środa, 21 października 2015

Rozdział 4

Surprise! Przed wami czwarty rozdział ITF. Kolejny dodam w niedzielę i obiecuję, że będzie dłuższy. Będę miała dużo czasu na pisanie, gdyż leżę sobie w domku z zapaleniem ucha.
Rozdział sprawdzany przez Patkę.



   Ten człowiek był dziwny. Tyle wywnioskował Joe po około dwóch godzinach siedzenia na łóżku z przerażoną miną. Kiedy mężczyzna pokonał olbrzymią, włochatą bestię, wcześniej znajdującą się w jego włosach, blondyn wskoczył na posłanie i nie zszedł z niego do tej pory. Obserwował. Obserwował i czuł się swoją obserwacją nieco skrępowany. Otóż, tamten facet nie zwracał na niego żadnej uwagi. To znaczy, na początku dziwnie się na niego patrzył. Potem pstryknął palcami na panterę, ta zeskoczyła z łóżka, a już chwilę później znalazł się na nim on. I wtedy ów jegomość stracił wszelkie zainteresowanie jego osobą. Najpierw wyraźne czegoś szukał, potem ostrzył dziwne narzędzie przypominające nóż, by następnie wrzucić je do kufra. Było w nim dużo więcej takiej "broni". Z tego co pamiętał (przecież wcześniej wszystkiemu dokładnie się przyjrzał), były tam też malutkie, szklane buteleczki, wypełnione przeróżnymi cieczami.Teraz brunet siedział na podłodze, opierając głowę o niewielką szafkę. Jadł owoc i patrzył się przed siebie.

- Gdzie jesteśmy? - Williams dopiero teraz odważył się odezwać. I kiedy zorientował się że oczekuje odpowiedzi już od jakiegoś czasu, przełknął nerwowo ślinę. - Możesz mi odpowiedzieć? - Nadal zero najmniejszej reakcji. - Hej! Mówię coś! Czy ty mnie rozu-! - Ach tak...Przecież nikt nie powiedział że ten dzikus zna angielski. Świetnie. Po prostu świetnie. - Angielski ? A-N-G-I-E-L-S-K-I ? - Cisza. - Englisch ? Anglais ? Bearla ? Ingle ? - Nic. Kompletnie nic. Mężczyzna nawet nie obrócił głowy w jego stronę. Cudownie! No gorzej być nie może.Nie dość że jego psychika siadała, to stan fizyczny wcale nie był lepszy. Potrzebował kąpieli. Gorącej kąpieli, oraz oczywiście szamponu, odżywki, pasty i szczoteczki do zębów, płynu do ciała, balsamu, grzebienia, golarki... I wielu, naprawdę wielu innych rzeczy. Podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie miał do nich dostępu zapewne przez długi, długi czas, ale nie chciał dopuścić do siebie tej myśli. Bo to było chore! Jego ubrania, gadżety, kosmetyki, karty kredytowe, warte na pewno dużo więcej niż cała ta cholerna wyspa, były teraz bardzo daleko od niego. Jęknął rozpaczliwie, szarpiąc lekko swoje włosy. O Boże... No dobra. Przecież musi być jakiś sposób żeby się z tym czymś dogadać, tak ? Odetchnął głęboko i bardzo powoli i ostrożnie podszedł do bruneta, zostawiając między nimi dwa metry przestrzeni.

- Zacznijmy od początku... JA - w tym momencie wskazał na siebie palcem, stukając się nim w pierś - CHCIEĆ MYĆ - pewnie gdyby teraz widział go ktoś oprócz zgromadzonych tu zwierząt i tarzana, w mgnieniu oka wylądowałby w zakładzie psychiatrycznym. - Wylądowałem w dżungli i zniżam się do poziomu małpy, cudownie! - zaśmiał się histerycznie i z powrotem udał się do łóżka.



***



    Po tym jak zjedli przygotowany przez Cornelię posiłek, wszyscy udali się nad zatokę. Nicolas musiał przyznać że odpowiadało mu tutaj wszystko. Warunki życia, jedzenie, pogoda, temperatura. Żył już na ulicy, był przyzwyczajony do braku prądu, różnych gadżetów, bieżącej wody i posłania. Tutaj to miał. I zyskał przyjaciół. Owszem, minęły dopiero niecałe dwa dni, jednak mógł bez wahania stwierdzić, że podobało mu się tu. Zawsze był żądny przygód i właśnie brał w jednej udział. W swojej własnej przygodzie. To niebywałe, jak szybko pogodził się z faktem trafienia tutaj. Z dala od 'swojego' świata. Chociaż on tak naprawę nigdy nie miał własnego miejsca na ziemi. Pałętał się to tu, to tam, i nie przywiązywał się zbytnio do żadnego lokum. Żył chwilą szybko zapominając o przeszłości, nie zajmując myśli przyszłością. Mieszkanie, ulica, akademik, ulica, statek, port, wyspa... Co za różnica. Nie miał domu. Kiedyś marzył by go mieć, lecz gdy dorósł, stwierdził, że jego dom będzie tam, gdzie ulokuje swoje uczucia, a jego ostoją będzie osoba, której będzie gotów oddać swoje serce. I kiedy tak o tym myślał, mógł dojść do wniosku, że być może będzie kiedyś w stanie zakochać się w tym miejscu. I być może będzie w stanie oddać komuś swoje serce. Może kiedyś. Tutaj, na tej wyspie. Może znajdzie to, czego szuka.

- Halo?! Ziemia do Nico! - Lucas zaśmiał się głośno i pomachał dłonią przez twarzą zdezorientowanego bruneta.

- Och... Wybacz. Odleciałem na chwilkę - parsknął cichym śmiechem i spojrzał na chłopaka.

- Złoty grosik za twe myśli - Smith usiał obok niego na kamieniu i przechylił głowę lekko w prawą stronę. Naprawę przypominał wtedy mężczyźnie wyjątkowo urocze zwierzątko.

- Tak się zastanawiam... Jesteście tu już od dwóch lat. Nigdy nie chcieliście wrócić do domu? Do cywilizacji? - spojrzał na blondyna, który lekko zmarszczył brwi.

- Wiesz, kiedy się tu znalazłem, byłem przerażony, Nela tak samo. Oczywiście, że wtedy chcieliśmy wrócić. Tygodniami rozpalaliśmy ogromne ogniska, by zwabić statki, które mogłyby nas uratować. A potem... Nawet nie zauważyłem, kiedy tak bardzo przywiązałem się do tego miejsca. Ale pamiętam dzień, w którym stwierdziłem, że tu będzie nam lepiej. To było jakieś pół roku temu. Jak zawsze po odpływie przechadzaliśmy się plażą, zbierając to, co przyniosła ze sobą woda. Znaleźliśmy dużą, wodoodporną walizę. Znajdowała się w niej masa ubrań, kosmetyków, książek... Bardzo przydały nam się te rzeczy, ale nie to jest ważne. Była w niej również gazeta Londyńska. Prasa pisała o okropnych rzeczach. O długach, kradzieżach, gwałtach, biedzie, morderstwach. Wtedy dotarło do mnie że tu tego nie ma. Żyjemy jak chcemy, nie martwiąc się o prawo, pieniądze czy innych ludzi. Tak naprawdę, to w porównaniu do mieszkania tutaj, poradzenie sobie w mieście jest dużo trudniejsze. No bo jakie możemy mieć troski? Jedzenia mamy pod dostatkiem, czasem musimy nawet uważać, by nie złowić zbyt wielu ryb, lub nie zerwać za wiele owoców, by się nie popsuły. Drewna na opał też raczej nigdy nam nie zbraknie, tym bardziej wody. Mamy swój kąt, za który nie musimy nikomu płacić. Mamy swoje podwórko, piękne jak na malowniczych pocztówkach. Mamy wszystko, czego potrzebujemy do szczęścia. I jeśli dręczy cię to pytanie o którym myślę, to odpowiedź brzmi ''tak''. I wierz mi, czasem wcale nie trzeba szukać daleko - uśmiechnął się delikatnie, a kiedy dotarł do niego sens własnych słów, na jego policzki wstąpił lekki rumieniec.

- CHŁOPAKI! Chodźcie do wody! - Cornelia energicznie machała do nich ręką, a jej ruchy naśladowała Luna siedząca na gałęzi drzewa. Ci tylko spojrzeli się po sobie i wybuchnęli gromkim śmiechem.



***


    Powoli zaczynało robić się ciemno, co wprawiało Joe w jeszcze gorszy nastrój. Jakiś czas temu tarzan - tak zaczął go nazywać - przyniósł mu coś, co miało być pieczoną rybą, ale ani myślał to tknąć. Najwyżej umrze z głodu. Wstał powoli z łóżka, chcąc rozprostować kości, a na jego miejscu w mgnieniu oka znalazła się pantera. Świetnie. Miał zamiar się przejść i nie obchodziło go, co zrobi dzikus. Musiał się stąd wydostać. Wszedł na mostek, z którego wychodziła prowizoryczna kolejka. Obrócił się, by sprawdzić jak zareagował mężczyzna, ale ku jego zdziwieniu ten obrzucił go tylko obojętnym spojrzeniem i ułożył się na łóżku, na którym zwierzę od razu ustąpiło mu miejsca. Podły pchlarz. Ostrożnie stanął na chwiejącej się belce i mocno złapał się liny. "Dobrze...teraz tylko odblokować to coś i..." I nie mógł się nad tym dłużej zastanowić, gdyż coś szarpnęło, coś się zatrzęsło, i już leżał na ziemi słabym wzrokiem widząc drewnianą belkę bujającą się kilka lub nawet kilkanaście metrów nad jego głową. Bolało. Cholernie bolało, i na bank znowu miał coś złamane. Kiedy odzyskał ostrość widzenia, zobaczył tą samą małpkę, która ostatnio zabrała mu całkiem smaczny owoc, skaczącą radośnie na gałęzi nad nim, widocznie bardzo zadowoloną z jego wypadku, oraz bruneta, siedzącego na drzewie obok niej. I na początku myślał że się przesłyszał, potem, że to wstrząs mózgu, a na końcu, że to tylko jego wyobraźnia, ale nie. Bo zanim w sercu dżungli rozległ się wściekły krzyk, dało się jeszcze usłyszeć szczęśliwe piszczenie małpki, i niski, męski głos, kpiąco wołający - Miłego spaceru księżniczko!


7 komentarzy:

  1. Rozdział fajny, ale coś kiepsko z obietnicami. Już poniedziałek a rozdziału nie ma ;c Pozdrawiam i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  2. sama/ sam spróbuj napisać w terminie taki EXTRA rozdział, gdy masz taką KUPĘ zaliczeń !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    ~Harietta

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę masz dopracowany ten blog. Wygląda ślicznie i klimatycznie. Dobrze się go czyta, ciekawa fabuła, humor... Naprawdę dobrze się rozwija :) Weny życzę :) Przyczepie się może tylko do tego, że nie bardzo rozumiem jak chłopak ze złamaną nogą może chodzić,uciekać... troszkę wydaje mi sięto naciągane. I momentami nie mogłam załapać który to Joe, a który Nick... dopiero tak pod koniec rozdziałów. Nie pisze ci tego bo chcę cię zniechęcić :) Pisz dalej bo to świetny pomysł :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow... To opowiadanie jest naprawdę świetne.
    Chociaż czasami nie wiedziałam o kim teraz piszesz, ale to tylko taka jedna jedyna uwaga. Nie ma czym się przejmować.
    Raszta super dopracowana. :D
    Będę tu zaglądać dość często i w miarę możliwości wszystko komentować.. :)
    Powodzenia. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    ha Joe trafił do gościa, ktory człkowicie go ignoruje, ciekawe będą te relacje między nimi...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    bardzo ciekawią mnie ich relacje jak się rozwiną, bo Joe trafił do gościa, który go całkowicie ignoruje...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej,
    bardzo ciekawią mnie ich relacje jak się rozwiną w przyszłości, biedny Joe trafił do gościa, który go całkowicie ignoruje...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń