poniedziałek, 18 lipca 2016

Rozdział 19

    Hej hej kochani! Bardzo was przepraszam za obsuw w czasie. Mam nadzieję, że mnie nie zlinczujecieani - co gorsza - nie opuścicie! W każdym razie, na pocieszenio-usprawiedliwienie powiem tylko, że mam już dla was wszystkich bohaterów do kolejnego opowiadania i tylko czekają, by was poznać. Tymczasem daje wam dziewiętnastkę.

Sprawdzone przez Pats 


Miłej lektury,


Joyssli 





    Stwierdzenie, że Joe starannie się przygotowywał, byłoby potwornym niedomówieniem. Gdyby mógł stanąć na rzęsach, stałby na samiutkich końcówkach, prawdopodobnie zgrabnie robiąc na nich salta. Nie miał jednak takich możliwości, więc wystarczyć musiało siedzenie na gałęzi kilkanaście metrów nad ziemią. Cóż, to też było oznaką starań. Na owe drzewo nie wszedł oczywiście bez powodu. Od około dwóch godzin przygotowywał wszystko na dzisiejszy wieczór. Rozkładał pledy i skóry, szykował jedzenie. Chciał nawet zdobyć się na złapanie świetlików i wykorzystanie ich do prowizorycznego oświetlenia, jak robi się w to w bajkach i komediach romantycznych. Pomysł jednak wpadł mu do głowy tak prędko, jak wyleciał, a blondyn skończył z delikatnym rumieńcem, szorując starą lampę naftową. Chciał, żeby ten dzień był dla Chrisa wyjątkowy. Być może było to już trochę tandetne i przereklamowane, ale nie dbał o to. Trafiając tutaj odkrył całkiem nowy świat. Nie tylko z zewnątrz, ale i wewnątrz. Obudził w sobie uczucia, o które wcześniej nawet się nie podejrzewał oraz emocje, o których istnieniu nie miał pojęcia. On sam przez całe życie nie odczuł potrzeby miłości tak bardzo jak teraz. A to, co było dla niego tak wielkim zaskoczeniem, to potrzeba nie tylko bycia kochanym, ale i kochania. Nie zwracał uwagi na swoją ''ewentualną metamorfozę psychiczną'', jak to lubiła nazywać jego podświadomość, toteż przygotowanie tego wszystkiego sprawiało mu nie lada przyjemność. Kiedyś byłoby nie do pomyślenia zrobienie czegokolwiek dla kogokolwiek bezinteresownie i z własnej woli.



    Jego praca nie pozostała oczywiście niezauważona. Chris od czasu do czasu zbierał rzeczy, które Piccolo z ogromnym zadowoleniem zabierał blondynowi i zrzucał na ziemię. Najzabawniejszy był fakt, że choć z początku chłopak wychodził z siebie co kilka minut schodząc z drzewa, tak teraz, na złość małpce, obrał zupełnie inną taktykę, a mianowicie bezczelnie ją ignorował. Oburzenie futrzaka sięgnęło zenitu, kiedy to nie mógł dosięgnąć materiału, na który polował, a Joe z grobową miną wyciągnął ku niemu rękę z materiałem, jednak zanim zdziwione zwierze zdążyło zrozumieć o co mu chodzi materiał leżał już na ziemi. Furia Piccolo wprawiła w rozbawienie nawet Kirę, który dotychczas wylegiwał się w cieniu, nie zwracając na siebie większej uwagi.
    Tak właściwie nie był do końca zadowolony z działalności chłopaka. Po pierwsze primo, blondyn od samego rana buszował po domku, a następnie poszedł na plażę, by w końcu zaszyć się na drzewie, całkowicie ignorując jego osobę. Po drugie primo, wyniósł z chatki i spiżarni połowę rzeczy, a brunet nie miał złudzeń co to tego, kto będzie to później sprzątać i odnosić na miejsce. I w końcu po trzecie primo, nie sądził, aby to naprawdę było konieczne. Podczas wczorajszego wieczoru wiele razy przekonywał go, by obejść ten dzień dodatkową porcją owoców i wycieczką nad wodospad, jednak Joe postawił sobie za punkt honoru sprawienie by był to ''najwspanialszy dzień w jego życiu''. Nie było sensu wykłócania się z nim, bowiem nie miał pojęcia, że w jego obrośniętym grubą skorupą sercu nigdy nie będzie miejsca na inny ''najwspanialszy dzień'' niż ten, w którym go znalazł. Teraz to wydawało się być tak odległe i nierealne...

7 miesięcy temu

    Od kilku godzin szalała zawieja. Chris co jakiś czas łatał dziury i zakładał uszczelki. Przeżył gorsze noce, jednak taka pogoda zawsze siała zniszczenie. Odłożył zbędny kawałek czarnej gumy i spojrzał na warczącą tajemniczo panterę. Sasza od dłuższego czasu była niespokojna, aż w końcu mimo burzy ruszyła w głąb dżungli. Bezzwłocznie ruszył za nią, wcześniej rzucając oceniające spojrzenie chatce. Zaniepokoił go kierunek, w którym kot zmierzał. Skaliste wybrzeże nawet w spokojny dzień nie było bezpieczne, a co dopiero w nocy, podczas sztormu. Szybko jednak zmieniła trasę, coraz bardziej zwalniając, aż w końcu jej bieg przeobraził się w skradanie. Okropnie lało, było ciemno, a grzmoty ograniczały słuch. Mimo to zobaczył go już z daleka. Człowiek. Prawdziwy, z krwi i kości. Niebo rozbłysło, gdy przywołał Saszę do swojej nogi, powoli zbliżając się do postaci. Woda wokół niego zabarwiona była krwią. Obrzucił ciało badającym wzrokiem. To chłopak, poważnie ranny chłopak. I choć nie powinien tego robić, nie powinien pomagać. Powinien zbyć to jak dwa lata temu, kiedy pojawili się tamci. Nie zrobił tego.

Teraźniejszość

    I prawdopodobnie była to najlepsza decyzja w jego życiu. Chociaż nie był do końca pewien, czy mógł nazwać to świadomą decyzją. To był impuls. Instynkt. Po prostu wiedział, że musi mu pomóc. I choć pierwsze tygodnie, a nawet miesiące, były prawdziwą próbą jego cierpliwości, za nic nie zamieniłby tego czasu. Być może był nieco oschły, nieco niedostępny i zamknięty, ale w tym swoim pancerzu nadal skrywał serce. Prawdziwe i bijące. A chłopak pomógł je rozruszać. Sprawić, by biło szybciej lub zupełnie zgubiło rytm. Pomógł mu osiągnąć spokój, który mimo ucieczki na wyspę wydawał się być tak odległy. Zawsze chciał zapomnieć, odciąć się od tego co było. Dopiero przez ostatnie miesiące dotarło do niego, że to bez sensu. Nie wytnie z pamięci kilku lat swojego życia. Nie zapomni braci, ich śmiechu, ich łez. Nie zapomni bólu i cierpienia, jakie ich dotknęło. Nie zapomni maleńkiej trumienki i udawanego smutku ojca. Nie zapomni zakrwawionego noża w swojej dłoni i drzwi, pod którymi zostawił małego Bena. Obiecał, że jeszcze kiedyś się zobaczą...



***


    Po drugiej stronie wyspy panowało spore zamieszanie. Lucas właśnie wrócił z poszukiwań, a Nico nadal uzupełniał braki w drewnie. Jak tylko zobaczył chłopaka, rzucił gałęzie tam, gdzie stał i podbiegł do niego.

- I co? - Na jego twarzy malował się lekki niepokój, jednak nie tak zauważalny jak u Lucasa.

- Nie ma jej. NIGDZIE JEJ NIE MA! - Mało brakowało, a blondyn zacząłby rwać sobie włosy z głowy.

- Spokojnie...

- Nie będę spokojny! Minęły prawie dwa dni! DWA DNI! Kiedy my pieprzyliśmy się w najlepsze, ona uciekła cholera wie gdzie! W dodatku nadchodzi przypływ, rozumiesz?!- Lucas uciszył go złowrogim spojrzeniem, widząc, że mężczyzna chciał jeszcze coś powiedzieć.

    Wczoraj, jak tyko wrócili, zorientowali się, że coś jest nie tak. Było pusto, a Luna zachowywała się co najmniej dziwnie. Zniknęły zapasy żywności i drewna oraz kilka pledów i ubrań. Nie było również lampy i wszystkich narzędzi Cornelii. Jak nietrudno się domyślić, jej również nie było. Smith szukał jej bez wytchnienia aż do teraz, jednak ślad po niej zaginął. Obaj niezmiernie się tym przejęli, lecz powody ich niepokoju były nieco inne. Lucas się martwił, to oczywiste. Mimo wszystko Cornelia nadal była jego siostrą. Nicolas miał natomiast zupełnie inne spojrzenie na tę sprawę. Gdyby chłopak dowiedział się, co o tym myśli, zapewne nie byłoby co zbierać. Uważał bowiem, że młoda Smith nie odeszła z ''rozpaczy po stracie brata i nieszczęśliwej miłości'', a dlatego, że coś kombinowała. Nie miał zbyt dużych podstaw by tak sądzić, jednak przeczuwał kłopoty. Z jego talentem do pakowania się w nie, było to wręcz samoistne.

- Spójrz - Podjął ostrożnie temat, przyciągając blondyna do swojej piersi - Zawsze mówisz, że to ona cię wychowała, że wszystkiego cię nauczyła. Że jest mądra, odważna oraz silna ciałem i duchem. Trafiła tu razem z tobą prawie trzy lata temu, zna tę wyspę. Nic jej nie będzie, uwierz w nią trochę.

Słowa bruneta wywołały u Lucasa cichy westchnienie. Chłopak mocnej przylgnął do jego torsu i schował głowę w zagłębieniu jego szyi.

- Po prostu się martwię. Nigdy nie znikała ot tak i zawsze mówiła, jak bardzo niebezpieczne są przypływy po tej stronie wyspy. Ale... masz rację. Masz rację, będzie dobrze - Z tymi słowami odsunął się nieco od Stone'a i wymusił lekki uśmiech. - Pójdę po trochę awokado, niedługo wrócę - Delikatnie złączył ich usta w czułym pocałunku, po czym zniknął za skałą i otaczającymi ją zaroślami.

    Nico jeszcze przez jakiś czas patrzył się w miejsce, w którym ostatni raz widział ukochanego. Zastanawiał się, czy chłopak rzeczywiście nie widzi w tym nic podejrzanego, czy też po prostu się tego wypiera. Zamyślony przemierzał zatoczkę, zbierając drewno i napotkane po drodze owoce. A może to on przesadza? Niby przeczucie nigdy go nie zawiodło, ale... Kosz, który trzymał w rękach runął na ziemię, a mężczyzna stał oniemiały, z nieukrywanym przerażeniem wpatrując się w dryfujące na wodzie drewno, owoce i... i wiele przeróżnych rzeczy. Oddychając ciężko, sięgnął po znajdującą się najbliżej włócznie. To była włócznia Lucasa. W miejscu, w którym niegdyś znajdował się naszyjnik, było jedynie lekkie wgniecenie. Powoli wstał i obrzucił unoszące się na wodzie przedmioty żądnym śmierci spojrzeniem. Zmrużył oczy, mocno ściskając włócznię w ręku. Och tak... nadchodzą kłopoty...

3 komentarze:

  1. Hej,
    Joe badzo się stara, zastanawia mnie jego reakcja jak się dowi, że była szansa na wezwanie pomocy, czyli co? jak pojawiło się na wyspie rodzeństwo, to Chris im nie pomógł? Lucas też wie, że jest jeszcze ktoś poza ich trójką? i nie widzi nic podejrzanego?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    wspaniały rozdział, widać, że Joe badzo się stara, ale zastanawia mnie jego reakcja jak się dowie, że od początku była szansa na wezwanie pomocy... przykre, że jak pojawiło się na wyspie rodzeństwo, to Chris im nie pomógł... Lucas też wie, o tym że jest jeszcze ktoś poza ich trójką?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    wspaniały rozdział, Joe badzo się stara, radzi sobie jako tako już, ale zastanawia mnie jaka będzie reakcja jak się dowie, że od początku była szansa na wezwanie pomocy... no i przykro, że jak pojawiło się na wyspie rodzeństwo, to Chris im nie pomógł, musieli radzić sobie sami...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń