niedziela, 16 lipca 2017

6. Dwa Wiatry

Andy wcale nie zdrowiał. Kaszlał dużo i głośno, a przez jego katar pożegnaliśmy się już z prawie połową zapasów papieru toaletowego. Wyglądał też nie najlepiej. Nie, żeby kiedyś w ogóle wyglądał dobrze, ale teraz przerósł sam siebie. Był blady, bardzo blady, oczy miał podkrążone, a usta spierzchnięte. Włosów nawet nie uczesał. Armagedon.

Trudno było nie zauważyć również jego zmęczenia, ale co się dziwić. Ta noc była naprawdę ciężka. Kiedy młody po zjedzeniu zupy zasnął na dobre, odczekałem trochę i ułożyłem go wygodniej na kanapie, przykrywając dodatkowym kocem. Początkowo chciałem zanieść go na górę, jednak zrezygnowałem ze względu na ciepło bijące od kominka. Poza tym, sam musiałem zostać jeszcze chwilę na dole, a odpowiednim wydawało mi się w razie czego mieć wypłosza na oku. Rzecz jasna, nie pomyliłem się. Jak tylko skończyłem sprzątać, zaniosłem do piwnicy garnek z zupą i makaron, a wyłączając przy okazji agregat, usłyszałem kolejny napad kaszlu w wykonaniu tego małego potwora. Napad kaszlu... On niemal się dusił! Byłem nie na żarty przestraszony. Nie mieliśmy żadnych leków, które mogłyby mu pomóc, a aptekę widziałem ostatnio w Glasgow. Cała noc była dla mnie plątaniną duszności, kataru, herbaty, dokładania do kominka i niespokojnego snu, z którego w pewnym momencie wybudzał mnie nawet głośniejszy oddech dzieciaka. Ostatecznie zrobiłem też tak, jak mówiłem wcześniej. Umieściłem stary czajnik nad ogniem - nie mogliśmy pozwolić sobie na takie tępo zużywania paliwa - i w ten sposób miałem zapewnioną gorącą wodę na herbatę niemal cały czas. Gdzieś nad ranem, kiedy wypłosz trochę się uspokoił, włączył mi się tryb dobrej babci. Babci z zanikiem pamięci, jeśli już porównujemy to w ten sposób. Przez kilka godzin uporczywie próbowałem przypomnieć sobie tą całą bezsensową paplaninę, przez lata wygłaszaną przez ciocie, bacie, sąsiadeczki i inne kobiety, które czosnkiem i cebulą odpędzają złe duchy i leczą raka. Koniec końców nawet mi się udało. Ziółka. Zaraz po czosnku, cebuli i cytrynie, były ziółka. Ziółka do herbaty, ziółka do wdychania, napary z ziółek, maści z ziółek, olejki z ziółek. Ziółka miały według nich tajemniczą moc, znacznie przekraczającą możliwości antybiotyków na receptę, więc nic nie szkodziło spróbować. Co najlepsze, ziółek mieliśmy po sam sufit. Z tych, które naprawdę mogły się przydać, znalazłem rumianek, tymianek, imbir, szałwię i mieszankę ziołową z eukaliptusem, o którym mówiła babcia. Przejrzałem też dokładnie herbaty i znalazłem kilka rozgrzewających, a nawet grzańca. Resztę alkoholi zaszczyciłem sceptycznym spojrzeniem, po czym zamknąłem szafkę. 

- Podasz mi herbatę? - Mruknął cicho, nie wystawiając jednak nosa spod sterty koców. 

To też powoli robiło się niebezpieczne. "Daj mi herbatę", bez żadnego wyzwiska czy kpiny, byłoby zastanawiające, ale TO?! Jeśli powie "proszę", zacznę poważnie się zastanawiać, czy nie lepiej będzie biedaka dobić. Nawet jeśli wyzdrowieje i nie będzie żadnych powikłań, najwyraźniej postradał zmysły i nie wie, co mówi. Tego już się nie wyleczy, więc po co ma się męczyć? Życie w nieświadomości. To zagraża życiu i jego, i osób w jego otoczeniu. Zagraża MNIIE, bo nie będę w stanie funkcjonować w momencie, w którym wypłosz zrobi się... Grzeczny! Zacząłbym rwać włosy z głowy, a to byłoby bardzo przykre. Naprawdę lubiłem swoje dredy. 

- Słyszysz? - Okej, progres. Nie był to może szczyt możliwości tego bachora, ale jego ton zrobił się wystarczająco zrzędliwy i pełen pretensji. Przerażające było jednak, jak słaby i cichy wydawał się być. 

- Bierz łyka i odstaw, teraz będziesz się parzył. - Postawiłem przed nim kubek oraz duży garnek, w którym pływały papierowe torebeczki i zioła.

- Co to jest? Chcesz się mnie pozbyć w tak mierny sposób? - Uniósł na mnie wzrok, kiwając na garnek.

- To twoje lekarstwo. Innego obecnie nie mamy. - Westchnąłem, biorąc do ręki wcześniej wyprany ręcznik i zaczekałem, aż chłopak się napije. - No dobra, nurkuj. 

- Że twarzą? 

- Nie, że odwłokiem. - Przewróciłem oczami, podchodząc bliżej. - Oczywiście, że twarzą, czubku. Tylko się nie oparz, jest cholernie gorące. 

- Jeśli jest cholernie gorące, to oczywiste, że para mnie poparzy. - Mruknął niewesoło, zerkając bez większego przekonania to na mnie, to na napar. 

- Gdybyś dzięki temu miał wyzdrowieć, wrzuciłbym cię do kominka. Głowa w dół, już. - Kiedy w końcu pochylił się nad garnkiem, przykryłem mu głowę ręcznikiem tak, by para nie wydostawała się na zewnątrz. - Jak zrobi ci się naprawdę gorąco, to odchyl go na chwilę.

- Mhm...

Wrzuciłem tam chyba wszystko, co miało jakiekolwiek właściwości lecznicze i miałem zamiar dręczyć go tymi naparami przynajmniej trzy razy dziennie. Nie, przynajmniej pięć! Musiał wyzdrowieć, nie było nawet innej opcji. 



***

Nazajutrz, po zmyciu naczyń i zajęciu miejsca na kanapie obok śpiącego wypłosza zdałem sobie sprawę, że od naszego przyjazdu do Glen Coe minęły dwa dni. Dwa dni, które wprowadziły do mojej głowy niemały zamęt. I to przez co? No właśnie przez NIC! Nie działo się nic! Okej, Andy był chory, ale nie mogłem tego znieść! Było za... Spokojnie. Inaczej. Moje relacje z wypłoszem zawsze były proste i nieskomplikowane - nie cierpieliśmy się. Po wyprowadzce z domu widywaliśmy się w wakacje święta, zachowując się wtedy tak samo opryskliwie jak zawsze. Przyznaję, zdarzało nam się dogadać i przeprowadzić normalną konwersację, ale była to taka rzadkość, iż byłem w stanie zapomnieć, że to w ogóle możliwe. Z resztą, w takim właśnie żyłem przekonaniu, nawet nie próbując się z nim dogadać. Teraz było inaczej. Czułem się dziwnie nieswojo, a mózg z przegrzania zaczął płatać mi dziwne figle. Sytuacja z tamtego wieczora co prawda już się nie powtórzyła, ale tylko dla tego, że cały czas się pilnowałem. Jeszcze nigdy nie musiałem zachowywać się tak w jego towarzystwie, a on nigdy nie zachowywał się tak przy mnie. Cichy, małomowny, ugodowy i potulny. Był jak zupełnie inna osoba, tylko o podobnym, sarkastycznym sposobie bycia, który swoją drogą objawiał się jedynie w czasie chwilowego działania leków - zaniku duszącego kaszlu i kataru. Lata praktyki nauczyły mnie, jak radzić sobie z moim Andy'm, ale tego kompletnie nie znałem. Mogłem jedynie przynosić mu herbaty, podawać koce i poprawiać włosy, kiedy osuwały mu się na pogrążoną we śnie twarz. Przed tym nie mogłem się powstrzymać, ale to przecież nic złego, czy nawet niezwykłego! Ot, był chory, więc stwarzałem pozory dbania o niego. To właśnie sobie wmawiałem. Drugim wytłumaczeniem było rzecz jasna zachowanie wypłosza. On był inny, więc, analogicznie, ja również. Usprawiedliwianie w ten sposób moich myśli było proste i wygodne, jednak nie tak przyjemne, jak uczucie miękkich, czerwonych kosmyków, przemykających mi przez palce. 

- Która godzina? - Cichy, zachrypnięty głos wybudził mnie z niepożądanych przemyśleń.

- Piąta wieczorem. Odpowiednia na kolejny napar. - Prędko wyplątałem dłoń z jego włosów z zamiarem wstania, ale Andy, na miarę swoich sił, pociągnął mnie z powrotem na kanapę. 

- Minęła niecała godzina od poprzedniego. Daj żyć - Stęknął, podciągając koc i opierając głowę na moim ramieniu. 

- Przylepny żeś się zrobił - Przełknąłem nerwowo ślinę, siląc się na spokojny, nieco kpiący ton - Teraz prawdziwy z ciebie pasożyt. Żerujesz na mnie! Jak... Na przykład kleszcz. Co powiesz na kleszcza? 

- Cicho bądź, bredzisz. - Jego słaby szept został dodatkowo zagłuszony przez materiał mojej bluzy, w którą właśnie się wtulał, zupełnie nic nie robiąc sobie z moich oczywistych protestów. 

Przez dłuższą chwilę, zgodnie z prośbą jaśnie pana, nie odzywałem się, wbijając wzrok w świat za oknem. Śnieżyca nie ustępowała ani na sekundę, jedynie przybierając na sile. Chwilami wiatr wydawał mi się tak mocny, że byłem gotów dodatkowo zabezpieczyć drzwi i okna przez możliwością wtargnięcia zawieruchy do środka. Ograniczyłem się jednak do sprawdzania co jakiś czas strychu i zabezpieczeń wewnątrz komina. Jak na razie nie odnotowałem żadnych poważniejszych szkód czy uszczerbków. Prócz tego tu, ma się rozumieć...

- Nie zasypiaj. Musisz powdychać napar i idziesz na górę. - Roztrzepałem mu włosy, prędko jednak zabierając dłoń. Zdecydowanie za często ich dotykałem. 

- Tu jest kominek.

- Przecież nie cierpisz ciepła. 

- Ale lubię kominek. - Odpowiedział niezrażony, zmieniając pozycję i układając głowę bliżej zagłębienia mojej szyi, a ja spiąłem się nieznacznie.

Ogarnij się chłopie, bo źle z tobą. Odbija ci, od siedzenia z tym dzieciakiem... To było o tyle logiczne, że ostatnio tak częstego i bliskiego kontaktu cielesnego doświadczyłem, zanim zdecydowałem się trochę ograniczyć nocne wypady, weekendowe balowanie i jednonocne przygody. Po prostu się odzwyczaiłem. W dodatku to był Andy i choć jego bliskość była w porząd... Nie. Trzymajmy się tego, że od kilku miesięcy ograniczam się do przyjacielskich uścisków, a że jestem, jaki jestem, nagły, nieproszony kontakt dotkliwie wpływa na moje odczucia i emocje. Dokładnie tak jest. 

- I tak będziemy musieli iść na górę. Może i drewna jest sporo, ale powinniśmy być oszczędni. Nie możemy palić w kominku dwadzieścia cztery na dobę. Nie wiadomo, ile jeszcze przyjdzie nam tu zostać. Och, i wykąpiemy się rano, zrobię przy okazji coś do jedzenia. Paliwo naprawdę musimy oszczędzać.  - Odetchnąłem cicho, wpatrując się w dogasający ogień. 

- Okej. 

- O matko...

- Hm?

- Nic, nic. - Tak, jego ugodowość w tym momencie totalnie mnie przerażała i miałem zamiar coś z tym zrobić. - Mam déjà vu

- Déjà vu? Obecnej chwili? Musisz być naprawdę zmęczony... 

Wielki powrót Andy'ego, co?

- Tak jakby. Rodzice siedzieli w dokładnie ten sam sposób, przed dogasającym ogniem. To był zimny, deszczowy dzień, więc ojciec już wcześniej rozpalił w kominku. Za oknem co prawda nie było ton śniegu, ale strasznie lało i wiało. Ja też siedziałem na kanapie, dopóki mnie z niej nie wykurzyli i nie kazali po ciebie iść. Nie chciałem się ruszać. Było mi ciepło, dobrze i wygodnie, ale ciebie musiało wywiać do lasu. - Kiedy wróciłem myślami do tych wspomnień, niezadowolenie w moim głosie było wręcz namacalne. 

- I to jest to twoje déjà vu? Przyznaj się, że chciałeś po prostu na mnie ponarzekać. - Mruknął zgryźliwie, pociągając przy tym nosem. 

- Dokładnie. Wtedy też się rozchorowałeś. Musiałem ci targać koce do piwnicy, a potem z piwnicy na górę. Nie chciałeś się nimi przykrywać i zrzucałeś je na ziemię, więc od razu były brudne. Musiałem oddawać ci mój, ten zielony. Ten zawsze brudziłeś najbardziej. Jestem pewien, że specjalnie.

- Debil. - Skwitował z cichym prychnięciem. 

 Och, najgorsze było to, że miałem cię pilnować. To było naprawdę do dupy. - Uśmiechnąłem się pod nosem, wyczekując kolejnej reakcji. 

- Wcale mnie nie pilnowałeś. Ty niszczyłeś mi życie. - Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, zaczął przeraźliwie kaszleć. Czułem się tak, jakby to trwało z pół godziny, ale w końcu się uspokoił. 

- Czas na twój ulubiony naparek. - Zanuciłem podle. - To było za karę. - Po prostu nie mogłem tego nie dodać. 

- Jesteś-

- Najlepszy, wiem. - Teatralnie odrzuciłem do tyłu rozpuszczone od jakiegoś czasu dredy.

- Pamiętam, kiedy je sobie zrobiłeś. Byłeś tym tak żałośnie podjarany... - Mówiąc to, chwycił między palce jeden z nich, delikatnie obracając go dookoła. - To było naprawdę zabawne. 

- Trzeciego dnia "przez przypadek" ochlapałeś je farbami. - Przypomniałem mu, odbierając swojego dreda z powrotem. 

- Byłeś zrozpaczony. - Parsknął cicho, tłumiąc kaszel w kocu. 

- Cały czas przypominałem sobie słowa tego kolesia. Jak bardzo trzeba o nie dbać i tak dalej, a ty regularnie wylewałeś na nie farby. Cud, że w końcu przestałeś.

- Stwierdziłem, że to głupie. Naprawdę żałowałem. - Uniosłem brwi, spoglądając na niego, a on jedynie uśmiechnął się złośliwie. - Te farby były naprawdę drogie...

- Mniejsza - Przewróciłem oczami, powstrzymując grymas - Jeśli myślałeś, że nie zauważę zmiany tematu, to się przeliczyłeś. Nie uciekniesz przed tym naparem. 

- Robisz się jak ta stara ciotka, której imienia matka nie potrafiła zapamiętać. 

- Guilhermina? - Skinąłem głową, przypominając sobie jedną z tych sytuacji. - Wtedy, na urodzinach, ganiała za tobą z trzema syropami własnej roboty. Cały czas to podkreślała. Własnej roboty.

- Na kolejnych urodzinach leczyła Joga pigwami. Miała też nalewkę z pigwy. Upiłeś się nią. 

- Pamiętam, ale pamiętam też, że ty po niej rzygałeś.

- Rzygałem po starych krewetkach!

- Wmawiaj sobie...


***



Rozmowa - a raczej ckliwe wspominki -  z Andym pochłonęła mnie całkowicie. Jak już wcześniej wspomniałem, naprawdę rzadko rozmawialiśmy tak na serio. Kłótnie, wyzwiska, półsłówka i przekomarzanki nie dały mi nawet do końca... W każdym razie, nim się obejrzałem, minęły dwie godziny, ogień w kominku zgasł niemal doszczętnie, a w pokoju zrobiło się zupełnie ciemno. 

- Wstawaj, idziemy na górę. - Szturchnąłem go w końcu.

Po zrobieniu naparu, Andy położył się smacznie na kanapie, mi pozostawiając odrobinę miejsca w nogach. Było do przewidzenia, że w tej pozycji szybciej zrobi się senny.

- Zanieś mnie. - Szepnął mrukliwie, nie ruszając się ani o milimetr. 

- Chyba kpisz. - Burknąłem, podnosząc się z miejsca. Zamknąłem szyld kominka i odniosłem garnek do kuchni, a kiedy wróciłem, wypłosz leżał, jak leżał. - Młody, wstawaj.

Zero reakcji. 

- Zostaniesz tu na noc i zamarzniesz. 

Ani drgnął. 

- Andy...- Podszedłem bliżej i zdarłem z niego koc. Wtedy przekręcił się na plecy i jak gdyby nigdy nic wyciągnął ręce do góry. - Co ty robisz?

- Nie mam siły. - Odszepnął, uchylając powieki. 

- Andy, wstawaj. - Przełknąłem nerwowo ślinę, znów czując to dziwne uczucie. 

- Zanieś. 

- Nie masz prawa do żadnego narzekania i żeby nie było, że nie ostrzegałem. - Warknąłem cicho, pochylając się po to przebrzydłe cielsko.

A żebyś wiedział, że cię zaniosę. Jak cholerny worek ziemniaków. Jutro będziesz liczył siniaki, tak się będę o ściany obijał. Może nawet się niechcący przewrócę...

- Dzięki, Dav. - Ciepłe powietrze niespodziewanie owiało moje ucho, a wątłe ramiona owinęły się wokół mojej szyi. 

Cały mój misterny, podły plan poszedł... Do lasu. Działem jak w automacie, delikatnie go podnosząc i poprawiając koc. Mocniej do siebie przyciskając kiedy zaczął kaszleć. Wchodząc ostrożne po schodach, w międzyczasie gasząc świeczki. Kładąc go do łóżka, przykrywając kołdrą. Ocknąłem się w momencie, w którym Andy ponownie zaczął kaszleć. Leżałem w łóżku, na boku, nieświadomie wzrok mając nieustannie skierowany w jedno miejsce. Dzieliło nas może pół metra i ta myśl robiła ze mną dziwne rzeczy. Mimo panującego w pomieszczeniu chłodu, pociły mi się dłonie. Może się zaraziłem? Tak, to byłoby całkiem logiczne. W obecnej sytuacji jak najbardziej logiczne byłoby również rzucenie na mnie jakiegoś uroku lub odmrożenie komórek mózgowych, bo to, co działo się w mojej głowie, było absolutnie niewytłumaczalne. 



~~~


Hej hej! Witam Was w to cudowne, (dla kogo cudowne, dla tego cudowne) niedzielne popołudnie z nowym rozdziałem Dwóch Wiatrów. W przyszłym tygodniu NBR, a potem się zobaczy. Mam nadzieję, że przyjemnie spędzacie wakacje, hm? ;)

Do następnego,

Joyssli




wtorek, 4 lipca 2017

5. Dwa Wiatry



- Znalazłem! - Krzyknąłem, chwilę później zanosząc się kaszlem. - Ale tu syf...

Jak tylko się obudziliśmy, a nastąpiło to nieco po dwunastej w południe, rozpoczęliśmy proces orientowania się w sytuacji. Za oknem cały czas panowała zamieć, ale temperatura wyraźnie wzrosła - mogliśmy bez szczękania zębami wyjść spod kołdry. Andy'ego, jako że zdecydowanie nie był w szczytowej formie, wysłałem... W porządku, Andy sam wysłał się na parter i postanowił sprawdzić wszystkie zapasy żywności, leków i innych suchych produktów, które powinny pozostać z ubiegłych lat i, przy odrobinie szczęścia, nadawać się do spożycia. Ja zaś, uporawszy się wcześniej z jeszcze w miarę sprawnym kominem, resztkami drewna znalezionymi w dużym, wiklinowym koszu, rozpaliłem w kominku i wraz z ów koszem udałem się do piwnicy, w poszukiwaniu większej ilości materiałów na opał. Nie zawiodłem się. Na prawo od schodów widniała ogromna góra równiutko poukładanego drwa. Prędko zapełniłem kosz i już miałem udać się z powrotem na górę, kiedy coś przyciągnęło moją uwagę, prawie pozbawiając mnie przy tym życia. Dosłownie. Skupiwszy się na jednym fragmencie najwyraźniej naprawdę długiego kabla, nie zdołałem dostrzec drugiego i gdyby nie mój, jak pozwolę sobie skromnie zauważyć, wrodzony refleks i sprawność fizyczna, zjawiskowo wylądowałbym twarzą na tej zimnej, brudnej podłodze. Nic podobnego się jednak nie stało, a ja szybko znalazłem źródło mojego utrapienia.

- Młody! - Zawołałem donośnie i już po chwili usłyszeć mogłem głośne skrzypienie piwnicznych schodów. 

- Czego? - Andy pociągnął nosem, ostrożnie wchodząc do środka, bez problemów omijając przy tym powywijany we wszystkie strony kabel. Szlag by to.

- Grzecznej, gówniarzu, zawdzięczasz mi życie. Jeśli to w ogóle działa, rzecz jasna. Nie wygląda co prawda na produkt z wyższej półki, ale może coś da się zrobić. Konstrukcja wydaje się prosta...

- Czy ty właśnie znalazłeś swój mózg? - Stwierdził idiotyczne, a kiedy posłałem mu zirytowane spojrzenie, jedynie wzruszył ramionami - Opis był podobny. 

- To agregat, psycholu. Agregat prądotwórczy. Takie magiczne urządzenie, które wyczaruje nam prąd, jeśli je nakarmimy. 

- A więc znacznie bardziej przydatne niż twój mózg. - Stwierdził chłopak i podszedł nieco bliżej. - Jakie paliwo jest nam potrzebne. Ekhem, to znaczy, co je? - Odwrócił się w moją stronę, z tą swoją przebrzydłą miną i dodatkowo uniósł nieznacznie brew.

- Prawdopodobnie etylinę 95/98. - Mruknąłem w zastanowieniu, kucając przy zakurzonej maszynie. 

- Mamy ją? - Westchnął wątpiąco, przyglądając się jej sceptycznie.

- Prawdopodobnie nie...MAMY!

- Zapytałbym, dlaczego tak szalenie ekscytuje cię dalszy brak prądu, ale chyba nie chcę znać odpowiedzi.

- Nie, że nie mamy. Że mamy, czubie. Mamy! - Warknąłem, pokazując palcem na stojące obok kanistry, na których widniał wyraźny napis "AGREGAT".

- No to na co czekasz? Zapytaj się grzecznie, czy wyczaruje nam prąd. 

- Nic mi nie powie, kiedy tak się na niego gapisz. - Odgryzłem się prędko, a wypłosz jedynie prychnął pod nosem.

Na początku próbowałem usunąć z agregatu przynajmniej połowę syfu, jaki na nim zalegał, ale prędko porzuciłem ten pomysł. Na to mogłem znaleźć czas, kiedy w końcu odzyskam prąd, światło i gorącą wodę. Rzuciłem więc na niego okiem dokładnej, raz czy dwa. Nic nie wyglądało na naruszone. Chwyciłem za pierwszy kanister i zakląłem głośno.

- Jest pusty.

- W końcu znalazłeś? - Westchnął z udawaną nadzieją.

-Hm?

- No mózg.

Zacisnąłem zęby, ignorując tę - jakże inteligentną - wypowiedź i wziąłem do ręki kolejny kanister. Tym razem nie zawiodłem się zawartością. Był całkowicie pełny. Spod uchwytu trzeciego z pięciu - które, na całe szczęście, również okazały się pełne - wyciągnąłem lejek i odkręciłem korek. Z korkiem zbiornika paliwa w moim znalezisku szło mi trochę gorzej.

- Może nie jest głodny. - Zanucił złośliwie czerwonowłosy. Przelotnie rzuciłem mu mordercze spojrzenie i na powrót skupiłem się na zakrętce, a ta, po krótkiej chwili, ustąpiła. 

Potem nie było już żadnych problemów. Pięciolitrowy zbiornik wypełniłem po same brzegi i odpaliłem maszynę jednym szarpnięciem. Po piwnicy zaczęło rozchodzić się miarowe burczenie, a ja klasnąłem w dłonie i w podniosłem się do pionu, zerkając na wypłosza. 

- Jeszcze tylko woda, jedzenie i witaj cywilizacjo. - Odetchnąłem, zmierzając do miejsca, w którym znajdowała się wajcha do włączania wody. 

- Jak dla mnie, to tak czy inaczej jesteś przykładem, oraz ostatnim egzystującym okazem człowieka jaskiniowego, którego jakimś cudem ominął fenomen ewolucji.

- Bała się mnie tknąć! - Krzyknąłem zdenerwowany, gdy już wchodził po schodach. 

- Prawdopodobniejszą opcją jest zachwianie się jednego z mechanizmów ewolucji biologicznej...

Warknąłem głośno, wgapiając się w niego z czystą furią w oczach. Jak już wspomniałem - nikt nie potrafił zirytować mnie tak, jak on. Sekundę później rzuciłem się do przodu, w pędzie planując wszystkie możliwe formy zamordowania tego-

- KURWA! - Jeśli naprawdę wierzyć by w niebo i piekło, kable z całą pewnością były wynalazkiem szatana. 

A Andy był jego potomkiem.

Powoli podniosłem głowę, rozcierając na piekącym policzku warstwę brudu. Stał tam. Na samym szczycie piwnicznych schodów, nonszalancko opierając się o futrynę. Znów przybrał tą znienawidzoną przeze mnie twarz i uśmiechnął się delikatnie, z wszechogarniającą jego aurę kpiną, wyższością i chorą satysfakcją. Dosłownie nią emanował.

 - ...A to, z pozoru niewiele znaczące niedopatrzenie, doprowadziło do stworzenia defektu, który, po upływie pewnego czasu, okazał się autentyczną skazą mechanizmu ewolucyjnego. 

Następnie po piwnicy rozległ się głuchy trzask drzwi, który prędko został zastąpiony dźwiękiem jednostajnego burczenia agregatu i moimi niecenzurowanymi krzykami.



***

- A więc mamy całe tony herbat i miodu, trochę kawy, sporo przypraw, skrobię kukurydzianą, sodę, bulion, orzechy, trzy torby krakersów...O, nawet data ważności się zgadza... Pojemniki z suszonymi owocami wyglądają nieźle. Jest też mąka, cukier trzcinowy, dużo makaronów, płatki owsiane, ryż, jakaś kasza... Słodycze! Ta czekolada jest moja - Wypłosz prędko wyciągnął z szafki swoje znalezisko i uśmiechnął się pod nosem. Co za dzieciak. - Mamy też budynie, kisiele, mleko w proszku, chińskie czy inne dania do zalania wrzątkiem, trochę ekstremalnie spleśniałego chleba i przeterminowanych gofrów, suche, kukurydziane pieczywo matki, masło orzechowe, dwie puszki z fasolką jedną z... Czymkolwiek była, to się raczej nie nadaje do spożycia. Tutaj... Olej, bimber, rum, wódka... No nieźle. Są jeszcze różne sosy, dżemy i przeciery. - Zakończył z cichym westchnieniem, wyjmując kilka z wymienionych rzeczy. 

- Na razie nie umrzemy. Swoją drogą ciekawe, że mamy tutaj tyle żarcia o kilkuletnim terminie ważności. - Mruknąłem cicho, podchodząc bliżej i badając wzrokiem wnętrze szafki. 

- Zawsze robili takie zakupy, przyjeżdżając tu. Najbliższy sklep jest godzinę drogi stąd. Samochodem. - Odparł zrezygnowany, ostatecznie zamykając szafkę i otwierając suche pieczywo oraz dżem. - Pachnie dobrze. Chyba truskawkowy. 

- Pokaż - Odebrałem od niego słoik i powąchałem krótko. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo byłem głodny. Wcześniej nie miałem nawet chwili, żeby się na tym skupić. W tamtym momencie naprawdę zemdliło mnie z głodu. - Faktycznie okej. Sprawdźmy jeszcze stan wyposażenia kuchni i...- Nie dokończyłem, gdyż przerwał mi nieoczekiwany napad kaszlu. Nie mój, Andy'ego, żeby było jasne. -...i ty lepiej wracaj do kominka.

- Ni-

- Zaraz sam cię tam zaprowadzę i wrzucę do środka!



***

Andy był chory. Nie jakoś bardzo, ale jednak chory, a my mieliśmy do dyspozycji jedynie gorącą kąpiel, herbatę z miodem, witaminę C i marne środki przeciwbólowe. Nic na przeziębienie czy jego przeklętą odporność, a raczej jej brak. 

- Weź jeszcze to. Nadal masz wilgotne włosy. - Mruknąłem, podając mu samochodowy koc.

Kiedy w końcu udało nam się coś zjeść - a trochę to zajęło, przy okazji znacznie zmniejszając zapasy żywności -  postanowiłem dokładniej sprawdzić stan używalności łazienki. Na narożnej wanno-kabinie osadził się kamień i sporo brudu, w tym całe złoża kurzu, ale udało mi się z tym uporać w nie więcej niż czterdzieści minut. W szafce w kuchni znalazłem sporo detergentów. Umywalka i sedes - prócz braku deski - wypadały całkiem znośnie jak na pięć lat nieużywalności. Przetarłem jeszcze lustro, dwie drewniane półki oraz znajdujące się na nich do połowy zużyte szampony i płyny. Końcowy efekt był naprawdę niezły. Początkowo miałem jeszcze problem z wodą. Przez chwile przeraziłem się, że jej resztki zamarzły w rurach, bo ojciec zapomniał zająć się tym przed wyjazdem, ale po jakimś czasie wszystko zaczęło działać bez zarzutu. Nie, żebym nagle przestał się tym przejmować. Rury były stare i wymrożone, nawet w środku lata miewaliśmy z nimi problemy. Wtedy ratowało nas oddalone o raptem sto metrów jezioro, które teraz pokryte było - zapewne całkiem grubą - warstwą lodu i śniegu. Nie zamierzałem jednak wybiegać w przyszłość i wykrakać sobie nieszczęścia. Zamiast tego wybrałem się do auta, w celu przyniesienia walizek nieszczęsnego bachora, swojej torby, samochodowego plecaka i reszty potrzebnych nam rzeczy. Jeśli chodzi o wrażenia z tej wyprawy... Bez wątpienia zasłużyłem na tą gorącą kąpiel. Śnieg sięgał mi niemal do pasa. Śnieg... Samo otworzenie drzwi zajęło kilkanaście minut! Nie wspomnę już o samochodzie, moim cudownym, niczemu niewinnym samochodzie, który będzie nadawał się już tylko i wyłącznie na złom. Jeśli nie rozpadnie się po drodze na lawecie, oczywiście. Koniec końców udało mi się przenieść do domu zupełnie wszystko, włącznie z wycieraczkami, które rozłożyłem w korytarzu i umieściłem tam część przemokniętych rzeczy, niemieszczących się pod kominkiem. Potem, kiedy już wziąłem kąpiel, naciągnąłem na siebie dresy i koszulkę, które zawsze nosiłem w plecaku. Zakładałem je po siłowni, jeśli nie chciałem wbijać się z powrotem w spodnie w kant i marynarkę. Świeże ubrania, szczoteczka do zębów i ręcznik przydawały się również wtedy, gdy rankiem budziłem się w cudzym mieszkaniu, w cudzym łóżku, bielizna wysiała na lampce nocnej, a w głowie odbywał się koncert heavymetalowy. Na ten temat wolałbym się jednak nie rozwodzić. Wracając - Następnie wysłałem do łazienki Andy'ego. Dłuższą chwilę zajęło mi połapanie się w jego rzeczach i znalezienie jakichś czystych, w miarę ciepłych ubrań. Wszystko poprzekładane było książkami, zeszytami, ołówkami, pędzlami i tonami rzeczy, których jako grafik nigdy nie widziałem na oczy. Czas, który dzieciak spędził w łazience, poświęciłem na lekkie ogarnięcie domu i wstawienie...rosołu. Trochę zamiotłem, trochę przetarłem i wytrzepałem. I tak wykonałem pracę znacznie przekraczającą moje możliwości.  Miałem zamiar przypomnieć o tym wypłoszowi, jak tylko będzie zdolny do roboty. Nie ma na tym świecie nic za darmo. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę gotować temu małemu świrowi rosół...

Teraz sytuacja przedstawiała się następująco: "wyprane" - o ile to przepłukane można było tak nazwać - przeze mnie ubrania suszyły się na prowizorycznej, kijowo-krzesłowej suszarce nieopodal kominka, dom był w miarę czysty, jedzenie przeliczone, bezmięsny rosół z kostki i mieszanki suszonych warzyw na kuchence, koce poskładane na fotelach lub na strychu, zbiornik paliwa w agregacie prawie pusty, a my siedzieliśmy na kanapie przed kominkiem, czyściutcy i pachnący, zastanawiając się, czy te cholerne telefony zdążą się naładować, zanim spalimy całe pięć litrów. 

- Na ile wystarcza jeden kanister? - Mruknął Andy znad kolejnego parującego kubka herbaty z miodem, które wciskałem w niego od kilku godzin. Skurczybyk, kiedy się połapał, zaczął pić o wiele wolniej. 

- Teoretycznie na jakieś 5/6 godzin. Jeśli będziemy dobrze tym gospodarować, da radę pociągnąć cały dzień. Będziemy włączać go tylko wtedy, kiedy będzie potrzebny. Trzeba to ogarniać masowo. Gotowanie, kąpiel, ładowanie czy cokolwiek. Zupa będzie gotowa za jakieś pół godziny, makaron za dziesięć minut. Wtedy też pewnie skończy się paliwo. Ta kuchenka ciągnie od cholery prądu - Przetarłem zmęczoną twarz dłonią, rzucając okiem na chłopaka - Ale nie potrzebujemy jej cały czas. Światła też. Poza tym, mamy naprawdę dużo świec i kominek. I sporo drewna. Starczyłoby na tygodnie, tak myślę. Mamy też tą śmieszną rzecz, dzięki której możemy powiesić czajnik nad ogniem i w ten sposób gotować wodę. Ostatecznie to samo można zrobić z wodą do kąpieli. - Mówiąc to wstałem i dołożyłem do ów kominka, żeby przypadkiem nie zaczęło przygasać.  - Komin przechodzi przez strych, więc górze będzie ciepło. Gorzej z łazienką, ale przecież będziemy się kąpać w gorącej wodzie. Ją też trzeba oszczędzać. Jeśli czegoś nie dopijesz, czy po prostu trzeba będzie coś wylać, wylej za okno, nie do zlewu. Od tyłu domu, za wiatrem, żeby nie wleciało za dużo zimnego powietrza. 

- Czym się martwisz? - Nie dość, że mówił przez nos, jego głos był naprawdę zachrypnięty. Teraz przynajmniej nie kaszlał co sekundę, ale przez chwilę było naprawdę źle i w ciągu kilku godzin zdążył mocno zedrzeć sobie gardło. - Gadasz dużo i szybko, w dodatku o takich rzeczach, jakbyśmy mieli tu zostać na naprawdę długo.

- A skąd wiesz, że nie zostaniemy? - Prychnąłem, kręcąc głową - Samochód nie ruszy za żadne skarby, a nawet jeśliby ruszył, choć NIE RUSZY, nie mamy jak stąd wyjechać. Odmrozimy sobie dupy, a raczej ja odmrożę sobie dupę, bo ty, zamiast pomagać, będziesz łowił zapalenie płuc... Zamarznę, godzinami odśnieżając drogę, a kiedy dotrę do samego końca, na jej początku śnieg będzie sięgał mi do pasa, a to znaczy dokładnie tyle, że nie da się stąd wyjechać, ani tu wjechać, co z kolei znaczy, że nawet jeśli złapalibyśmy jakiś zasięg, nikt po nas nie przyjedzie, rozumiesz!? - Powiedziałem na jednym oddechu, nieco unosząc głos. Niepotrzebnie. 

- Myślisz, że nie zdaje sobie z tego sprawy? Masz do mnie pretensje? Mówisz, jakby to była moja wina. Uważasz, że to moja wina, David? - Znów spojrzał się na mnie tymi przeklętymi oczami, a w jego głosie, jak na złość, nie było teraz kpiny i złośliwości. W dodatku wiedziałem, do czego nawiązuje.  

- Nie mów do mnie w ten sposób, Andy. - Oparłem czoło na dłoni i zacisnąłem zęby.

- Gdybym przyleciał samolotem zaraz po zakończeniu roku, nie musiałbyś po mnie przyjeżdżać. Nie byłoby cię tu teraz i nie miałbyś żadnego problemu. 

- Gdybyś przyleciał wtedy samolotem, musiałbym dać pieniądze na leczenie twojej psychiki - Parsknąłem, ale na nic się to zdało. 

Andy rzadko bywał...taki. Taki inny. Nie bardzo nawet wiedziałem jak to nazwać. Na pewno nie był sobą. Normalnie zaraz by mi odpyskował i zwalił całą winę na mnie i siły wyższe. Teraz był cicho i patrzył w ognień, choć nie wiem, gdzie kierował wzrok. Płomienie tańczyły w jego oczach. 

- Gdyby rodzice przyjechali po ciebie po zakończeniu roku, nie byłoby nas tu teraz i nie mielibyśmy żadnych problemów. - Zaznaczyłem, bo przecież taka była prawda. 

- Zapowiadali kiepską pogodę, poza tym dziecko i...

- Andy. - Przerwałem mu, kręcąc głową, a on tylko skinął. Obaj znaliśmy fakty aż za dobrze. - Odczekamy, ile będziemy w stanie. Śnieżyca nie będzie trwać wiecznie. Potem jakoś skontaktuję się z Maxem i on zawiezie nas do domu. 

- Do domu? 

- Do... Domu. - Spojrzałem na niego, choć byłem pewien, że wiedział o czym mówię. Ponownie skinął głową, pociągając nosem. 

- Powinieneś mnie teraz oskarżać, a nie robisz tego. Dlaczego? - Szepnął, kierując wzrok w moją stronę. - Nie jesteś moim bratem. Nie jesteśmy rodziną. Nie jesteśmy nawet przyjaciółmi. 

- Wiem... - Odetchnąłem, zaciskając na chwilę powieki - ...Ale ostatecznie, jesteś tym, co mi zostało. 

Chłopak patrzył się na mnie przez chwilę, a kiedy dotarło do niego, że powtarzam jego wcześniejsze słowa, zmarszczył lekko i brwi i zaśmiał się. Czystym i szczerym śmiechem. 

- To było słabe. 

- Ta. Idę wyłączyć makaron i zagotować wodę do picia. - Mruknąłem, przewracając oczami. - A ty się prześpij. Musisz wrócić do stanu używalności. Chyba nie myślisz, że będę wiecznie ci usługiwał.

Kiedy wstawałem, chłopak pociągnął mnie za nogawkę, zmuszając z powrotem do zajęcia miejsca na kanapie. 

- Zostań. 

- Makaron się rozgotuje, a nie wymigasz się od zjedzenia tego. - Poinformowałem go szybko, nagle czując się naprawdę dziwnie. 

- Mhm. - Mruknął pod nosem coś jeszcze, po czym po prostu przysunął się i oparł głowę na moim ramieniu. 

Sparaliżowało mnie. Naprawdę. Przez kilka minut, jeśli tyle właśnie minęło, nie mogłem się ruszyć. Nie czułem mięśni, kończyn, cholernego języka. Nic. Kiedy to minęło, poczułem się jeszcze dziwniej. Bo niby co to miało być?! Chciałem dać młodemu opieprz, ale jak tylko obróciłem głowę... Na Boga i całą resztę tam na górze czy gdziekolwiek, to się stało drugi raz! Tyle że teraz nawet nie bardzo mnie to obchodziło. Chyba kręciło mi się w głowie, byłem skołowany. Może dostałem oczopląsu, ale na moim ramieniu rozsypane były jasnoczerwone kosmyki, więc to nawet logiczne. Andy farbował włosy dosyć często i było widać, jak bardzo są zniszczone, a ja mimo wszystko zapamiętałem je jako przyjemnie miękkie. Nie mogłem powstrzymać się przed sprawdzeniem tego, choć z tyłu głowy jakiś idiota krzyczał do mnie, że robię coś zakazanego. Tak też się czułem, delikatnie gładząc palcami kolorowe pasma. Być może chwilowo straciłem jasność umysłu, ale były naprawdę miękkie.



~~~

Hej hej, ludzie ;)
Daję wam kolejny rozdział "Dwóch Wiatrów" i zaznaczam, że nie mam pojęcia, co pojawi się w przyszłym tygodniu. Coś napiszę na pewno. 

Do następnego,

Joyssli

Niebetowano 


niedziela, 25 czerwca 2017

15. Good wind


Good wind
Dobry Wiatr 

Urodziny. Rocznica urodzenia. Dzień, który został uznany na warty świętowania. I po co? Żeby uświadomić sobie i ewentualnej reszcie świata, że jesteśmy o rok starsi? Bezsens. Nathan zdecydowanie tego nie rozumiał. Wyprawiał urodziny, i swoje, i Mike'a, ale tylko i wyłącznie ze względu na brata. Z całą tą urodzinową otoczką wiązało się zbyt wiele istotnych szkopułów. Po pierwsze, pieniądze. Ogrom niepotrzebnych wydatków na niepotrzebne bzdety. Można było oczywiście powiedzieć to wprost - nie było go stać na urodziny. Po drugie, ludzie. Urodziny - a raczej impreza urodzinowa - zazwyczaj celebrowane były w gronie przyjaciół, znajomych, współpracowników czy kogokolwiek innego. Nathan nie przepadał za ludźmi, szczególnie obcymi, a bliskich nie miał wielu. Wracając do urodzin i ich otoczki, po prostu tego nie lubił. Nie lubił niepotrzebnych wydatków, zapraszania gości, kolorowych balonów, denerwujących serpentyn i innych kiczowatych ozdób, przesłodzonych tortów i tego całego zgiełku. Cóż, przynajmniej tak właśnie próbował sobie wytłumaczyć swoją niechęć do tego dnia, spychając w głąb umysłu fakt, że nie miał złamanego grosza na choć jedną z tych kiczowatych ozdób czy prawdziwy, urodzinowy tort, oraz że prócz rodziny Tomasa nikt by się nie zjawił. Nie, po prostu nie lubił urodzinowego bagna. Jakim więc cudem wylądował tu - we Wschodnim Yorkshire, w Hull, dokładnie w piątym już dziś oceanarium - The Deep. Wcześniej odwiedził między innymi również National Sea Life Centre w Birmingham, które swoją drogą było największym lądowym akwarium w Wielkiej Brytanii, Lakes Aquarium w miejscowości Lakeside, na południowym brzegu jeziora Windermere w Kumbrii, oraz Blue Planet Aquarium w Ellesmere Port, w hrabstwie Cheshire. Dużo czasu, dużo jeżdżenia, dużo pieniędzy i zachodu. W dodatku nie był sam. Nie był też jedynie z Mike'em, jak bywało zazwyczaj. Towarzyszył im - choć nie jest to może odpowiednie stwierdzenie, zważywszy na to, że to właśnie on ich tu zaprosił, zawiózł i wszystko ufundował - przeklęty Allen Navas. I w tym momencie Nathan wykorzystywał całe pokłady zawziętości i silnej woli, by wmówić sobie, że wcale nie bawi się tak dobrze, jak w istocie się bawił.

- Nath, spójrz! To Megachasma pelagios, rekin wielkogębowy*. Jedyny żyjący przedstawiciel rodziny Megachasmidae i rodzaju Megachasma. Nawet nie masz pojęcia, jak mało ich zostało. - Mike wydawał się przywrzeć do szyby i ani na chwilę nie odrywał wzroku od zaobserwowanej przed chwilą ryby.

- W 2015 roku odnotowano 102 osobniki. To naprawdę niewiele. - Podsunął Allen, a uśmiech Mike'a tylko się poszerzył, kiedy szybko rzucił okiem na mężczyznę.

Nathan jednak musiał przyznać, że Navas albo po kryjomu fascynował się ichtiologią*, albo po prostu odrobił lekcje i to nieźle się do nich przykładając. Co chwile zasypywał Mike'a informacjami z samego dna Wikipedii, a nazwy naukowe wypowiadał z taką pewnością i umiejętnością, jakby łacinę miał we krwi.

- A to Regalecus glesne! Wstęgor królewski, dawniej nazywany...

-...królem śledziowym. Jest jedną z najdłuższych ryb świata, wiedziałeś? - Spojrzał na chłopca, lekko się pochylając.

- Tak! - Roześmiał się cicho, a Nathan zdusił w sobie uśmiech.

Mike, choć bardzo mądry i dojrzały jak na swój wiek, był też cichy i zamknięty w sobie. Często bywał też markotny. Nie ufał ludziom. Osoby, w których towarzystwie czuł się swobodnie, nie przekraczały liczby palców u jego dłoni. A teraz się śmiał. Śmiał się, mówił, biegał i po prostu cieszył się z wycieczki, jak cieszyłby się z niej przeciętny pięciolatek. Z jego oczu choć na chwilę zniknęła ta nienaturalna dla dziecka powaga i napięcie. Całkowicie się rozluźnił i Nathan mógł jedynie zrobić to samo, ciesząc się jego szczęściem. I nosząc za nim Kokchi'ego.

Po chwili podeszła do nich wynajęta przez Allena młoda, niskiego wzrostu kobieta, z którą poznali się już przy wejściu do The Deep. Uzgadniała wtedy z nimi trasę wycieczki oraz jej czas. Wtedy też okazało się, że mogą zwiedzać obiekt nawet do dwóch godzin po zamknięciu, gdyż Navas wykupił jakieś specjalne wejściówki. Nathan nie oszczędził mężczyźnie kilku nieprzyjaznych spojrzeń z tego powodu. Teraz szeptem powiadomiła mężczyznę o czymś, co wywołało lekki uśmiech na jego twarzy, po czym skierowała się w stronę szyby, by ponownie snuć naukowe, ale i legendarne opowieści na temat znajdujących się tutaj wodnych zwierząt.

- O co chodzi? - Chłopak uniósł delikatnie brwi, postępując kilka kroków ku towarzyszowi. - Mam nadzieję, że to koniec niespodzianek na dzisiejszy dzień? Dochodzi dziewiąta, limit powinien się wyczerpywać. - Kończąc wypowiedź powrócił wzrokiem do Mike'a, pogrążonego w nieśmiałej rozmowie z przewodniczką.

- Masz tak mało wiary w moją osobę. Czuję się urażony. - Odparł mężczyzna z teatralnym grymasem na twarzy. - Ostatnią niespodziankę dostaniesz dopiero przed wejściem do kamienicy.

- O czwartej nad ranem? Nie wiem, czy będę potrafił się tym odpowiednio ekscytować. - Rzucił melodyjnym głosem.

- Tak właściwie...

- Allen, spójrz! - Mike prędko podbiegł do niego i chwyciwszy za rąbek jego płaszcza, pociągnął mężczyznę w stronę szyby. - Widzisz tego limacina helicina? Jest maleńki, musisz podejść bliżej. - Mówiąc to, wskazał na mikroskopijnego ślimaka morskiego, unoszącego się w wodzie z pomocą dziwacznych płetw. - Też ma na imię Allen!

Mężczyzna zaśmiał się pod nosem, kucając obok Mike'a oraz skinął głową stojącej nieopodal, czarnowłosej kobiecie, która ewidentnie chciała coś wtrącić.

- Ślimaki morskie limacina helicina, jak podają naukowcy z Uniwersytetu John Hopkins w Baltimore w swojej publikacji w Journal of Experimental Biology, zostały wyposażone przez Naturę w specyficzne „odnóża”, którymi zakończone jest ich ciało. Dzięki takiemu przystosowaniu do życia w morzu, nie pływają, a unoszą się, jakby na skrzydłach. Nazywane są przez to Motylami Morskimi. W naszym aquarium znajdują się jedynie dwa osobniki z tego gatunku. Allen oraz jego bezimienny towarzysz przybyli do nas zalewie tydzień temu. Jeszcze się nie zaaklimatyzowali. - Nie przerywając ani na chwilę, przewodniczka przesunęła umieszczoną na szynach szybę, która znacznie powiększyła obraz wnętrza aquarium tuż przed nimi. - O, tutaj jest nasz mały przyjaciel. - Przesunęła szybę jeszcze odrobinę, a przed oczami Allena pojawił się kolejny ślimak, w dziwny sposób kręcący się wokół własnej osi.

- Co on robi? - Mike stanął na palcach i z całych sił wyciągnął do góry szyję, próbując dostrzec drobne żyjątko.

Mężczyzna, nie zastanawiając się długo, rozłożył nieznacznie ramiona, oferując pięciolatkowi znalezienie się nieco wyżej. Ten wahał się jedynie przed chwilę. Podszedł do Navasa możliwie blisko i objął rączkami jego szyję, by po kilku manewrach zasiąść na jego barkach "na barana".

- Bada otoczenie. Skrzydełka tych ślimaków są również bardzo czułe. Czasem wykonują całe układy, by omieść nimi całą przestrzeń wokół siebie. Wyglądają wtedy jakby tańczyły. Ten robi to niemal cały czas. W taki sposób również się porusza. Możliwe, że nadal czuje się zagrożony.

- Więc tego nazwiemy Nath. - Szepnął chłopiec, zaciskając piąstkę na kołnierzu szarego płaszcza mężczyzny. Wyraźnie skupił się na środkowej części wypowiedzi kobiety. - Ładnie tańczy.

- Jak Nath? - Mruknął mężczyzna znacznie głośniej, by chłopak bez trudu zorientował się, że to właśnie o nim rozmawiają.

- Nie, Nath tańczy ładniej.

- Najładniej.

- Najładniej na świecie.

- O czym rozmawiacie? - Uśmiechnął się półgębkiem, zerkając podejrzliwie to na brata, to na Navasa.

- Zdecydowaliśmy się nazwać naszego nowego przyjaciela Nathan. Spójrz, jakie cudowne pirouette. - Mruknął mężczyzna z uznaniem, kiwając w stronę ślimaka.

- Cudowne, naprawdę - Chłopak jedynie pokręcił głową i skupił wzrok na Mike'u - Nie za wygodnie ci tam?

- Nie, jest w porządku. Chodźmy dalej! - Rozkazał doniośle malec, wyciągając rękę wraz z palcem wskazującym tak daleko, jak tylko był w stanie.

***


Minęła godzina, zanim przewodniczka się oddaliła, żegnając się z nimi i wskazując drogę do wyjścia, a Mike zdecydował się zejść na ziemię i zasiąść na szaliku Allena tuż przed szybą zbiornika z setkami kolorowych ryb. Pozostała dwójka postanowiła spędzić ostatnie minuty w The Deep na rozmowie, zasiadając na ławce kilka metrów dalej.

- Mike jest naprawdę szczęśliwy. - Podjął chłopak, wpatrując się w tył głowy brata. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dużo się uśmiechał.

- Cieszę się, to cudowny dzieciak. - Al sam uśmiechnął się pod nosem, na moment również lokując swój wzrok w chłopcu.

- On też cię lubi. Myślę, że nawet bardzo. Najpierw Kokchi, teraz siedzenie "na barana". Niedługo będziesz musiał czytać mu na dobranoc i odbierać ze szkoły. - Pokręcił głową, śmiejąc się cicho.

- Cóż ja wtedy pocznę. - Przeraził się manierycznie mężczyzna.

- Nie wiem. Ja będę miał wolne, nie będzie mnie obchodziło. 


- Parsknął na koniec i przeniósł wzrok na towarzysza rumieniąc się nieznacznie, kiedy odkrył, że ten wpatruje się w niego już od jakiegoś czasu.

- Mógłbym to robić. - Tym razem jego głos był poważny, choć przepełniony swoistą łagodnością i obietnicą.

- Wiem. - Oparł prędko chłopak, chcąc zakończyć ten temat już w zalążku.

Nie był gotów na rozwijanie go w tej chwili. To byłoby zbytnie wybieganie w nieznaną nikomu przyszłość, ale... Ale wiedział. Naprawdę wiedział i nie miałby nic przeciwko. Nie miałby nic przeciwko widzeniu Allena codziennie, przebywaniu z nim. Nie miałby nic przeciwko jego bliskiej relacji z Mike'em, pomocy przy zajmowaniu się nim, spędzaniu razem czasu. Zupełnie nic...

- Wcześniej, przy ślimakach, zacząłeś o czymś mówić. - Przypomniał chłopak, próbując wybrnąć z sytuacji.

- Ach tak, to chyba już odpowiednia pora, by o tym wspomnieć. Mam w zanadrzu jeszcze jedną niespodziankę. Spodziewam się jednak twojego stanowczego protestu. - Allen westchnął głośno, zbijając usta w wąską kreskę. - Zegar niebawem wybije dziesiątą. Z oceanarium wyjdziemy za mniej więcej pół godziny i nawet gdybyśmy od razu ruszyli, a byłoby szkoda, bo spacer po tutejszym molo nocą jest czymś niewiarygodnym, dotrzemy do Londynu, co zdążyłeś już wcześniej wspaniałomyślnie zauważyć, nieco przed czwartą.

- I co w związku z tym? - Chłopak zmarszczył brwi, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza ta rozmowa.

- Pozwoliłem sobie zarezerwować nam pokoje w przytulnym hotelu, oddalonym od nas raptem półtorej mili.

- O nie. Nie, nie, nie. Nie zgadzam się na-

- Jesteśmy na nogach od samego rana, będziemy... Już jesteśmy zmęczeni. - Przerwał mu prędko - Mike robi się śpiący, choć na razie jest zbyt zajęty podziwianiem aquarium. Kiedy wyjdziemy, padnie. Spanie w samochodzie nie należy do najprzyjemniejszych czynności, więc...

- Allen, to za dużo! - Zaprotestował ponownie chłopak, bezsilnie załamując ręce.

- Polemizowałbym, ale nie widzę w tym większego sensu. Po prostu pozwól mi potwierdzić rezerwację, żeby wszystko było w pełni gotowe na twój przyjazd.

- Jakby moje zdanie miało jakiekolwiek znaczenie - Parsknął niezadowolony, zaplatając ręce na piersi.

- Jest kluczowe, ale cieszę się, że się zrozumieliśmy - Allen posłał mu przesłodzony uśmiech, od którego niejednemu zmiękłyby nogi i wyciągnął z kieszeni płaszcza telefon.

- Ej! Wcale się nie zgodziłem, słyszysz?!

***


- Nie zgodziłem się. - Burknął nastolatek, jak tylko wysiedli z auta. - Nie wyraziłem swojej zgody.

- Tak, to już wiemy. Możesz być całkowicie pewien, że mam tego pełną świadomość. Wielkodusznie nie dajesz mi o tym zapomnieć nawet na chwilę. - Parsknął kpiąco, zamykając drzwi od strony kierowcy i kierując się do tylnych.

Dzisiaj Mike łaskawie stwierdził, że Nathan już nie będzie musiał go podnosić, skoro mają od tego Allena, który, jak chłopiec zauważył, ma większe ramiona, więc na całą pewnością jest silniejszy. W dodatku był wyższy i miał brodę, co również przemawiało na jego niekorzyść. Dlatego właśnie to Allen otwierał teraz drzwi pasażera i delikatnie brał na ręce śpiącego już od jakiegoś czasu Mike'a. Trzymał się na nogach i tak bardzo długo, jak na dziecko w jego wieku. Spacer po molo przebył już co prawda "na barana", ale dochodziła dwunasta w nocy. Mężczyzna również zaczynał odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia. Patrząc na Nathana wywnioskować można było dokładnie to samo. Nic dziwnego, to był dzień pełen wrażeń. Drogę od oceanarium do oceanarium pokonywali możliwe szybko i zaczynali zwiedzanie. Pięść obiektów, ponad pięć​ godzin chodzenia, dwanaście godzin ogółem. To był jednak ten dobry rodzaj zmęczenia. Cudowny wręcz. Allen czuł niebywałą satysfakcję, widząc szeroki uśmiech tego wspaniałego dzieciaka. Naprawdę go polubił i z całą pewnością mógłby się przyzwyczaić. Przywiązać. Przez cały dzień wypatrywał również uśmiechu Nathana, a gdy zdołał ów dostrzec, był w niebo wzięty. Powoli zbliżał się do trzydziestki, ale jeszcze nigdy nie czuł tak wiele, przez czyjś uśmiech. Delikatny, szczery, raz za razem wyraźnie powstrzymywany uśmiech. Najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek widział. I był pewien, że mógłby się przyzwyczaić. Przywiązać. Oraz oglądać go do końca życia i jeden dzień dłużej.



* Czysta fikcja - rekin ten nie występuje w żadnych oceanariach. Można go zaobserwować jedynie w środowisku naturalnym.

* Ichtiologia – dział zoologii zajmujący się rybami, ich systematyką, biologią, morfologią, embriologią, fizjologią, ekologią, rozsiedleniem geograficznym i paleontologią.

~ ciocia Wiki


~~~

Okej, jest rozdział. Miał być wcześniej, ale i tak wrzucam wam go teraz z tableta, gdyż nadal nie dotarłam do domu. Pisany również na tablecie, więc za ewentualne błędy bardzo was przepraszam.
O spacerze naszych bohaterów być może dowiecie się nieco więcej za jakiś czas, ale już teraz wrzucam wam krajobraz nocny przepięknego oceanarium The Deep


Do następnego, ludziska!

Joyssli

piątek, 2 czerwca 2017

Informacja

Hej hej, ludziska. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości - ja wiem, że ostatnio trochę nawalam. Najpierw opóźniam terminy publikacji rozdziałów, potem w ogóle ich nie dodaje. Wytłumaczenie, oczywiście, również przygotowałam. Mimo wszystko całkowicie zgodne z prawdą. Ostatnio mam naprawdę sporo na głowie i NIE MA OPCJI, żebym znalazła chociaż chwilę na napisanie czegoś przed 19 czerwca. Wtedy właśnie wrócę z ostatniego, męczącego zapewne weekendu, który zakończy to kilkutygodniowe pasmo porażek, stresu i wszystkiego, co najgorsze. Ufam, że dacie radę jeszcze trochę poczekać i nie zapomnicie o mojej, jakże okropnej osobie :P 

Trzymajcie się,

Joyssli 

czwartek, 18 maja 2017

4. Dwa Wiatry




Noc była lodowata. Leżałem w łóżku od mniej więcej godziny, starając się zgromadzić pod kołdrą jak najwięcej ciepła. Nieszczelny dach i ciągnąca zimnem podłoga wyjątkowo doprowadzały mnie do szału, ale w dalszym ciągu moja wściekłość na panujący w domu chłód była spowodowana w większej mierze czymś zupełnie innym. Jeszcze niedawno byłem tak potwornie zmęczony, że wszystko dookoła przyćmiewała mi gęsta mgła, a wszelkie odgłosy zagłuszał cichy szept, nawołujący - śpij, śpij, śpij... Teraz to wszystko zniknęło, a moje zmysły wydawały się wyostrzone. Widziałem każdą drobinkę kurzu, przelatującą nad wciąż palącymi się świeczkami. Słyszałem wycie wiatru, łamiące się gałęzie, kapiącą gdzieś wodę, ale... AGH! Nie słyszałem Andy'ego!!! Nie słyszałem kroków, szelestu, oddechu czy szczękania zębów, którego się spodziewałem. Nie słyszałem zupełnie nic i ostatecznie to właśnie zmusiło mnie do wstania z łóżka. Nie powinienem był tego mówić. Gdybym mógł, te słowa nigdy nie opuściłyby moich ust, ale to już bez znaczenia. Faktem wciąż pozostawało to, że ja nawet tak nie myślałem. To było zwykłe, bezsensowne pieprzenie, spowodowane skrajnym zmęczeniem i złością. Niemniej jednak coś niemiłosierne kłuło mnie w środku. Odetchnąłem głośno, wsuwając na stopy ciężkie, zimowe buty i powoli zszedłem na dół. Hałas, jaki robiły trzeszczące schody obudziłby umarlaka, toteż widząc w pokoju na piętrze puste łóżko skierowałem się na parter. Może siedział gdzieś w kuchni albo spał na kanapie w salonie? Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej, a wszystkie źródła ciepła, takie jak koc czy kurtka, zostały na strychu. 

- Andy? - Szepnąłem, rozglądając się uważnie po spowitym mrokiem pomieszczeniu. 

Wszędzie było... głucho. Głucho i PUSTO, a pusto z całą pewnością być tutaj nie powinno.

- Andy?! - Zawołałem głośnej, ponownie sprawdzając kuchnię i sypialnię - pusto. 

I wcale nie spodziewałem się go tam zastać. Pokój sypialny należał do naszych rodziców - to pierwszy powód. Drugi był taki, że to pomieszczenie było po prostu przytłaczające. Dziwne odcienie brązu mieszające się ze zgniłą zielenią, brudnym pomarańczem i bliżej nieokreślonym, à la musztardowym kolorem były nie do zniesienia. Całość była jedynie nieco mniejsza od salonu, acz nieumiejętne ustawienie sporej wielkości mebli powodowało, że pokój wydawał się mikroskopijny. Dwie stare szafy, ciemna komoda, dwie szafki nocne, dwuosobowe łóżko naprzeciwko wejścia i trzy długie półki nad nim,  masywne zasłony i ciężkie, wyblakłe dywany... Nigdy nie mogłem pojąć, jak ojciec i Karen tu wytrzymują. Ja z całą pewnością bym zwariował. W znienawidzonej sypialni znalazłem jednak zawinięty w folię, gruby, kremowy koc, który z całą pewnością nam się przyda. Nam obu, jeśli uda mi się znaleźć tego przeklętego dzieciaka!

- Andy! - Tym razem krzyknąłem donośnie, głośno zatrzaskując za sobą drzwi pomieszczenia. - Gdzie jesteś?!

Denerwując się coraz bardziej pobiegłem do łazienki na piętrze, jednak ta też okazała się pusta. Nie było go w pokoju, salonie, kuchni, sypialni ani łazience, oraz z całą pewnością nie było go na strychu. Do jasnej cholery! Jak bardzo Andy dziwaczny i popieprzony by nie był, na pewno nie potrafił rozpływać się w powietrzu. Potrafił się jednak doskonale chować. Niemniej przeszukałem już wszystkie miejsca, w których mógłby być. Pod łóżkiem, w szafach, za kanapą, zasłoną czy regałem... Byłem gotów zajrzeć do lodówki, ale mimo wszystko starałem się zachować ostatnie pokłady racjonalności. Zbierzmy fakty: Andy'ego wcięło. Dlaczego go wcięło? Ponieważ się obraził/załamał psychicznie. Jak to się stało? Usłyszał wiele rzeczy, których nigdy nie powinien był usłyszeć. Od kogo je usłyszał? Ode mnie. Wnioski? Jestem idiotą. 

- ANDY! Słyszysz mnie?! - Po ponownym przebiegnięciu domku stanąłem w korytarzu, uspokajając płytki, drżący oddech. Z moich ust wydobywały się jasne obłoki, a na ramionach pojawiła gęsia skórka. - Andy! Proszę cię, wyjdź już! To nie jest zabawne! - Spróbowałem po raz kolejny, kurczowo ściskając w dłoni koc i nasłuchując jakiegokolwiek odzewu. - Wiem... Wiem że jesteś zły, w porządku?! Wcale nie musisz się do mnie odzywać! Po prosu chodź tutaj! Znalazłem naprawdę gruby koc! - Odruchowo rzuciłem wzrokiem na trzymany przeze mnie przedmiot i zmarszczyłem brwi. Folia w kilku miejscach pokryta była... śniegiem? Odwróciłem się gwałtownie i wbiłem wzrok w niewielką górkę białego puchu, który dostał się do środka razem z nami. Tyle, że teraz wydawała mi się jakby większa. 

- ANDY?! - Otworzyłem szerzej oczy, a po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. - ANDY, DO JASNEJ CHOLERY, JEŚLI WYLAZŁEŚ Z DOMU, TO CIĘ ZABIJĘ - Krzyknąłem ile sił w płucach i z prędkością światła znalazłem się na strychu, szybko wciągając na siebie kurtkę i niedbale zarzucając na szyję szal. Byłem nie na żarty przestraszony. Jeśli wypłosz był na tyle głupi, lub co gorsza - na tyle zdesperowany, żeby wyjść z domu na tę śnieżycę... Boże, przecież on tego nie przeżyje! Nie mam pojęcia, ile stopni jest na minusie, ale sam wiatr może okazać się morderczy. Z powrotem znalazłem się na dole i już chwytałem za klamkę, kiedy uderzyły we mnie trzy rzeczy. Po pierwsze, drzwi były przysypane tak mocno, że pewnie nieźle bym się natrudził, by w ogóle je otworzyć, samochód za oknem był już teraz jedynie jedną, wielką górą śniegu, a buty Andy'ego stały bezpiecznie przy wyjściu. Nie byłem pewien, czy powinienem odetchnąć  z ulgą i założyć, że w takim razie z całą pewnością nie wyszedł z domu, czy zacząć wyrywać sobie włosy z głowy i spisywać testament, bo jeśli wylazł na TAKĄ pogodę, w dodatku bez butów, albo padnę na zawał, kiedy dogłębnie to do mnie dotrze, albo umrę z wyziębienia, szukając dzieciaka, który prawdopodobnie już wcześniej podzielił mój los. Może przynajmniej podwójny pogrzeb wyjdzie jakoś taniej? W końcu ani mój ojciec, ani Karen nie chcieliby się jakoś szczególnie wypłacać. Chociaż... dowiedzą się pewnie grubo po czasie, a nasze ciała odnajdą - jeśli w ogóle tak się stanie - dopiero, gdy stopnieją śniegi. Ale ciekawą opcją będzie opłacenie ceremonii pieniędzmi ze sprzedaży tego domku. Swoją drogą, może zwabią potencjalnych kupców tą historią? Jak to dwójka ich synów tragicznie zginęła tu pewnej mroźnej nocy, gdy za oknem panowała zamieć...

Potrząsnąłem głową i zaśmiałem się histerycznie, na chwilę chowając twarz w dłoniach. To moja wina. Głupie, bezsensowne pieprzenie, ale to była tylko i wyłącznie moja wina. Andy zawsze był małym, upierdliwym, irytującym dziwadłem z kolorowymi włosami i choć zawsze doprowadzał mnie do szewskiej pasji, za żadne skarby nie chciałbym, żeby jakkolwiek się zmieniał. Po prostu taki już był, ale miał i zalety. Na przykład... Cóż, jakieś na pewno miał. Właśnie, ja nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znosiłem go, a potem po prostu przyjąłem do wiadomości, że mam się nim jakoś zająć, zainteresować. Dzwonić, rozmawiać, pytać, co u niego, mailować z nauczycielami. To nawet nie było trudne, wydawało się po prostu właściwe. Co prawda nigdy nie widziałem i pewnie już nie zobaczę w nim brata, ale jest coś, co sprawia, że to trochę tak wygląda. Ta chęć opieki i tak dalej, to właśnie to, co czują starci bracia, tyle że nie do końca w ten sposób. Andy był w moich oczach obcym człowiekiem, nie rodziną, z którą łączą mnie więzy krwi. Był obcy, jednak mimo tego był też jedną z najbliższych mi osób. Bliższą niż rodzice, znajomi z pracy czy sąsiedzi. Nie potrafiłem tego zaklasyfikować, wepchnąć go do jakieś grupy. To był po prostu Andy i z nikim innym nie łączyła mnie taka relacja, jak własnie z nim. A teraz zniknął. Zniknął, bo nie umiałem nad sobą zapanować i powiedziałem coś, czego nigdy nie powinienem był mówić. 

Odetchnąłem głęboko i począłem błądzić wzrokiem po wszystkim, co mnie otaczało, jakby w tęchnącym drewnie szukając odpowiedzi na dręczące mnie pytanie. Drewniane wieszaki, z wyrzeźbionymi ozdobnikami, drewniana skrzynia, w której latem chowaliśmy buty, parasolkę i składane leżaki, drewniane ramy obrazów i obrazków, drewniana, ozdobna misa, do której wkładaliśmy klucze lub słodycze, drewniane listwy ciągnące się do drewnianej futryny drewnianych drzwi od piwnicy, za którymi były drewniane schody, a na dole drewniany, bujany fotel, w którym zazwyczaj przesiadywał...

- Andy... ANDY! - Zafoliowany koc z cichym szelestem upadł na podłogę, a ja w mgnieniu oka znalazłem się przy owych drzwiach i, chwyciwszy za klamkę, mocno je pchnąłem. Ustąpiły od razu. - Andy?! Andy, jesteś tu?! 

Gdy tylko przekroczyłem próg, uderzył we mnie ogrom kurzu, wilgoć i nieprzyjemny zapach unoszący się w powietrzu. Nie zważając na to, ostrożnie pokonywałem koleje stopnie, starając się dojrzeć cokolwiek w panującym wokół mroku. Tutaj nie było okien, przez które wpadałoby złudne światło odbijane przez tony śniegu. Gdy zszedłem na sam dół, ogarnęła mnie całkowita ciemność. Teraz, gdy patrzyłem na górujące nade mną drzwi, świat za nimi wydawał się o wiele jaśniejszy, niż był w rzeczywistości. 

- Andy? - Zmrużyłem powieki, wytężając wzrok jak tylko byłem w stanie. Na nic się to zdało - nie widziałem zupełnie nic. 

Szybko wróciłem na górę i dzięki względnej widoczności znalazłem w kuchni pudło ze świeczkami. Zgarnąłem pierwszą lepszą i chwyciłem za zapałki, od lat leżące w tym samym miejscu nad kuchenką. Znalezione przed chwilą źródło światła rozbłysło niewielkim płomieniem dopiero przy trzeciej próbie, a ja boleśnie poparzyłem sobie dwa palce. Zdążyłem jednak jedynie przekląć pod nosem i po chwili z powrotem znalazłem się w piwnicy. Tym razem nie dość, że zdołałem dojrzeć otoczenie, usłyszałem cichy szelest tuż za plecami. Pewnie w innych okolicznościach nieźle najadłbym się strachu, jednakże przerażenie, które towarzyszyło mi, gdy pomyślałem, że Andy'emu mogło się coś stać, było o wiele silniejsze. 

- Andy? - Po minucie ciszy byłem gotów z zawodem stwierdzić, ze to tylko myszy, o których wypłosz sam z resztą wspomniał, ale doskonale słyszalne pociągnięcie nosem rozwiało wszystkie wątpliwości - Andy...

- Wyjdź stąd- Drżący, zachrypnięty głos przeciął ciemność jak tylko postąpiłem krok na przód. 

- Posłuch-

-  Wyjdź - Zbliżyłem się jeszcze trochę, i jeszcze, aż w końcu dostrzegłem zwinięte w kulkę, drżące ciało chłopaka. Jego blade dłonie kurczowo zaciskały się na okrytych płaszczem ramionach, a stopy spowijały wyraźnie przemoczone skarpetki.

- Czyś ty do reszty zwariował?! Szukam cię od jakiejś godziny! Przeszedłem dom kilka, jak nie kilkanaście razy! Wychodziłem z siebie zastanawiając się, czy jesteś na tyle głupi, by wyleźć na zewnątrz! Ma...- Odetchnąłem ciężko, przeczesując dłonią rozpuszczone dredy - Martwiłem się o ciebie, do jasnej cholery!

- Wyjdź - Powtórzył po raz kolejny, a ja podszedłem do niego prędko, gratulując sobie w duchu wyboru na tyle szerokiej świecy, bym teraz mógł swobodnie postawić ją tuż obok, nie martwiąc się o jej przewrócenie.

- Och, właśnie wychodzę. Razem z tobą - Chwyciłem go za kołnierz płaszcza i postawiłem do pionu, jednak wypłosz cały czas się przy tym wyrywał i próbował mnie odepchnąć. - O CO CI CHODZI?!

- O co TOBIE chodzi?! - Odsunął się ode mnie i parsknął niewesoło - Przecież nie puszczałem muzyki, nie odzywałem się, nie pokazywałem ci się na oczy...

- ANDY, DO JASNEJ CHOLERY, MOGŁEŚ ZAMARZNĄĆ! Wracamy na górę! - Przysunąłem się, chcąc chwycić go za ramię, jednak zdołał mi umknąć, z łatwością przeskakując niewysoką świecę.

- NIE - Wysyczał, niemal zgrzytając zębami - Mógłbyś przestać mi przeszkadzać?

- W UMIERANIU? - Wrzasnąłem, załamując ręce.

- W udawaniu, że nie istnieję. Wiesz, ponoć to właśnie robię najlepiej. - Odparł chłodno, głośno przełykając ślinę. 

I znów, mimo że było ciemno, mimo że nawet nie powinienem zwrócić na to uwagi, jego oczy lśniły i wywiercały we mnie niewidzialną dziurę, a ja nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Ostatecznie zacisnąłem wargi w wąską linię i odwróciłem na moment głowę, zwijając dłonie w pięści. 

- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, załatwimy to inaczej - Oznajmiłem po chwili i rzuciłem chłopakowi ostrzegawcze spojrzenie, które skomentował kpiącym prychnięciem. - W porządku.

Nie czekając ani chwili, którą wypłosz mógł wykorzystać na zorientowanie się w sytuacji i ucieczkę, znalazłem się przy nim i jednym, silnym ruchem przerzuciłem go sobie przez ramię, niczym okazały worek ziemniaków. Spodziewałem się wyzwisk, szarpaniny i kopniaków, ale prócz jednego, mocnego uderzenia w plecy, wypłosz nie zrobił nic. Po prostu został tak, jak go ułożyłem i nie drgnął nawet o centymetr. Spojrzałem więc na drogę, jaką miałem do pokonania i przy po mocy buta zgasiłem świeczkę. Teraz, kiedy dokładnej zapoznałem się z układem piwnicy, ciemność nie była już takim utrudnieniem. Dosyć sprawnie dotarłem do schodów, a potem na górę. Pokonanie dalszej drogi było dziecinnie proste, czego zasługą była również nikła waga i chwilowa dezaktywacja Andy'ego. Kiedy już znaleźliśmy się na strychu, mało delikatnie rzuciłem chłopaka na łóżko i, nie patrząc na niego, wróciłem na dół po upuszczony wcześniej koc. Potem, kiedy tak stałem przed schodami, wejście na górę wydawało się o wiele trudniejsze. Przez moment rozważałem nawet spanie w tej nieszczęsnej sypialni lub salonie, ale ostatecznie zacząłem powoli wchodzić na górę. Andy miał prawo być na mnie zły, wiem. Tyle, że ja wiedziałem, że sytuacja wygląda o wiele gorzej. On nie był po prostu zły czy obrażony. On miał żal. Moje słowa go zraniły i choć sam się nie przyzna, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. A ja nigdy nie chciałem zranić go w taki sposób. Dlatego tak trudno było mi z powrotem wejść do pomieszczenia i spojrzeć na niego, ale zrobiłem to. Leżał w dziwnej, raczej niewygodnej pozycji, z pewnością takiej, w jakiej go zostawiłem. Cały drżał, a jego usta były sine z zimna. Zanim się do niego zbliżyłem, zapaliłem jeszcze dwie świeczki i zgasiłem tę, która była na wykończeniu. Potem ostrożnie wszedłem na łóżko i zacząłem pozbywać się pojedynczych części jego odzieży. Przemoczonych skarpetek, cienkiego szala, wilgotnego płaszcza. Wypłosz ani drgnął. Byłby w moich ramionach niczym szmaciana laka, gdyby nie doskonale wyczuwalne drżenie jego ciała. Co chwilę też pociągał nosem. Na koniec jakoś udało mi się wyciągnąć spod niego kołdrę i szczelnie go nią owinąć. Sam zdjąłem buty, kurtkę i położyłem po drugiej stronie łóżka, okrywając się swoim nowym znaleziskiem, a pod głowę wpychając sobie jaśka. Koc był naprawdę bardzo gruby i ciepły, więc nie miałem na co narzekać. No, może prócz pewnej niedokończonej sprawy, która nie pozwalała mi jeszcze zamknąć oczu. 

- Andy - Szepnąłem w przestrzeń, dopiero po chwili odwracając głowę w stronę chłopaka. Nadal nie wykonał żadnego ruchu, tępo wpatrując się w sufit. - Andy, przepraszam. - Powiedziałem nieco głośniej, wypatrując jakiejkolwiek reakcji - Za to, co powiedziałem. Dobrze wiesz, że wcale tak nie myślę, nie? Pieprzyłem co mi ślina na język przyniesie, rozumiesz? - Zero reakcji. - Andy...?

Minęło dziesięć, może piętnaście minut, podczas których wsłuchiwałem się w ciche szczękanie zębów wypłosza, które chyba usilnie chciał zagłuszyć, chowając usta w satynowym materiale. A potem nagle się odezwał.

- Powiedziałeś prawdę. - Jego głos był praktycznie niesłyszalny. Cichy, zachrypnięty, drżący, stłumiony przez kołdrę, ale tak bardzo chciałem go wtedy usłyszeć, że brzmiał dla mnie jak przy użyciu megafonu. - Może dlatego-

Nie dokończył, jedynie uśmiechając się cierpko i kręcąc głową, ostatecznie przekrzywiając ją w moją stronę.

- Serduszko ci zmiękło, co? - Parsknął cicho, ponownie pociągając nosem.

Przewróciłem oczami, nie mogąc powstrzymać lekkiego grymasu ulgi, jaka ogarnęła mnie w tamtym momencie. 

- Lepiej dla ciebie, wypłoszu. - Skinął na te słowa, a ja zaśmiałem się cicho - Andy? - Zagaiłem raz jeszcze, czekając, aż na mnie spojrzy - Naprawdę tak nie myślę, wiesz o tym, prawda? 

- Daj spok-

- Nie - Przerwałem mu od razu - Pojechałem po ciebie, bo chciałem po ciebie pojechać. Karen mogłaby mnie błagać na kolanach, ale gdybym nie chciał, nie zrobiłbym tego. Twój przeklęty ryj i pieprzenie jak najbardziej się zgadza, ale to nie tak, że nie chciałbym go więcej zobaczyć, czy usłyszeć. Wtedy, kiedy proponowałem ci odwiedzanie mnie i przyjazd na wakacje, mówiłem serio, Andy. Chcę, żebyś o tym pamiętał, okej?

- Serio zmiękłeś - Zaśmiał się cicho i to był ten dobry rodzaj śmiechu. W końcu ułożył się wygodnej na boku, wtulając twarz w poduszkę i odetchnął głęboko, po czym zaniósł się kaszlem.

No ładnie. Na stówę jutro będzie chory, albo chociaż przeziębiony. Będę musiał zrobić jakieś rozeznanie w kuchni. Powinny tam zostać jakieś leki. Gorzej będzie z ich datami ważności. Pewnie wszystkie już dawno...

- Wiem, Dav. Byłoby ze mną naprawdę do dupy, gdybyś był jak matka. Ostatecznie... jesteś tym, co mi zostało. Czymś defektywnym i prymitywnym, ale zawsze. - Mruknął z cichym, nieukontentowanym westchnieniem, jednak na jego ustach nadal błąkał się wcześniejszy uśmiech.

Nie odpowiedziałem. Z góry stałem na przegranej pozycji, gdyż po pierwsze, musiałbym odpowiedzieć coś, co naprawdę wskazywałoby na domniemaną miękkość mojego serca, po drugie, powiedziałbym coś, co miałoby na celu odgryzienie się, ale wtedy ta czerwonowłosa poczwara odezwałaby się ponownie, i ponowne, aż do skutku - w tym wypadku uciszenia mnie i tym samym jego zwycięstwa. Trwaliśmy więc w ciszy, już nie niezręcznej i wypełnionej napięciem. Po jakimś czasie pociąganie nosem zastąpił cichy, miarowy oddech i kaszel, więc i ja mogłem odetchnąć. Miałem wrażenie, że na zewnątrz powoli zaczyna się rozjaśniać, kiedy zapadałem w spokojny, niczym nie zmącony sen.



~~~

Witam wszystkich zgromadzonych ;) Jeszcze raz Dwa Wiatry, a w przyszłym tygodniu postaram się wrzucić wam kolejny rozdział NBR.


Do następnego, 

Joyssli

PS. Czy tylko ja nie znoszę lata i wysokich temperatur? -_-