niedziela, 6 marca 2016

Rozdział 12

Ahoooj piraci! Przybywam do was z daleka, z kolejnym rozdziałem naszej historii. Jestem spóźniona, jestem zmęczona, i jestem zdenerwowana, ale jestem tu z wami. Poza tym, rozdział jest długi i jestem pewna, że to jeden z tych wyczekiwanych ;).

Nina Lu - Jak zawsze dziękuję Ci za miłe słowa, a na drugą parkę zapraszam teraz!

Yavanna - Dziękuuuję i jestem Ci bardzo wdzięczna za tak obszerny komentarz. A co do spotkania...Cierpliwości kobieto, cierpliwości ;)

Cośka - Wiem, że rozdziały ukazują się rzadko, ale to już siła wyższa. Następnie -Dziękuję! Szczerze mówiąc, kiedy czytałam ten rozdział zaraz po napisaniu, zastanawiałam się, czy nie jest aby zbyt ''sztucznie poetycki''. Niebywale więc się cieszę, że mimo wszystko Ci się spodobał. Ach, oczywiście załączony link odwiedziłam i nie żałuję ;) Dziękuję również za umieszczenie mojego bloga w polecanych. Jestem zaszczycona!

Melody Tomlison - Dziękuję, dziękuję i dzięki za cudowny komentarz ;D. A teraz 
zapraszam do czytania!

Azusa - Dziękuuuję Ci bardzo za te wszystkie komentarze. A jeśli chodzi o długość ITF, to od początku planowałam jakoś 20/25 rozdziałów... Moooże się to skróci, moooże przeciągnie, kto to wie? Ta historia żyje własnym życiem ;)



    Ten sam poranek po drugiej stronie wyspy przebiegał zupełnie inaczej. Cicho i drętwo - te słowa dobrze, choć raczej łagodnie określały atmosferę panującą na południowej części wyspy. Od pamiętnego dnia, w którym to Nico i młody Smith posunęli się o ogromny krok dalej, by nie użyć stwierdzenia ''zbyt daleko'', oschłość stała się między domownikami codziennością. Z początku było...znośnie. Nieprzychylne spojrzenia Cornelii, jej chrząknięcia i nieprzystępność, nie były aż tak widoczne, jak teraz. Najbardziej niekomfortowy dla blondyna był fakt, że wszyscy udawali że jest w porządku. Jego siostra i Nicolas czasem się do siebie odzywali, jednak z widoczną niechęcią. W gruncie rzeczy chodzi o to, że gdy tamten dzień dzień dobiegł końca, brunetka zachowywała się tak samo oschle jak przed jego rozpoczęciem. Tak...jego relacje z siostrą stały w miejscu, i był z tego powodu dość niezadowolony. Tak właściwie, nie wiedział czy ma teraz jakieś powody do radości. Stał pomiędzy kobietą która nauczyła go życia, a mężczyzną który uczy go czegoś jeszcze. Czegoś, czego nigdy nie miał okazji się nauczyć. Stał pomiędzy młotem a kowadłem, z czego w danym momencie młot zdawał się być mniejszym zagrożeniem...

- Znowu za dużo myślisz. - Westchnął Stone siadając blisko chłopaka. Odpowiedziało mu jedynie ciche westchnienie.

- To takie idiotyczne. Jest nas trójka, znajdujemy z dala od tamtego świata, a nie potrafimy żyć w zgodzie. To bezsensowne. Wszyscy wiemy, o co tak naprawdę chodzi, ale nikt nie powie tego na głos. Ona ma do mnie żal, wiem to. Ale nie może zachowywać się tak do końca życia. Wyparcie się mnie, nie sprawi...nie sprawi, że ją pokochasz. Staram się zrozumieć, staram się coś zrobić...Ale to nie wyjdzie. Jeśli będę z tobą blisko, będzie zła i zraniona, że to nie ona jest przy tobie. Jeśli się od ciebie oddalę, nic się nie zmieni, bo ona będzie wiedziała, że i tak nic nie wskóra. Jeśli odejdę, będzie tak samo jak gdybym się od ciebie odsunął. To śmieszne. Dla kogoś, kto stanąłby teraz obok, byłoby to absurdalne.  Ale doskonale wiesz, że gdyby nie ona, już dawno zdechłbym z głodu. - Parsknął na koniec, opierając się o klatkę piersiową mężczyzny. Już po chwili poczuł silne, opiekuńcze ramiona, oplatające delikatnie jego talię.

- Boli cię...

- Hm? - Zmarszczył brwi i odwrócił głowę, szukając odpowiedzi w oczach bruneta.

- Boli cię to. To jak cię traktuje. To jak patrzy na ciebie. To że była gotowa odwrócić się od ciebie dla nieznajomego. Cierpisz. - Jego głos był cichy, ale pewny i mocny. Bez żadnych przeszkód wdarł się do umysłu Lucasa, i doskonale słyszalny rozbrzmiewał w nim przez dłuższą chwilę.

- Nie prawda...

- Prawda.

- Nie możesz tego wie-

- Widzę. - Wypowiedź chłopaka została twardo przerwana, a oczy w które się wpatrywał przyszywały go na wskroś. - Widzę jak spuszczasz wzrok, kiedy na ciebie spojrzy. Jak odchrząkujesz, kiedy do mnie się odzywa, a przy tobie milczy. Jak wypatrujesz jej o zmierzchu, kiedy wraca z plaży, i jak zmykasz w kąt, kiedy wejdzie do środka. Widzę jak w ciemności wpatrujesz się w księżyc, a twoje oczy błyszczą wtedy, odbijając jego blask. I nie wmówisz mi, że błyszczą tak zawsze. - Ledwie skończył wypowiedź, blondyn odwrócił wzrok i wstał.

- Widocznie masz kiepski wzrok. - Zaczął iść przed siebie, słysząc podążającego za nim Nicolasa.

- Oh daj spokój. Dlaczego się tego wypierasz? Przecież możemy o tym porozmawiać!

- Nie mamy o czym! - Szedł coraz szybciej, mijając wysokie drzewa, rozpoczynające gęstwiny dżungli.

- Czemu się wściekasz?! - Gonił chłopaka, sprawnie przeskakując gałęzie i odpychając się od pni. - Powiedz mi dlacze-

- Dlaczego co?! - Stanął gwałtownie, wpatrując się w Stone'a wściekłym wzrokiem. Jego oddech był szybki i płytki, a mięśnie napięte. - Dlaczego to wszystko wygląda jak wycięte z brazylijskiej telenoweli?! Dobrze, powiem ci! Kochające się rodzeństwo, prowadzi spokojne i szczęśliwe życie, bez problemów, kłopotów, czy kłótni, ale fatalny scenariusz przewiduje niespodziewany zwrot akcji! Pojawia się trzecia osoba, i zgadnij co?! Nie, w życiu nie zgadniesz, powiem ci. Otóż miedzy rodzeństwem powstają nieistniejące wcześniej problemy, kłopoty i kłótnie, booo?! - Zaśmiał się chłodno, kierując swój wzrok na bezchmurne, jasne niebo. O ironio. - Bo oboje zakochują się w owej trzeciej osobie! To ci niespodzianka, no nie? Już myślałe- Mówiłby jeszcze długo. Krzyczałby, wykłócał się i rzucał. Trwałoby to nawet kilka godzin, ale zostało mu to jakże brutalnie, i niespodziewanie przerwane. Poczuł twardą i szorstką korę drzewa pod swoimi plecami, silne ramiona trzymające jego biodra, oraz usta. Mocne, gwałtowne, pewne usta, na swoich własnych. I były głupi, gdyby próbował z tym walczyć. Chciał, ale po prostu nie mógł. Śmiejcie się z niego, i mówcie że zachowuje się jak zakochana nastolatka, a nie facet z dziczy. Ale tak było. Był młody, zakochany, a życie w dziczy pozbawiło go podobnych czułości. Dlaczego więc miały z nich nie skorzystać? Złość, z resztą siłą wywołana, odeszła już dawno w zapomnienie. Teraz jego dłonie znajdowały się na karku bruneta, a usta ochoczo oddawały każdy pocałunek. Nie zwracał już uwagi na drapiącą go korę, czy też kujące gałęzie pod bosymi stopami. Po prostu czuł. A to co czuł, było jedną z najlepszych rzeczy, jakich doświadczył kiedykolwiek. To było dobre, prawdziwe, mocne, silne i bezpieczne. Duże, ciepłe dłonie ochoczo badały jego tors, podczas gdy on sam zajął się plecami swego towarzysza. Uwielbiał jego skórę. Jej fakturę, jej ciepło, jej zapach. I mógłby dotykać jej przez wieczność, ale dolne partie jego ciała powoli zaczynały budzić się do życia, oczekując więcej. A na więcej nie był gotów. Powoli, z wyraźną niechęcią oderwał się od ust mężczyzny, lokując dłonie na jego barkach

- Co to miało znaczyć...? - Zamuczał cicho, czując dłoń przeczesującą jego włosy.

- Nie znam lepszych sposobów na uciszenie cię. - Na to stwierdzenie parsknął cichym śmiechem, i przymknął powieki. 

- Powinienem się teraz obrazić, wiesz?

- Mhm...ale dam ci buzi na zgodę. - Lecz kiedy brunet chciał złożyć na jego ustach kolejny pocałunek, chłopak prędko wymknął się spomiędzy jego ramion.

- Jestem obrażony. - Jego głośny śmiech oczywiście przeczył słowom. Ten śmiech...Nico mógłby słuchać go do końca życia.

- Jak cię dorwę, to zapomnisz co znaczy to słowo. - Mężczyzna uśmiechnął się wyzywająco, po czym ruszył w pogoń za blondynem.



***


    Słońce było już wysoko na niebie, a upał naprawdę dawał się we znaki. Joe wraz a Kirą siedział pod dorodnym figowcem, szukając odrobiny spokoju i cienia. Owy spokój oczywiście nie mógł trwać zbyt długo, gdyż już po kilkunastu minutach na horyzoncie pojawiła się ta przebrzydła małpa, na ramieniu swojego właściciela.

- Jak się miewa nasza księżniczka? - Jasne promienie słoneczne, przebijające się zza sylwetki Chrisa uniemożliwiły chłopakowi spojrzenie na niego. Nic nie stało jednak na przeszkodzie do odpowiedzenia mu.

- Czuje się oburzona, po podły sługus skazuje ją na nieludzkie katorgi. - Prychnął, ale wstał bez słowa sprzeciwu, czując chwytającą jego przedramię dłoń.

- Właśnie mi to przekazał, a jako że jestem łaskawy, proponuję wybawienie. - Brunet uniósł nieco brwi, z góry spoglądając na swojego rozmówcę.

- W postaci?

- Niespodzianki. - Na ustach młodszego pojawił się grymas niezadowolenia, o następnie uleciało z nich ciche westchnienie.

- Jeśli ta niespodzianka choć trochę zniweluje ten upał, jestem wstanie zrobić naprawdę wiele by ją otrzymać.

- Nawet przejść się na półgodzinny spacer? - Williams zmrużył oczy, ciskając w mężczyznę niewidzialnymi piorunami.

- Oby twoja niespodzianka była tego warta...

    Pół godziny? Dobre sobie. Zdaniem zmęczonego blondyna minęło co najmniej trzy razy tyle. Chris był głuchy na jego prośby powrotu, czy chociażby postoju. W dodatku teraz prowadził go na nagrzany, znajdujący się w pełnym słońcu klif. Cudownie, chce go zabić. Pytanie brzmiało ''przez zrzucenie w przepaść, czy usmażenie?''

- Jesteśmy na miejscu! - Oznajmił wielce uradowany brunet, po czym zaczął zdejmować swoje ubrania.

- Kpisz? Zamierzasz się tu opalać? Wiesz co, chyba słoneczko już wystarczająco ci dzisiaj przygrzało...-  Mężczyzna wywrócił oczami, i kiedy stał już w pełni nagi, skinął na chłopaka głową.

- Chodź tu.

- Porąbało cię? Chce sobie jeszcze chwilkę pożyć, z w pełni sprawnym umysłem. Poza tym...Ty jesteś goły do diaska! - Nie żeby go to specjalnie peszyło, ale było wystarczająco dziwne, by czuł się nieswojo.

- I ty też powinieneś być, chyba że chcesz wracać do domu mokry. - Na te słowa chłopak zmarszczył brwi, i po chwili namysłu ostrożnie podszedł do Blacka. W chwili kiedy spojrzał przed siebie, zaparło mu dech w piersiach. To było...przepiękne. Klif był jedynie częścią niezauważonego przez niego z daleka, znajdującego się niżej wodospadu. A raczej ich skupiska. Woda zewsząd wpadała do sporego jeziora, o cudownej błękitno-lazurowej wodzie. Po lewej było mnóstwo dużych kamieni, rozbijających wodę, po prawej zaś stronie widniały bajeczne rośliny, otaczające połowę zbiornika. Po prostu przepiękne. 

- Twoje wybawienie czeka jakieś dwadzieścia metrów niżej. - Chris zaśmiał się krótko, i obrócił głowę by spojrzeć na chłopaka. 

- Świetnie, więc możemy już iść na dół? - Jęknął niecierpliwie, robiąc kilka kroków w stronę bruneta. W końcu stanął przy jego boku, na samym krańcu klifu.

- Nie będziemy iść, będziemy lecieć. 

- Co? - Może się przesłyszał, ale czy ten świr chciał stąd skakać? A więc jednak chciał go zabić. - Wróć do domu, i połóż się do łóżka, bo jestem w stu procentach pewien, że masz udar.

- Skakałem stąd wiele razy, nic ci nie grozi.

- Ty mówisz poważnie?! - Krzyknął blondyn, już nie na żarty zdenerwowany i przestraszony. - Jest stanowczo za wysoko! Nie mam zamiaru skakać! To jak wyrok!

- Ja żyję. - Black przewrócił oczami lokując swój wzrok na rozmówcy.

- To ci pocieszenie...

- Nie to nie. - Mruknął zrezygnowany, stając mniej więcej za chłopakiem. Ten zaś uniósł  brwi zerkając na mężczyznę.

- I tyle? Żadnych więcej przekonywań? - Zapytał zdziwiony, a w odpowiedzi otrzymał skinienie głowy.

- Żadnych.

- Czyli...zrezygnowałeś z namawiania mnie do skoku, i mogę spokojnie zejść na dół?

- Skąd, zrezygnowałem jedynie z tłumaczenia po dobroci. - Mówiąc to mocno chwycił blondyna w pasie, przysunął się w raz z nim jeszcze bliżej krawędzi.

- PUŚĆ MNIE POPAPRAŃCU! JESTEŚ CHORY! - Joe rzucał się, krzyczał i szarpał, ale nie miał najmniejszych szans na wyrwanie się z uścisku wyższego, i o wiele silniejszego bruneta.

- Uspokoisz się?

- NIE!

- Skaczemy na trzy.

- NIE! - Na jego twarzy widniało coraz to większe przerażenie.

- Raz...

- PUŚĆ MNIE ŚWIRZE! PUŚĆ!

- Dwa...

- PUŚĆ! BŁAGAM! BŁAGAM PUŚĆ!

- Trzy!

- NIE! NIE! NIEEE! - Już po chwili rozległ się głośny plusk wody, i raptem kilka sekund później zdyszany i przemoczony Williams wynurzył się na powierzchnie.

- Żyję...Jest w p-porządku...- Jego klatka piersiowa szybko unosiła się, i opadała, a serce biło jak szalone. Szara koszula którą miał teraz na sobie, przypominała bardziej brudną, mokrą szmatę, a ciemnozielone szorty...szkoda słów. Jednak nie to było teraz jego największym problemem. Minuta, jedna, druga...Chłopak zdążył już dojść do siebie, i po krótkiej analizie otoczenia stwierdził, że czegoś, a raczej kogoś tu brak. - Wyłaź popaprańcu żebym mógł cię zabić! - Ponownie rozejrzał się wokół, szukając wzrokiem czarnej czupryny. Nic. Podpłynął prędko do miejsca, w którym był w stanie wyczuć grunt pod stopami, czując narastający niepokój. - Hej! Wyłaź! Słyszysz Black!? - Nadal nic. Ostrożnie zrobił kilka kroków w przód, przeczesując placami mokre, skołtunione włosy.  - Nie śmieszny ten twój żart! - Przełknął nerwowo ślinę, powoli się cofając. Woda choć przejrzysta, odbijając światło słoneczne niebywale utrudniała zlokalizowanie czegokolwiek pod jej powierzchnią, z kolei zaś jej szum wykluczał możliwość ustalenia położenia mężczyzny przy pomocy słuchu. - Chris! CHRIS! - Chłopak nadal idąc do tyłu, zbliżał się do niewielkich, znajdujących się z dala od wodospadów, brązowych głazów. Używając ich jako podpory, powoli stawiał krok za krokiem, cały czas uważnie się rozglądając i nawołując imię bruneta. Minęło jakieś dziesięć minut, i był u kresu wytrzymałości, kiedy coś mocno chwyciło jego kostkę, przez co przerażony podskoczył, stracił równowagę, i z powrotem cały znalazł się, w tym razem sięgającej mu jedynie do pasa wodzie. Po chwili jednak został z niej wyciągnięty, i pchnięty na jeden z kamieni, a nad nim zawisł Chris Pierdolony Black.

- Witaj. Martwiłeś się? - Spokojny, lekko rozbawiony głos i szeroki uśmiech były już daleko poza granicami wytrzymałości chłopaka.

- Ty jebany, popieprzony, nienormalny, świrnięty, ograniczony psychopato! - Każde słowo odpowiadało jednemu ciosowi w klatkę piersiową, a kiedy mężczyzna nieco się odsunął, chlustem wodą. - Zwariowałeś?! Myślałem że utonąłeś! I z czego głupio ryjesz idioto?! - Już chciał kolejny raz wsunąć rękę do wody, by w końcu zmyć mu z twarzy ten cholerny uśmieszek, ale to na swojej skórze, i ustach poczuł kolejne krople. Powoli otworzył oczy, które przez sekundą odruchowo zamknął, i spojrzał wściekły na napastnika. - Ooo nieee...- Groźnie przeciągnął samogłoski, powoli się do niego zbliżając. - Pożałujesz!

    Po mniej więcej godzinie gonitwy, pływania, i ogólnego przebywania w wodzie, wspólnie stwierdzili, że czas na mały odpoczynek. 

- Nadal jesteś chorym psychopatą. - Mruknął blondyn siadając na jednym z głazów.

- Jeszcze się gniewasz? - Parsknął, rozbawiony zerkając na Williamsa.

- Nie gniewam się, stwierdzam fakty. 

- W takim razie mógłbyś stwierdzać jakieś przyjemniejsze dla ucha fakty.

- Ty nie masz zalet. - Po usłyszeniu tych słów brunet zawisł nad chłopakiem, lekko unosząc brwi.

- Żadnych?

- Żadnych. - Skinął głową powstrzymując uśmiech.
- Nawet najmniejszych? - Głos Chrisa był teraz łagodnym szeptem, a jego twarz stopniowo przybliżała się do tej, należącej do leżącego pod nim chłopaka.

- Może jakieś mikroskopijne...- Również szeptał, niepewnie kładąc dłoń na silnym ramieniu mężczyzny. Patrzyli sobie głęboko w oczy, a żaden z nich nie wykonał żadnego ruchu. - I tyle? - Parsknął chłopak, jednak od razu tego pożałował. Bowiem zauważył w oczach Blacka coś, czego nigdy nawet nie spodziewał się w nich ujrzeć. Coś, co zupełnie nie pasowało do jego siły i pewności. Coś, co sprawiło, że serce chłopaka zabiło sto razy szybciej. Zauważył niepokój. Obawę. Lęk. I przecież...to było oczywiste, czyż nie? W dzieciństwie wykorzystywany, upokarzany, potem samotnie żyjący na bezludnej, odciętej od świata wyspie. Bliskość jak ta, musiała go przerażać, a nagość na pewno niczego nie ułatwiała. Silny, groźny i tajemniczy mężczyzna, stawał się niczym bezbronne, nieświadome niemowlę, w obliczu czegoś tak intymnego. Ale oboje tego chcieli. Oboje na to czekali. Dlatego Joe ostrożnie zmienił ich pozycje, zasiadając w dole brzucha towarzysza, i chwyciwszy jego dłonie, powoli ulokował je na swoich biodrach. Pochylał się coraz niżej, milimetr po milimetrze, cały czas patrząc mu w oczy. Były spokojne, odrobinę zagubione, ale spokojne. - A teraz...- Wypuścił lekkii oddech w jego usta, czując jak brunet zaciska dłonie na jego ciele. - Pocałuj mnie...- I z delikatnością, o jaką nawet się nie podejrzewał, połączył swoje usta, z tymi należącymi do Chrisa. Potem jeszcze raz, i kolejny, aż mężczyzna zaczął odpowiadać. Ich wargi poruszały się nieśpiesznie, badając siebie nawzajem. Poznając się. Ucząc. 

   I tak zaczęło rozwijać się to, czego świadkiem miało być słońce, jasno oświetlając, i ogrzewając ich z góry. To, czego świadkiem miała być woda, otulając ich swoją pasją, swoją pewnością. Słońce zachodzi, a woda zmienną jest, jednak jak księżyc o brzasku bywa mylny, tak wody tańczącej i słońca za dnia nie oszukasz...

7 komentarzy:

  1. Fajnie, że jesteś :3
    Nico i Lucas są naprawdę fajni, ale dużo bardziej polubiłam Joe i Chris'a. Oni są tacy sweet <3
    Jejku, kocham tych misiaków nooo... Niby nic "specjalnego" ale jednak bardzo fajnie się czytało :D
    Kto by pomyślał, że tak bardzo polubię Joe'go, który na początku wydawał się zwyczajnym rozpieszczonym paniczykiem? Brawo.
    A zlękniony Chris też jest taki uroczy *-* Cały ten rozdział był uroczy XD
    To już kolejny twój tekst, w którym znalazłam zdanie, co całkowicie chwyta mnie za serce. "I tak zaczęło się to, czego światkiem miało być słońce..." Mam jakiś fetysz na słoneczne klimaty, czy jak? XD Ogólnie bardzo fajnie, zmieniłabym tylko jedną rzecz; Zostawiłabym Chrisa w jakiejś "przepasce" czy czymkolwiek na biodrach, bo jak dla mnie nagość jest, aż nazbyt odważna. Ale to autor jest panem swojego tekstu więc... Choose yourself
    I wcale nie jest za bardzo poetycko! Lubię taki styl, więc tego nie zmieniaj :P (Mam znajomą z piłą motorową o imieniu Marlena, która lubi ciąć bohaterów. Tak tylko ostrzegam)
    Ale serio, mogłabyś dodać opcję wersji mobilnej, bo zazwyczaj czytam opo na telefonie i trochę bolą mnie od tego oczy... Przemyśl to XD
    I standardowo zapraszam do siebie na:naszekochaneyaoi.blogspot.com/
    Zdrówka oraz duuużo weny ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam!
    Dopiero wszystko przeczytałam i jest naprawdę dobrze. Bardzo podoba mi się Twój styl pisania.
    Ja również bardziej polubiłam Joe i Chris'a. Są tacy słodcy i zabawni. Przy niektórych momentach nie wytrzymuje i zaczynam się śmiać xD
    ~Nie mam weny na pisanie komentarzy~

    Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam na następny rozdział !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Hejka, wróciłam.!
    Przepraszam, że komentarz tak późno, ale dopiero udało mi się znaleźć czas na czytanie czegokolwiek. Za dużo spraw prywatnych jak i szkolnych na głowie... Coż, przepraszam. Postaram się poprawić i więcej nie grzeszyć w ten sposób... :D
    A co do rozdziału, to nawet nie wiem co napisać. Ten rozdział mnie urzekł, chyba jeden z najpiękniejszych jakie czytałam. Wszystko takoe rozmantyczne i po prostu cudowne. Szczególnie wątki pocałunków oczywiścia. Jak zwykle mi się podobało (norma).
    Czekam na dalszy rozwój akcji i mam nadzieję, że tej Cornelii coś się stanoe (taki tam śmiertelny wypadek, np.: niech coś ją zje, albo cokolwiek byle nie żyła...). ;)
    Powodzenia. :* <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    pięknie, pięknie, Joe tak bardzo zamartwiał się o Chrisa... a i u Nico i Lucasa też super...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    cudownie, Joe bardzo zamartwiał się o Chrisa... co mi się bardzo podobało, a u Nico i Lucasa też wszystko super...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej,
    wspaniale, och Joe tak bardzo zamartwiał się o Chrisa... a to mi się bardzo podobało, no i u Nico i Lucasa też wszystko super...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń