niedziela, 2 października 2016

Rozdział 24



Witajcie, moi drodzy. Dziś bez zbędnego przedłużania zapraszam na kolejną część naszej historii. Przed nami jeszcze tylko trzy rozdziały.

Sprawdzone jak zawsze przez Pats.


Trzymajcie się ciepło,

Joyssli







    Joe od dobrych dwóch godzin wpatrywał się w pogrążoną we śnie twarz Blacka. Była tak spokojna, nieskalana żadnym grymasem. Wyglądała jak twarz dziecka, które zbyt szybko zostało pozbawione dziecięcej niewinności. Tak bezbronna, wydawać by się mogło...

    Chłopak delikatnie ułożył dłoń na porośniętym kilkudniowym zarostem policzku bruneta, niezwykle dokładnie badając jego fakturę. Przesunął kciukiem po jego wąskich ustach, zamkniętych powiekach i miękkich, gęstych włosach. Wziął głęboko wdech, ostatni raz zaciągając się kojącym zapachem mężczyzny, po czym ostrożnie wyplątał się z jego uścisku.

    Czy czuł wyrzuty sumienia, w niewiarygodnej ciszy schodząc po linie? Być może, jednak wraz z pierwszym krokiem, pierwszym oddechem i spojrzeniem odeszły w zapomnienie. Czuł pod bosymi stopami wilgotną, zimną roślinność. Napawał się zapachem rosy, uczuciem chłodu na swojej skórze i widokiem dzikich gęstwin. W ciągu tego tygodnia klimat naprawę się ochłodził, jednak blondyn nie przejął się gęsią skórką pokrywającą jego ramiona. Już chciał ruszyć wgłąb dżungli, jednak cichy trzask gałęzi tuż za nim sprawił, że zamarł. Z duszą na ramieniu odwrócił się w stronę hałasu, przygotowany na najgorsze. A tak się starał! Jakież było jego zdziwienie, kiedy przed swoimi oczami nie ujrzał swego kochanka z żądzą mordu w oczach, a uważnie przyglądającego mu się Kirę, trzymającego w pysku szary sweter. Williams uśmiechnął się, ni to z ulgi, ni z rozbawienia. Ukucnął przed zwierzęciem i pogłaskawszy go po głowie, wziął od niego lekko zaśliniony już sweter.

- Przestraszyłeś mnie - mruknął szeptem, zakładając na siebie okrycie.

    Kot tylko otarł się pyskiem o jego nogę i wyminął go, zmierzając w kierunku chaszczy. Tuż przez wejściem obejrzał się na niego z wyczekiwaniem. Joe aż uniósł brwi ze zdziwienia.

- Idziesz ze mną? - I naprawdę nie powinien być zaskoczony, bo spojrzenie tygrysa jasno mówiło ''Jesteś głupi, jeśli myślałeś, że puszczę cię samego''.

    Faktem było również to, że chłopak mimo wszystko czuł się pewniej w obecności tygrysa. Jego uśmiech poszerzył się nieco i już nie oglądając się za siebie, ruszył w głąb dżungli. Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, ani ile kilometrów przeszli. Nie wiedział też, gdzie w ogóle się znajdowali, ale nie miało to dla niego większego znaczenia. Był wolny. I teraz może brzmiało to, jakby Chris naprawdę go więził, ale to nie było do końca tak. Williams pozostawał Williamsem, trochę zdziczałym, ale nadal Williamsem. A kiedy do jego upartego, zawziętego i nieznoszącego sprzeciwu ''ja'' dodamy to wszystko, co zdążył docenić i pokochać w tym miejscu, po prostu nie było możliwości, by nie uciekł z chatki. Chciał iść na spacer, szedł na spacer i nie brał pod uwagę innych rozwiązań, ani tym bardziej jakichś śmiesznych za i przeciw.

    Jednak miejsce, które stanęło mu przed oczami, było niczym kubeł zimnej wody. Pole aloesowe. Chris wiele razy o nim opowiadał i z tego co blondyn się orientował, było oddalone od ich domku spory kawał drogi. Spojrzał zaniepokojony na Kirę, jednak ten oddalił się od niego kilka metrów, uparcie coś obwąchując. Chłopak oblizał spierzchnięte wargi i ze zmarszczonymi brwiami podszedł do tygrysa.

- Co tam masz, hm? - mruknął bardziej do siebie, aniżeli do zwierzęcia i podniósł z ziemi kawałek materiału.

    Nie należał do nich. Nie mieli w domu nic o podobnej strukturze. Niemożliwym było również, żeby przyniosło to tutaj zwierzę, bo i po co? Jednak tym, co otworzyło chłopakowi oczy, był zapach. Zapach człowieka. I w tym momencie dziękował wszystkim bogom, że nie zdążył wywietrzeć do końca. Odsunął materiał od twarzy i szybko przywołał do siebie tygrysa.

- Kira! - Podsunął mu pod nos zaciśnięty w żelaznym uścisku skrawek chusty, po czym błagalnym, drżącym głosem rozkazał - Szukaj.


***



    Zaledwie kilkaset metrów dalej, bliżej piaszczystych plaż, Nicolas z naburmuszoną minął szedł za swoim ukochanym. To nie tak, że nie lubił z nim spacerować, bynajmniej! Jednakże Lucasowi ochota na spacer przyszła w najmniej odpowiednim momencie. No ludzie, robili coś NAPRAWDĘ ważnego. A tak właściwie zaczynali to robić. Niestety blondyn w brutalny sposób odebrał mu, a tak właściwie to im obu możliwość załatwienia tych niecierpiących zwłoki spraw na rzecz spaceru na plażę. Jego wytłumaczeniem były ''dziwne przeczucia'', zachowanie Luny, która również wyraźnie chciała ich gdzieś zaprowadzić oraz chyba ostatni argument, jaki przyszedł chłopakowi do głowy - ''Przecież to ostatnie dni przed nadejściem zimy!'' Tak więc niechętnie, acz bez zbędnych narzekań, podążał za zadowolonym z siebie Smith'em. Cóż, widok, jaki miał przed oczami powinien nieco poprawić jego humor, ale tylko przypominał mu o tym, gdzie obaj powinni się teraz znajdować. I bynajmniej nie był to skraj dżungli półtora kilometra od jaskini. Był tak zajęty użalaniem się nad swoim marnym losem, że ledwo udało mu się uchwycić moment, w którym jego towarzysz został w tyle, wryty w ziemię. Prędko jednak cofnął się i ze zmarszczonymi brwiami ułożył dłoń na ramieniu Lucasa.

- W prządku? - Odpowiedziała mu głucha cisza, a oczy blondyna uparcie wlepione były w jakiś punkt nad jego barkiem.

    Kompletny brak odzewu tylko bardziej go zaniepokoił. Chcąc dowiedzieć się, co wprawiło kochanka w taki stan, podążył za jego wzrokiem i... zamarł. Dosłownie. Przez bite dwie minuty stał niczym zaklęty, nie będąc w stanie się poruszyć. Dopiero po jakimś czasie otrząsnął się, i mocniej zacisnął dłoń na skórze chłopaka.

- Lucas... Hej, piękny - Mężczyzna chciał przyciągnąć do siebie lekko drżące ciało, jednak spotkał się ze stanowczym oporem ze strony blondyna. - Ni-

- Przeciwnie, chodźmy tam - Przerwał mu zawczasu i już chwilę później szybkim krokiem zmierzał w kierunku plaży.

- Lucas! Ej, chwila! - Stone w ostatniej chwili złapał go za rękę. - Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

- To już bez znaczenia, i tak nas zobaczyła.

- W rzeczy samej - Głos Cornelii rażąco głośno rozbrzmiał w jego głowie, przyprawiając go o mdłości. Cholera...



***



    - Kira! - Joe pognał za tygrysem, mając nadzieję, że w końcu odnalazł źródło zapachu.

    Minęło może dziesięć, góra piętnaście minut, nim chłopak zaczął rozważać omamy słuchowe. Słyszał bowiem głosy. Nie jeden, minimum dwa, w dodatku nie była to spokojna rozmowa. Krzyki przeplatane były szaleńczym śmiechem, należącym raczej do kobiety i napadami wściekłości. Także omamy słuchowe w bardzo prosty i bezproblemowy sposób rozwiązałyby jego problem, ale wzroku nie mógł oszukać. I dotarło to do niego wraz z głośnym rykiem Kiry, który zatrzymał się na skraju plaży. Williams zawsze był zdania, że jest w stanie znieść naprawdę wiele, a od kiedy trafił na wyspę, zaczął nawet sądzić, iż nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jakże się pomylił. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, jeden, jedyny widok, by serce na kilka sekund przestało bić, a w oczach zebrały się łzy. I miał dziwne wrażenie, że szybko nie z nikną.

- C-co... J-jak?... - Kręcił głową, próbując okiełznać swoje myśli.

    Cała trójka na przemian wyłapywała jego wzrok, i chyba dwójka z nich była tak samo zaszokowana, jak on sam. Natomiast oczy tej dziewczyny wprawiły go w nieopisany niepokój. Patrzyła na niego zupełnie jakby wiedziała, jakby go znała. Ale... ale skąd mogła wiedzieć?! Przez przeszło jedenaście miesięcy żył w przekonaniu, że jest z Chrisem sam na tej wyspie. Że Chris... Ach tak... Chris. Jego dziwne zachowanie, zakazy, nakazy. Musiał zdawać sobie sprawę z obecności tych ludzi. Tylko dlaczego mu nie powiedział? Byli niebezpieczni? Raczej na takich nie wyglądali. Owszem, ten młody chłopak miał nieco drapieżne ruchy, a mężczyzna u jego boku był bardzo dobrze zbudowany, jednak nie budziło to w nim żadnego respektu. A ta brunetka...to przecież kobieta! Co jak co, ale z młodą panną jeszcze umiał sobie poradzić! W każdym razie, skąd w ogóle się tu wzięli? Kiedy, jak, dlaczego? Byli rozbitkami? Ich ubiór ewidentnie na to wskazywał. Nie wyglądali jednak na... cóż, na pewno nie wyglądali tak jak on podczas pierwszych tygodni na wyspie. Poza tym, czarno-biała małpka ciasno owinięta wokół szyi blondyna wykluczała jego tezę. Więc... więc oni byli tu od dawna? Nie.. nie... To przecież niemożliwe. Może to ich zwierzątko? Na Royal Borough* była parka z aligatorami, oni mogą mieć sobie małpkę, czyż nie? Poczuł się jeszcze gorzej, kiedy zdał sobie sprawę jak żałośnie zabrzmiało to w jego głowie. Nie było na to sensownego wytłumaczenia, a liczba pytań wciąż rosła.

    Zapewne jeszcze długo staliby w tej ciążącej wszystkim ciszy, gdyby nie niepohamowana radość, satysfakcja i szaleńcza niemoralność połączona z okrucieństwem Cornelii.

- Wiedziałam, że nie uda mu się ciebie upilnować - zakpiła, robiąc kilka kroków w stronę zdezorientowanego Williams'a. - Stracił swoją szansę na sielankową przyszłość ze swoją zabaweczką!

- O czym ty... - Chłopak cofnął się kilka kroków, z powrotem stając na krawędzi dżungli.

- Biedaczysko, jesteśmy w bardzo podobnej sytuacji, wiesz? Ja też czuję się potwornie oszukana - westchnęła teatralnie, spoglądając na swojego brata. - Mężczyzna, którego obdarzyłam uczuciem i mój młodszy braciszek... Obaj zrobili mi wielką krzywdę, wiesz? Tak samo jak on tobie.

- Cornelia o czy ty mówisz?! - Lucas chciał do niej podbiec, jednak uścisk Stone'a był zbyt silny, by mógł się wyrwać.

- Zamknij się i nie przerywaj mi! Wydaje mi się, że już wszystko sobie wyjaśniliśmy. - Jej głos był pełen jadu i wściekłości, które prędko przeobraziły się w czystą kpinę i ironię, gdy powróciła do rozmowy z przerażonym blondynem. - Bo wiesz, prawda jest taka, że taka samo jak ja, zostałeś jedynie wykorzystany...

- Zamknij się! - Tym razem Nicolas starał się uciszyć brunetkę.

- ...Zrobiłabym dla nich wszystko, a oni mnie odtrącili. Dla siebie nawzajem, rozumiesz? Ty też to do niego czujesz, prawda Joe? To twoje imię, czyż nie? On przez przypadek mi je wyjawił. Zdradzę ci pewną tajemnicę, Joe. Zostałeś perfidnie oszukany, wykorzystany i więziony...

- P-przestań... Ja nawet nie wiem o czym ty-

- A o tym, że miałeś szanse na powrót do domu od samego początku. - Zaśmiała się iście szyderczo, wyciągając z ogromnej kieszeni chusty czarne urządzenie. - Wiesz co to jest, Joe? To radiokomunikator. Jest wodoodporny oraz ładuje się na baterie słoneczne, więc wciąż jest sprawny. A domyślasz się może, skąd go mam? No dalej, na pewno wiesz... Haha, niedowierzanie w twoich oczach mówi mi, że wiesz. Tak, przyjacielu, to twój towarzysz mi go oddał. A miał go naprawę dłuuugi czas. - Dziewczyna wybuchnęła jeszcze głośniejszym śmiechem, obserwując zachowanie chłopaka.

    Nie wiedział, co miał myśleć. Co kilka sekund mętlik w jego głowie zamieniał się w pustkę i na odwrót. Miał dość, po prostu dość. Te wszystkie słowa, jej śmiech. Jego serce biło tak szybko i mocno, że zaczynał odczuwać ból. Nieprzyjemne kłucie, pieczenie. Przed oczami miał mgłę, jednak nie płakał. Jakby same jego łzy były zbyt bezsilne, by wydostać się na zewnątrz. To było tak... dziwne. Tak nijakie. Do głosu brunetki dołączył inny, znajomy. Zazwyczaj pełen ciepła i czułości. Znał ten głos, znał go doskonale, słuchając tylko i wyłącznie jego przez ostatni rok. A jednak teraz wydawał się być obcy. Nijaki. On, Joe Williams, dorosły mężczyzna po mniejszych lub większych przejściach, nie mógł poradzić sobie z faktem zdrady. Bo czym innym były te wszystkie kłamstwa ze strony Chrisa? Powiecie teraz, że nie powinien jej od razu wierzyć, ale cholera, to wszystko było oczywiste! Nieobecność Saszy, wybuch paniki Blacka, jego skórzana torba z radiokomunikatorem, nagła wyprawa i te wszystkie wyssane z palca bajki. To było właśnie to. Nieświadomie już po chwili przyjął to jako prawdę, po krótkim namyśle stwierdzając, że w istocie nią była. Czuł to całym sobą. I chociaż w tym momencie czuł nieopisaną wściekłość do dziewczyny, która darła się teraz na pozostałą dwójkę, to uczuciem, które powoli ogarniało całe jego ciało, serce i umysł, była rozpacz. Potworna rozpacz.



***



    Chrisa obudziło coraz bardziej bolesne uczucie kłucia na swoim przedramieniu. Stosunkowo szybko po przebudzeniu zorientował się, że miejsce obok niego jest zupełnie puste, a jego ręka jest uporczywie przygryzana przez rozjuszonego Kirę. I to oznaczało kłopoty. Kira nigdy go nie obudził ani nie ugryzł, nigdy też nie wykazywał jakichś szczególnych chęci do życia i był po prostu nad wyraz spokojny. A teraz nie był. I to właśnie był powód, dla którego w ciągu kilku sekund znalazł się w dziczy, z trudem nadążając za tygrysem. Bał się. Nie, to mało powiedziane - był przerażony. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek bał się tak bardzo. Zawsze martwił się o braci, dbał o nich i starał się ich chronić. Wizja ich śmierci była dla niego nie do zniesienia. Jednak teraz, kiedy kolejne rośliny cięły jego skórę, był niemal pewien, że jego życie bez niego stanie się niczym. To Joe nadał mu sens. To Joe nauczył go żyć. Kim stanie się człowiek, któremu już po raz drugi odbiorą sens życia. Chłopak nim był. Był wszystkim, co miał. Wszystkim, czego potrzebował. Jego powietrzem, wodą, jego wszystkim. Był wszystkim, co kochał. Nie mógł go stracić. Nie mógł go stra-





    Pięć zbłąkanych par oczu wyrażało teraz tak wiele, że nawet gwiazdy nie podołały spisaniu tego. Przerażenie, rozpacz, niedowierzanie, zwątpienie, niepewność, radość, satysfakcję. Uczucia wyrwane z pięciu dusz zostały porwane w przestrzeń i przez wiatry zaniesione do gwiazd, by mogły zrozumieć. I zrozumiały. Jedne zgasły, inne kręciły głowami, jeszcze inne cierpliwie czekały, a pozostałe po prostu nasłuchiwały. Po wyspie ponownie rozniosło się miarowe trąbienie, nie pozostawiając już żadnych złudzeń. Statek



Nadeszła burza...





* Royal Borough of Kensington and Chelsea - Jedna z najdroższych dzielnic Londynu

     





    

3 komentarze:

  1. Jezu, nawet nie wiem co powiedzieć... Ale ale porobiło. Niby wiedziałam, że tak to się skończy, ale no... Mam nadzieję, że Joe nie będzie aż tak surowo oceniał Chrisa, bo on tylko nie chciał go stracić. Fakt, mógł to rozegrać inaczej, no ale tego co się wydarzyło już nie zmienimy. Pierwszy raz nie mam kompletnie pojęcia co się wydarzy i jaką decyzję podejmie Joe, ale liczę, że zostanie z Chrisem, bo jest dla niego wszystkim co ma.
    Rozdział jak zwykle cudowny. Wenyy 😘💞
    ~ Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    świetnie, powiedziałabym, że Cornelia jest opętana... w ten sposób Nick nie zwróci na nią uwagi... i mam nadzieję, że Joe jednak będzie z Chrisem... on nie chciał go stracić...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    fsntastycznie, ech co jest z Cornelią? w ten sposób Nick to nie zwróci na nią uwagi... niech Joe jednak będzie z Chrisem... on nie chciał go stracić...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń