poniedziałek, 7 grudnia 2015

Rozdział 7

   Witam! Wiem, wiem i przepraszam was za spóźnienie. Nie bijcie.
   Rozdział jak rozdział, trochę nad nim siedziałam. Mam nadzieję że się spodoba, bo nie jestem z niego skrajnie zadowolona. 
   
   Nina Lu - Dziękuję, haha. Powiedziałabym Ci, ale nie powiem. Zaraz sobie przeczytasz.
  
   Yavanna - Dziękuję Ci za komentarz i serdecznie witam na mojej wyspie! Co do wersji na telefon, wybacz, ale na razie się wstrzymam. Akcja dzieje się na tej samej wyspie, owszem. A jeśli chodzi o romans...Zapraszam do czytania.



   - Nico spójrz! Coś tam jest! - blondyn krzyknął szeptem, widząc gwałtownie poruszające się belki.
- Faktycznie! To na trzy? - brunet uśmiechnął się szeroko, chwytając jedną linę.
- Raz... - Lucas zaczął odliczać zadowolony.
- Dwa...
- Trzy! - Kiedy sieć znalazła się na lądzie, początkowo rozszerzyli oczy w zdumieniu, a następnie zaśmiali się, kręcąc głowami. W pułapce bowiem znalazła się niewielka rybka, może wielkości pięści, nadal uporczywie próbująca uciec przed inną, tym razem sporych rozmiarów. Co więcej, mała trzymała w wargach przynętę, którą za pewne ukradła sprzed nosa temu przerośniętemu rybsku.
Pierwszy uspokoił się starszy z nich i w zamyśleniu oblizując usta, przyglądał się Lucasowi. I to naprawdę nie tak, że był płytki czy kochliwy. On po prostu jeszcze nigdy nie spotkał osoby, jaką był niebieskooki i może był nim zainteresowany trochę bardziej niż powinien. Ale szczerze mówiąc, wątpił by gdzieś na świecie była osoba, która widząc uśmiech chłopaka nie zagapiłaby się choć na sekundę. To było po prostu niemożliwe. Już nawet nie z powodu jego, zdaniem Nicolasa, wyjątkowej urody, a samego sposobu w jaki się uśmiechał. Z tego, co się dowiedział rodzeństwo nie miało łatwego życia. Trafili tutaj, musieli radzić sobie na wszystkie możliwe sposoby. To oczywiste, że było im bardzo ciężko i że mają za sobą wiele okropnych wspomnień. Jednak uśmiech młodzieńca nigdy na to nie wskazywał. Zawsze był na jego twarzy. Raz lekki, wdzięczny i przyjazny, innym razem szeroki i promienny. Czasem jego usta pozostawały spokojne, ale oczy nieustannie się uśmiechały, lśniąc nieokreślonym dla rozmówcy blaskiem. I patrząc na niego wiedział, że musi być ostrożniejszy, gdyż stojący przed nim chłopak był typem osoby, do której ciężko się dostać, a gdy już to zrobisz, nigdy nie uda ci się wyjść. Osoby którą trudno poznać, lecz szalenie szybko pokochać.
- No to mamy kolację! - Smith klasnął w dłonie, wyrywając go tym samym z zamyślenia i  spojrzał na swego towarzysza z szerokim uśmiechem.
- Trzeba się pośpieszyć. Słońce niebawem zajdzie... - Istotnie, słoneczny blask powoli znikał za taflą wody. Jednakże słońce kładło się spać szczęśliwe, że mogło ujrzeć uśmiech rozpoczynający pewną opowieść. Pewną opowieść, różnie zwaną przez ludzi. I choć księżyc o zachodzie bywa mylny, tak słońca o zmierzchu nie oszukasz...


    Na drugim końcu wyspy słońce, mogłoby się wydawać, nieco wolniej sunęło się ku dołowi. Joe wraz ze śpiącą mu na kolanach małpką siedział na czymś w stylu wiklinowego fotela, i co rusz zerkał na pracującego mężczyznę. Jakiś czas po ponownemu zawinięciu nogi blondyna w bandaże okazało się, że wcześniejsze znikniecie jego gospodarza spowodowane było poszukiwaniem, a dokładniej zniesieniem ogromnej ilości drewna. Były to nie tylko niewielkie deski, ale też ogromne fragmenty pni drzew, z których od dobrych kilku godzin brunet coś konstruował. Siedział na sporej skale, sięgającej wysokością do mniej więcej połowy drzewa, na którym zbudowany był domek. Co chwilę jednak zeskakiwał z niej i oddalał się, by zaraz wrócić to z lianami, to z dziwnymi długimi liśćmi, a nawet z metalowym naczyniem wypełnionym wodą. Williams próbował już niejednokrotnie nawiązać jakiś kontakt z nieznajomym, ale ten nie odzywał się, kiedy nie było to konieczne, ani nie mówił więcej, niż było potrzebne. Także chłopaka cały czas zżerała nuda, ciekawość i od niedawna głód. Chciałby zejść na dół, pochodzić, pozwiedzać te niebezpieczne tereny. Miał trafne wrażenie, że tubylec traktuje go jak małe, niepotrafiące niczego zrobić dziecko. Szalenie go to frustrowało i musiał udowodnić mu że tak nie jest. Był przecież dorosłym mężczyzną, to, że nie wychował się w buszu... No właśnie. To również cały czas zajmowało jego myśli. Czy ten człowiek naprawdę się tu wychował? A może tak jak on, trafił tu podczas sztormu? Może ktoś go tu zostawił? Jego obeznanie, swoboda, a nawet można by rzec uwielbienie do tego miejsca, wskazywały na to, iż spędził tu już spory kawałek czasu. W dodatku się tu zadomowił. Chatka nie była takich małych rozmiarów, jak na początku się chłopakowi wydawało. Poza pomieszczeniem w którym spał, znajdowały się jeszcze dwa. Jedno mniejsze,służące za spiżarnię i kuchnię zarazem. Były tam rozwieszone sznury z suszonymi owocami, szklane butelki z różnymi ziołami, a także wiele koszy, których zawartości jeszcze nie ocenił. Drugie pomieszczenie zaś było podobnych rozmiarów do jego sypialni i było łazienką. Co prawda miał okazję wykąpać się tylko dwa razy, ale to zawsze coś. Stała tam duża drewniana misa, taka w jakieś niegdyś myto dzieci, teraz zapewne służąca na wsiach do robienia prania. Brunet codziennie o zachodzie słońca przynosił nagrzaną za dnia wodę i z trzech bądź czterech wiader przelewał ją do misy. Służyła mu, a tak właściwie im, do obmycia twarzy, stóp, i miejsc wyjątkowo tego potrzebujących. Ku uciesze młodzieńca, kilka płynów i olejków znajdujących się w kufrze, służyło do mycia ciała. Pierwszego razu niesamowicie bał się ich użyć, ale kiedy spróbował, uznał że są po prostu doskonałe. Były to przeróżne wyciągi z szałwii, lawendy, pokrzywy, mleczko kokosowe, wzbogacone o sok z grejpfruta i jeszcze kilka innych. Wszystkich oczywiście mógł używać ''bardzo rzadko i z umiarem, ponieważ ich przygotowanie jest trudne i czasochłonne''. I choć Joe pragnąłby wejść do misy, i zanurzyć się w wodzie każdego wieczora, to mężczyzna powiedział że to marnotrawstwo, przynosić tyle wody ze strumienia, i że będzie to możliwe tylko raz, maksymalnie dwa razy na siedem dni, gdy będzie szedł do jeziora. Z tego blondyn wywnioskował, że jezioro znajdowało się dalej, a przyniesienie tylu litów wody na pewno było nie lada  wysiłkiem, więc dwa razy na siedem dni było w porządku. No właśnie, siedem dni było pełnym tygodniem bruneta, bynajmniej nie z powodu tak ustalonego porządku w cywilizowanym świcie. Tutaj nie panowały określenia jak ''poniedziałek'' czy ''niedziela''. Każdy miesiąc, nazywany przez tubylca podróżą księżyca miał 28 dni i kończył się pełnią. Tygodnie dzieliły się na pierwszy,drugi trzeci i czwarty czas podróży księżyca, zaś dni nie miały swoich nazw. Jedynie dzień przypływu i dzień odpływu. To kolejna ważna rzecz. Przypływ na tej części wyspy był dosyć łagodny, ale i tak trzeba było uważać. Nie na wodę, gdyż nie dość że dom znajdował się na górze, to w dodatku na drzewie, lecz na zwierzęta które przybywały tu z niższych terenów. Opuściwszy swoje nory i miejsce w którym na co dzień żyją, są przestraszone i niebezpieczne, a przynajmniej tak mówił ciemnooki. Z zamyślenia wyrwał go niewielki ból, spowodowany uderzeniem. Zmarszczył brwi masując lekko tył głowy, i zanim oberwał drugi raz, zdążył zauważyć turlający się przed nim orzech. Poderwał się na równe nogi, przez co przestraszona Ariri wskoczyła na gałąź patrząc na niego dużymi oczyma.
- Wybacz - uśmiechnął się ze skruchą i chciał podejść do małpki, jednak poczuł kolejne uderzenie, tym razem w środek czoła i warknął niezadowolony - Wiem że to ty mały szkodniku! - Na zawołanie zza pnia drzewa wyłoniła się ucieszona kapucynka, już bez zbędnych ceregieli okładając go orzechami - Przestań! Ty potworny małpiszonie! - I chwytając to co miał pod ręką zamachnął się całej siły.
 Nie miał pojęcia czy trafił, po zanotował jedynie że potknął się i spada w dół. I spada, i spada, i spada... Aż przestał, i o dziwo nie czuł żadnego bólu, wilgoci czy twardej ziemi pod sobą. Niepewnie uchylił wcześniej nieświadomie zaciśnięte powieki, i otworzył usta oniemiały. Silne, opalone ramiona, trzymały go mocno metr nad ziemią. Przełknął nerwowo ślinę i niepewnie spojrzał na swojego wybawiciela.
- Aż tak bardzo spieszy ci się na tamten świat? - z tymi słowami postawił go na nogi i uniósł brwi, patrząc na niego.
- N-nie. To znaczy, po prostu twój zwierzak sabotuje moje życie - powiedział już nieco pewniej, starając się nie zarumienić.
Cała sytuacja była wystarczająco żenująca. Mężczyzna jedynie pstryknął palcami, tym samym przywołując do siebie Piccolo.
- Powiedz mi drogi przyjacielu, co rozumiesz przez zaniesienie orzechów i podanie ich naszemu nowemu domownikowi. - Małpka nie wykazała żadnej skruchy, jedynie podskoczyła na jego ramieniu, ale Joe nie o tym teraz myślał. Był zaskoczony i w pewnym sensie... szczęśliwy, w końcu nazwano go nowym domownikiem. DOMOWNIKIEM. Co znaczy, że brunet nie traktuje go jak gościa, czy zbłąkanego wędrowca który chwilowo się tu zatrzymał. Dał mu do zrozumienia, że teraz to również i jego dom. I choć nie zamierzał zostawać tu dłużej, niż było to konieczne, zrobiło mu się ciepło na sercu. Tak tylko odrobinę.
- ... a biorąc pod uwagę że i tak mnie nie słucha, chyba szybko wybaczę ci ten występek Piccolo - słysząc koniec wypowiedzi ciemnookiego zarumienił się mimowolnie i szybko odpowiedział:
- Prze... Ekhm. Zamyśliłem się, wybacz. - Jego zażenowanie wciąż rosło, kiedy mężczyzna uważnie mu się przyglądał.
- Imię. - Przysunął się, a jego bliskość chwilowo oszołomiła chłopaka.
- Hm?
- A więc Hm, zostań tu z Kirą, idę do strumienia - mruknął z kpiną w głosie, a Williams dopiero po kilkunastu sekundach zorientował się, o co mu chodziło i zawstydził się jeszcze bardziej. Ale to nie była jego wina!
- Joe... Joe Williams - kiedy w końcu udało mu się z to z siebie wyrzucić, brunet odsunął się od niego, przywołując do swojego boku czarną panterę.
 Do chłopaka zaś podszedł tygrys, i spokojnie ułożył się przy jego nogach. Co to było? Pokręcił głową i zaklął pod nosem. Może był TROCHĘ niezdarny, czasem, rzadko, ale każdemu się zdarza. W każdym razie, mimo dziwnej sytuacji, dotarło do niego, że mężczyzna po raz kolejny uratował mu życie. Wypadałoby się jakoś odwdzięczyć, ale z jego umiejętnościami... Pozostawało tylko...
- Dziękuję! - krzyknął do powoli oddalającej się postaci, a kiedy ta odwróciła się do niego, oblizał nieświadomie usta i skinął głową.
- Dziękuję ci...
- Chris. Chris Black. - Potem zniknął w ciemnościach, nie pozostawiając za sobą żadnego szmeru. Księżyc rzucił delikatny blask na miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał. Nawet nie zauważył kiedy się ściemniło...

Chris. Chris Black

Można uznać to za dobry początek. Początek czegoś, czego świadkiem miała być noc. Początek pewnej opowieści, różnie zwanej przez ludzi. I choć słońce o brzasku bywa mylne, tak księżyca nocą nie oszukasz...

Chris. Chris Black

6 komentarzy:

  1. Zawiadłam się... *płacze*
    Gdzie moje yaoi.? Ja myślałam, że już coś się będzie działo. Ale coż.
    Może w następnym rozdziale..
    Powodzenia. :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam Twoje opowiadanie. Jeszcze tylko trzy rozdziały zostały mi do przeczytania :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Bosze to było fantastyczne te "[...] Jednakże słońce kładło się spać szczęśliwe, że mogło ujrzeć uśmiech rozpoczynający pewną opowieść. Pewną opowieść, różnie zwaną przez ludzi. I choć księżyc o zachodzie bywa mylny, tak słońca o zmierzchu nie oszukasz..." i "[...] Początek czegoś, czego świadkiem miała być noc. Początek pewnej opowieści, różnie zwanej przez ludzi. I choć słońce o brzasku bywa mylne, tak księżyca nocą nie oszukasz..." Uwielbiam takie zakończenia i czekam na tą opowieść :D
    Pozdrawiam i weny życzę

    ~Azusa

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    o matko, czemu ta nasza małpka tak traktuje Joe, och w końcu poznał jego imię...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    w końcu poznał jego imię :) czemu ta małpka tak traktuje Joe?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    w końcu Joe poznał imię swojego wybawcy, czemu ta małpka tak go traktuje...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń