czwartek, 13 października 2016

Rozdział 25

   Witajcie! Zapraszam was na - uwaga - jeden z trzech ostatnich rozdziałów ''Island to find''. 

Trzymajcie się cieplutko,

Joyssli






Lucas czuł się naprawdę dziwnie, stojąc naprzeciw innego - pomijając Nicolas'a i Cornelię - człowieka. Kiedy ostatnio miał styczność z inną osobą? Przeszło trzy lata temu, a to naprawdę długi czas. Tak, niezwykle długi. Dlatego też nikogo nie powinny zdziwić jego odczucia po tym, co się wydarzyło. Najpierw w niezwykle brutalny sposób Cornelia uświadomiła mu, że wcale nie byli na wyspie sami, a zatajanie przez nią tej informacji trwało cholera wie ile, a niedługo potem zaledwie dwa metry od niego stał kapitan statku. Właśnie, statku. To kolejna rzecz, która przyczyniła się do jego zachowania. Dorzućmy do tego całą awanturę z siostrą, jej rozmowę z tamtym chłopakiem i jego ogólny stan psychiczny... Tak, zdecydowanie miał prawo zadrżeć raz czy dwa

Był skołowany, zdezorientowany, niepewny oraz zdenerwowany. Od dłuższej chwili stał przyczepiony do ramienia Nicolasa, który z nieukrywanym entuzjazmem rozmawiał z człowiekiem w mundurze. Tak właściwie zajęty swoimi obawami niezbyt zwracał uwagę na ich dyskusję, dopiero po kilkunastu minutach decydując się na zorientowanie się w całej sytuacji.

- ...Nie bądź śmieszny Stone, przecież wszystko byśmy jakoś wyjaśnili! To było niewyobrażalnie głupie! Zdajesz sobie w ogóle z sprawę z tego, jakie miałeś szczęście? - Posiwiały mężczyzna jeszcze chwilę wygłaszał brunetowi pouczające kazania, po czym zdecydował się przejść na łagodniejszy ton. - ...W każdym razie wiedz, iż rad jestem, że cię widzę. Byłem pewien, że już po tobie. Cały czas pamiętam pierwszy raz, gdy się zobaczyłem. Wyglądałeś, jakbyś przed kimś uciekał, a poszukiwania pracy na naszym pokładzie były jedynie wymówką. Ech, zapewne tak było. Już wtedy wiedziałem, że będą z tobą kłopoty i nie myliłem się. Ale to już nieważne, nieważne. Szczerze powiedziawszy, nadal jestem w szoku. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale jestem pełen podziwu dla twojej osoby. Stoisz przede mną, odziany w te łachmany, z szerokim uśmiechem na twarzy, a przecież tyle przeszedłeś...

- Nawet pan sobie nie wyobraża... - Nicolas zaśmiał się cicho, jednak po chwili gwałtownie ucichł, czując narastający uścisk na swoim ramieniu. - Myślę, że powinienem panu przedstawić... - Zerknął porozumiewawczo na byłego przełożonego, po czym uspokajająco pogładził odrętwiałego blondyna po plecach - To Lucas. Lucas, to pan Jefferson, był kapitanem na statku, na którym pracowałem. Panie Jefferson, Lucas to mój... - urwał w tym momencie, czując paznokcie blondyna zatapiające się w jego skórze. Z pewnością nie zrobił tego świadomie, aczkolwiek przez to Stone nie miał zbytniej możliwości gładkiego wyjścia z sytuacji.

- Zatem niezwykły to dla mnie zaszczyt, poznać mieszkańca tego pięknego miejsca. - Oczywiście Lucasowi nie umknął fakt, jak taktownie i łatwo mężczyzna uniknął niewygodnego tematu. Zachęcony tym powoli, niepewnie, ale uścisnął jego dłoń. - To doprawdy niesamowite młodzieńcze. Proszę, zdradzisz mi jak długi czas tu jesteś? I... i w jakich okolicznościach trafiłeś na wyspę? Jesteś tu sam? Ach nie, ta kobieta. To twoja towarzyszka? Spotkałeś ją tutaj? Jak udało ci się przetrwać? - Chłopak nieco oszołomiony tym natłokiem pytań cofnął się kilka kroków i mocniej przywarł do ciała bruneta. - Ach, wybacz mi. To zrozumiałe, że czujesz się nieco nieswojo. To niepotrzebne, nie denerwuj się, mamy czas. Marley! Clark! - Mężczyzna zwrócił się do dwóch umundurowanych, stojących przy szalupie. - Cumujemy!




Po niespełna godzinie Lucas siedział na krześle z ciemnego drewna, owinięty w gruby, wełniany koc, pijąc zieloną herbatę z porcelanowej filiżanki. Znajdowali się pod ogromnym, białym namiotem, od jakiegoś czasu rozmawiając o przeróżnych rzeczach związanych z wyspą.

- ...A tak właściwie, to musiało być szalenie nieprzyjemne doświadczenie. Ta kobieta nie jest do was przychylnie nastawiona... - podjął kapitan zaraz po skończeniu tematu przeszłości Lucasa. Warto dodać, że chłopak cały czas opowiadał o swoich przeżyciach w liczbie pojedynczej. Nie wiedział, jak wiele zdążył dowiedzieć się pan Jefferson.

- To znaczy... to nie do końca tak. Cornelia jest moją-

- Kompanką, wiem. Już zamieniłem z nią kilka zdań. Była niezwykle oburzona i zdenerwowana. Nie wiem jeszcze ile tu była, ale chyba naprawdę długo, skoro zdawało jej się, że homoseksualizm jest karalny. - Lucas starał się nie zakrztusić, ale kiepsko mu wychodziło.

Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że Cornelia jest przeciwko nim. Wiedział, że będzie w stanie stanąć na krawędzi klifu i wykrzyknąć, jakimi są zwyrodnialcami. Pogodził się z tym. Jednak wieść, że jego siostra bez mrugnięcia okiem wyparła się ich pokrewieństwa... Nie ma co ukrywać, zabolało.

- To nie jest najodpowiedniejszy temat do rozmowy. Przynajmniej nie w tej chwili - Nicolas odchrząknął cicho, mocniej obejmując Lucasa ramieniem. Nie krępował się tego robić przy przy Jeffersonie, czuł się naprawdę dobrze w jego towarzystwie.

- Tak, masz racje, wybaczcie mi. Ale o czym to ja miałem... Ach tak! Moje pytania na temat wyspy zapewne was zaciekawiły, czyż nie? Cóż, możliwie, że nie, ale to nieważne. - Zaśmiał się z własnego żartu, skutecznie rozluźniając atmosferę. - Gdy otrzymaliśmy wezwanie, zmieniliśmy kurs tak szybko, jak tylko się dało. Byłem również niezwykle wdzięczny, że tym razem trafił mi się statek towarowy. Trochę zajęło nam odnalezienie was, ale jak tylko ujrzałem na horyzoncie wyspę, wiedziałem, że to jest to! To jest mój wymarzony ''Obóz rozbitków''. - Jego rozmówcy spojrzeli się na siebie z pytaniem wypisanym na twarzy.

- Pan wybaczy... ale nie do końca rozumiemy. - Nicolas zmarszczył brwi i odstawił filiżankę na stolik.

- Od przeszło roku szukam idealnego miejsca naa zorganizowanie czegoś takiego. Ludzie teraz wykupują przeraźliwie drogie wycieczki luksusowymi statkami pasażerskimi czy też wynajmują pokoje w szklanych hotelach tuż przy zatłoczonej plaży...To takie potworne. Zachwycają się tym, a nie widzą piękna tam, gdzie ono jest. A to miejsce... - W tym momencie pokręcił głową z podziwem. - To miejsce jest niesamowite. I to właśnie tutaj chciałbym założyć mój ''Obóz rozbitków''. Nie będę wdrażał was we wszytko już teraz, ale opowiem wam mój zamysł w pigułce. Otóż myślałem o czymś, hm... jak by to określić... dzikim. Tak, dzikim! Zdziczałym wręcz! Żadnej cywilizacji! Żadnych telefonów, internetu czy innych wygód. W wyjątkowych przypadkach oczywiście, wszystko będzie się tu znajdowało, ale w absolutnym minimum. Ludzie spaliby pod gołym niebem lub w wybudowanych przez siebie szałasach. Sami zdobywaliby żywność, wodę... Z pewnością jest tu źródło, czyż nie? Należałoby jedynie odgrodzić zwierzęta, by ani obozowiczom, ani im samym nie stało się nic złego. Zależy mi również, żeby wszystkie stworzenia żyły w naturalnych warunkach, a ludzie tego nie zmącili. Och, czy to nie byłoby cudowne?

Kapitan opowiadał o swoim marzeniu z tak wielką z fascynacją i zaaferowaniem, że Nicolas nie mógł się nie uśmiechnąć. Kątem oka spojrzał również na Lucasa, któremu także wargi drgały ku górze. Jego wzrok wbity w nieznany mu punkt gdzieś nad ramieniem Jefferson'a był ciepły i pełen aprobaty. Jednak dostrzegł w jego oczach coś jeszcze. Jakby... wahanie? Nie, może rozważanie, zamyślenie. Nad czym? Nie do końca wiedział, czy jego domysły są słuszne, ale miał pewną teorię. Miał zamiar porozmawiać z nim o tym nieco później, jednak siwowłosy mężczyzna, jakby ponownie wyczuwając ich nastrój, wyprzedził go.

- Kontynuując, pozostała jeszcze jedna, bardzo ważna dla mnie kwestia. Nie mam pojęcia, czy wsypa prawnie do kogoś należy, choć szczerze wątpię, ale nie to jest najważniejsze. Nicolasie, Lucasie. - Odwrócił się nieco w stronę blondyna jakby chcąc dać mu do zrozumienia, że to, co teraz powie, będzie skierowane w większej mierze do niego. - Aspekty prawne tego nie wykazują, ale prawda jest taka, że to wasz dom. Młodzieńcze, zdążyłem się zorientować z jaką czcią opowiadasz mi o tym miejscu. Z jaką czułością opisujesz każdy szczegół. Widzę też jak patrzysz na statek - mówiąc to, wszyscy trzej odwrócili głowy w stronę unieruchomionego przy klifie okrętu. - Tłumaczeń jest z pewnością nieskończenie wiele, poza tym nie znam całkowicie twojej historii. Jestem jednak pewien, że kochasz to miejsce i bezsprzecznie traktujesz je jak swój własny kąt. Ty z całą pewnością także, Nicolasie. Dlatego jest moim obowiązkiem, ale i zaszczytem, możliwość poznania waszego zdania na temat mojego pomysłu, a także... A także odpowiedzi na moje pytanie... Możecie być pewni, że przewodników czy opiekunów wybrałbym najstaranniej jak to możliwe, do granic możliwości zaostrzając kryteria. Jednak wątpię, bym kiedykolwiek znalazł kogoś podobnego do was. - Już w tym momencie Lucas poczuł dziwny skurcz, jednak nie w negatywnym odczuciu. - Moje pytanie więc brzmi: Czy - ewentualnie - chcecie za sprawą pracy w ''Obozie rozbitków'' pozostać w... domu?

***



Chris gnał na oślep, próbując po drodze trafić na najmniejszy ślad obecności Joe'go. Nie znalazł nic, jakby rozpłynął się w powietrzu. Nie było go na plaży, tam, gdzie byli ludzie, nie było go przy wodospadzie, na aloesowym polu ani za nim. Nie było go nigdzie. Brunet zatrzymał się gwałtownie, dosłownie rwąc sobie włosy z głowy. Nie miał już siły. Nie tyle fizycznej, co psychicznej. Nie krzyczał, nie płakał, nie wzdychał. Popadł w głuchą histerię, przemierzając kilometry w niemożliwym dla przeciętnego człowieka czasie, skupiając się na jednym, jedynym pragnieniu. Można byłoby wyrazić je w wielu formach, bo przecież i w wielu formach wypowiadał je Black. Prośby, błagania, rozkazy i nakazy. Jednak gdyby odjąć je wszystkie, zostałoby jedno słowo. Zostań. To właśnie była pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy po usłyszeniu statku. Błagam, nie zostawiaj mnie. A najgorsze było to, że to właśnie się działo. Został sam. Znów został sam i nie mógł pogodzić się z tą myślą. Co, jeśli on już wszystko wie... Co, jeśli już dawno jest na statku, jedynie popędzając wszystkich do wyruszenia w morze. Jeśli już nigdy... nie, nawet nie potrafił sobie tego wyobrazić. To nie mogło skończyć się w ten sposób.

Chłodny nos Saszy pozwolił mu oderwać się od tej myśli. Ukucnął powoli i oparł czoło o głowę zwierzęcia, które zamruczało uspokajająco.

- Nie wiem, co mam zrobić... Co jeszcze w ogóle mógłbym uczynić? Jestem tak bardzo przerażony, piękna... - Nieznacznie zacisnął dłoń na skórze pantery, po czym zniżył swój głos do szeptu. - Wiesz... jeśli to uczucie naprawdę istnieje... Jeśli jestem do tego zdolny... Po prostu myślę... - Zacisnął powieki, z całych sił starając się powstrzymać to wszystko, co z łatwością rozerwałoby go na strzępy, chcąc wydostać się na zewnątrz. - ...Ja go k-kocham Sasza... T-tak bardzo, tak bardzo...

Kot niespodziewanie odskoczył od niego, po czym zmierzywszy go długim, srogim spojrzeniem, pognał w jedynie sobie znanym kierunku.

- Sasza! SASZA!

Mężczyzna biegł za nią, ile sił w nogach, jednak powoli znikała mu z pola widzenia. Przyspieszył jeszcze bardziej i jeszcze, jednak na nic się to zdało. Już dawno stracił ją z oczu. Cóż, to było do przewidzenia - zaśmiał się w duchu. Przecież i tak miał zostać sam. W końcu zatrzymał się, biorąc drżący oddech i oparł się o stojące tuż za nim drzewo. Przymknął oczy, a kiedy je otworzył zmusił się do podjęcia próby określenia swojego położenia. Rozejrzał się, wyraźnie marszcząc brwi. Znał to miejsce. Znał je aż za dobrze. Chciał prędko wznowić swój bieg, lecz wziąwszy kilka głębokich wdechów, opamiętał się. Z niezwykłą ostrożnością stawiał kolejne kroki, po niespełna piętnastu minutach docierając tam, gdzie chciał dotrzeć. Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. I zobaczył go właśnie tam, gdzie spodziewał się go zobaczyć. Niemniej jednak nie przewidział, że widok ten wywoła w nim tak sile uczucia. Ciało skulone pod potężnym drzewem wydawało się takie kruche, słabe i bezbronne. Świat stał się na moment jedną wielką karuzelą, która pozbawiła go równowagi. Jednakże wszystko ustało, niczym za machnięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko chłopak uniósł głowę.

To było takie nierealne. Bał się choćby drgnąć, choć blondyn wiedział o jego obecności. Widział go. Oddech uwiązł mu w gardle, a dłonie gwałtownie zacisnęły się w pięści, kiedy dojrzał łzy w oczach ukochanego. Wiele łez. Sam fakt tego, że płakał, był dla niego bolesny, a świadomość, że to jego wina, czyniła to o stokroć gorszym. Nie wiedział co zrobić, postępując pierwszy krok do przodu, nie wiedział też, co powiedzieć, postępując kolejny krok. Nic nie zmieniło się, kiedy dotarł do Williamsa - w jego głowie była przerażająca pustka. Bo czy tak właściwie miał coś na swoją obronę? Oczywiście, miał kilka argumentów, ale przy tych należących do jego towarzysza z pewnością straciłyby na wartości. Cisza jednak wydawała się jeszcze gorsza. Padł bezsilnie na kolana, chcąc jak najszybciej ją przerwać.

- Joe, ja... - Blondyn jedynie pokręcił głową, dając mu niemy nakaz do zamilknięcia.

- Wiesz... to po prostu... - Jego głos był zachrypnięty i zmęczony, ale odchrząknąwszy, mówił dalej. - Trudno mi nazwać to zwykłym rozczarowaniem, ale to coś takiego. To, co teraz czuję. A wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? - Uśmiechnął się smutno, cicho pociągając nosem. - Zdołałem naprawdę pokochać.... to wszystko. - Zawahał się, nie sprecyzowawszy swojej wypowiedzi. - ...Tylko dzięki jednej rzeczy. To przez nią udało mi się z uśmiechem witać nowy dzień, otworzyć na wszystko, już nie udawać i po prostu być sobą. Dzięki wolności. Była moim impulsem, startem czegoś nowego. A teraz okazuje się... że n-nigdy jej nie było. Nie było żadnej wolności - mówiąc to, uniósł głowę, wbijając w Blacka zimne, skute lodowatym bólem spojrzenie - Pokochałem to z myślą, że nikt nie będzie mną kierował, nikt nie będzie ustawiał swoich reguł i nikt nie będzie kazał mi robić czegoś, czego wcale nie chcę robić oraz udawać kogoś, kim nigdy nie będę. Pokochałem to z myślą, że nie będzie tu żadnego przymusu, manipulacji, kłamstwa i gry. Tymczasem to właśnie tym było. Grą. T-twoją grą C-chris. - Jego głos załamał się kolejny raz, a do zamarzniętych oczu napłynęły nowe łzy. - W końcu przestałem być zabawką tych wszystkich ludzi. Zabawką na imprezach, galach czy innych wystawnych przyjęciach. Przestałem być Joe Williams'em, synem tego Williams'a - zabawką opinii publicznej, a stałem się po prostu Joe - zabawką Chrisa Blacka...


- Nie... Ja nigd- Mężczyzna wyciągnął dłoń w jego kierunku, lecz ten odtrącił ją prędko, gniewnie zaciskając zęby.

-Och, błagam cię, Chris! Obaj dobrze wiemy, że na to po prostu nie ma wytłumaczenia. I... i wcale go nie oczekuję... - Złość w jego spojrzeniu zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, pozostawiając jedynie okropną gorycz. - Prawda jest taka, że nie miałeś żadnego obowiązku mi pomagać. Nie musiałeś zabierać mnie do swojego domu, karmić mnie, ubierać, uczyć... Nie musiałeś robić nic. Równie dobrze mogłem umrzeć ze strachu, głodu i pragnienia, pozostawiony przez ciebie właśnie w tym miejscu. Nie miałeś też żadnego obowiązku pomagania mi w powrocie do... do domu. To był twój komunikator, czy cokolwiek. Miałeś pełne prawo nie mówić mi o jego istnieniu. Ja za to nie mam prawa mieć do ciebie żadnych pretensji... W-wiesz, naiwność to chyba ostatnia cecha, o jakiej posiadaniu bym pomyślał. A jednak. Naprawdę myślałem... - Pokręcił ze zrezygnowaniem głową, wierzchem dłoni ocierając koleje łzy.

Kolejne minuty mijały w ciszy. Nieogarnione myśli, niewypowiedziane słowa. To wszystko niebezpiecznie kłębiło w nich, z każdą minutą zbliżając się do wybuchu. Jednak nikt go nie chciał. Podświadomie pragnęli pozostać w tej głuchej ciszy już na zawsze, by nie musieć mówić tego, czego nikt nie chciał powiedzieć. Można byłoby rzec, że nie obędzie się bez bodźca, a ten nadszedł zdecydowanie za szybko. Miarowe trąbienie rozeszło się echem nad ich głowami, wyrywając obu z obecnego stanu. Dźwięk ten z oczu Joe'go wycisnął więcej łez, zaś z ust Black'a długo wyczekiwane słowa.

- Nie, błagam, nie możesz. - Kiedy blondyn wstał, mężczyzna chwycił go za ramiona, powstrzymując go przed postawieniem choćby jednego kroku. - Musisz mnie wysłuchać... Musisz zrozumieć... Chociaż spróbować zrozumieć!

- C-chris, puść mnie, muszę iść! - Mimo, że chciał wydobyć z siebie krzyk, w jego uszach rozbrzmiał jedynie żałosny, rozpaczliwy skowyt.

Mocniejszym szarpnięciem zdołał wyrwać się brunetowi i szybkim krokiem podążył drogą, którą tu przyszedł. Obijał się o kolejne drzewa, nie próbując nawet powstrzymać łez. Nie musiał też oglądać się za siebie, by usłyszeć, że Black podąża za nim. Przyspieszył gwałtownie, łudząc się nadal, że to ma sens. Że zdoła mu uciec. Nie zdołał. Był zaledwie kilka metrów od tak dobrze znanej mu plaży, gdy poczuł sile szarpnięcie, a już po chwili uwięziony został pomiędzy ramionami mężczyzny. Jego plecy boleśnie zderzyły się z twardą korą drzewa, a głowa bezwładnie opadła w bok. Był jednak w stanie dostrzec spod przymrużonych powiek znajdującą się tak blisko twarz bruneta. Jego drżące wargi, lśniące od łez, szeroko otwarte oczy oraz mokre, przywierające do twarzy włosy. Padało. Nawet tego nie dostrzegł.

- Nigdy... NIGDY nie chciałem cię skrzywdzić. W żaden z możliwych sposobów, rozumiesz? - Naparł na niego jeszcze bardziej, praktycznie łącząc ich czoła. - Nie chciałem cię okłamać, zmuszać do czegokolwiek, a tym bardziej więzić.

- Ale zrobiłeś t-

- NIE TAKI BYŁ MÓJ ZAMIAR! - Desperacja w jego głosie gwałtownie uciszyła chłopaka, zasiewając w jego oczach próbę zrozumienia. - Ja... Trzynaście lat, rozumiesz? Trzynaście lat spędziłem tu w przekonaniu, że szczęśliwie umrę tutaj, mając za rodzinę dzikie zwierzęta. Trzynaście lat żyłem na wyspie, wmawiając sobie, że teraz już wszystko jest takie, jakie powinno być. Trzynaście lat mieszkałem w sercu dżungli, nie odczuwając żadnej samotności... A potem zjawiłeś się ty. Ze swoim poczuciem wyższości, ze swoim idiotycznym sposobem bycia i ciętym językiem. Cholernie mnie bawiłeś i denerwowałeś, ale nie tylko. Zacząłeś mnie fascynować. To, w jaki sposób czeszesz włosy, to jak dokładnie się myjesz, to w jakiej pozycji śpisz. Fascynował mnie sposób w jaki mówisz, w jaki patrzysz na to, co cię otacza, sposób w jaki patrzyłeś na mnie. - urwał w tym momencie by zaczerpnąć tchu. Milczał przez jakiś czas, ścierając z twarzy chłopaka krople deszczu. Kiedy potem się odezwał, jego głos był dużo cichszy, spokojniejszy. - Wtedy zacząłeś się zmieniać. Zacząłeś patrzeć na mnie jeszcze inaczej. Śmiałeś się, rozmawiałeś ze mną, bawiłeś się ze zwierzętami. Moja fascynacja zamiast opaść, jedynie wzrosła, by potem przestać być jedynie fascynacją. Po tamtej nocy... - znów przerwał, tym razem po prostu zamykając oczy i opierając czoło o czoło blondyna. - Po tamtej nocy zrozumiałem coś bardzo ważnego. Zrozumiałem, że chciałbym cię chronić, chciałbym być dla ciebie podporą i wsparciem, chciałbym dać ci poczucie niezachwianego bezpieczeństwa i spokoju, chciałbym... chciałbym dać ci wszystko, czego tylko zapragniesz, ale... Zrozumiałem, że nie potrafię. Nie potrafiłbym ochronić cię przed samym sobą, nie potrafiłbym wspierać cię i zapewnić ci poczucia bezpieczeństwa, notorycznie cię okłamując, nie potrafiłbym dać ci wszystkiego, czego tylko zapragniesz, bo nigdy nie byłbym w stanie... D-dobrowolnie pozwolić ci odejść...

- C-chris... - Chłopak otworzył załzawione oczy z zamiarem odepchnięcia go, jednak nie był w stanie. Jego ciało samoistnie lgnęło do niego, mocno zaciskając dłonie na jego ramionach.

- I to własnie uświadomiło mi, jak bardzo słaby jestem. Tak, jestem tak bardzo słaby... Mimo tych wszystkich lat, mimo tak wielu starań, wcale nie stałem się silniejszy. Udało mi się jedynie stworzyć tutaj takie złudzenie. W końcu udało mi się stanąć na samej górze łańcucha pokarmowego. Wszystko i wszyscy byli mi braćmi lub poddanymi. Nikt nie chciał strącić mnie ze szczytu, nikt mnie nie krzywdził, bo nie miał kto, rozumiesz? Myślałem, że byłem jedynym, prawowitym panem samego siebie, ale moje złudzenie nagle prysło. Z każdym kolejnym dniem odbierałeś mi prawa do rządzenia, wspinając się ku górze. A kiedy w końcu stanąłeś obok mnie, zamiast mnie strącić, jak nakazuje prawo tego miejsca, ty po prostu trwałeś ze mną. To był dla mnie szok, naprawdę, ale zacząłem rozumieć jeszcze więcej. Zacząłem też pragnąć więcej, znacznie więcej. Ale za każdym razem, kiedy ustanawiałem nowy porządek, ty go łamałeś i mimowolnie stałeś się panem. - Otworzył oczy, wpatrując się w te naprzeciw niego i zniżył swój głos do szeptu. - Nie mam nad sobą już żadnej władzy. Nie potrafię sam sobie ustalać prawa. To ty się nim stałeś. Teraz ty jesteś moim jedynym, prawdziwym prawem. A prawo tego miejsca jest święte. Jest wszystkim. Jest moim powietrzem. Dlatego... dlatego błagam cię nade wszystko. Błagam, błagam po stokroć, nie odbieraj mi mojego powietrza...

Po wyspie rozległo się kolejne, miarowe trąbienie. Joe załkał cicho, oburącz łapiąc twarz mężczyzny.

- Płyń ze mną. Po prostu zamknij się i płyń ze mną... do domu. Do naszego nowego domu. Zamieszkamy w spokojnej okolicy z dużą ilością zieleni, kupimy sobie psa albo kilka psów i nie tylko. Będziemy szczęśliwi C-chris. - Chłopak ponownie zapłakał z czystej bezsilności, widząc w oczach ukochanego zwątpienie i odmowę. - C-chris...

- Jesteś wszystkim, co mam. Wszystkim, na czym mi zależy. Ale.. - Pokręcił głową, zaciskając pięści we włosach chłopaka. - ...Ale nie mogę stąd odejść. Błagam cię, zostań. Zostań i kochaj mnie, a wszystko będzie dobrze. Zapomnisz, słyszysz? Zapomnisz... Nie możesz mnie opuścić, nie możesz... Nie dam bez ciebie rady... Nie zostawiaj mnie, błagam, nie zostawiaj mnie... Kocham cię, słyszysz? Kocham... kocham cię... kocham...

- Halo? HALO? Jest tam kto? - z plaży dochodziły kolejne nawołujące okrzyki. - Lucasie, jesteś pewien, że tam jest?

- Tak, widziałem... obaj go widzieliśmy - rozległ się drugi głos, oddalony od niego zaledwie kilka metrów.

W tym momencie chciał krzyknąć, jednak mężczyzna gwałtownie wpił się w jego usta. Wyrywał się, szarpał, jednak bezskutecznie. I w końcu... poddał się. Poddał się całkowicie, oddając każde muśnięcie, każde jedno drgnięcie. Czuł w ustach słony smak łez. Nie było teraz ważne, do kogo należały. Niedbale mieszały się z ich śliną, nadając temu jeszcze większego znaczenia. To nie był delikatny pocałunek, nie był czuły ani poprawny. Był chaotyczny, nieporządny i bolesny. Ich zęby ocierały się o siebie, a wargi puchły połyskując czerwienią. To nie był zwykły, namiętny pocałunek zakochanych. To było pożegnanie.

Potem Joe jak przez mgłę widział znikającą w gęstwinach sylwetkę Chris'a. Jak przez mgłę pamiętał swój krzyk - TUTAJ! Jak przez mgłę pamiętał krótką rozmowę z tamtymi ludźmi, szalupę oraz wejście na pokład. Bardzo wyraźnie pamiętał jednak jego dotyk, smak jego ust i jego oczy. Tak błagalne, pełne łez i złudnej, bolesnej nadziei. Wiedział, wiedział już dawno, że te oczy będą jego zgubą. Nie sądził jednak, że zguba pochłonie go tak bardzo. Bowiem śpiąc w pustej kajucie, jedząc bezwonne jedzenie, rozmawiając z bezbarwnymi ludźmi i patrząc się w szare niebo, widział tylko te oczy. Oczy pełne bólu, żalu i rozpaczy. I teraz... teraz nie mógł być już niczego pewien. Przecież jego oczy wyglądały tak samo.

5 komentarzy:

  1. Eh, sądziłam, że jednak Joe zostanie. Powinien zostać. Co mu da życie wśród fałszywych ludzi? To przecież idiotyczne. Ja sama bym za wszelką cenę chciała wylądować z ukochaną na bezludnej wyspie i żyć tam, z dala od tego całego chłamu. Przecież... Nic nas wtedy nie ogranicza.
    Oj, Joe, Joe... Będziesz żałował.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko nie to ... Biedny Chris. Może Joe jeszcze zawróci. Tak dobre opowiadanie nie może mieć takiego końca...

    OdpowiedzUsuń
  3. Popłakałam się. Nie chce żeby to się tak skończyło.. Może Joe wróci na wyspę na ten obóz? Nie mam pojęcia jaka jest inna opcja, bo na pewno nie biorę pod uwagę, że nie będą razem.
    ~ Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  4. Joe... ty idioto...
    Chris nagle skojarzył mi się z Derekiem z Teen Wolf XD Szczególnie ten Chris z początku opowiadania. Taki milczący i niebezpieczny, a w środku zraniony chłopiec :')
    Błagam, niech to się dobrze skończy!!!
    PS
    Cornelię powinny zeżreć rekiny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    smutne to... Cornelia całkowicie wyrzekła się Lucasa, nie sądzę, ze pomysł z tą wyspą rozbitków, to dobra rzecz, ale poczekamy, zobaczymy... a Joe och myślałam, że jednak zostanie, a co z Chrisem teraz? Załamał się całkowicie...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń