niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 5

Witaaam! Wiem że trochę mnie nie było, ale wracam już na stałe :D
Rozdziały pojawiać się będą co tydzień w niedzielę, a o ewentualnych zmianach będę was informować.
    
    Anonim#1 - Wiem, że wtedy zostawiłam bloga bez żadnego wyjaśnienia i przepraszam.
Niedługo potem dodałam posta w którym wszystko wam wytłumaczyłam :) 
   
    Harietta - Nie denerwujmy się tak, haha.
    
    Mniszka - Jestem Ci bardzo wdzięczna za jakieś słowa krytyki, bo dzięki nim już wiem, co mam poprawiać. Dziękuję ^^
    
    Nina Lu - Jesteś już drugą osobą, która wskazała, że czasem nie można się ogarnąć w postaciach, więc postaram się to dobrze pooddzielać. Dziękuję za cudowny komentarz!

    No i nie przedłużając - zapraszam do czytania! 
    Rozdział jak zawsze sprawdzony przez Patkę.

    Joyssli 

    
    Minęło kilka godzin, które Joe spędził bezczynnie gapiąc się w bezkresną dal tej potwornej dżungli. Na początku był wściekły. Ten facet po prostu robił sobie z niego jaja! Kpił z niego, udając że nie zna języka, tak naprawę doskonale rozumiejąc angielski. Przez niego zniżył się swoim zachowaniem do poziomu cholernej małpy! Tak, był wściekły, ale z czasem jego wściekłość zaczęły zastępować niepokój, strach i zmęczenie. Wszystko niemiłosiernie go bolało, a w szczególności (i tak mocno poturbowana wcześniej) noga. Zerknąwszy na górę, ujrzał nikłe światełko, wydobywające się z przerwy pomiędzy palmowymi liśćmi. Zapewne świece. To oznaczałoby, że mężczyzna cały czas był w środku. Co prawda chłopak nie przypominał sobie, żeby ten dzikus gdzieś wychodził, ale z takim nigdy nie wiadomo. Odetchnął głośno, opierając głowę o pień wilgotnego drzewa. Był zmęczony, bardzo zmęczony. W jego oczach mimowolnie zebrały się łzy. To niesprawiedliwe. Dlaczego akurat on?! Dlaczego nie sąsiad, albo... albo Josh ?! Dlaczego on?! Pociągnął nosem i zaklął cicho. Nie będzie płakał. Jest facetem do jasnej cholery. Owszem, był nim. Ale każdy byłby na skraju załamania nerwowego na jego miejscu. Każdy miałby łzy w oczach, siedząc w ciemnościach i chłodzie, na mokrej ziemi, w środku buszu. I zapewniam, że każdy, bez żadnego wyjątku, choć nie wiem jak twardy i odważny by był, pękłby w końcu, gdyby mała, z pozoru niewinna małpa, zeskoczyła z drzewa, trzymając w łapkach niewielki, metalowy bidon, podeszła do ciebie, odkręciła zwinnie naczynie, wskoczyła na wysoko wystający z ziemi korzeń, spojrzała na ciebie niewinnymi, ogromnymi ślepiami, obiecującymi tak wiele... Po czym wylałaby ci gorący płyn na głowę, podskakując wesoło. Nikt by nie wytrzymał, czyż nie? Chłopak wydał z siebie cichy, rozpaczliwy jęk, gdyż tylko na to miał obecnie siłę. Pieprzone małpisko. Pieprzony dzikus. Pieprzone zadupie, sztorm, statek, rejs... Pieprzone wszystko. Miał po prostu dosyć. Teraz nie wymagał już wiele. Nie wymagał kosmetyków, biżuterii, swoich pieniędzy i kart kredytowych, nie wymagał już nawet ubrań. Chciał tylko znaleźć się z powrotem w cywilizowanym świecie, gdzie teraz na pewno ktoś by do niego podszedł i zapytałby się, czy wszystko w porządku. Na pewno ktoś by mu pomógł. Tu mógł jedynie liczyć na więcej deszczu, bólu i gorących ziół na swojej głowie. Ponownie pociągnął nosem i zawył cicho, kiedy małpka wskoczyła na jego kolano. 

- T-ty cholerna...- Chciał zamachnąć się i potraktować zwierzę tak, jak na to zasługiwało, ale wtedy zaledwie metr przed nim pojawił się brunet w czarnym nakryciu, a małpka szybko wskoczyła na jego ramię. 

- Miałeś DAĆ zioła, nie WYLAĆ zioła. Teraz pójdziesz na suchą część wyspy i znajdziesz aloes, Piccolo. - mówiąc to, mężczyzna wyjął z kieszeni długiego okrycia jakiś liść, zapewne właśnie tej rośliny o której mówił i podał go wyraźnie niezadowolonej małpce. Ta po chwili zniknęła, jadąc na grzbiecie wcześniej niezauważonego przez blondyna tygrysa. Chwila przez którą byli sami nie trwała długo, bo gdy ciemnooki zagwizdał krótko, przy jego boku pojawiła się pantera. W zębach trzymała niewielkie zawiniątko, będące jakąś chustą bądź kocem. Upuściła materiał tuż przy jego nogach i spojrzawszy na chłopaka warknęła cicho, okazując tym samym swoje niezadowolenie z jego obecności.

- Sasza... - napomniał ją i ukucnął, biorąc tkaninę do ręki, po czym podszedł bliżej do nieco przestraszonego Williamsa. - Porusz nogą - rozkazał, patrząc na niego wzrokiem niecierpiącym sprzeciwu, więc chłopak zgodnie z jego poleceniem spróbował przesunąć kończynę odrobię w prawą stronę. W gruncie rzeczy poskutkowało to tylko krzykiem i cierpiętniczym jęknięciem. Kiedy mężczyzna ścisnął kostkę Joe, z jego ust wydostały się podobne dźwięki.

- Ch-chcesz mnie zabić?! - miało to być warknięcie, lub krzyk, jednakże z ust młodzieńca wydobył się jedynie cichy skowyt. 

- Cholera... Niedobrze... - mamrocząc pod nosem brunet mało delikatnie, a nawet z brutalną  siłą (jak na gust poszkodowanego) zawinął poranioną nogę w koc, zawiązując ja ją jakimś sznurem i spojrzał na niego. - Która ręka mniej cię boli? - Na to pytanie chłopak rozszerzył nieznacznie oczy i parsknął.

- Mam dziwne wrażenie że obie są obtarte ze skóry. - Chciał dodać coś jeszcze, ale ponownie widząc ''to'' spojrzenie, spuścił głowę zaciskając pięści - Prawa... Prawa boli mniej...

- Więc mocno chwyć nią pelerynę - tylko tyle powiedział, zanim owinął ramię wokół tali głośno jęczącego z bólu blondyna, unosząc go do pionu.

- B-bo-li... - Zacisnął pięść na materiale na plecach mężczyzny, ledwo stojąc na jednej nodze.

- Wiem. Wytrzymaj. - Kiedy oboje znaleźli się na belce, z której nieszczęśliwie spadł Joe, ciemnooki wzmocnił swój uścisk, chwytając linę, i zerkając na znajdującą się na górze panterę, której zadaniem było odblokowanie kolejki.- Posłuchaj mnie teraz. Musisz się chwycić naprawdę bardzo mocno, bo ja nie będę cię trzymał. I nie szarp się, nie ruszaj, bo spadniemy. Korzystając z tej kolejki bardzo łatwo jest zjechać, lecz dużo trudniej dostać się na górę. Zjeżdżając tylko spuszczasz się po tej linie, za to wjeżdżając, musisz się za jej pomocą wciągnąć. Dlatego gdy ja będę wciągał nas na górę, ty masz trzymać się tak mocno jak tylko potrafisz, rozumiesz?- I choć chłopak pokiwał głową, myślał teraz tylko i wyłącznie o swoim bólu. Chwycił się bruneta z całej siły, i już po chwili poczuł krótkie szarpnięcia, i napięte mięśnie pod cienką tkaniną. 



***



    Tymczasem na drugiej części wyspy zabawa trwała z najlepsze. Mimo bardzo późnej pory, cała trójka siedziała na plaży żywo dyskutując o budowie czegoś do połowu ryb.

- Ale to dobry pomysł! Moglibyśmy wtedy złowić ich dużo więcej! - W tym momencie chodziło o sieć z przynętą, o której mówił Lucas. Jego siostra jedynie pokręciła głową.

- Ale jeśli zjedzą przynętę i uciekną, ty będziesz chodził szukać obiadu - parsknęła rozbawiona i oparła się o ramię Nicolasa, co ten uporczywie próbował zignorować. Był tu tylko trzy dni! Przecież ona w ogóle go nie znała. Zdawał sobie sprawę z tego, że młoda dziewczyna na pewno potrzebuje bliskości i oparcia. Przecież całe życie zajmowała się młodszym bratem, jednakże Stone nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Raz, ze względu na swoją orientację, a po drugie... Cóż. Zawsze był lekkoduchem i na bank nie udało by mu się być oparciem dla kogokolwiek. Dlatego właśnie czuł się coraz bardziej zmieszany, kiedy brunetka wtuliła się w niego, mrucząc pod nosem coś o tym że jej chłodno i posyłając mu delikatny uśmiech. Odwzajemnił go lekko i odwrócił wzrok, spoglądając na grzebiącego kijem w ognisku chłopaka. Ta chwila dała mu jakby jeszcze bardziej do zrozumienia, jakie są jego upodobania. Cornelia bez wątpienia była przepiękna. Duże brązowe oczy, pełne czerwone usta, długie ciemne włosy, opadające kaskadami na jej ramiona i plecy... Ale była kobietą, a Nicolas definitywnie w kobietach nie gustował. Za to Lucas... On również był piękny. Niebiesko-szare oczy z delikatnymi pigmentami zieleni, tak przenikliwe i głębokie. Opalona cera, nie pokryta żadną skazą. Sięgające do ramion włosy o barwie ciemnego blondu. Wąskie, malinowe usta. Młodzieniec z pewnością był w jego typie, ale wolał tan fakt zachować dla siebie. Przynajmniej na razie.

5 komentarzy:

  1. O jest coś ufff :P a już się bałam. Powoli się rozkręca, ale tak akurat wole... Ciekawa jestem kiedy wszyscy bohaterowie sie spotkają? I czy się znają? Przynajmniej ci pierwotni mieszkańcy wyspy Marzą mi się dłuższe rozdziały bo tak mi się podoba twoja historia :D Dzięki, że się nią z nami dzielisz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejka. noo nieźle nieźle! Niestety nadal nie mogę się przyzwyczaic do symaptii Nica, no al cóż... A poza Tym to bardzo ciekawe i fajnie się czyta:-)
    Czekam na kolejny rozdział :*
    ~Harietta

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    piękni, Joe jest trudno, żył w luksusie, o nic nie musiał się starać, a teraz nie ma nic, wylądowali na tej samej wyspie ale po przeciwnych jej stronach, aż dziw, że obie grupy się jeszcze nie spotkały w żaden sposób...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    wylądowali na tej samej wyspie, ale po przeciwnej stronie, dziwi mnie, że obie grupy nie spotkały się jeszcze... Joe jest bardzo trudno, żył w luksusach, a tutaj...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    jak się okazuje wylądowali na tej samej wyspie, ale po przeciwnych stronach, dziwi mnie, że obie grupy nie spotkały się jeszcze... Joe jest bardzo trudno, żył w luksusach, a tutaj...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń