sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział 21

Witam witam! Tym razem po nieco dłuższym odstępie czasu, ale jestem, a skoro jestem, to przedstawiam wam kolejny rozdział ''Island to find''.


Sprawdzone przez Pats.


Miłego czytania,


Joyssli






    

    Mimo ciepłej nocy Cornelia miała serdecznie dość siedzenia pod gołym niebem. Spędziła na aloesowym polu już kilkanaście godzin, nie mogąc zmrużyć oka. Księżyc powoli znikał, pozwalając coraz większej ilości światła rozproszyć się po niebie. Głód i suchość w ustach nie dawały jej spokoju, a prowiant skończył się już jakiś czas temu. Jedyne o czym teraz marzyła, to znalezienie jakiegoś lokum, odrobina wody, jedzenia i długi, naprawdę długi wypoczynek. Jednak nie dawała za wygraną, kolejne godziny czekając na łącznika. A ten w końcu się pojawił.

    Gwałtownie odwróciła głowę, natychmiast podnosząc się z ziemi, kiedy spomiędzy zarośli rozbrzmiał gardłowy pomruk. Nie był przyjazny, ale nie wskazywał też na chęć ataku. Dziewczyna miała tą (nie)przyjemność spotkać zwierzę już kilka razy, kiedy oboje z Lucasem potrzebowali JEGO pomocy. Zawsze jednak czuła w sobie obawę. Nie był to oczywiście ten sam strach i przerażenie, które towarzyszyło jej przy pierwszym spotkaniu, ale zalążek lęku cały czas pozostawał. Co jeśli zwierzę zaatakuje? Albo, co gorsza, to ON będzie miał dosyć jej wizyt i próśb? Miała wrażenie, że śmierć z ręki Pana wyspy byłaby o wiele bardziej nieprzyjemna niż rozszarpanie przez kota.

    Czarna pantera powoli, majestatycznie wyłoniła się z gęstwin dżungli, wpatrując się w Cornelię dzikim wzrokiem. Kiedy podeszła wystarczająco blisko - stanowczo zbyt blisko jak dla brunetki - bezceremonialnie chwyciła w zęby chustę, którą poprzedniego wieczora dziewczyna niedbale rzuciła na ziemię. Zawsze coś ze sobą zabierała i tym razem najwyraźniej nie miało być inaczej. Cornelia na chwilę spuściła z niej wzrok, sięgając do starej torby. Wyciągnęła z niej niewielkiej wielkości kartkę pożółkłego papieru, ostrożnie kładąc ją na ziemi. Czym prędzej odsunęła się kilka kroków w tył, pozwalając, by do ciemnej chusty w zębach dzikiego zwierza dołączył list. Pantera ostatni raz obrzuciła ją nieodgadnionym spojrzeniem, a potem odeszła, na powrót znikając w gęstych zaroślach. I tyle ją widzieli.

    Cornelia z westchnieniem prawdziwej ulgi skierowała swój wzrok w stronę zatoki. Godzina marszu i wreszcie odpocznie. Nie musiała już martwić się o miejsce swojego pobytu. Pan wyspy znajdzie ją, choćby nie wiem co.




    Słońce powoli wznosiło się ku górze, pozwalając, by złociste promienie tańczyły swawolnie po wtulonych w siebie ciałach. Obaj nie spali już od jakiegoś czasu, jednak milczeli, wpatrując się w siebie wzajemnie. To zapewne był czas na przemyślenie wszystkiego, co wydarzyło się wczorajszej nocy. Jednak mimo różnorakich emocji, ich spojrzenia pozostawały spokojne.

    Dłoń Joe'go delikatnie obejmowała pokryty zarostem policzek bruneta, czule gładząc go kciukiem, zaś druga z jego rąk znalazła miejsce na piersi mężczyzny, by wyczuć równomierny rytm jego serca. Czuł spokój, choć nie mógł przepędzić niepokojących myśli, które zaprzątały mu głowę. Ale było dobrze. Rozkoszował się chłodnymi powiewami wiatru, które wraz z pieszczotliwym dotykiem Chris'a wywoływały u niego dreszcze. Upajał się promieniami słońca, ogrzewającymi jego ciało oraz nieco szorstką strukturą pledów służących im za posłanie. Swoistym szczęściem i spokojem napawał go nawet dość dokuczliwy ból w dolnych częściach ciała, choć wiedział, że podczas podnoszenia się zapewne zmieni zdanie. Ale był to dobry ból. Nie pozwalał mu ani na chwilę zapomnieć o tym, co miało miejsce zaledwie kilka godzin temu. Cóż, zadziwiający był fakt, że w ogóle jest wyspany. Och tak... Kochali się naprawdę długo, mimo że jedynie raz. Blondyn jednak bez zastanowienia mógł stwierdzić, że jeszcze nigdy w życiu nie było mu tak dobrze. Nieco krępujące było w tej chwili odtwarzanie w głowie przeżytych stosunków, jednak faktem pozostawało, że pomimo posiadania przez chłopaka tak wielu partnerów, żaden nie mógł równać się z Blackiem. A gdyby w grę miały wchodzić również uczucia, nie miałby nawet nad czym się zastanawiać.

    Jeszcze nigdy nie obdarzył nikogo tak silnym uczuciem, jakim była miłość. Miał do tego wiele sposobności, lecz nawet, gdy pojawiał się ktoś - jak dla ogółu - tego godny, Williams zapierał się nogami i rękami, byle tylko nic się w nim nie zrodziło. Z reguły, kiedy zaczął zauważać coraz czulsze spojrzenia kierowane w jego stronę, zrywał z delikwentem wszelki kontakt. I było mu z tym dobrze. Co tak właściwie traci, zrozumiał dopiero tu, na wyspie, przy boku Chris'a. Cała samotność i smutek jakie kumulowały się w nim przed lata, uderzyły ze zdwojoną siłą. Być może to właśnie dlatego udało mu się pokonać lęki oraz niepewności i otworzyć się na mężczyznę. Przy nim był naprawdę sobą. Nie Joe Williamsem, bogatym i ślicznym synkiem w cholerę dzianego kolesia. Był pewnym siebie, choć czasem wstydliwym, nieco zamkniętym, ironicznym i ociupinę złośliwym młodym chłopakiem, który po prostu potrzebuje odrobiny ciepła i zrozumienia.

    W jego głowie te słowa zabrzmiały tak nienaturalnie, że nie powstrzymał cichego parsknięcia. Nagle te głupie komedie romantyczne zaczęły mieć jakiś sens!

- Humor dopisuje? - Niski, zachrypnięty głos bruneta zmusił blondyna do ponownego spojrzenia mu w oczy.

- Śmiałeś wątpić? - Odetchnął z szerokim uśmiechem, powoli unosząc się na rękach, by już po chwili znaleźć wygodne miejsce na piersi Chris'a.

    Mężczyzna wygodniej ułożył się na plecach, zamykając Joe'go w bezpiecznym uścisku. Cieszyłby się jego ciepłem zapewne jeszcze przed długi czas, jednak donośne burczenie w brzuchu chłopaka zmusiło ich do powrotu do chatki.

***



    Sasza iście spacerowym tempem przemierzała kolejne kilometry, z niezadowoleniem dzierżąc w pysku kawałek materiału oraz list. Wyczuła dziewczynę podczas codziennych polowań i wcale nie miała zamiaru zwracać na nią uwagi. Ku swemu zdziwieniu zorientowała się jednak, że mieszkanka drugiej części wyspy wcale nie wróciła do siebie, a cierpliwie czekała na jej przyjście. Raz już panterze udało się ją spławić i szczerze liczyła na powtórkę z rozrywki. Nadzieja matką głupich - powiadają. Sytuacja jednak nieźle ją zaciekawiła. Jej ludzki przyjaciel zawsze podchodził do spotkań z brunetką raczej niechętnie, lecz od pojawienia się jasnego człowieka, stanowczo nakazał Saszy pilnowania wyznaczonej przez niego granicy. Nie pozwalał też oddalać się swojemu człowieczkowi, choć przecież przy boku Kiry mógłby nawet i bez towarzystwa Pana bezpiecznie przemierzyć wyspę. Poza tym, zwierzęta nauczone doświadczeniem, raczej nie odważyłyby się ponownie zaatakować człowieka. Wyspa przyjęła Chris'a jak swego, a jasny człowiek prędko przejął jego zapach. Dodatkowo, ludzie z drugiego końca wyspy z pewnością nie stanowili zagrożenia, jak udało jej się wywnioskować z ostatnich obserwacji. Mimo że było tam dwóch samców, utożsamiała ich raczej z bardzo dziwnej natury samotnikami. I chyba właśnie jeden z nich - przynajmniej w kocim mniemaniu Saszy - przechodził okres rui. Wokół jaskini unosił się swąd kopulacji, który nie wpływał na kocicę zbyt dobrze. To znaczy, jej może zbyt wiele nie robił, ale gdy wyczuł go na niej Kira...W każdym razie nie była szczególną zwolenniczką zapachu ludzkich igraszek, dlatego z ogromnym niezadowoleniem jak i zdziwieniem stwierdziła, że unosi się on w okolicach chatki, a szczególnie najgrubszego z drzew. Z cichym warknięciem upuściła zawartość pyska na ziemię i czym prędzej wspięła się na górę. Im szybciej powiadomi swojego człowieka, tym szybciej opuści tę - nieodpowiednio pachnącą - okolicę.

    Wchodząc do chatki zaryczała donośnie, starając się nie zwracać uwagi na migdalących się ludzi.

***


    Po śniadaniu i wspólnej kąpieli kochankowie udali się do chatki, by oddać się cudownej bezczynności. Tak właściwie 'niby bezczynności', gdyż Joe trzymał w dłoniach koszulę bruneta, od jakiegoś czasu próbując ją zaszyć, a Chris oplatając go ramionami co jakiś czas podawał mu inną nić lub pomagał wskazówkami. Blondyn był mniej więcej w połowie, kiedy pojawiła się Sasza. Jej ryk nieszczególnie przykuł jego uwagę, jednak Black prędko wstał z tapczanu, przedtem składając szybki pocałunek na ramieniu ukochanego.

- Co jest, piękna? -mruknął zdezorientowany, podążając za zwierzęciem.

    Sprawnie zsunął się po linie i prowadzony przez panterę znalazł wzrokiem ciemny materiał leżący pod drzewem. Złe przeczucia i gniew prędko przyćmiły jego umysł, gdy obok zawiniątka dostrzegł skrawek papieru. Niepewnie schylił się po niego i wcześniej obrzuciwszy wzrokiem wejście do chatki, rozwinął. Z każdą literą jego serce biło głośniej i szybciej. W liście zawarta była prośba, jednak jeśliby tak znaleźć się na miejscu Chris'a, zdania przesiąknięte były groźbą.

    Czym prędzej wrócił do chatki, mocno ściskając kartkę w dłoni. Podróż z pola aloesowego zapewne zajęła Saszy dwie do czterech godzin, w zależności jak szybko się poruszała. Jest szansa, że dziewczyna nie zdążyła zbytnio się oddalić. Wpadając do pomieszczenia pochwycił grubszą koszulę, oraz wsunął na stopy zniszczone, własnoręcznie zrobione z materiałów buty.

- Chris? - Joe spojrzał na niego z pytaniem w oczach, jednak ten był zbyt pochłonięty szukaniem TEJ rzeczy. - Chris?!

- Wstań! - Rozkazujący krzyk był jedyną odpowiedzią mężczyzny.

    Odsunął posłanie i z drżącym westchnieniem wyciągnął zza niego niewielką, skórzaną torbę.

- Co to jest? - Chłopak niepewnie podszedł do bruneta, ostrożnie kładąc dłoń na jego ramieniu. - Chris?...

- Muszę wyruszyć w pewno miejsce. Teraz - Odetchnął głęboko, zarzucając torbę na ramię.

- Gdzie?!


- Jeszcze nie wiem...

    Włożył do niej jeszcze kilka owoców, nóż i potrzebne rzeczy. W końcu odwrócił się do obrzucającym go pytaniami Williams'a.

- Posłuchaj mnie - Chwycił blondyna w ramiona, starając się nie patrzeć mu w oczy. - Zanim zadasz to pytanie - nie, nie możesz iść ze mną. Nie mogę też na razie nic powiedzieć. Chodzi o... o zwierzęta, to niebezpieczne. Sasza wyczuła coś dziwnego, muszę to sprawdzić.

- Jakie zwierzęta... Że co wyczuła?! - Chłopak kręcił głową w geście niezrozumienia. - Chris, co się dzieje? Spójrz na mnie do cholery! - Kiedy w końcu wzrok mężczyzny skierował się na niego, Joe nie mógł uwierzyć własnym oczom. On kłamał. Kłamał, a w dodatku się bał.

- Błagam cię, nie oddalaj się od domu. Najlepiej w ogóle nie wychodź - Złożył mocny pocałunek na jego ustach, po czym prędko skierował się do wyjścia. - Niebawem wrócę!

    I już po chwili zniknął w zaroślach, pozostawiając Joe'go z niedowierzaniem, obawą i zmartwieniem wypisanym na twarzy. Co się stało? Gdzie się udał? Po co? Co ze sobą zabrał? Jego piękny sen został nagle przerwany i nawet nie wiedział co, lub - co gorsza - kto mógł być tego sprawcą. Blondyn jeszcze długo stał i spoglądał na gęstwiny dżungli, szukając odpowiedzi na jakiekolwiek z zadawanych sobie pytań.

4 komentarze:

  1. Ale byłoby fajnie, gdyby teraz Joe poszedł za nim xD Rozdział jak zwykle super i nie mogę się doczekać kiedy Joe dowie się prawdy ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz!

      Co do ''prawdy'' - Burza zbliża się wielkimi krokami...

      Pozdrawiam cieplutko ^^

      Joyssli

      Usuń
  2. Hej,
    a było tak pięknie, fajnie było przeczytać od strony zwierząt, jak chroni człowieka... groziła im...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    wspaniały rozdział, było już tak pięknie, świetny pomysł z tym, że mamy co zwierzęta myślą...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń