niedziela, 24 kwietnia 2016

Rozdział 13

 Witam wszystkich i zgodnie z obietnicą przedstawiam trzynasty rozdział ITF. Nie będę się jakoś szczególnie rozwodzić, a na komentarze od tej chwili odpowiadać będę pod rozdziałami. 

Sprawdzone jak zawsze przez Pats, dziękuję! 

Życzę miłej lektury kochani, 

Joyssli 



    Wraz ze wschodem słońca do życia powrócił Kira. Tygrys przeciągnął się majestatycznie, ukazując swoją wielkość i siłę. Rzucił wzrokiem na śpiącą u jego boku Saszę, po czym udał się na krótki spacer po domu. Jako, że promienie słoneczne dopiero zaczynały przebijać się przez warstwy drewna, wewnątrz nadal było dosyć ciemno. Stawiając niesłyszalne kroki, kot przemierzał pomieszczenie. Ariri, jak miała w swoim zwyczaju, smacznie spała na sięgającej do wnętrza chatki gałęzi. Jej czarno-białe futro w okolicach grzbietu zaczęło mienić się złocistymi barwami. Odwrócił wzrok, który padł na kolejne stworzenie. Piccolo zwinięty z kłębek okryty był czarną koszulką, niegdyś należącą do Joe'go. Fakt faktem blondyn nieszczególnie się o nią upominał, zadowalając się ubraniami starszego bruneta. Z tą myślą Kira obrócił głowę w stronę łóżka. Dwie leżące blisko siebie postacie oddychały miarowo jednym rytmem. Silne ramię luźno oplatało brzuch drobniejszego chłopaka. Jasne włosy niczym aureola rozsypane były wokół jego głowy, a karmelowa skóra delikatnie odbijała coraz to większą ilość wpadających do środka promieni. Drapieżnik niespiesznie podszedł do wyścielonego kocami posłania i chłodnym, lekko wilgotnym nosem trącił należącą do Williamsa dłoń. Kiedy ten nie zareagował, zrobił to ponownie i kolejny raz, aż do skutku. Od ostatniej pełni co dzień o świcie wspólnie wybierali się nad strumień. Chłopak napełniał wiadra, prał ubrania, brał kąpiel, lub po prostu jak Kira, gasił pragnienie i zażywał cudownego relaksu przy kojącym umysł szumie wody. 
    
    Joe powoli uchylił powieki, przyzwyczajając wzrok, po czym odetchnął głęboko i wyciągnął rękę, by pogłaskać tygrysa po głowie. Czyli czas na przechadzkę. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy futrzak odszedł i obrócił głowę w drugą stronę. Roztrzepane, ciemne włosy przysłaniały połowę twarzy Blacka. Kilkudniowy zarost, wąskie, blade usta, szczupły, prosty nos, i tajemnicze, dzikie oczy, które teraz przysłaniały powieki zakończone gęstymi rzęsami. Wyglądał tak spokojnie, niemal bezbronnie, gdy spał. Blondyn uwielbiał wtedy na niego patrzeć, choć co prawda mógł to robić dopiero od niedawna. Jeszcze kilka tygodni temu Chris spał w chatce po drugiej stronie mostu, a nawet jeśli zasnął gdzieś w pobliżu Joe'go, budził go najcichszy szmer czy cięższy oddech chłopaka. I to było coś, co sprawiało, że chłopak czuł się dumny. Brunet mu ufał. Uśmiechnął się odrobinę szerzej i najdelikatniej jak potrafił wyswobodził się z objęć mężczyzny. Zarzucił na siebie lnianą, szarą koszulkę, chwycił kosz z brudnymi rzeczami i spoglądając na skąpaną w słońcu dzicz, cichym gwizdem przywołał Kirę. Witaj, nowy dniu.



***


    Na drugiej stronie wyspy słońce już dawało się we znaki. Fakt faktem nie było aż tak gorąco jak latem w poprzednich miesiącach. Teraz do Anglii zbliżała się jesień. Na wyspie nie była ona szczególnie odczuwalna, ale zimą prądy morskie robiły swoje. Zimne wiatry osłabiały rośliny, a temperatura powietrza sięgała piętnastu stopni. Zima przeszła przez wyspę dwa razy odkąd Lucas tu był i doskonale pamiętał obydwie. Pierwsza mocno nimi wstrząsnęła. Nie zebrali żadnych zapasów, wiele drzew owocowych czy krzewów przestało wydawać plony, nie mieli też cieplejszych ubrań, a szorstkie, plecione koce nie dawały im zbyt wiele. Kiedy temperatura spadła do szesnastu stopni, w jaskini dniami i nocami palił się ogień, skutecznie ogrzewając pomieszczenie. Dla was może wydawać się to śmieszne, ale spędziwszy kilka miesięcy w prawie czterdziestostopniowych upałach, też mielibyście nie lada problem z przystosowaniem się nawet do tak łagodnej zimy. Teraz nie było najgorzej, a słońce nadal grzało dosyć mocno. Spadek temperatury był tak niewielki, że niemal niewyczuwalny. Choć noce faktycznie były nieco chłodniejsze. Oczywiście chłopak bogatszy w doświadczenie już od kilku dni przynosił do domu więcej owoców, wody, a nawet zaczął już znosić drewno. Stone, rzecz jasna, pomagał mu we wszystkim, rzadko odstępując go na krok. Byli coraz bliżej, i bliżej, i bliżej... Cały czas, praktycznie nierozłączni. Uczucie jakie ich połączyło, już dawno przestało być jedynie fascynacją czy zauroczeniem. Zakochanie? Być może. Ale myślę, że wielu zaryzykowałoby to jedno, jedyne stwierdzenie. To niemal magiczne, silne słowo. Miłość. Bo czym ona tak właściwie była? Czy nie była wstawaniem o poranku, i delikatnym pocałunkiem, by zapewnić go o swojej obecności? Czy nie była wspólnym witaniem nowego dnia, wiedząc, że póki on jest przy tobie, będzie jednym z piękniejszych? Czy nie była wyprawami, pracą, zmęczeniem i pomocą? Czy nie była odebraniem mu jednego wiadra, by nie musiał go nieść, czy podaniem mu ręki, gdy skała skruszyła się pod naciskiem bosej stopy? Czy nie była wieczornymi spacerami o zachodzie słońca, rozmowami, planami, celami, marzeniami? Czy nie była ciepłymi ramionami, tak bezpiecznymi, tak pewnymi i spokojnym snem, oddychając jednym, wspólnym rytmem? Czy nie była właśnie tym? Zaufaniem, bezpieczeństwem, rozmową, uśmiechem, szczerością, spojrzeniem, pocałunkiem? Bo jeśli nie to jest tym, co zwą miłością, to nie wiem co może nią być.
    
    Odkąd się obudzili, minęły już prawie dwie godziny, ale żaden nie czuł szczególnej potrzeby opuszczenia posłania. Lucas leżał wygodnie, wtulony w umięśniony tors mężczyzny, gdy ten delikatnie drapał skórę jego głowy. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że może to być tak piekielnie przyjemne, a Nico tylko uśmiechał się usatysfakcjonowany, kiedy spomiędzy warg blondyna uciekały kolejne pomruki. 

- Brzmisz jak kociak - parsknął w końcu, zerkając na niego.

- Kociak? Jak śmiesz?! - Smith żartobliwie udał wielkie oburzenie i uniósł się na ramionach, górując nad brunetem. - Jestem niczym lew, albo feniks.

- Mhm... Taki jeszcze w jajeczku - Ta wypowiedz nie uszła mu płazem i już po chwili syknął i zaśmiał się cicho, kiedy chłopak dosyć mocno uszczypnął go w brzuch.
Cały czas patrząc na niego z góry, zasiadł na jego biodrach i założył ręce na piersi.

- Bezczelny niewdzięcznik. Moja łaska dla ciebie dobiegła końca. Od dzisiaj śpisz na kanapie! - mówiąc to Lucas zachował tak poważny wyraz twarzy, że przez ułamek sekundy mężczyzna pomyślał, że powiedział to całkiem serio.
Kiedy jednak przetworzył to zdanie jeszcze raz, wybuchnął cichym śmiechem, a blondyn zaraz poszedł w jego ślady.

- Nie chcę psuć twoich złowieszczych planów, ale nie mamy kanapy, kochanie - Uniósł lekko brwi, kładąc dłonie na jego udach.

- Wiesz co, specjalnie sprawię ci kanapę, żebyś m... - Urwał swoją wypowiedź w pół słowa i spojrzał na przyjaciela z szeroko otwartymi oczami.

- Coś nie tak? - Nicolas usiadł od razu i owinął swoje ramiona wokół tali siedzącego na nim chłopaka. 

- N-nie... nie, tak myślę - odchrząknął, rumieniąc się nieco - Po prostu powiedziałeś do mnie ''kochanie''...

- Jeśli nie chcesz żebym tak mówił...

- Nie! To znaczy, tak! Tak, chcę... To dobre, myślę. Lubię to - mruknął lekko zażenowany, zaplatając ręce na barkach bruneta.

- Kochanie... - Poruszył zabawnie brwiami wywołując tym cichy śmiech u swojego towarzysza, który umilkł z chwilą, gdy złączył ich usta. Zdecydowanie całowanie go było jedną z ulubionych rzeczy mężczyzny. Ich wargi poruszały się niespiesznie, co jakiś czas kąsając się zaczepnie lub muskając językiem. Z czasem jednak pocałunek stawał się głębszy, pełen pasji, namiętny. Zwinne języki splotły się w niezrozumiałym dla innych tańcu, a ręce błądziły niecierpliwie po spragnionych ciałach. Lucas wplótł jedną dłoń w gęste włosy partnera, ciągnąc za nie lekko, a drugą ulokował na jego karku, przyciskając go do siebie. Chciał więcej, bliżej, mocniej. Jego oddech przyspieszył,czuł przyjemne mrowienie w dole swojego brzucha i cudowne pocałunki na swojej szyi. Nico lizał i kąsał, szepcząc przy tym słowa, przez które rumieńce chłopaka powiększały się z lekkiego wstydu, gorąca i podniecenia. I mógłby trwać tak wiecznie lub posunąć się dużo dalej, gdyby nie huk upadającego kosza, i odgłos kokosów prędko pędzących we wszystkie strony pomieszczenia.



***


    Już od kilku minut stał, opierając się o drzewo i obserwował Joe'go kąpiącego się w strumieniu. Wyglądał niczym jakieś nadludzkie stworzenie, anioł. Jego jasne, długie włosy powiewały delikatnie lub mokre przyklejały się do opalonej skóry karku. Błękitne oczy lśniły, odbijając skaczące po wodzie słoneczne promienie. Malinowe usta wykrzywione były w lekkim uśmiechu lub dolna warga przygryziona była w nieznacznym skupieniu, gdy próbował domyć zieloną smugę ze swojego biodra. Nagi tors i to, co niżej, doprowadzało Chrisa do swoistej pasji. Nigdy nie chciał dotknąć go tak bardzo, jak teraz. Potem jego wzrok zsunął się na najbardziej kuszące go części ciała blondyna. Wąskie biodra, cudowne, jędrne pośladki, i niesamowicie długie, zgrabne nogi. Nieświadomie oblizał swoje usta, gdy chłopak uklęknął i pochylił się, by zamoczyć włosy w płytkim strumieniu, a następnie gwałtownie odchylił głowę do tyłu. Mężczyzna obejrzał ten fragment w zwolnieniu kilka razy, zanim wyłonił się z cienia i przysiadł na kamieniu, zanurzając nogi w wodzie.

- Degenerat i bezwstydnik, jak śmiesz tak niecnie podglądać mnie, gdy biorę kąpiel? - Williams parsknął cichym śmiechem i nie wydawał się być ani odrobinę rozeźlony czy zawstydzony.

- Podziwiam widoki. Wiesz, natura i te sprawy... Piękne rzeczy - Poruszył szelmowsko brwią i mimo, że miał na sobie stare, zdarte szorty, usiadł w wodzie. 

- Doprawdy? - Odwrócił głowę w jego stronę i oblizał kusząco wargi, po czym z powrotem spojrzał przed siebie - A ja myślę, że ta paproć ostatnio niesamowicie zmizerniała - Black zaśmiał się pod nosem na te słowa, a Joe słysząc to, natychmiastowo odwrócił się w jego stronę i posłał mu lekki uśmiech.

- Co? 

- Nic. Powinieneś częściej się śmiać - mruknął cicho, przechylając głowę niczym zaciekawione szczenię.

   Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, milcząc i uśmiechając się do siebie wzajemnie. Prawdę mówiąc, od pamiętnego dnia, który spędzili nad wodospadem, nie doszło między nimi do niczego szczególnego, choć znacznie się do siebie zbliżyli. Znaczące spojrzenia, przypadkowy dotyk. Dołączmy do tego spanie, wtulając się w ciało drugiego i można by pomyśleć, że tworzą piękny, rozwijający się związek. Jednak pocałunek nigdy się nie powtórzył, a blondyn zaczynał powoli tęsknić za smakiem ust mężczyzny. Obudziły się w nim uczucia, które wygasły już bardzo dawno temu. Zmienił się, widział i czuł to. Coraz trudniej przychodziła mu myśl powrotu. Z początku liczył, że będą go szukać, że dzięki ogniskom które palił nad brzegiem morza statki prędko go dostrzegą. Potem żył tutaj z nadzieją, że w końcu ktoś przypłynie, że znajdą go i zabiorą. A teraz? Teraz był rozdarty. To nie tak, że planował tu zostać na zawsze, ale... Ale czy chciał też zostawić to na zawsze? Nie, z pewnością nie. Nie potrafił na razie jasno określić swoich uczuć, a one wciąż rosły. Przyzwyczaił się do tego miejsca, polubił je. Pokochał je? Przyzwyczaił się do zwierząt, polubił je. Pokochał? Przyzwyczaił się do wstawania o poranku, zapachu świeżych owoców i roślin, do wschodów i zachodów, do pracy, zmęczenia, do nieba zasłanego gwiazdami, zaczął to uwielbiać. Pokochał to? Przyzwyczaił się do Chrisa. Do jego czarnych, skrytych oczu, do jego silnego ciała. Do jego tajemniczości, głosu, sposobu mówienia. Do jego uśmiechu, dotyku, do rozmów z nim. Przyzwyczaił się do jego obecności, bliskości. Pragnął jej? Przyzwyczaił się do niego. Pokochał go?
   
    Z zadumy wyrwało go ciche chrząknięcie i ruch wody. Brunet stał nad nim i wyciągał dłoń, zapewne by pomóc mu wstać. On jednak uniósł lekko brwi i parsknął.

- Jestem nagi, wypadałoby najpierw podać mi okrycie.

- Wypadałoby również przyjąć ofiarowaną pomoc bez dodatkowych narzekań - Williams słysząc to, uniósł dumnie brodę i chwyciwszy się gałęzi wstał, po czym minął mężczyznę.

- Kogo obchodzi co wypada - Narzucił na siebie długą koszulę Blacka i widząc jego minę zaśmiał się głośno. Och tak, zdecydowanie chciał ją widzieć już zawsze. Już... zawsze...
    





    

5 komentarzy:

  1. OMG, mogę umierać.? *.*
    To jest takie piękne, cudowne, boskie, że aż brak mi słów.
    Czekanie tak długo się opłaciło, nie żałuję, że nie zrezygnowałam z zagdlądania na twojego bloga. <3
    Czekam na dalsze. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Również cieszę się, że postanowiłaś jeszcze mnie nie opuszczać, oraz mam nadzieję że spodoba Ci się dalszy rozwój akcji ^^

      Usuń
  2. Hej,
    Joe jak widać się przyzwyczaił do życia na wyspie, Lucas i Nico, czyżby akurat Cornelia weszła w takim momecncie?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    wspaniały rozdział, widać już Joe przyzwyczaił się do życia na wyspie, och Lucas i Nico, czyżby Cornelia akurat weszła w takim momecncie?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    rozdział wspaniały, Joe jak widać przyzwyczaił się do życia na tej wyspie, Lucas i Nico cudnie, czyżby Cornelia akurat weszła w takim momecncie?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń