprzedaże londyńskie rozpoczyna tzw. Boxing Day 26 grudnia i trwają aż do połowy stycznia. W wybranych sklepach można skorzystać z nawet 70-80% rabatu. 

* W obecnej chwili około 225 000 PLN.

~~~ 

Hej ludki. Wiem, że trochę mnie nie było, ale słowo wam daje, iż NIE MIAŁAM POJĘCIA, że na wyjazd nie będę miała możliwości zabrania ze sobą laptopa. Swoją drogą, ten już ledwo zipie, ale mam zaplanowane kupno nowego sprzętu jakoś pod koniec września, może na początku października. Zależy od finansów. W każdym razie, będę miała wtedy większe możliwości i swobodę pisania, więc powinnam jakoś nadrobić miesiąc nieobecności. 

Trzymajcie się,
Wasza Joys
( Gdyż Joyssli piszę się zdecydowanie zbyt długo ;) )



niedziela, 16 lipca 2017

6. Dwa Wiatry

Andy wcale nie zdrowiał. Kaszlał dużo i głośno, a przez jego katar pożegnaliśmy się już z prawie połową zapasów papieru toaletowego. Wyglądał też nie najlepiej. Nie, żeby kiedyś w ogóle wyglądał dobrze, ale teraz przerósł sam siebie. Był blady, bardzo blady, oczy miał podkrążone, a usta spierzchnięte. Włosów nawet nie uczesał. Armagedon.

Trudno było nie zauważyć również jego zmęczenia, ale co się dziwić. Ta noc była naprawdę ciężka. Kiedy młody po zjedzeniu zupy zasnął na dobre, odczekałem trochę i ułożyłem go wygodniej na kanapie, przykrywając dodatkowym kocem. Początkowo chciałem zanieść go na górę, jednak zrezygnowałem ze względu na ciepło bijące od kominka. Poza tym, sam musiałem zostać jeszcze chwilę na dole, a odpowiednim wydawało mi się w razie czego mieć wypłosza na oku. Rzecz jasna, nie pomyliłem się. Jak tylko skończyłem sprzątać, zaniosłem do piwnicy garnek z zupą i makaron, a wyłączając przy okazji agregat, usłyszałem kolejny napad kaszlu w wykonaniu tego małego potwora. Napad kaszlu... On niemal się dusił! Byłem nie na żarty przestraszony. Nie mieliśmy żadnych leków, które mogłyby mu pomóc, a aptekę widziałem ostatnio w Glasgow. Cała noc była dla mnie plątaniną duszności, kataru, herbaty, dokładania do kominka i niespokojnego snu, z którego w pewnym momencie wybudzał mnie nawet głośniejszy oddech dzieciaka. Ostatecznie zrobiłem też tak, jak mówiłem wcześniej. Umieściłem stary czajnik nad ogniem - nie mogliśmy pozwolić sobie na takie tępo zużywania paliwa - i w ten sposób miałem zapewnioną gorącą wodę na herbatę niemal cały czas. Gdzieś nad ranem, kiedy wypłosz trochę się uspokoił, włączył mi się tryb dobrej babci. Babci z zanikiem pamięci, jeśli już porównujemy to w ten sposób. Przez kilka godzin uporczywie próbowałem przypomnieć sobie tą całą bezsensową paplaninę, przez lata wygłaszaną przez ciocie, bacie, sąsiadeczki i inne kobiety, które czosnkiem i cebulą odpędzają złe duchy i leczą raka. Koniec końców nawet mi się udało. Ziółka. Zaraz po czosnku, cebuli i cytrynie, były ziółka. Ziółka do herbaty, ziółka do wdychania, napary z ziółek, maści z ziółek, olejki z ziółek. Ziółka miały według nich tajemniczą moc, znacznie przekraczającą możliwości antybiotyków na receptę, więc nic nie szkodziło spróbować. Co najlepsze, ziółek mieliśmy po sam sufit. Z tych, które naprawdę mogły się przydać, znalazłem rumianek, tymianek, imbir, szałwię i mieszankę ziołową z eukaliptusem, o którym mówiła babcia. Przejrzałem też dokładnie herbaty i znalazłem kilka rozgrzewających, a nawet grzańca. Resztę alkoholi zaszczyciłem sceptycznym spojrzeniem, po czym zamknąłem szafkę. 

- Podasz mi herbatę? - Mruknął cicho, nie wystawiając jednak nosa spod sterty koców. 

To też powoli robiło się niebezpieczne. "Daj mi herbatę", bez żadnego wyzwiska czy kpiny, byłoby zastanawiające, ale TO?! Jeśli powie "proszę", zacznę poważnie się zastanawiać, czy nie lepiej będzie biedaka dobić. Nawet jeśli wyzdrowieje i nie będzie żadnych powikłań, najwyraźniej postradał zmysły i nie wie, co mówi. Tego już się nie wyleczy, więc po co ma się męczyć? Egzystencja w nieświadomości. To zagraża życiu i jego, i osób w jego otoczeniu. Zagraża MNIIE, bo nie będę w stanie funkcjonować w momencie, w którym wypłosz zrobi się... Grzeczny! Zacząłbym rwać włosy z głowy, a to byłoby bardzo przykre. Naprawdę lubiłem swoje dredy. 

- Słyszysz? - Okej, progres. Nie był to może szczyt możliwości tego bachora, ale jego ton zrobił się wystarczająco zrzędliwy i pełen pretensji. Przerażające było jednak, jak słaby i cichy się wydawał. 

- Bierz łyka i odstaw, teraz będziesz się parzył. - Postawiłem przed nim kubek oraz duży garnek, w którym pływały papierowe torebeczki i zioła.

- Co to jest? Chcesz się mnie pozbyć w tak mierny sposób? - Uniósł na mnie wzrok, kiwając na garnek.

- To twoje lekarstwo. Innego obecnie nie mamy. - Westchnąłem, biorąc do ręki wcześniej wyprany ręcznik i zaczekałem, aż chłopak się napije. - No dobra, nurkuj. 

- Że twarzą? 

- Nie, że odwłokiem. - Przewróciłem oczami, podchodząc bliżej. - Oczywiście, że twarzą, czubku. Tylko się nie oparz, jest cholernie gorące. 

- Jeśli jest cholernie gorące, to oczywiste, że para mnie poparzy. - Mruknął niewesoło, zerkając bez większego przekonania to na mnie, to na napar. 

- Gdybyś dzięki temu miał wyzdrowieć, wrzuciłbym cię do kominka. Głowa w dół, już. - Kiedy w końcu pochylił się nad garnkiem, przykryłem mu głowę ręcznikiem tak, by para nie wydostawała się na zewnątrz. - Jak zrobi ci się naprawdę gorąco, to odchyl go na chwilę.

- Mhm...

Wrzuciłem tam chyba wszystko, co miało jakiekolwiek właściwości lecznicze i miałem zamiar dręczyć go tymi naparami przynajmniej trzy razy dziennie. Nie, przynajmniej pięć! Musiał wyzdrowieć, nie było nawet innej opcji. 



***

Nazajutrz, po zmyciu naczyń i zajęciu miejsca na kanapie obok śpiącego wypłosza zdałem sobie sprawę, że od naszego przyjazdu do Glen Coe minęły dwa dni. Dwa dni, które wprowadziły do mojej głowy niemały zamęt. I to przez co? No właśnie przez NIC! Nie działo się nic! Okej, Andy był chory, ale nie mogłem tego znieść! Było za... Spokojnie. Inaczej. Moje relacje z wypłoszem zawsze były proste i nieskomplikowane - nie cierpieliśmy się. Po wyprowadzce z domu widywaliśmy się w wakacje święta, zachowując się wtedy tak samo opryskliwie jak zawsze. Przyznaję, zdarzało nam się dogadać i przeprowadzić normalną konwersację, ale była to taka rzadkość, iż byłem w stanie zapomnieć, że to w ogóle możliwe. Z resztą w takim właśnie żyłem przekonaniu, nawet nie próbując się z nim dogadać. Teraz było inaczej. Czułem się dziwnie nieswojo, a mózg z przegrzania zaczął płatać mi figle. Sytuacja z tamtego wieczora co prawda już się nie powtórzyła, ale tylko dla tego, że cały czas się pilnowałem. Jeszcze nigdy nie musiałem zachowywać się tak w jego towarzystwie, a on nigdy nie zachowywał się tak przy mnie. Cichy, małomowny, ugodowy i potulny. Był jak zupełnie inna osoba, tylko o podobnym, sarkastycznym sposobie bycia, który swoją drogą objawiał się jedynie w czasie chwilowego działania leków - zaniku duszącego kaszlu i kataru. Lata praktyki nauczyły mnie, jak radzić sobie z moim Andy'm, ale tego kompletnie nie znałem. Mogłem jedynie przynosić mu herbaty, podawać koce i poprawiać włosy, kiedy osuwały mu się na pogrążoną we śnie twarz. Przed tym nie mogłem się powstrzymać, ale to przecież nic złego, czy nawet niezwykłego! Ot, był chory, więc stwarzałem pozory dbania o niego. To właśnie sobie wmawiałem. Drugim wytłumaczeniem było rzecz jasna zachowanie wypłosza. On był inny, więc, analogicznie, ja również. Usprawiedliwianie w ten sposób moich myśli było proste i wygodne, jednak nie tak przyjemne, jak uczucie miękkich, czerwonych kosmyków, przemykających mi przez palce. 

- Która godzina? - Cichy, zachrypnięty głos wybudził mnie z niepożądanych przemyśleń.

- Piąta wieczorem. Odpowiednia na kolejny napar. - Prędko wyplątałem dłoń z jego włosów z zamiarem wstania, ale Andy, na miarę swoich sił, pociągnął mnie z powrotem na kanapę. 

- Minęła niecała godzina od poprzedniego. Daj żyć - Stęknął, podciągając koc i opierając głowę na moim ramieniu. 

- Przylepny żeś się zrobił - Przełknąłem nerwowo ślinę, siląc się na spokojny, nieco kpiący ton - Teraz prawdziwy z ciebie pasożyt. Żerujesz na mnie! Jak... Na przykład kleszcz. Co powiesz na kleszcza? 

- Cicho bądź, bredzisz. - Jego słaby szept został dodatkowo zagłuszony przez materiał mojej bluzy, w którą właśnie się wtulał, zupełnie nic nie robiąc sobie z moich oczywistych protestów. 

Przez dłuższą chwilę, zgodnie z prośbą jaśnie pana, nie odzywałem się, wbijając wzrok w świat za oknem. Śnieżyca nie ustępowała ani na sekundę, jedynie przybierając na sile. Chwilami wiatr wydawał mi się tak mocny, że byłem gotów dodatkowo zabezpieczyć drzwi i okna przed możliwością wtargnięcia zawieruchy do środka. Ograniczyłem się jednak do sprawdzania co jakiś czas strychu i zabezpieczeń wewnątrz komina. Jak na razie nie odnotowałem żadnych poważniejszych szkód czy uszczerbków. Prócz tego tu, ma się rozumieć...

- Nie zasypiaj. Musisz powdychać napar i idziesz na górę. - Roztrzepałem mu włosy, prędko jednak zabierając dłoń. Zdecydowanie za często ich dotykałem. 

- Tu jest kominek.

- Przecież nie cierpisz ciepła. 

- Ale lubię kominek. - Odpowiedział niezrażony, zmieniając pozycję i układając głowę bliżej zagłębienia mojej szyi, przez co spiąłem się nieznacznie.

Ogarnij się chłopie, bo źle z tobą. Odbija ci od siedzenia z tym dzieciakiem... To było o tyle logiczne, że ostatnio tak częstego i bliskiego kontaktu cielesnego doświadczyłem, zanim zdecydowałem się trochę ograniczyć nocne wypady, weekendowe balowanie i jednonocne przygody. Po prostu się odzwyczaiłem. W dodatku to był Andy i choć jego bliskość była w porząd... Nie. Trzymajmy się tego, że od kilku miesięcy ograniczam się do przyjacielskich uścisków, a że jestem, jaki jestem, nagły, nieproszony kontakt dotkliwie wpływa na moje odczucia i emocje. Dokładnie tak jest. 

- I tak będziemy musieli iść na górę. Może i drewna jest sporo, ale powinniśmy być oszczędni. Nie możemy palić w kominku dwadzieścia cztery na dobę. Nie wiadomo, ile jeszcze przyjdzie nam tu zostać. Och, i wykąpiemy się rano, zrobię przy okazji coś do jedzenia. Paliwo naprawdę musimy oszczędzać.  - Odetchnąłem cicho, wpatrując się w dogasający ogień. 

- Okej. 

- O matko...

- Hm?

- Nic, nic. - Tak, jego ugodowość w tym momencie totalnie mnie przerażała i miałem zamiar coś z tym zrobić. - Mam déjà vu

- Déjà vu? Obecnej chwili? Musisz być naprawdę zmęczony... 

Wielki powrót Andy'ego, co?

- Tak jakby. Rodzice siedzieli w dokładnie ten sam sposób, przed dogasającym ogniem. To był zimny, deszczowy dzień, więc ojciec już wcześniej rozpalił w kominku. Za oknem co prawda nie było ton śniegu, ale strasznie lało i wiało. Ja też siedziałem na kanapie, dopóki mnie z niej nie wykurzyli i nie kazali po ciebie iść. Nie chciałem się ruszać. Było mi ciepło, dobrze i wygodnie, ale ciebie musiało wywiać do lasu. - Kiedy wróciłem myślami do tych wspomnień, niezadowolenie w moim głosie było wręcz namacalne. 

- I to jest to twoje déjà vu? Przyznaj się, że chciałeś po prostu na mnie ponarzekać. - Mruknął zgryźliwie, pociągając przy tym nosem. 

- Dokładnie. Wtedy też się rozchorowałeś. Musiałem ci targać koce do piwnicy, a potem z piwnicy na górę. Nie chciałeś się nimi przykrywać i zrzucałeś je na ziemię, więc od razu były brudne. Musiałem oddawać ci mój, ten zielony. Ten zawsze brudziłeś najbardziej. Jestem pewien, że specjalnie.

- Debil. - Skwitował z cichym prychnięciem. 

 Och, najgorsze było to, że miałem cię pilnować. To było naprawdę do dupy. - Uśmiechnąłem się pod nosem, wyczekując kolejnej reakcji. 

- Wcale mnie nie pilnowałeś. Ty niszczyłeś mi życie. - Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, zaczął przeraźliwie kaszleć. Czułem się tak, jakby to trwało z pół godziny, ale w końcu się uspokoił. 

- Czas na twój ulubiony naparek. - Zanuciłem podle. - To było za karę. - Po prostu nie mogłem tego nie dodać. 

- Jesteś-

- Najlepszy, wiem. - Teatralnie odrzuciłem do tyłu rozpuszczone od jakiegoś czasu dredy.

- Pamiętam, kiedy je sobie zrobiłeś. Byłeś tym tak żałośnie podjarany... - Mówiąc to, chwycił między palce jeden z nich, delikatnie obracając go dookoła. - To było naprawdę zabawne. 

- Trzeciego dnia "przez przypadek" ochlapałeś je farbami. - Przypomniałem mu, odbierając swojego dreda z powrotem. 

- Byłeś zrozpaczony. - Parsknął cicho, tłumiąc kaszel w kocu. 

- Cały czas przypominałem sobie słowa tego kolesia. Jak bardzo trzeba o nie dbać i tak dalej, a ty regularnie wylewałeś na nie farby. Cud, że w końcu przestałeś.

- Stwierdziłem, że to głupie. Naprawdę żałowałem. - Uniosłem brwi, spoglądając na niego, a on jedynie uśmiechnął się złośliwie. - Te farby były takie drogie...

- Mniejsza - Przewróciłem oczami, powstrzymując grymas - Jeśli myślałeś, że nie zauważę zmiany tematu, to się przeliczyłeś. Nie uciekniesz przed tym naparem. 

- Robisz się jak ta stara ciotka, której imienia matka nie potrafiła zapamiętać. 

- Guilhermina? - Skinąłem głową, przypominając sobie jedną z tych sytuacji. - Wtedy, na urodzinach, ganiała za tobą z trzema syropami własnej roboty. Cały czas to podkreślała. Własnej roboty.

- Na kolejnych urodzinach leczyła Joga pigwami. Miała też nalewkę z pigwy. Upiłeś się nią. 

- Pamiętam, ale pamiętam też, że ty po niej rzygałeś.

- Rzygałem po starych krewetkach!

- Wmawiaj sobie...


***



Rozmowa - a raczej ckliwe wspominki -  z Andym pochłonęła mnie całkowicie. Jak już wcześniej wspomniałem, naprawdę rzadko rozmawialiśmy tak na serio. Kłótnie, wyzwiska, półsłówka i przekomarzanki nie dały mi nawet do końca... W każdym razie, nim się obejrzałem, minęły dwie godziny, ogień w kominku zgasł niemal doszczętnie, a w pokoju zrobiło się zupełnie ciemno. 

- Wstawaj, idziemy na górę. - Szturchnąłem go w końcu.

Po zrobieniu naparu, Andy położył się smacznie na kanapie, mi pozostawiając odrobinę miejsca w nogach. Było do przewidzenia, że w tej pozycji szybciej zrobi się senny.

- Zanieś mnie. - Szepnął mrukliwie, nie ruszając się ani o milimetr. 

- Chyba kpisz. - Burknąłem, podnosząc się z miejsca. Zamknąłem szyld kominka i odniosłem garnek do kuchni, a kiedy wróciłem, wypłosz leżał, jak leżał. - Młody, wstawaj.

Zero reakcji. 

- Zostaniesz tu na noc i zamarzniesz. 

Ani drgnął. 

- Andy...- Podszedłem bliżej i zdarłem z niego koc. Wtedy przekręcił się na plecy i jak gdyby nigdy nic wyciągnął ręce do góry. - Co ty robisz?

- Nie mam siły. - Odszepnął, uchylając powieki. 

- Andy, wstawaj. - Przełknąłem nerwowo ślinę, znów czując to dziwne uczucie. 

- Zanieś. 

- Nie masz prawa do żadnego narzekania i żeby nie było, że nie ostrzegałem. - Warknąłem cicho, pochylając się po to przebrzydłe cielsko.

A żebyś wiedział, że cię zaniosę. Jak cholerny worek ziemniaków. Jutro będziesz liczył siniaki, tak się będę o ściany obijał. Może nawet się niechcący przewrócę...

- Dzięki, Dav. - Ciepłe powietrze niespodziewanie owiało moje ucho, a wątłe ramiona owinęły się wokół mojej szyi. 

Cały mój misterny, podły plan poszedł... Do lasu. Działem jak w automacie, delikatnie go podnosząc i poprawiając koc. Mocniej do siebie przyciskając kiedy zaczął kaszleć. Wchodząc ostrożne po schodach, w międzyczasie gasząc świeczki. Kładąc go do łóżka, przykrywając kołdrą. Ocknąłem się w momencie, w którym Andy ponownie zaczął kaszleć. Leżałem w łóżku, na boku, nieświadomie wzrok mając nieustannie skierowany w jedno miejsce. Dzieliło nas może pół metra i ta myśl robiła ze mną dziwne rzeczy. Mimo panującego w pomieszczeniu chłodu, pociły mi się dłonie. Może się zaraziłem? Tak, to byłoby całkiem logiczne. W obecnej sytuacji jak najbardziej logiczne byłoby również rzucenie na mnie jakiegoś uroku lub odmrożenie komórek mózgowych, bo to, co działo się w mojej głowie, było absolutnie niewytłumaczalne. 



~~~


Hej hej! Witam Was w to cudowne, (dla kogo cudowne, dla tego cudowne) niedzielne popołudnie z nowym rozdziałem Dwóch Wiatrów. W przyszłym tygodniu NBR, a potem się zobaczy. Mam nadzieję, że przyjemnie spędzacie wakacje, hm? ;)

Do następnego,

Joyssli