sobota, 30 lipca 2016

Rozdział 20

   Witam witam, moi drodzy! 

    Pragnę was ostatecznie poinformować, że opowiadanie przedłuży się o kilka rozdziałów i prawdopodobnie nie wyrobię się z nim do końca wakacji. Nie wiem czy to dla was dobra wiadomość, czy raczej zmartwienie, ale cóż począć. 

Sprawdzone przez Pats ^^

Joyssli



    Joe patrzył smętnym wzrokiem na trzymaną w dłoni butelkę. Ostatnią butelkę. Co jakiś czas wrzucał je do morza, uprzednio wkładając do nich kartkę ze swoim danymi osobowymi i prośbą, a raczej błaganiem o pomoc. Miał nadzieję, że w końcu gdzieś dopłyną, ktoś je wyłowi, odnajdzie go. Z czasem zaczął tracić wszelką nadzieję, jednak nie to wprawiło go w obecny stan. Nie ściskał butelki tak mocno, że pobielałby mu palce dlatego, iż bał się, że i tak nikt jej nie znajdzie, bynajmniej. On bał się, że ktoś mógłby ją znaleźć. I co wtedy? Co on by zrobił? Tak... tak po prostu by wrócił? Zostawił to wszystko? Pytanie już nawet nie brzmiało ''Czy chciałby wrócić?''. Brzmiało ''Czy potrafiłby?'', a tego nie był do końca pewien. I to właśnie dla tego rzucił butelkę w zarośla, czym prędzej wracając do domu. Świece same się nie zapalą. 

    Noc nadeszła szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał. Słońce zaszło niebywale prędko, jednak powietrze było jedynie przyjemnie chłodne. Zdecydowanie cieplejsze, niż poprzedniej nocy. 

- Postanowiłaś współpracować? - Chłopak mruknął cicho, zwracając się bezpośrednio do wyspy.

    Ostatnimi czasy takie pogawędki z naturą były na porządku dziennym. Chris ostatnio omal nie zakrztusił się rybą, kiedy Williams poinformował go, że ta najwyższa paproć znad strumienia jest niebywale sympatyczną towarzyszką, a drzewo będące podporą i rusztowaniem chatki ma bardzo rozległą wiedzę na temat człowieka. Doszło nawet do tego, że odmówił zjedzenia na śniadanie owocu papai, bo stwierdził, że do niego mówi. Być może zwariował, być może to skutki zmiany pogody, a może po prostu wszedł na nowy poziom zadomawiania się na wyspie. Licho wie.




    Wysoka temperatura nie wszystkim była jednak na rękę. Cornelia, zmuszona do zdjęcia grubej chusty, co chwilę zahaczała nią o sporej wielkości krzaki aloesu. Szła w to miejsce półtora dnia, była zmęczona, głodna i mocno wkurwiona. Ale! Mogłoby się palić i walić, nie ruszy się stąd. Z wyraźną ulgą usiała pod jednym z niskich drzew i niedbale rozprostowała nogi, spoglądając w stronę zarośli. Było tu zupełnie inaczej. Tam, gdzie mieszkała, nie było aż tak różnorodnej roślinności, nie było takich gęstwin i ogromnych drzew. Były za to skały, jaskinie i otwarta przestrzeń. To nie tak, że było tam zupełnie inaczej, jednak krańce wyspy znacznie się różniły. Cóż, prawdę mówiąc nie mogła tego ocenić, bo widziała jedynie skrawek tej strony. Nie zamierzała łamać słowa danego tamtemu człowiekowi i zapuszczać się dalej, jak tamtej feralnej nocy...

Dwa lata wcześniej

    Dziewczyna właściwie nie do końca wiedziała, gdzie zmierza. Zbliżał się sztorm, a przez mocny przypływ ziemia wokół jaskini podmokła. Chciała znaleźć bezpieczne schronienie dla siebie i brata. Teraz w myślach pogratulowała sobie zostawienia go w maleńkiej grocie nieco wyżej i dalej od plaży, bo nie miała pojęcia, gdzie jest i jak lub czy w ogóle zdąży wrócić przez sztormem. Ostrożnie mijała kolejne drzewa, starając się jak najciszej przeprawić przez gęste zarośla. Przerażona odwróciła się gwałtownie, słysząc coraz głośniejsze warczenie. Puma. Czarna puma. Cornelia wzięła głęboki, drżący oddech, próbując nie wpaść w panikę. Uciekanie było najgorszą z możliwych opcji. Nie będzie uciekać, nie będzie... Jednak jak tylko kot ryknął, niebezpiecznie się do niej zbliżając, strach wygrał ze zdrowym rozsądkiem i zaczęła biec. Nie trwało to jednak zbyt długo. Praktycznie niewidoczny w ciemnościach korzeń posłał ją na ziemię, powodując do tego ból nogi i biodra. Serce dziewczyny zamarło, kiedy z gęstwin wyłoniła się czarna postać. I mimo zupełnej ciemności zobaczyła jego oczy... Były o wiele mroczniejsze niż ciemność...

Teraźniejszość 

    Dziewczyna prawdopodobnie nigdy nie zapomni pierwszego spotkania z Panem Wyspy - jak w myślach zaczęła go nazywać już długi czas temu. Ich rozmowa trwała może kilka minut i zawierała jedynie pytania oraz informacje. Przede wszystkim na temat tego, co nieznajomy z nimi zrobi, jeśli zapuszczą się za aloesowe pole. 

    Dlatego też Smith niecierpliwie, acz wytrwale czekała przy krańcu pola na znienawidzonego łącznika, za pomocą którego w końcu dotrze do Pana Wyspy.




    Dzięki kocom i pledom w ich gniazdku na drzewie było jeszcze cieplej. Mimo lekkiej niezręczności, atmosfera była... romantyczna. Chyba tak można było ją określić. Na pewno nie była luźna, czy swobodna. Wzrok Chrisa błądził niepewnie po otoczeniu, a Joe nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić. Chciał, żeby wszystko było całkiem świadome i naturalne, jednak wychodziło na to, że bez delikatnej pomocy będą tak siedzieć do rana. Kiedy z tac zniknęło jedzenie, a bezsensowna rozmowa dobiegła końca, chłopak wyciągnął z wiklinowego kosza starą butelkę rumu, wywołując tym samym u bruneta niemałe zdziwienie.

- Mój rum.

- Gratuluję dedukcji. - Zaśmiał się niemrawo, chcąc rozluźnić atmosferę. - Pozwoliłem go sobie pożyczyć na tak specjalną okazję.

- Z zamiarem zwrotu? - Black parsknął cicho, z rozbawieniem obserwując zmagania blondyna z korkiem.

- To zależy. - Posłał mu znaczące spojrzenie i nie bawiąc się w dłuższe podchody pociągnął z butelki spory łyk.

    Alkohol, zgodnie z oczekiwaniami, wprawił towarzystwo w cudownie beztroski nastrój. Joe początkowo krztusił się, nie przyzwyczajony do tak mocnych trunków, jednak już po kilkunastu minutach łykał rum niczym wodę, wprawiając mężczyznę w osłupienie. Rozmawiali, żartowali i śmiali się do upadłego. Williams wpadł nawet na pomysł zatańczenia jakiegoś skocznego tańca, lecz Chris cierpliwie wyjaśnił mu, że wytrzymałość gałęzi ma swoje granice.

- Ej, ej... Ostrożnie z tym. - Black odsunął od chłopaka nadtłuczoną butelkę, w której błękitne oczy wypatrzyły ostatnie krople. 

    Odstawił puste naczynie nieco dalej, obejmując blondyna ramieniem. Chyba coś do niego mówił, bo jego usta powoli się poruszały. I to właśnie one skupiły na sobie całą uwagę mężczyzny. Lekko zaczerwienione i połyskujące, odbijające światło świec. Kilka kropel bursztynowej cieszy nadal zdobiło dolną wargę i aż prosiło się o...

- Chris...CHRIS! - Chłopak spojrzał na niego z wyrzutem i uderzył go w ramię. - W ogóle mnie nie słuchasz.

- Em... Zamyśliłem się... - Cóż, było to raczej zauważalne, biorąc pod uwagę fakt, iż nadal bezwstydnie wpatrywał się w jego usta.

    Joe, zauważając poczynania bruneta, poczuł jak procenty powoli opuszczają jego organizm. Niepewnie podniósł się na klęczki i przyczołgał się jeszcze bliżej mężczyzny, ostatecznie siadając mu na kolanach.

- Wiesz... Nie zdążyłem zdobyć prezentu i...

- A to, to nie jest prezent? - Chris wykonał nieokreślony ruch dłonią, chcąc pokazać gniazdko, w którym siedzieli.

- Tak, ale... ale mam coś jeszcze. - Bicie serca chłopaka było teraz doskonale słyszalne nad brzegiem morza, był tego niemal pewien - Możesz...odpakować...

    Potem wszystko działo się w zwolnionym tempie. Blondyn poprowadził dłoń mężczyzny do wiązania swojej koszuli, przysuwając się jeszcze bliżej. Jego dłonie zaś znalazły miejsce na ramionach Chrisa, czekając na jakiś ruch z jego strony. I nie musiał czekać długo. Było ciepło, lecz mimowolnie zadrżał gdy nocne powietrze owiało jego nagi tors. Za sprawą rąk Black'a lniany materiał powoli zsuwał się z jego ramion, w końcu lądując gdzieś za jego plecami. Spuścił głowę, odnajdując wzrokiem ciemne, lśniące oczy. Spojrzenie mężczyzny wywołało u niego przyjemny dreszcz. Z jednej strony przenikliwe i intensywne, z drugiej nieco niepewne, zagubione. Joe doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że będzie musiał pokierować tym wszystkim niezwykle ostrożnie i delikatnie. Sam również był piekielnie zestresowany, ale musiał zachować pozory. To miał być prezent - najwspanialszy prezent, jaki Chris kiedykolwiek otrzymał. 

- Joe ja...

- Wiem... - uciszył go prędko i musnął jego usta, chcąc dać mu do zrozumienia, by się nie przejmował. 

    Na uspokajającym muśnięciu się jednak nie skończyło. Chłopak pogłębił pocałunek, delikatnie popychając mężczyznę do pozycji leżącej. Ten nieco opornie, ale położył się płasko na pledach. Blondyn, nie przerywając pocałunku, zajął wygodne miejsce na jego biodrach, po krótkiej chwili czując na własnych niepewny dotyk szorstkich dłoni. 

    Chris z pewnością czuł się dziwnie i raczej nieswojo, choć starał się jak mógł. Z lekkim przerażeniem zauważył, że po jakimś czasie Williams zachęca go do przejęcia kontroli nad pocałunkiem. Tyle, że on nie bardzo wiedział jak. Kiedy całowali się wtedy, nad wodospadem, to wszystko wydawało się być... inne. Wiele razy zdarzały się również czułe pocałunki czy buziaczki, ale teraz było inaczej. Teraz doskonale wiedział, do czego zmierzają, a czerwona lampka pierwszy raz od czternastu lat zagroziła zapaleniem się. Chciał tego, oczywiście tak. Ale jego pragnienie nie mogło całkowicie zniwelować strachu, jaki go ogarnął. I nie chodziło już nawet o strach przed samym stosunkiem, bo tu znacznie przeważało pożądanie. On zwyczajnie bał się, że sobie nie poradzi. W prawdzie nigdy nie robił tego w ten sposób. Nigdy nawet nie zrobił z tego z własnej, nie przymuszonej woli. Było niemal pewne, że nie uda mu się w stu, ba, nawet w pięćdziesięciu stopniach zadowolić blondyna.

    Joe natychmiastowo wyczuwając jego spięcie, przerwał pocałunek i spojrzał na niego z zawstydzeniem, ale też swoistą determinacją. 
Mieszkał na wyspie niespełna rok. Wystarczająco długo, by poznać słabe i mocne strony mężczyzny. By odkryć jego pragnienia i potrzeby, a także lęki. I doskonale zdawał sobie sprawę, że Chris wcale nie boi się idei seksu. Był zbyt silny i uodporniony na wydarzenia mające miejsce lata temu. Wiedział jednak również, że Black jest niesamowicie uparty i wytrwały oraz niezwykle opiekuńczy. Wystarczyło lekko go zachęcić. No i nie ma co ukrywać, był też typem faceta, który mimo swojej czułości lubi rządzić. Poza tym, brunet pragnął go w równym stopniu, co on jego. Tego nie musiał wiedzieć, czuł to. 
Dlatego po chwili wahania obrócił ich, zmieniając pozycję tak, że teraz to Chris górował nad nim. Patrzył nie na niego trochę zdezorientowany, nie bardzo wiedząc co ze sobą począć. A blondyn zamierzał dosadnie naprowadzić go na odpowiedni trop. 

- Chris... - Jedną ręką chwycił kark mężczyzny, znacznie się do niego przybliżając. - Chris... - szepnął ponownie przesiąkniętym erotyzmem i uległością głosem. - Chris... Zajmij się mną...

    I to był dla Chrisa impuls. Instynkt. Opanowany chwilową rządzą gwałtownie wpił się w usta chłopaka. Joe go pragnął, potrzebował, więc musiał dać mu to, czego od niego oczekuje. Sposób, w jaki chłopak wymawiał jego imię, sprawiał, że momentalnie zaczął robić się twardy. Być może żył inaczej, zachowywał się inaczej, a nawet był inny, ale mimo wszystko był mężczyzną. A mężczyźni mieli swoje potrzeby. W jego wypadku nie zostały zaspokojone praktycznie nigdy, więc gdy z początku niewinne pieszczoty przybrały na sile, jego ciało postanowiło samo nim pokierować.

    Dłonie mężczyzny powoli błądziły po bokach Williams'a, co jakiś czas decydując się ścisnąć jego odziane jedynie w cienki materiał spodenek pośladki. Chłopak czuł rosnące w nim podniecenie, bez reszty się mu oddając. Powolnym, acz pewnym ruchem pozbył się do połowy rozpiętej koszuli Black'a, zapoznając się z tym, co przed nim odsłoniła. Z niezwykłą czułością i jakby czcią gładził palcami wszelkie blizny na jego ramionach bądź plecach. Badał właśnie jedną z nich, kiedy brunet przeniósł się pieszczotami na jego szyję, całując ją, liżąc, gryząc i ssąc, chcąc jak najlepiej go oznaczyć. Joe automatycznie odchylił głowę do tyłu, dając mu większe pole do popisu.  Następnie przyszła pora na obojczyki i niewielki tatuaż zaraz pod jednym z nich. Kiedy jednak Chris musnął językiem jeden z sutków chłopaka, z jego uchylonych ust wymknął się słodki jęk, a plecy wygięły się w delikatny łuk.

   Blondyn nie pozostawał mu dłużny, co jakiś czas drapiąc jego plecy, szarpiąc włosy, czy też podejmując kolejną próbę zdjęcia z niego podartych, czarnych spodenek. Wkrótce sam również był już zupełnie nagi, gotowy i tak rozkosznie potrzebujący. Nigdy nie próżnował, jeśli chodziło o te sprawy, a kilka miesięcy postu zrobiło swoje. Chłopak doskonale odczuł to już kilka godzin temu, dokładnie się przygotowując, by teraz uniknąć niepotrzebnego zażenowania.

    Pieszczoty jakimi się obdarowywali mogły nie mieć końca, jednak nadszedł  moment, w którym przestały być w pełni zadowalające. Wtedy wrócili do początkowej pozycji, z tym, że teraz Chris wygodnie opierał się o pień drzewa, na którym się znajdowali. Na jego twarzy widniał wyraźny lęk, jednak była to jedynie namiastka tego, co czuł na samym początku.

- To dla mnie znaczy... naprawę wiele... - szepnął niepewnie w usta blondyna, nie do końca wiedząc, jak wyrazić swoje myśli. - Ja przecież... Tak właściwie ja nigdy... To po prostu jest zupełnie nowe i... 

- Hej... nie musisz się tym przejmować... - Joe cały czas gładził jego pokryty kilkudniowym zarostem policzek - Zrobimy to... powoli...

    Po tych słowach z powrotem połączył ich usta, dłonią sięgając po przygotowaną wcześniej maź. Sam wcale nie był taki spokojny, na jakiego wyglądał. Zawsze odrobinę bolało, a on nie dość, że nie robił tego od bardzo dawna, to rozmiary Chrisa wcale nie zmniejszały jego obaw. Ale chciał tego. Chciał stać się z nim jednością i nie miał zamiaru się wycofywać. Wziął drżący oddech, powoli rozprowadzając substancję na męskości bruneta. Jego oczy były przymknięte, Black'a zaś szeroko otwarte, wpatrywały się w niego z... z niesamowitą mieszaniną emocji. Ze strachu, niepewności, wstydu, poprzez czułość i pożądanie, aż po pewnego rodzaju determinację i obietnicę.  Nie chciał dłużej tego przeciągać. Pragnął go. Uniósł się na klęczkach i zaczął powoli opuszczać się w dół. Bolało. Bolało bardziej niż myślał, ale nie miał najmniejszego zamiaru przestawać. W jego oczach zakręciły się niechciane łzy, kiedy usiadł  do końca i spojrzał w oczy bruneta. I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewał. Chris pchnął go na ziemię górując nad nim, jednak nadal się nie poruszył. Sekundy mijały, Joe zdążył się przyzwyczaić, odczuwając już jedynie lekki dyskomfort, lecz mężczyzna ani drgnął. Chłopak nieco zażenowany obecną sytuacją pokręcił się niespokojnie.

- Chris...

- Nie chodzi tylko o to. - Pokręcił głową, a jego głos dziwnie zadrżał.

- C-co?

- Nie chodzi o... o seks... Chodzi o dużo więcej - powiedział z pewną desperacją i poruszył się pierwszy raz, nie będąc w stanie czekać dłużej - Ja... To dla mnie nowe, to wszystko... Minęło trzynaście lat, a ty pojawiasz się tak nagle...  Nie wiedziałem, co mam zrobić... Nie mogłem cię zostawić... Przecież rozbitków było wielu, nigdy nie zwracałem na to uwagi... Szczułem ich zwierzętami...

- Chris, przestań... - To z pewnością nie był dobry moment na takie rozmowy. Chłopak czuł się dziwnie przytłoczony, czując rosnącą przyjemność, wynikającą z coraz płynniejszych pchnięć mężczyzny, ale też kujący ucisk na sercu. To nie zmierzało w dobrym kierunku. Black jednak kontynuował, nie robiąc sobie nic z próśb blondyna.

- ... Ale z tobą było inaczej... Zabrałem cię i... i byłeś ze mną... Każdego ranka kiedy się budziłem, widziałem ciebie. Każdego dnia myślałem o tobie, każdej nocy śniłem... Tak dawno z nikim nie rozmawiałem, czułem się taki... pusty... wyprany... Tak bardzo chciałem znów być człowiekiem...

- Chris błagam... - W jego oczach zebrały się łzy, jednak nie mógł powstrzymać jęków rozkoszy, kiedy brunet raz za razem nieświadomie pocierał jego prostatę. To było za dużo...

- ... Nie do końca wiem, co to znaczy... Nie umiem... Nie potrafię tego zrozumieć... Jesteś dla mnie tak cholernie ważny, tak ważny... - Chris zatrzymał się, a Joe zamarł, czując na swoich ustach krople, ciepłe, słone krople. - J-jesteś wszystkim co mam...

- Chris... - Jego szept brzmiał teraz niczym krzyk, przepełniony tak wieloma emocjami.

- ... Wszystkim, słyszysz... - Uniósł na niego zaszklony wzrok, nie pozwalając wydostać się już ani jednej łzie - ... Nie możesz mnie zostawić... Nie zostawiaj mnie Joe... Błagam... Nie zostawiaj mnie...

    Kochali się powoli, delikatnie. Ich pot mieszał się ze łzami, a oczy pozostawały zamknięte. Możecie mówić, że nie tak powinien wyglądać ich pierwszy raz. Że brakuje tu tej całej otoczki i miłosnych wyznań. Że powinno być idealnie. Jednak Ci, którzy potrafią czytać między wierszami, zrozumieją. Zrozumieją, że wyznali sobie o wiele więcej, niż gdyby mieli powiedzieć ''kocham''. Ot, to tylko słowo. Zrozumieją, że to było idealne. Było prawdziwe. Było ich. I choć żaden z nich nie usnął tej nocy z uśmiechem na twarzy, czuli się spełnieni. Szczęście pomieszane ze smutkiem, a radość z bólem, było tym, czego obaj potrzebowali, żeby w końcu zrozumieć. Zasnęli wtuleni w siebie tak mocno, jakby jutro miało nie nadejść. Świadkowie również wyzbyli się wesołości, jedynie księżyc smutnym uśmiechem spoglądał w stronę drugiego brzegu. Gdzieś za horyzontem czekało zgubienie. A ze zgubienia zbłąkana dusza przybyła tu. Odnalazła wszystko, gdzieś po drodze gubiąc samego siebie. Gwiazdy niepewnie rozpoczęły ostatni zwój pergaminu. Czy to znaczy, że historia dobiega końca? Na to wygląda. Zbłąkana dusza stanie przed wyborem. Klepsydra ruszyła, pergamin zostaje zapisywany. Czas się kończy. A czy zbłąkana dusza zdąży odnaleźć samego siebie? 

                                Na wyspie odnalezienia...?

7 komentarzy:

  1. Nadrobiłam lekturę. Przepraszam, że dopiero teraz przeczytałam.
    Wracając do rozdziału. Bardzo podoba mi się postawa Chrisa. Rozumiem, że przez tyle lat na wyspie w samotności sprawiły, że postawił blokadę między sobą a resztą świata i ludźmi. Dopiero Joe się przedostał i pokazał mu siebie samego takim jakim jest.

    Co do drugiej parki. Co ta Cornelia kombinuje? Bo co jej Black? Mam nadzieję, że ją oleje! Albo pozwoli pumie ją zjeść! Pffuu z taką dziewuchą.

    Bardzo bym chciała aby jednak pomoc przypłynęła *.* Jestem ciekawa jak zachowa się w szczególności Joe względem Blacka! W końcu zmienił się będąc na wyspie ale jak wróci do dawnego życia to... chyba będzie rozdarty? Prawda? Między swoim dawnym "ja" a wyspowym? Wcześniej wszystko robił pod publikę a teraz? Przecież ludzie, znajomi, rodzina będzie oczekiwać wciąż tego samego Joe, co wcześniej, a teraz nagle odnajdują go z obcym facetem! Wyczuwam w tym momencie duży zwrot akcji! ^^

    Weny! Weny! I jeszcze raz weny!

    PS: zapraszam do siebie na: http://yaoi-miss-r.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz i swoje przemyślenia, heh ^^

      Sprawa Joe'go jest skomplikowana...aż strach pomyśleć, że może skomplikować się jeszcze bardziej, hm?

      A co do Cornelii - jej niecne plany poznasz już niebawem. Jutro, być może w sobotę. Rozdział niedługo zawita na bloga!

      Jeszcze raz dziękuję ^^

      Pozdrowionka

      Joyssli

      Usuń
  2. Kurwa! (Przepraszam za przekleństwo) Nie mam słów.
    To jest piękne. Przeczytałam tylko ten rozdział i nic nie rozumiem z fabuły, a mimo to już jestem zakochana. <3 Piszesz przepięknie, szczerze, emocjonalnie. Tak... Głęboko. To nie jest oczywiste, prostackie, zwyczajne. Jest po prostu genialne.
    Pozdrawiam cieplutko i jeśli masz ochotę zapraszam również do mnie. Postaram się nadrobić niedługo resztę u ciebie. :)
    believe-in-something.blog.pl

    ~Arco Iris

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow...Bardzo dziękuję za tak piękne słowa. Miło, że ktoś dostrzegł w tym co piszę jakąś głębie. Staram się jak mogę, by przekazać wam jak najwięcej emocji.

      Twojego bloga, przepraszam za wyrażenie, 'przeleciałam' wzrokiem, i z pewnością powrócę w wolnej chwili. Ze względu na brak czasu ostatnio wszystko trafia do zakładek ( a trafiają tam wszystkie - co do jednego - blogi moich cudownych czytelników ). Ale są tam w pełni bezpieczne, cierpliwie na mnie czekając, heh.

      Ponownie dziękuję, pozdrawiam i życzę weny ^^

      Joyssli

      Usuń
  3. Hej,
    przepięknie, Joe już tak bardzo nie pragnie opuszczenia wyspy... postarał się bardzo i to wyznanie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    cudownie, Joe już teraz tak bardzo nie pragnie opuścić wyspy... to wyznanie bosko...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    och cudownie, Joe już teraz nie chce opuścić wyspy... a to wyznanie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń