niedziela, 27 września 2015

Rozdział 2

Witam i zapraszam na drugi rozdział tejże oto historii.
Bardzo proszę o komentarze i życzę miłego czytania.
Rozdział zbetowany przez Patkę, dziękuję!


    Bolała go głowa i kolano, tak właściwie całe nogi, ale kolano szczególnie. Bolały go ręce, plecy. Bolało go wszystko. Ale żył. Tak, żył. Bardzo trafne spostrzeżenie. Powoli uchylił powieki, zasłaniając dłonią rażące go światło dnia. Nie było słonecznie, wręcz przeciwnie. Tu burza dopiero się zbliżała. Do diaska. Jęknął głucho, próbując wstać. Nie miał siły, a potworne kłucie rozprzestrzeniło się po całym jego ciele. Nie mogąc stanąć na nogach, usiadł powoli i rozejrzał się. Dookoła był... Piasek. Piasek i skały zasłaniające to, co być może się za nimi znajdowało. Gdzie on był? Spojrzał na horyzont, a potem ponownie na otaczające go skały. Westchnął ciężko, z powrotem kładąc się na piachu. Co to w ogóle ma znaczyć, do jasnej cholery. Takie rzeczy zdarzają się w filmach czy książkach. Statystycznie powinien już nie żyć. Jego odzienie było brudne, nieprzyjemne, mokre i twarde od soli, podobnie jak włosy.Chciało mu się pić, był zmęczony, głodny, nie miał telefonu, ubrań ani reszty rzeczy potrzebnych mu do względnie normalnego funkcjonowania.  Jedynym rozsądnym wyjściem było zaczekanie tu, aż po niego wrócą. Bo wrócą. Muszą wrócić. Wrócą... Prawda?


    
Nie wrócili. Nie wrócą. Stwierdził to dopiero po pięciu godzinach bezczynnego gapienia się na piach. A może minęło kilka minut? Może cały dzień? To było możliwe, gdyż ledwo widoczne zza chmur słońce powoli zaczynało chować się za ogromnymi głazami. Jego złamana, jak stwierdził, noga potwornie bolała, a z głębokiej rany na udzie sączyła się krew. Zebrał w sobie siły i podniósł się, jeszcze raz dokładnie badając otoczenie. Znajdował się na jednej z wielu plaż tej ogromnej wyspy. Z tego, co mógł zaobserwować ze swojego położenia, miała ona kształt bumerangu, czy czegoś takiego. Oba jej końce były pokryte zielenią i skałami, jednak stąd nie mógł dojrzeć, w jakim miejscu on sam się znajdował. Przed nim widniały ogromne głazy, za nimi niekończąca się, lazurowa dal. Kuśtykając podszedł do jednego z metrowych kamieni i zaczął powoli iść wzdłuż nich, szukając jakiegoś przejścia. I znalazł. Jednak wcale nie śpieszyło mu się tam wejść. Zewsząd wystawała rozmaita roślinność, po której spływały krople wody, które, skapując na ziemię, wydawały głośne, odbijające się echem, głuche kap-kap-kap, przez które jego głowa eksplodowała coraz mocniej. Przełknął nerwowo ślinę. Da radę. Przecież nie może zostać na tej plaży na zawsze. On, Joe Williams, umrze jako rozbitek, na plaży, z pragnienia, wycieńczenia i z powodu załamania psychicznego. Niedoczekanie. Zaciskając zęby zaczął powoli iść wgłąb skalnego korytarza. Chwycił zwinięty liść, kształtem nieco przypominający małą, krzywą miskę i napił się, wcześniej czekając aż krople napełnią prowizoryczne naczynie. Przynajmniej ugasił pragnienie. Jęknął żałośnie, zdając sobie sprawę, że zaczyna padać. Nienawidził burzy. Nie to, że się jej bał, chociaż teraz to byłby jak najbardziej zrozumiałe. On po prostu jej nie znosił. Jakim cudem dał namówić się Joshowi na coś takiego?! Ach tak, nazwał go tchórzem. Zaśmiał się przeraźliwie, mając ochotę płakać. Mógł sobie być tchórzem, gorylem i babą jagą, chciał do domu! To wszystko było tak nierealne, że z całą pewnością dotarło do niego jedynie w pięciu, góra dziesięciu procentach, ale nie miał zamiaru tego zmieniać. Udawajmy, że jest na wakacjach, dobrze? Otarł czoło i słabym krokiem ruszył dalej. Noga bolała coraz bardziej, ale starał się skupić swoją uwagę na czymś innym. Mianowicie na wyjściu z tego tunelu, a kiedy mu się udało, znalazł się w... Dżungli.

                                                                                                        


     ***




Nico szedł jaskinią, słysząc, że na zewnątrz rozpętała się kolejna burza. Całe szczęście, że zdążył się schować. Przemierzał czarne korytarze, rozświetlając je za pomocą prowizorycznej pochodni, którą zrobił za dnia. Nie była to szczególnie 'dzika' jaskinia. Była czysta, sucha, na ziemi leżały róże, dziwne przedmioty. Właściwie to wyglądała nawet... Jakby ktoś tu był? Potrząsnął głową, chcąc wyrzucić ten absurdalny pomysł z umysłu. Kto normalny zamieszkiwałby to miejsce. Zagłębiał się w grotę coraz bardziej, chcąc znaleźć jakieś miejsce do spoczynku. Po jakimś czasie zobaczył coś wyglądem przypominającego stare, kamienne schody, prowadzące do góry. Nicolas przełknął gulę formującą mu się w gardle i ostrożnie ruszył w tamtym kierunku. Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, mógł śmiało stwierdzić, z czym ma do czynienia. Były to nałożone na siebie tafle kamieni, związane sznurami i przytrzymywane drewnianymi kołkami. Bez cienia wątpliwości wykonane przez człowieka. Tylko jakiego? Nie śpieszyło mu się zostać zjedzonym lub przerobionym na ubranie i breloczki. Powinien zwiewać gdzie pieprz rośnie, ale była jeszcze ciekawość. Ciekawość, która ostatecznie zwyciężyła i brunet zaczął powoli piąć się ku wielkiej niewiadomej. To, czym okazała się być, było... Niewiarygodne. Trafił bowiem do mieszkania. Mógł śmiało nazwać to miejsce właśnie w ten sposób. Przy ścianach stały drewniane lub kamienne, prowizoryczne meble i ogromny kufer. Z drugiej strony pomieszczenia, na linach zawieszone były dwa łoża zrobione z uschniętych liści bądź jakieś słomy, drewna i materiałów. W kącie, niedaleko jeszcze lekko żarzącego się ognia stało coś, co domownikom służyło chyba za wannę. Był to kawał ogromnego drzewa wyżłobionego od środka. 'Pokój' ten miał trzy i pół ściany, a przez pozostałe miejsce mógł zobaczyć szalejącą na zewnątrz ulewę. Na szczęście całość była tak położona, że ani kropelka nie miała prawa przedrzeć się do środka. Stanął na miękkim dywanie, będącym prawdopodobnie skórą dzikiego zwierza i rozejrzał się ponowie. Miejsce zdecydowanie było zamieszkane. Upewniła go w tym ostra końcówka metalowego, bądź kamiennego narzędzia, wbijająca się w jego plecy i ciężki oddech tuż za nim.

                                                                                                        
    
     ***



    Siedział pod ogromnym drzewem przeklinając wszystkich i wszystko co przyszło mu na myśl. Josha, resztę ''przyjaciół'', statek, sztorm, wodę, rodziców i tę wyspę. Trząsł się jak galareta z zimna, strachu i złości. Przeszedł kilometr, może dwa zanim burza rozkręciła się na dobre. Mimo gęstych drzew i innej roślinności z łatwością dostrzegał kolejne błyskawice, przecinające czarne jak smoła niebo. Podciągnął zdrową nogę do klatki piersiowej. Drugiej nie był w stanie. Nad udem zawiązał coś, co miało posłużyć za opaskę uciskową. Rana cały czas krwawiła, ale już nie tak jak przedtem. Za to coraz bardziej bolała, tak samo jak spuchnięte kolano i łydka. Oparł tył głowy o pień drzewa i wziął drżący oddech. Był taki zmęczony. Chciał tylko się przespać, ale czuł że jeśli teraz zaśnie, może się już nigdy nie obudzić. Wtedy to usłyszał. Oczywiście nieustannie coś hałasowało, ale to wyróżniało się na tle innych dźwięków. Ryk. Warczenie dzikiego zwierzęcia. Czarne stworzenie wyłoniło się z ciemności i zaczęło powoli iść w jego stronę. Ogarnął go paniczny strach, przerażenie. Zwierzę zaryczało głośno, cały czas się zbliżając. To koniec. Już po nim. Zginie zjedzony przez paterę, jaguara, czy co to do cholery było. Kiedy już czuł obecność dzikiego kota, wszystko ustało za pomocą jednego szeptu. ''Sasza'' . Pantera natychmiast odskoczyła od blondyna i warknęła cicho. Było ich więcej. Były przeróżne. Tygrysy, pantery, jaguary, lamparty... A przed nimi stała postać okryta czarnym materiałem niczym peleryną. Miała na sobie kaptur, więc nie dostrzegł twarzy. Nawet nie patrzył. Oparł twarz o kolano trzęsąc się coraz bardziej i błagając wszystkich bogów żeby to już się skończyło. Potem poczuł materiał okrywający jego ramiona i głowę. Poczuł, jak zostaje unoszony do góry. Poczuł ogromny ból. A potem nie czuł już nic. Zemdlał.


***

                                                                                                         

     Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że siedzi tuż przy palącym się ogniu. Było mu ciepło i nawet całkiem przyjemnie. Chciał się poruszyć, ale... liny krępowały mu ruchy. Był związany. Rozejrzał się. Cały czas znajdował się w jaskiniowym mieszkaniu, a po drugiej stronie paleniska siedział chłopak, mierząc w niego włócznią. Odskoczył zaskoczony i syknął z bólu, kiedy uderzył głową o ścianę. 
- Rozwiąż to. Boli mnie ramię - powiedział cicho, spoglądając na młodzieńca. Był dosyć wysoki, nie jak on, ale dosyć, chociaż nie mógł tego dokładnie stwierdzić, gdyż chłopak siedział. Był też całkiem nieźle zbudowany, co dało się zauważyć przez niegdyś pewnie białą, porwaną koszulę. Miał całkiem długie blond włosy w ciemnym odcieniu, i gładką twarz, co potwierdzało jego młody wiek. Wbijał w niego swoje trawiasto zielone tęczówki, w których roiło się od emocji. Strach, zdenerwowanie, wahanie, obawa...Jego uwagę przykuł naszyjnik, jaki ozdabiał koniec włóczni.
- ''Lucas Smith'' - przeczytał cicho, czego od razu pożałował.
Chłopak najpierw odskoczył od niego, by zaraz potem znaleźć się naprawdę blisko przykładając ostre narzędzie do jego szyi.
- Skąd znasz moje imię ? - warknął niskim, głębokim głosem.
- S-spokojnie...To twoje imię, tak? Masz to na naszyjniku...- ledwo wydusił z siebie te słowa obawiając się że Lucas pchnie włócznie dwa centymetry do przodu i nieszczęsny Stone pożegna się z życiem.
Blondyn przyjrzał się mu uważnie, po czym spojrzał na narzędzie, jakie dzierżył w dłoniach, jakby chciał się upewnić czy nieznajomy mówi prawdę. Ujrzawszy grawerkę w postaci jego imienia i nazwiska, odsunął nieznacznie kij i usiadł naprzeciw starszego mężczyzny.
- A ty? - jego głos był już nieco spokojniejszy, jednak nadal kurczowo trzymał broń, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z włamywacza.
- Ja? -  Zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Twoje imię. Znasz moje, ja chcę poznać twoje - wyjaśnił, cały czas uważnie przyglądając się Nicolasowi.
Wyglądał niczym dziki kot, niepewny czy może zaufać innemu stworzeniu. Jego duże, zielone oczy pochłaniały wszystko z ogromnym zainteresowaniem, ale i ostrożnością. Przechylił lekko głowę i przymrużył powieki domagając się odpowiedzi, a brunet dopiero w tym momencie zorientował się, że po prostu bezczelnie się gapi.
- Och. Nazywam się Nicolas. Nicolas Stone - powiedział cicho, ale pewnie i wyraźnie. Nie bał się tego chłopaka.
- Co tu robisz ? - młodszy oddalił się trochę i odłożył włócznię.
Stwierdził, iż mężczyzna nie był dużym zagrożeniem.
- Na wyspie czy konkretnie w tym miejscu? Otóż powiedzmy, że moja łódź została poturbowana przez sztorm i pamiętam tyle, że rano obudziłem się na plaży. Chodziłem po wyspie szukając wody i czegoś do jedzenia, a kiedy zobaczyłem zbliżające się czarne chmury, skierowałem się do jaskini by znaleźć w niej schronienie przez burzą - powiedział na wydechu spoglądając na chłopaka który komicznie rozszerzył oczy.
- Co ? Przeżyłeś sztorm? Nic ci nie jest? Nie jesteś ranny? - Nicolas uniósł brwi nie bardzo rozumiejąc zachowanie młodzieńca. - Cornel! Chodź tu! Trzeba go napoić i opatrzyć!
Zza ściany wyszła młoda, chodź wyraźnie trochę starsza on blondyna dziewczyna o długich do pasa ciemnokasztanowych włosach. Spojrzała na niego, potem na Smitha i skinęła głową.
- Cornelia to moja starsza siostra. My również wylądowaliśmy tu przez sztorm dwa lata temu. Ledwo przeżyłem. Na pewno nie jesteś poważnie ranny? - Chłopak podszedł do mężczyzny i zaczął go rozwiązywać przy okazji sprawdzając, czy nie ma poważniejszych obrażeń. 
- Wybacz że zareagowaliśmy tak gwałtownie. Rzadko ktoś przypływa na wyspę. A jeśli już to poszukiwacze złota. - Dziewczyna podeszła do niego z kubkiem wody po czym przystawiła mu go do ust - Pij.
- Dokładnie. Przypływają tu, rozkopują wyspę szukając złota i kamieni szlachetnych, zabijają zwierzęta i zdzierają z nich skóry lub zabierają je na sprzedaż. Niszczą wszystko... Są jeszcze ludzie chcący zbudować tu hotele i ośrodki wypoczynkowe, ale zazwyczaj szybko zmieniają zdanie po spotkaniu z CHOLERA MASZ ROZCIĘTE CAŁE RAMIĘ! - krzyknął chłopak i od razu wybiegł z pomieszczenia do tego znajdującego cię obok, najwyraźniej czegoś szukając.
- Mój Boże, nie poczułeś tego? Przecież to rana do szycia. - Siostra Lucasa pokręciła głową z niedowierzaniem i zerwała z Nicolasa materiał koszuli na długości całej ręki.
- Ach...Delikatniej... - Dopiero teraz poczuł ból. Owszem, wcześniej zauważył że ma trochę krwi na koszuli, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi gdyż nie odczuwał większego bólu. Teraz tak.
- Przykro mi, ale nie mamy tu znieczulenia. Lucas będzie musiał ci to zaszyć. Jest bardziej precyzyjny. - W tym momencie podszedł do nich chłopak z blaszanym wiadrem pełnym wody, i niewielką apteczką. Stone wywnioskował że wszystkie te rzeczy pochodziły z rozbitych statków lub zostały zagrabione nieprzyjaciołom. 
- Dawno tego nie robiłem. Może trochę boleć - mruknął chłopak klękając przy nim i przygotowując wszystko.
Nicolas był autentycznie zdziwiony. Przyjęli obcego człowieka jak przyjaciela, i mają zamiar mu pomóc. On przygotował się na ludożerców i dzikie plemię, tym czasem spotkał młodych ludzi, mówiących jego językiem, w dodatku przyjaznych. Miał nadzieję, że pozwolą mu zostać tu chociaż jakiś czas i będą żyć w dobrych stosunkach. Wątpił, by szybko udało mu się stąd wydostać, a radzenie sobie samemu na ogromnej, dzikiej wyspie na pewno nie będzie miłym przeżyciem. Z zamyślenia wyrwał go ogromny ból ramienia. Odruchowo szarpnął się, na co chłopak warknął na niego.
- Jeśli będziesz się ruszać, nie zaszyję tego!
- Jak mam się nie ruszać? To cholernie boli! - Zacisnął zęby, patrząc na chłopaka spod przymrużonych powiek.
- A co ty myślałeś? Oczywiście, że będzie bolało, i to coraz bardziej, bo jak na razie tylko wbiłem igłę. Nie bądź babą. Nawet Cornel tak nie krzyczała jak zszywałem jej udo. - Lucas uśmiechnął się ''uroczo'' chociaż brunet doskonale wiedział, że była to zwykła wredna prowokacja. Co za podły bachor.

5 komentarzy:

  1. Już nie mogę doczekać się następnych części ^^ Wcześniej już pisałam, że mnie mega zaciekawiło i to było słuszne stwierdzenie. Po raz pierwszy chyba czytam dopiero zaczęte opowiadanie i nie żałuję :D Pozdrawiam i życzę duużo weny ^^
    # Katsumi - chan

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    czyżby trafili na tą samą wyspę? Nicolas trafił do jaskini zamieszkałej przez Lucasa i jego siostrę, a Joe kto go zabrał i jeszcze udomowione dzikie zwierzę... pięknie
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Basiu,
      Dziękuję bardzo za kolejny komentarz, i zapraszam na następne rozdziały, gdzie znajdziesz odpowiedź na swoje pytanie ^^
      Joyssli xx

      Usuń
  3. Hej,
    czyżby trafili na tą samą wyspę, ale pomdwóch jej stronach? do kogo trafił Joe, bo Nico trafił do Lucasa i Cornelii...mi te udomowione dzike zwierzęta... podoba mi się...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    czyżby obaj trafili na tą samą wyspę? a te zwierzęta, podiba mi się, do kogo trafił Joe?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń