niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 6

Witam! Oto kolejny rozdział ITF. Od teraz na jednej stronie wyspy w końcu zacznie się coś dziać. W końcu romans musi być romansem, co?

Mniszka - Nie ma stracha :'D. A w odpowiedzi: tajemnica i tajemnica. Uwierz mi, że sama chciałabym, żeby rozdziały były dłuższe, ale czas coś mnie nie lubi :/ Oczywiście bardzo dziękuję za komentarz! 

Rozdział sprawdzony przez Patkę ^^


    Po kolejnych dwóch dniach, Joe naprawdę zaczynał uświadamiać sobie, w jakiej sytuacji się znajduje. Miał masę czasu na przemyślenia, 48 godzin leżąc w łóżku. Jego noga była już w lepszym stanie, oczywiście dzięki dziku... Ekhem. To znaczy, dzięki temu facetowi. Chłopak postanowił, że będzie dla niego trochę milszy i okaże mu należne minimum wdzięczności. Dotarło do niego że miał naprawę bardzo dużo szczęścia. Przecież gdyby na niego nie trafił, a raczej gdyby to brunet go nie znalazł, z pewnością już by nie żył. Co więcej, nieznajomy pozwolił mu zamieszkać w swoim domu, korzystać z jego rzeczy i jeść jego jedzenie. A to w obecnej chwili znaczyło dla Williamsa dosyć sporo. W każdym razie, zdecydował że postara się jakoś dogadać z obcym. Trzymając się swojego postanowienia, odetchnął głęboko i usiadł na łóżku, spoglądając na ostrzącego włócznie mężczyznę.
- Więc... Jak ci na imię? - Cisza. Cóż, nikt nie mówił że będzie łatwo.
    Jakąś godzinę po próbie porozmawiania z jak dotąd bezimiennym osobnikiem, ten wyszedł, rzucając tylko, że wróci niebawem. Jego niebawem zatem, trwało dość długo, a Joe nudził się niemiłosiernie. Oparł się plecami i drewnianą ścianę, poprawił za dużą na niego koszulę. Przez korony drzew delikatnie przebijały się promienie słońca, rażąc oczy chłopaka, jednak nie przeszkadzało mu to nazbyt. Jeszcze wilgotne od deszczu liście mieniły się złotym blaskiem. Kiedy zamknął oczy, mógł usłyszeć cichy szum wiatru i wody. Pewnie niedaleko znajdował się strumień. Mimo, iż jeszcze się nie przyzwyczaił i oczywiście nie zamierzał, musiał przyznać że jest tu naprawdę pięknie. Uśmiechnął się ledwo widocznie, cały czas wsłuchując się w te cudowne dźwięki. Jednak już po chwili zmarszczył brwi, gdyż dołączyło do nich... chrupanie? Otworzył oczy i wzdrygnął się zaskoczony, widząc niewielkie, czarno-białe stworzenie, małpę czy lemura, zjadającego resztki jego śniadania.
- Zdajesz sobie sprawę, że to były MOJE orzechy? - mruknął, zabierając już prawie pusty talerzyk, na co zwierzątko spojrzało na niego niezadowolone podchodząc bliżej. Chłopak przyjrzał się futrzakowi, wzdychając cicho i wyciągnął talerzyk w jego stronę.
- I tak nie jestem głodny. - Malec z zapałem pochwycił dwa ostatnie orzechy, jednak zanim wepchnął sobie do ust drugiego, zatrzymał się i spojrzał na blondyna, wyciągając łapkę w jego stronę. Williams nie mógł nie zaśmiać się na to pod nosem. Rozkoszne. Przyjął podarunek i skinął głową zjadając go. Lemur podskoczył uradowany tym, i stanąwszy na dwóch łapkach przysunął się jeszcze bliżej, obwąchując jasnookiego. Chłodny i wilgotny nosek stworzonka łaskotał delikatnie wewnętrzną stronę jego przedramienia. 
- I co, w porządku? - parsknął śmichem, gdy malec spojrzał na niego dużymi, ciekawskimi oczkami. Po chwili wskoczył na jego ramię, na co młodzieniec syknął cicho, zaciskając powieki.
- Ostrożniej mały - mruknął, ale widząc minę futrzaka, na jego twarz powrócił uśmiech, a kiedy zwierzak zaczął lekko szarpać jego włosy, wybuchnął śmiechem, odchylając lekko głowę do tyłu. Bawił się w najlepsze i nie zdawał sobie sprawy z tego że jest obserwowany, do czasu kiedy lemur zeskoczył z niego gwałtownie i  podbiegł do mężczyzny stojącego przy wejściu. Joe przełknął ślinę, wcześniej podskakując nieco zaskoczony. Nie usłyszał go ani nie zauważył. 
- Widzę że poznałeś już Ariri... Jak się czujesz?- niski, ale brzmiący dużo łagodniej niż dwa dni temu głos rozbrzmiał, komponując się z powiewem wiatru.
- Lepiej... Tak sądzę. Tylko noga... - mówiąc to, zerknął na kończynę i skrzywił się lekko. Co prawda cały piszczel i kawałek uda pokryte były bandażami, ale wiedział, że nie wygląda to za ciekawie. Brunet jakby czytając mu w myślach, ukucnął przed łóżkiem i powiedział:
- Za chwilę będziesz miał okazję zobaczyć rany w pełnej okazałości. Piccolo wrócił z aloesem dla ciebie. - Skinął głową na małpkę, jak zawsze siedzącą wygodnie na grzbiecie tygrysa. Przewieszony przez ramię miała brązowy worek, niewiele mniejszy niż ona sama, który w tym momencie podawała swojemu właścicielowi. 
- Aloes leczniczy ma wiele właściwości uzdrawiających. A tak właściwie miąższ z jego liści. Nałożony na rany przyspiesza ich gojenie, łagodzi obrzęk, odkaża i zmniejsza ból.- Wyciągnąwszy z kieszeni nożyk, ciemnooki zaczął powoli i uważnie ciąć liście wyjętej z worka rośliny wzdłuż. W środku znajdowała się bezbarwna, maziowata substancja. Kiedy około sześciu, może siedmiu liściu leżało rozkrojonych na łóżku, mężczyzna wyciągnął rękę, zapewne chcąc zdjąć bandaże. Chłopak jednak szybko ją pochwycił, spoglądając na niego zaniepokojonym, niepewnym wzrokiem.
- Spokojnie. Tylko odrobinę poszczypie, hm ? - Czarnowłosy uniósł nieznacznie jedną brew, i zdjął dłoń Williamsa z jego własnej. Powoli uniósł nogę lekko ku górze, i oparł piętę jej właściciela o szafkę. Trudniejszym zadaniem było zdjęcie bandaża, gdyż ten mocno trzymał się skrzepniętej krwi, a odrywanie go, nie dość że sprawiłoby ból chłopakowi, to dodatkowo podrażniłoby gojące się rany, a te zaczęłyby krwawić. Dlatego właśnie obecny lekarz blondyna wstał i podszedł do znanego już przez przybysza kufra. Wyjął z niego niewielką fiolkę, wypełnioną do połowy mocno żółtą cieczą.
- To pomoże z bandażami...- Mimo cichego sprzeciwu Joe, brunet zaczął starannie wylewać płyn na miejsca, w których opatrunek przywarł do uszkodzeń na skórze. Potem zdjęcie go było już niezwykle proste i ku uciesze młodszego, ani trochę nie bolało. 
- Teraz zaszczypie... - I nim brązowooki nałożył maź na jedną z głębszych ran, Williams już zaczął kwilić i zacisnął powieki. Co za dzieciak...
- Uspokój się, to na prawdę nie będzie bardzo bolało.- I kiedy miąższ w końcu znalazł się na rozcięciu, chłopak jedynie syknął cicho, uchylając ostrożnie jedną powiekę. Nie było tak najgorzej...
    
    Kiedy Joe próbował uporać się ze swoją nieszczęsną nogą i jeszcze bardziej nieszczęsnym lekarzem, Nicolas i Lucas testowali dopiero co skonstruowaną ruchomą sieć. Stojące pionowo w wodzie, zaokrąglone na końcach beli, przywiązane były za pomocą mocnej liny do drzewa nad brzegiem. Z kolei od belek odchodziła sporych rozmiarów sieć, upleciona przez Cornelię i młodego Smitha. Sama w sobie nie było skomplikowana, ale za to ryba która w nią wpłynęła miała niewielkie szanse na wydostanie się. Co więcej, do drewnianej kontury sieci, znajdującej się nad wodą, przymocowane zostały cztery liny sięgające do gałęzi drzewa, a między nimi znajdowała się biała płachta. Gdy zawiał choć lekki wiatr, cała konstrukcja poruszała się, nie wywołując przy tym hałasu. Przynęta w środku sieci wyglądała jakby nieudolnie pływała, przez co ryby szybciej ją dostrzegały i chętniej atakowały. Teraz młodzieńcy siedzieli na powalonym już dawno pniu, i śmiali się głośno z Luny, próbującej zrobić warkocza. Ciężko pracowała nad tym od wczoraj, kiedy to zauważyła siostrę blondyna zaplatającą go sobie na noc. I szczerze powiedziawszy coraz lepiej jej to szło. 
- Jeśli będziecie tak głośno, w życiu nic tu nie przypłynie. - Pokręciła głową rozbawiona brunetka i wróciła do swoich zajęć, jakimi było zbieranie owoców i zrywanie świeżych liści palmowych. Chłopcy wzruszyli jedynie ramionami, śmiejąc się cały czas.
    Po dłuższym czasie, kiedy Lucas stwierdził że muszą coś złowić do wieczora, obaj stali się nieprawdopodobnie cicho, rzadko zamieniając ze sobą choć słowo. Jednak obaj byli w doskonałych humorach, i zerkali na siebie co chwilę, posyłając wzajemnie delikatne uśmiechy. Niby nic nie znaczące, a jednak przekazujące tak wiele.

6 komentarzy:

  1. Boże, genialne.
    Przeczytałam już jakiś czas temu, ale dopiero teraz znalazłam czas, żeby skomentować.
    Aż się zdziwiłam, że pod tak fajnym rozdziałem nie ma ani jednego komentarza... To smutne... :(
    No, coż. Rozdział ciekawy, a w samo opowadanie nieźle się wciągnęłam. :D
    Nicolas zakoxhał się w Lucasie, prawda.? Powoedz, że tak. Ale Cornelia wcale nie musi się tak kleić do Nicolasa, wnerwia mnie, ale jej brat nadrabia fajnością również za nią. ;)
    Pisz dalej, ja czekam na dalszą część. Powodzenia. :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Znalazłam cię przez Katalog Euforia, więc wiesz, warto się zapisywać do takich stron... Może zostanę na dłużej, kto wie? :)
    Pierwsze co: proszę, bardzo proszę o wersję na telefon. Często czytam opowiadania w wersji mobilnej i jej brak trochę to utrudnia...
    Zapowiada się interesująco, szczególnie intryguje mnie ten facet co nic nie mówi XD
    Rozumiem, że dwie opisywane sytuacje dzieją się po dwóch różnych stronach twj samej wyspy, prawda?
    Napisałaś we wstępie, że romans musi być romansem, ale raczej dopiero w następnym rozdziale zacznie się coś dziać. Tak mi się wydaje...
    Cóż, raczej będę tu od czasu do czasu wpadać i również zapraszam do siebie *-*
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    może Nicolasa i Lucasa ciągnie do siebie, a ta scena z lemurem i Joe boska...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    a ta scena z lemurem i Joe boska... Nicolasa i Lucasa ciągnie do siebie coś mi sięwydaje...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    rozdział świetny, bardzo podobała mi się sena z lemurem i Joe... ocho Nicolasa i Lucasa coś ciągnie do siebie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń