niedziela, 14 lutego 2016

Rozdział 11

Witam i dzisiaj bez zbędnych przedłużeń zapraszam na jedenasty rozdział ITF.


Idalia Kuro - Dziękuuuję bardzo i zapraszam na więcej akcji :D

Nina Lu - Bardzo Ci dziękuję. Ja myślałam, że pod tym rozdziałem polecą skargi, a ty wyjeżdżasz z miłosnymi wyznaniami, haha. Na prawdę doceniam.

Melody Tomlison - Dziękuję Ci bardzo za tyle miłych słów. Bloga w żadnym wypadku nie mam zamiaru zawieszać, a tym bardziej usuwać. Ponadto, mam już bohaterów i fabułę do kolejnego powiadania. Wybacz, ale szablon pozostanie moją słodką tajemnicą...

Sprawdzone oczywiście przez Patkę!

    
    Kiedy Joe patrzył na to wszystko z perspektywy czasu, kompletnie nie mógł tego zrozumieć. Gdyby cztery miesiące temu ktoś powiedział mu, że będzie wczesnym rankiem siedział nad strumieniem w sercu dżungli i z lekkim uśmiechem na ustach prał poszarzałą ze starości koszulkę, co jakiś czas ochlapując wodą ogromnego tygrysa, wezwałby ochronę lub wysłał gościa do dobrego psychiatry. Ale tak było. Od przeszło czterech miesięcy żył tu, na wyspie. Wstawał wraz ze słońcem, pracował, pomagał, bawił się ze zwierzętami i zasypiał, podziwiając srebrzyste gwiazdy, rozsiane na pięknym, granatowym niebie. Zbierał owoce, rośliny lecznicze, czy też przyprawy. Dzięki temu poznał już spory teren wokół swojego miejsca zamieszkania. Jednym z lepszych odkryć był skalny klif, znajdujący się na skraju dżungli. Mierzył z pewnością grubo ponad 100 metrów, choć nie było na nim wiele miejsca. Wystarczająco, by położyć się, i móc przeturlać jakieś osiem razy. Jednak o zachodzie słońca... Jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego, nawet na zdjęciach. Niebo przystrojone było kolejno w barwy ciemnego granatu, miarowo rozjaśniającego się do błękitu. Ten z kolei z czasem wpadał w delikatny fiolet, róż, pomarańcz. Na samym końcu słońce otaczała czerwień, odbijająca się w lazurowym morzu. Woda powoli płynęła w tylko sobie znanym kierunku, niosąc ze sobą piękne kolory zmierzchu. Cała dzicz skąpana była w ostatnim blasku. Ptaki wracały do gniazd, zwierzęta do stad. Kwiaty niespiesznie zamykały kielichy, układając się do snu. A ojciec wiatr swym śpiewem, niczym kołysanką, kładł dzieci wyspy do snu. Noc nastawała powoli, długo żegnając odchodzący dzień i rozsiała na niebie gwiazdy. Ich zadaniem było obserwować śpiących przyjaciół, a w razie zbytniej ciemności wzywać księżyc, by oświetlił im drogę. Nocne koty opuszczały legowiska, ruszając na polowania i dalekie wyprawy. Na tyle ciche, by nie zmącić ciszy zasianej przez zmrok, lecz na tyle zauważalne, by srebrzyste światło ani na chwilę nie spuściło ich z oczu. I tak trwała ciemność, póki słońce nie wstało z krótkiego spoczynku, polecając radośnie nocy, by ta wróciła gdy ją wezwie. Najpierw nieśmiało, potem coraz pewniej przebijało się przez gęstwinę lasu, budząc ze snu mniejsze i większe stworzenia, a inne zaś posyłając do legowisk. A potem pięło się ku górze, obdarzając swym blaskiem po kolei każdy zakamarek wyspy. Kiedy dotarło już na samą górę, dawało wszystkim niesamowite ciepło, które malało coraz mocniej, gdy słońce zaczęło się obniżać. Wtedy Joe przechadzał się brzegiem plaży, szukając coraz to nowych rzeczy, które przyniosła ze sobą woda. Ostatnio udało mu się znaleźć wiele materiałów, z których sam uszył ubrania i poszwę na stary, wełniany koc. Raz trafił też na plastikową torbę z różnymi kosmetykami, a kolejnym razem na przybory do gotowania, które oczywiście miały niebywale wiele zastosowań u nich w domku. Niektóre normalne, niektóre nietypowe, a jeszcze inne wprost rozbrajająco zabawne. Blondyn wyszedł na tym dobrze o tyle, że mógł zbudować sobie porządny grzebień z kilku widelców. Jego włosy zdążyły już nieco urosnąć, więc rozczesywanie ich stawało się istną katorgą. Nie musiał na szczęście znosić brody, ani innych niepożądanych owłosień, gdyż był w posiadaniu niemal codziennie ostrzonej żyletki, która jak na razie spisywała się wyśmienicie. Zmian w jego wyglądzie było oczywiście dużo więcej. Chłopak nieco zmężniał, wyrobił lekkie mięśnie. Jego blada, jasna cera, była teraz opalona na ładny odcień karmelu, a wspomniane już sięgające do ramion włosy, z ciemnego blondu zmieniły się w jasny, jednak z licznymi ciemniejszymi pasemkami. Przybyło mu również blizn, siniaków i zadrapań, były one w końcu nieuniknione przy życiu w dżungli. Jego zachowanie i nastawienie do życia również uległy drastycznej zmianie. Chłopak porzucił swoją dumę i arogancję, przekonując się niejednokrotnie, że znacznie utrudni mu życie tutaj. Przyzwyczaił się do otoczenia i klimatu, oraz do takiego trybu funkcjonowania. Potrafił żyć bez kosmetyków, markowych ubrań, pięciogwiazdkowych hoteli, ukochanych gadżetów i internetu. Ostatnio nawet pogodził się z faktem kąpieli w lodowatej wodzie, bez udziału mydła, więc brawa dla tego pana! Zmienił się, bardzo się zmienił i doskonale o tym wiedział. Oczywiście jeśli byście się go zapytali, odpowiedziałby, że wszystko jest tak, jak przedtem, tylko nie przywiązuje już takiej wagi do wyglądu. W końcu tu nie ma się dla kogo stroić. Bzdury i bezsensowne gadanie, ale przecież do końca swej dumy nie mógł porzucić. Inaczej nie nazywał by się Joe Williams. Ale owy pan Williams, był, jak się okazało, zupełnie innym Williamsem niż kiedyś. Williamsem, którego zmysły niebywale się wyostrzyły, dlatego słysząc kroki porządnie nasączył koszulę wodą, by już po chwili zaatakować nią nowo przybyłego. Był odmienionym Williamsem...

- Witaj Tarzanie - Ale wciąż Williamsem.
Mężczyzna otarł z twarzy krople wody i posłał blondynowi niezadowolone spojrzenie.

- Cóż takiego zrobiłem ci dzisiejszego poranka? - westchnął teatralnie odbierając swoją koszulę z rąk uśmiechniętego napastnika.

- Nic. Kompletnie NIC. Dlatego nadal jestem głodny. Gdzie moje śniadanie? - Kontynuując przedstawienie, położył ręce na biodrach i zaczął nerwowo tupać nogą.
W odpowiedzi Chris pokłonił się nisko i z dołu patrząc na chłopaka, odpowiedział służebnym tonem:

- Księżniczko, śniadanie już... leci. - Po tych słowach Joe odskoczył jak oparzony od drzewa, trzymając się za głowę.

Ostrożnie spojrzał ku górze i zmrużył drapieżnie oczy, dostrzegając Piccolo siedzącego na gałęzi i ciskającego w dół owocami. Małpka pomachała mu zadowolona, po czym sprawnie zeszła na dół, podając swojemu panu dwa owoce mango.

- Dziękuję przyjacielu, księżniczce z całą pewnością zasmakuje dostarczony przez ciebie posiłek.

- Ależ zabawne, boki zrywać - zaśmiał się ironicznie i podniósł zmaltretowany posiłek z ziemi - Ty będziesz to jadł, paskudo - Wyciągnął dłoń z jedzeniem w stronę zwierzaka, ale ten jedynie pokręcił głową i wskazał na trzymany w rękach bruneta owoc.

- To nie jest sprawiedliwe, Chris. Jako człowiek i istota niezdolna do wspięcia się na to drzewo, zgłaszam jawny protest - Założył ręce na piersi, wpatrując się w futrzaka wzrokiem, który z pewnością zabiłby słonia.

Niestety, nie miał do czynienia z byle słoniem, a Piccolo, co niesamowicie utrudniało sprawę. Czasem miał wrażenie, że ta małpa jest nieśmiertelnym, niechorującym, nieśpiącym i nieposiadającym żadnych skrupułów ucieleśnieniem szatana. Mężczyzna spojrzał na kompana z cichym śmiechem, po czym zrzucił małpkę ze swojego ramienia. 


- Wybacz mi, przyjacielu, ale czeka cię jeszcze jedna runda w pogoni za śniadaniem. Co ja mogę przeciw takim argumentom? - Rozłożył bezradnie ręce, a maluch pisnął oburzony, po czym wskoczył na drzewo by kontynuować ciskanie w swoich oprawców owocami. 

    Kiedy byli już bezpieczni, kilkadziesiąt metrów od szalejącej kapucynki, przysiedli na obalonym zeszłej burzy pniu drzewa. Odkąd tu trafił podczas sztormu, kolejny miał miejsce tylko raz. Był naprawdę niesamowicie zdziwiony, ile jest w stanie znieść konstrukcja zbudowana przez mężczyznę. Po całej nocy wichury, deszczu i innych okropności, w dachu była jedynie jedna niewielka dziura, a do środka dostało się tyle wody, ile zmieściłoby się w średniej wielkości wiadrze. Oczywiście Black wszystko wcześniej pozabezpieczał, i przygotował na mające nadejść warunki. Pamiętał że tamtej nocy nieźle się bał, więc spędził ją razem z brunetem w jego maleńkim domku na solidnym drzewie. Rozmawiali bardzo długo, chcąc zagłuszyć szalejący na zewnątrz wiatr. Joe wiele się o nim wtedy dowiedział. O jego dzieciństwie, dorastaniu i ucieczce tutaj. Niektóre z otrzymanych informacji nadal do niego nie docierały. Były zbyt trudne do przełknięcia, jakby... nierealne...
    
    Miesiąc wcześniej
    Uderzająca o ścianę chatki gałąź robiła nie tyle, co sam hałas, ale dziwny, mroczny nastrój. Kiedy już było względnie cicho, ona z impetem uderzała w drewno, jakby ostrzegając, że zaraz je zburzy. Siedzieli tak już od dwóch godzin. Joe opowiedział brunetowi o swoim mało interesującym dzieciństwie i o dotychczasowym życiu. Mężczyzna od czasu do czasu śmiał się i komentował występki Williamsa, ale ten odgryzał mu się lub puszczał to mimo uszu.

- Nigdy za nimi nie tęskniłeś? - mruknął Chris w pewnej chwili.

- Hm?

- Za rodzicami- wyjaśnił, widząc niezrozumienie na twarzy chłopaka.

- Ach, a nimi. Nie. To znaczy, kiedy byłem mały, oczywiście. Pamiętam, jak raz chciałem zapłacić ojcu, żeby został w domu. Jakiś miesiąc wcześniej zapytałem się go, ile pieniędzy zarabia dziennie. Zbierałem je sumiennie, każdego dnia pomagając sąsiadce lub robiąc coś dla opiekunki. Kiedy w końcu mi się udało, poszedłem do niego, i poprosiłem. Wyśmiał mnie. Wyśmiał mnie, a pieniądze zabrał. Powiedział, że pewnie i tak wydałbym je na słodycze, czy coś takiego. Długo potem płakałem. Wiesz, bardzo chciałem spędzić z nim choć jeden dzień... Ale kiedy dorosłem wszystko minęło. Zacząłem wykorzystywać ich kasę i znajomości. I tak jest po dziś dzień, to znaczy, było. A resztę już znasz, tak oto znalazłem się tutaj, siedząc z tobą w maleńkiej, drewnianej chatce na drzewie, podczas burzy stulecia. - Obaj parsknęli na to stwierdzenie cichym śmiechem, a młodszy z nich westchnął głęboko.

- A ty? - zapytał po jakimś czasie chłopak.

- Co ja?

- Jakże elokwentne. Ja opowiedziałem ''jakże tragiczną'' historię mojego życia. Teraz czas na ciebie.

- Wątpię, by było o czym mówić - Mężczyzna od razy spoważniał i wyglądał, jakby zupełnie stracił chęci do rozmowy.
Jednak blondyn był nieugięty, więc po kolejnych godzinach, Black zaczął opowiadać...

    14 lat temu. Lincolnshire. Anglia
    Poprzez porozrzucane wszędzie butelki po wszelakim alkoholu do swojego pokoju próbował przedostać się chłopiec. Trzymał za rękę młodszego brata, uważając, by na nic nie stanął. Ich tata znów za dużo wypił i kiedy wróci do domu, znów będzie robił złe rzeczy. Rzeczy, których nie chcieli. Tommy nie chciał tego najbardziej, ale tata kiedy wychodził, zabierał go ze sobą. On i mały Ben zawsze się chowali. Na początku Tommy też się chował, ale potem tata obiecywał mu, że będzie dobrze, że dostanie nagrodę i Tommy wychodził z ukrycia. Chris chciał go bronic, chciał pójść zamiast niego, ale wtedy dostawał lanie. Bywały też dni, kiedy Chris szedł zamiast brata, ale bywały i takie, kiedy nie miał siły nawet dowlec się do wejścia, by go obronić. 

    Pewnej nocy tata wrócił do domu bardzo zdenerwowany. Pałętał się po kuchni, rozwalał naczynia. Mama pytała co się stało. Uderzył ją, krzyczał, ale w końcu to powiedział. ''Bachor zdechł''. Chris dobrze usłyszał te słowa, i był pewien, że już na zawsze pozostaną w jego pamięci. Wyłączył umysł. Nie odczuwał już bólu, nie płakał. Kiedy ten człowiek zabierając go do obcych mężczyzn, mówił że będzie dobrze, że ma 

być grzeczny dla tatusia, chłopak już wiedział. Już nie było tatusia. Był potwór. A w każdej opowieści, żeby skończyła się szczęśliwie, potwór musi zginąć...

    13 lat temu. Port Aberdeen. Anglia

    Pociągnął nosem, mocniej wtulając się w cienki sweter jaki na sobie miał. Było bardzo zimno. Siedział skulony, schowany w jednej z szalup. Statek niebawem wypłynie. Pamiętał dobrze wszystko co się stało. Zacisnął oczy, nie pozwalając by uroniły choć jedną łzę. Już nigdy więcej. Nigdy nie będzie płakał. Będzie silny. Zdobędzie wszystko czego pragnie. Ale najpierw...Ucieknie jak najdalej stąd. Gdzieś, gdzie będzie bezpieczny. Gdzieś, gdzie nie czeka go żadna krzywda. Gdzieś, gdzie odnajdzie to, czego szuka...

    Teraźniejszość

    Potem dwa dni trzymał się od niego z daleka. Być może się bał, być może czuł się zagubiony. Nie wiedział i nie rozumiał. Jednak udało mu się z tym pogodzić. Historia Chrisa była niczym wyjęta z horroru. Słuchając jej miał łzy w oczach, a nocami koszmary, jednak od tamtego czasu zupełnie zmienił stosunek do swojego wybawcy. Nie chciał o tym wszystkim myśleć, naprawdę nie chciał. Jednak myśl, że to wszystko go spotkało, gdy był jeszcze dzieckiem. Dzieckiem, które było katowane, gwałcone. Dzieckiem, które zabiło, by chronić siebie i brata. Dzieckiem, które uciekło, szukając schronienia z dala od przeszłości. Dzieckiem, które wychowało się wśród zwierząt, na bezludnej wyspie. A teraz... Był tak silny, tak... niezwykły. Śmiał się, żartował, kpił. Nieczęsto, niecodziennie, ale jednak. Żył tak, jak Joe chciał żyć, a nie potrafił. Nie potrafił, choć jego życie, przy życiu Blacka było bajką, usłaną różami. I choć...

- Wybacz że przerwę ci przemyślenia, ale od dobrych piętnastu minut gnieciesz ten biedny, niewinny niczemu owoc. I sądzę, że zmaltretowałeś go na tyle, że ten zrzucony z drzewa byłby bardziej zjadliwy - głęboki, niski głos przerwał jego przemyślenia.
Potrząsnął głową i spojrzał w dół na swoje ręce i miąższ przeciekający mu między palcami.

- Cóż... Nie będę musiał silić się na gryzienie - Próbował zażartować, jednak myśli, które kilka tygodni temu udało mu się wyciszyć, powróciły i dręczyły jego umysł. 

- Nie będę pytał o czym, ale przestań o tym myśleć - szepnął brunet po kolejnych dziesięciu minutach ciszy - Weź. To naprawdę czas na śniadanie - Mówiąc to podał mu swoje mango, przytrzymując dłoń może odrobinę zbyt długo, ale nikt się tym nie przejął.
Co więcej, na usta Joe'go wpłynął lekki uśmiech, a oczy Chrisa mimo swojej czerni, stały się jakby cieplejsze. Te oczy... Ach, one będą jego zgubą. 

Albo odnalezieniem...




  


8 komentarzy:

  1. Huraa. Joe w końcu zmądżał. :D
    A tak na poważnie, to eozdział cudowny jak każdy, ale cicho. ;)
    Joe taki aghwlshmzls... <3
    Tylko jedno pytanko, gdzie nasza druga parka.? :(
    Czekam na dalszą część. Powodzenia. ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten rozdział był naprawdę dobry i bardzo mi się spodobał <3
    Relacje między oboma Panami diametralnie się zmieniły, oczywiście na lepsze. Joe jest teraz innym człowiekiem i w końcu go lubię :D A Chris, Chris sporo przeszedł i jest mi go strasznie szkoda. Stracił brata... Biedak.
    Ale spokojnie, Joe da mu trochę szczęścia, jeśli nie znacznie więcej XD
    W obu historiach (po jednej na parę) dzieje się coś ciekawego. Zastanawia mnie tylko czemu oni się nie spotkali? Mieszkają na dwóch krańcach wyspy, ale ona raczej nie jest nie wiadomo jak olbrzymia, więc prędzej czy później jedni powinni trafić na ślad drugich...
    Umiliłaś mi wieczór tym tekstem i bardzo za to dziękuję ^^
    I tak trwała ciemność, póki słońce nie wstało z krótkiego spoczynku, polecając radośnie nocy, by ta wróciła gdy ją wezwie – Piękne <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezzu, ile można czekać xD nerwy mnie zjadają co u naszych rozcałowanych chłopaczków, a tu tym razem ktuś inny ;3 Masz uroczy styl, taki poetycki, aż miło się czyta, słowa wręcz przelewają się by mglistymi smugami spłynąć do umysłu i tam stworzyć obraz fikcyjnej rzeczywistości.... och, chyba wierszyk piernicznę, taki mnie nastrój wziął xD
    Nie mogę się doczekać co dalej
    Buziaki i weny :*
    Cośka
    coskowe-yaoice.blogspot.com
    (zapraszam do siebie, chociaż Tobie nie dorastam do pięt)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wooooooooooooow... Cudeńko ^^
    To było takie awww, nevermind, że koleżanka siedzi obok, trza przeczytać. Fajnie, że Joe zmienił swoje nastawienie, dorósł. Niesamowicie to przedstawiłaś mimo "skoku w czasie". Zmiana podejścia, punku widzenia i zrozumienie pewnych rzeczy. Ta rozmowa w trakcie burzy - perfekcyjna ♡
    Czekam na dalsze rozwinięcie akcji u naszej parki i opisania sytuacji po drugiej stronie wyspy.
    No cóż, muszę przetrwać pozostanie w niewiedzy związanej z pochodzeniem szablonu. Ale będzie ciężko xd
    Wracając do rozdziału był słodziaśny w szczególności zachowanie chłopaków pod koniec, czekam na więcej! Zakochałam się w tym opku *.*
    I dziękuję za obszerną odpowiedź :)
    Życzę Ci masy weny i wytrwałości w nowym projekcie, na który już nie mogę się doczekać.
    Pozdrawiam, Melody

    OdpowiedzUsuń
  5. Nieeeee!!!!!!! To nie może być środek początek co najmniej. Podciągnij to trochę. Plose*;* Ja chcie diuzioooooooo lozdialów blo bedie smutasna *.* i ten rozdział był zaje*isty :3
    Pozdrawiam i dużo rozdziałów i weny życzę ;)

    ~Azusa :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    wspaniale, poznaliśmy historię Chrisa, nie miał kolorowego życia, ale ciekawe co się stało z jego bratem, Joe zmienił się i diametralnie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej,
    wspaniały rozdział, w końcu poznaliśmy historię Chrisa, no i okazało się, że nie miał kolorowego życia, ale ciekawi mnie co się stało z jego bratem, Joe zmienił się i to diametralnie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej,
    rozdział wspaniały, poznaliśmy historię Chrisa, no i tak mi smutno, okazało się, że nie miał kolorowego życia, ale ciekawi mnie bardzo co się stało z jego bratem, och Joe zmienił się i to diametralnie... a to mi się podoba...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń