środa, 26 października 2016

Rozdział 26

Witajcie kochani! Przybywam do was z przedostatnim rozdziałem naszej historii. Jak wrażenia?

Sprawdzone przez cudowną Pats.

Pozdrawiam was cieplutko i życzę miłej lektury,

Joyssli







Nie było już wschodów, nie było zachodów. Słońce zaszło bezpowrotnie, jednocześnie nigdy nie zachodząc. Nie było przypływów, nie było odpływów. Woda umarła, stojąc w miejscu. Nie było też wiatru, choć wszystko pochłaniał nieruchomy huragan. Nie było już nic, mimo że wszystko pozostało. Nie... nic nie zostało. On odszedł i zabrał ze sobą to wszystko. Zabrał mu cząstkę siebie. Mówcie co chcecie - że to brzmi śmiesznie, że jest żałosny, że to jego wina, że takie myślenie i tak nic nie zmieni. Mówcie co chcecie, ale i tak nie zrozumiecie pustki jaka go ogarnęła. Bo być może to naprawdę było żałosne, być może zupełnie niezrozumiałe, ale czy nie zachowalibyście się tak samo? No cóż, teraz pewnie powiecie ''Oczywiście, że nie!'', ale jeśli spędzilibyście trzynaście lat w głuchej dziczy, przemyślelibyście moje pytanie jeszcze raz. To prawda, Black miał zupełnie inny sposób myślenia niż 98.9% społeczeństwa, ale nie bądźmy zbyt surowi w swych osądach. Ten 1% doskonale rozumiał zaistniałą sytuację i solidarnie trzymał stronę mężczyzny. Tyle, że pozostawała jeszcze maleńka cząstka, która była kompletnie rozdarta i po chwili zastanowienia można stwierdzić, że to do tej właśnie cząstki zaliczał się brunet.

Powiedzenie, że nie był szczęśliwy, byłoby okrutnym niedomówieniem. Był załamany, zrozpaczony i okropnie przerażony. Razem z Joe odeszło coś niezbędnego do normalnej egzystencji. To nie było jak zabranie dziecku ulubionej zabawki, nie było też ostatnim pożegnaniem z rodziną. To nie było nawet porównywalne do śmierci ukochanej. To było po prostu coś, z czym nie potrafisz się pogodzić, nie dlatego, że nie chcesz, tylko dlatego, że to po prostu niemożliwe. Każdy człowiek potrzebuje miłości, bliskości i przywiązania. Lokuje niewyobrażalną ilość uczuć w masie ludzi, przez wiele lat starannie ich dobierając. Od małego szczerą i naturalną miłością kochają swoje matki, szanują ojców, podziwiają dziadków. Po jakimś czasie zmieniają się, poznają nowych ludzi, odkrywają nowe uczucia. Bezgranicznie ufają najlepszemu przyjacielowi, czują ogromną sympatię do ulubionego nauczyciela i uśmiechają się do miłej pani w sklepie, która zawsze daje im dodatkowego cukierka. Zbiegiem lat zaczynają zagłębiać się w to wszystko jeszcze bardziej - pożądają i oddają się w pełni swoim partnerom, troszczą się o bezcenne maleństwa, które dopiero co przyszły na świat, uwielbiają niesfornego psa. To wszystko zmienia się z każdym dniem, godziną czy minutą. Życie zmienia bieg, ludzie przychodzą, odchodzą, podnoszą się i wstają ...A on? A co miał zrobić? Teraz na pewno spojrzycie na to nieco inaczej. On po prostu nie miał możliwości do tego, by żyć. Nie miał kogo pokochać, nie miał komu zaufać, nie miał o kogo się troszczyć, kogo podziwiać, szanować czy uwielbiać. Nie wiedział, czym naprawdę powinien się kierować. Które wartości były dobre, które złe. Nie wiedział, jak powinno wyglądać to wszystko, co ludzie nazywają normalną rodziną, normalnym związkiem czy normalnym życiem. Po prostu nie wiedział, nie możemy go winić.

A Joe? Czy w takim razie powinniśmy winić jego? Powiecie, że tak. Bo w istocie, nic mu nie brakowało, czyż nie? Miał jedzenia i picia pod dostatkiem. Miał dach nad głową, ubrania i wszelkie niezbędne przyrządy. Nie musiał martwić się o rachunki, zamieszki w dzielnicy obok czy zamknięcie domu. Nie miał żadnych zmartwień, żadnych problemów i co najważniejsze, był z osobą, którą kochał. Czy miał jakiekolwiek powody do odejścia? Przecież był szczęśliwy! A jednak... Mówią, że szczęście to pojęcie względne, słyszeliście? Bo to wcale nie tak, że on nie był szczęśliwy, bynajmniej, ale jest jedna rzecz, którą mogliście przeoczyć. Och tak, z całą pewnością ją przeoczyliście. Jednak odpowiedź wcale nie jest skomplikowana. Skupcie się po prostu na czymś nieco innym... Albo spójrzcie na to od innej strony? Hmm... Cel! Tak, to słowo powinno pomóc. Zrozumcie cel...

Jednak w obecnej chwili Chris nie miał celu. Nie wyobrażał sobie dalszego funkcjonowania. Z wzrokiem tak samo pustym, jak przed godziną, wczoraj, dwa dni temu, usiadł na skaju klifu i wbił swój wzrok w linię horyzontu. On gdzieś tam był... Potrząsnął głową, zaciskając wargi. Czy tak teraz będą wyglądały kolejne dni? Minął zaledwie tydzień. Siedem dni, siedem nocy. Tak krótki czas, wydawać by się mogło. Dla Blacka minęła jednak wieczność, w ciągu której nawet nie drgnął ku drodze do przodu. Tego samego nie można było powiedzieć o nieszczęsnych ludziach niszczących mu dom - bo tak właśnie widział to brunet. Dwa dni po odejściu Joe'go przypłynął kolejny statek, a zaraz po nim jeszcze jeden. Na wschodniej plaży i skupisku jaskiń działy się przedziwne rzeczy, jednak - na całe szczęście - ten obszar został całkowicie oddzielony od reszty wyspy wysoką, trwałą, metalową ścianą. Dziwnie skonstruowana brama otwierała się tylko wtedy, gdy umundurowany mężczyzna za szklaną szybą wykonał odpowiednie czynności, w które Chris wolał się już nie zagłębiać. W każdym razie, choć na większości nic się nie zmieniło, to działania tych ludzi były niezmiernie irytujące. Całe dnie hałasowali, a zwierzęta były niespokojne. W dodatku ta dwójka ludzi z wsypy, co oni sobie w ogóle myśleli?! Powinni razem tą brunetką ładować się na statek, a nie zadomawiać się w unowocześnionej przez robotników jaskini! Mężczyzna - choć niechętnie i tylko z poczucia obowiązku - poszedł trzy noce temu na zwiady. Dla przeciętnego obserwatora wcale nie zmieniło się wiele, ale według niego, owszem. Oni zamierzali stworzyć tu jakiś kurort! W bazie głównej, która obsługiwała bramę i inne przedziwne zabezpieczenia, znajdowały się normalne pokoje. Znaczy, będą się znajdować, na razie prace trwały. Najbardziej w tym wszystkim irytowało Black'a to, że tamta dwójka wydawała się być szczęśliwa! Jak oni śmieli! Nawet Sasza nie wyrażała większego zainteresowania poczynaniami ludzi, jakby w ogóle jej to nie obchodziło. Tak właściwie, jedynie zwierzęta zamieszkujące tereny nieopodal metalowej ściany były nieco zaniepokojone, ale z rozmowy tamtych ludzi wynikało, że wystarczy kilka tygodni, by całkowicie się przyzwyczaiły... NIE! Z pewnością się nie przyzwyczają, oni nic nie wiedzą! Mogą sobie być ekspertami czy cholera wie czym, nie mieli nawet pojęcia... Nie mieli prawa!

- Odejdź, Sasza - warknął, wybudziwszy się z głębokiego zamyślenia i gwałtownym gestem ręki chciał odpędzić zwierzę.

Do kocicy jednak już po chwili dołączył Kira z siedzącym mu na grzbiecie Piccolo. Małpka niezmiernie go irytowała, od przeszło pięciu dni wszędzie taszcząc ze sobą kawałek koszulki Joe'go. Jedynej jego rzeczy jaką posiadał. Znalazł ją - a tak właściwie to, co z niej zostało - w kącie starego kufra i gdy tylko wziął ją do rąk została mu odebrana.

- To bez sensu, nawet go nie lubiłeś. Teraz zamiast nad nim, będziesz znęcał się nad jego własnością? - warknął w stronę małego futrzaka, lecz ten jedynie obrzucił go gniewnym, oburzonym spojrzeniem.

- A ty czego? Puść! - Chciał zaprotestować, kiedy Kira chwycił jego dłoń między zęby, ale prędko okazało się, że aby zachować rękę, musiał się przystosować, a w efekcie pójść za zwierzętami.

Podróż nie trwała długo, aczkolwiek jej cel okazał się być dla Black'a nie lada zaskoczeniem. Znajdowali się właśnie pod metalową siatką, która odgradzała akurat tę część wyspy. Zwierzęta, ze względu na brak pożywienie i strome zbocza, zapuszczały się tu bardzo rzadko, toteż tak radykalne środki jak siedmiometrowa ściana nie były konieczne, siatka w zupełności wystarczała.

- No i co? - Zerknął z irytacją na czarne stworzenie, by po chwili powędrować wzrokiem do miejsca, które obserwowała.

Kilka metrów od siatki leżała małpa, a wokół niej zgromadzona była niewielka grupka ludzi. Mężczyzna bez problemu dojrzał krew na futrze zwierzaka i parsknął kpiąco.

- Nagle zaczęło cię to obchodzić? Przecież od samego początku było wiadomo, że oni po prostu chcą- Nie dane było mu dokończyć, bo tygrys znajdujący się u jego boku szturchnął go pyskiem w ucho. - Co?!

Kira patrzył na niego chwilę, po czym skupił się na rozgrywającej się nieopodal scenie. Po chwili zwłoki Chris również wytężył słuch, uważnie obserwując kucających nad małpą mężczyzn.


                                                              ***


- Nie! Nie, nie, nie, nie w ten sposób. Ona się boi - głos umundurowanego mężczyzny brzmiał niezwykle karcąco. - Nie denerwuj jej jeszcze bardziej.

- Przepraszam sir, ale cały czas zaciska ręce. Nie jestem w stanie inaczej założyć opatrunku - Młody chłopak niespokojnie próbował odciągnąć dłoń zwierzaka od rany, jednak bez skutku.

- To bez sensu, nie damy rady w ten sposób. Przecież biedaczka zaraz się wykrwawi, albo przez tego idiotę zejdzie na zawał! Zawołajcie młodzieńca.

- Ależ sir...

- Teraz! - Mężczyzna podniósł głos, a dwójka młodzików prędko się ulotniła. - Nie denerwuj się mała, zaraz będzie po wszystkim...

- Sir, zgodnie z-

- No w końcu! Dobrze, że jesteś, Lucasie. Wybacz, że przeszkadzam wam w pracach, ale nasi, pożal się boże, specjaliści nie mogą sobie poradzić. - W tym momencie obrzucił dwóch mężczyzn pogardliwym spojrzeniem. - Biedaczka spadła prosto na kamienie, poharatała sobie bok...

- Już się tym zajmuję. Co my tu mamy... - Chłopak uklęknął nad przerażonym zwierzęciem i powoli wyciągnął dłoń w okolice jej pyska. - Hej piękna, jak tam?

- To gatunek Alouatta palliata i bez urazy, panie Smith, ale zraniony ma bok, nie pysk - odezwał się jeden z młodych mężczyzn, patrząc na blondyna z pogardą.

- W istocie, to Wyjec i bez urazy, panie Johnson, ale gdybym na początku nie oswoił jej ze swoim zapachem, w pewnością patrzyłaby na mnie teraz z taką samą niechęcią i żądzą mordu jak na pana. Prosiłbym również, aby panowie odeszli, mała staje się w waszej obecności szalenie niespokojna.

- Słyszeliście! Nie przeszkadzajcie, wystarczająco przeraziliście to biedne zwierzę!

- Z całym szacunkiem sir-

- Zejść mi z oczu, matoły! - Kolejny raz nie trzeba było powtarzać. - Co za cymbały! Jak oni śmią nazywać się profesjonalistami?! Współczuję wszystkim stworzeniom, które musiały się z nimi użerać...

- Spokojnie, proszę pana, nie oczekujmy od nich zbyt wiele. Zwierzęta z ogrodów zoologicznych i tym podobnych placówek nie mogą równać się z prawdziwymi wychowankami dżungli. Zachowują się zupełnie inaczej... Prawda?- Tym razem zwrócił się do nieco spokojniejszej teraz małpki, która kurczowo ściskała jego dłoń. - Już dobrze, chodź tu do mnie... - Chłopak ostrożnie uniósł zwierzę do góry, uważając, by nie podrażnić rany. - Nich pan teraz położy pod nią opatrunek... Trochę w prawo... O! Właśnie tutaj. Teraz cię tu ułożymy... Ej, puszczaj! Haha, puszczaj, ale już! Właśnie tak, spokojnie maleńka. - Lucas powoli i dokładnie zabezpieczył ranę stworzenia, po czym postawił je na ziemi.

- I jak? Już jest w porządku? - zapytał starszy mężczyzna, patrząc się to na małpkę, to na chłopaka z ciekawością i czymś na kształt podziwu.

- Tak, wszystko będzie okej. Musi trochę odpocząć, ale nie widzę sensu w jej pozostaniu za bramą. Dzisiaj będzie się regenerować, ale jutro powinna wrócić do domu. Nie, Zuri? - Blondyn złapał małpkę za rączkę, a ta spojrzała na niego bystrymi oczami.

- Zuri? - Jego towarzysz parsknął cichym śmiechem, nie ukrywając swojego zdziwienia.

- Wygląda mi na Zuri, nie uważasz, że właśnie tak wygląda? Zuri.

Wymawiając to imię kolejny raz, delikatnie stuknął małpkę w pierś, po chwili ponawiając tą czynność kilka razy, również przy użyciu dłoni małpki. Jakież było zdziwienie mężczyzny, kiedy za którymś z kolei razem małpka, słysząc swoje nowe imię, sama stuknęła się w pierś. To nieprawdopodobne!

- A więc Zuri, hm...?


                                                              ***


Gdy Lucas wraz ze starszym człowiekiem i małpką odeszli, Chris prychnął zirytowany i odwrócił się plecami to swoich towarzyszy.

- To bez znaczenia. I tak będą z tego same kłopoty - Mężczyzna wstał prędko i nie zważając na ryki Saszy, udał się na kamienistą plażę.

Przed przybyciem Joe'go był tu zaledwie kilka razy, a w trakcie jego pobytu na wyspie - raz. Nie miał żadnych powodów, by tu przychodzić. Woda w tym właśnie miejscu zataczała koło i pchała wszystko w głąb morza, toteż z pewnością nic by tu nie znalazł. Jednak doskonale wiedział, że Joe często chodził w to miejsce. Nie wiedział po co, wiedział, że tu był. I ta świadomość wystarczała mu, by przesiadywać w tym miejscu godzinami. Z pewnością pozostałby tu jeszcze długo, beznamiętnie wpatrując się w odpływającą wodę, ale z daleka usłyszał kroki. Ugh, okropni ludzie. Zaklął pod nosem i z łatwością wdrapał się na głazy, z bezpiecznej odległości obserwując nadchodzących młodzieńców.


                                                              ***


Lucas i Nico szli nieśpiesznie, cały czas trzymając się za ręce. Cisza między nimi wcale nie była niezręczna, a kiedy zasiedli na jednym z kamieni, stała się wręcz zbawcza. Tylko oni, szum morza i zachodzące w oddali słońce. Czegóż więcej było im trzeba?

- Hej, Lucas...? - Pierwszy odezwał się brunet, ciaśniej obejmując kochanka w pasie. - Chciałbym się ciebie o coś zapytać.

- Zamieniam się w słuch - Zaśmiał się łagodnie, jednak spoważniał, widząc minę Stone'a - O co chodzi, Nico?

- Och, nie, to nic takiego, nie patrz tak. Po prostu od jakiegoś czasu się zastanawiam... Zostaniemy tu już na zawsze?

Chłopak zmarszczył brwi, przez chwilę rozważając pytanie mężczyzny.

- Nie wiem, nie myślałem o tym. Ale na razie nic nam nie brakuje, no nie? Nie widzę powodu by wracać...

- Statek jutro wypływa do Londynu... Co byś zrobił, gdybym powiedział ci, że chcę wrócić? - Nie chciał, oczywiście, że nie chciał, ale zastanawiał się nad odpowiedzią naprawdę długi czas.

- Skąd to pytanie? - Chłopak poczuł się nieco nieswojo.

- Tak po prostu, nie martw się. Nie mam zamiaru wracać. Tylko... Zastanawiałem się nad tym.

- Cóż, myślę... Myślę, że wróciłbym z tobą. - Blondyn posłał mu lekki uśmiech, lekko ściskając jego dłoń.

- Ot tak, bez żadnych prób przekonania mnie do pozostania czy czegokolwiek? - Nicolas autentycznie zdziwił się odpowiedzią chłopaka i tym, jak łatwo mu ona przyszła.

- No tak, dziwi cię to? - Zaśmiał się dźwięcznie, kręcąc przy tym głową. - Z pewnością chciałbym znać powód, ale raczej nie namawiałbym cię do niczego. Po prostu bym z tobą wrócił.

- Myślałem, że naprawdę kochasz to miejsce... Nie byłoby ci żal? - Na to pytanie blondyn spoważniał, choć na jego ustach nadal błąkał się lekki uśmiech.

- To nie tak, że bym nie tęsknił. Spędziłem na wyspie masę czasu. Przeżyłem dobre i złe chwile, dorastałem. Śmiało mógłbym stwierdzić, że to tu jest mój dom. Ale... Ale przez ostatni rok słowo ''dom'' przybrało dla mnie zupełnie inne znaczenie - przeniósł swój wzrok na linię horyzontu. - Dom jest tam, gdzie możesz być sobą. Gdzie czujesz się dobrze i bezpiecznie. Gdzie wszystkie twoje problemy nie są już tylko twoimi, ale naszymi. Gdzie tak właściwie nie ma już ciebie ani mnie... Gdzie jesteśmy my. Dom jest tam, gdzie jesteś kochany i kochasz, a ta miłość wypełnia cię całego. Tym właśnie stał się dla mnie dom. I chociaż kocham to miejsce całym swoim sercem, to bez ciebie już nie byłoby dla mnie domem. - W tym momencie z powrotem spojrzał w oczy ukochanego, mocniej ściskając jego dłoń. - Mój dom jest tam, gdzie jesteś ty...


                                                             ***


Chris zacisnął pięści, tępo wpatrując się w kamienną ścianę. Czy... Czy to naprawę było to? Tak... Tak, z pewnością tak właśnie było. Oczywiście nadal mógłby odwrócić to na swoją korzyść, bo przecież równie dobrze to Joe mógł z nim zostać, ale nie taki był cel. Cel... Jaki więc był cel?

Poczuł zimny nos Saszy, od dłuższego czasu trącający jego dłoń. Niepewnie spojrzał w dół, dostrzegając pod swoimi nogami nadtłuczoną, szklaną butelkę. Ukucnął i zerknąwszy wcześniej na zwierzę, wyciągnął z niej kawałek pożółkłego papieru. Niewiele dało się z niej odczytać, a jednak...

Joe... ams.... Knightsbridge... South Kensington... 105...ELP...096...78..00...H...

Adres...? Adres. Adres i dane Joe'go. To było tak... Tak nierealne. Mężczyzna padł na kolana, opierając czoło o głowę Saszy. Tak nierealne...

- Wiesz... Będę za tobą tęsknił piękna...

Nie wstydził się swoich łez. Nie wstydził się rozpaczy. Było mu ciężko, naprawdę ciężko, ale musiał to zrobić. Musiał w końcu podnieść się i znaleźć swój dom. Prawdziwy dom.


                                                              ***


A więc nasz cel? Odpowiedź naprawdę jest banalnie prosta, a wskazówki były skryte na każdym kroku. Ukryta przed światem wyspa, zwierzęta przyjazne człowiekowi, odcięte od siebie dwie części całości i kilka zbłąkanych dusz. Wyspa nie była nikomu domem, była przyjacielem. Każdy w swoim życiu do czegoś dąży, czegoś pragnie, czegoś poszukuje. Nie zawsze jednak jest w stanie poradzić sobie z tym sam. Wtedy pojawia się przyjaciel, który zobowiązany jest pomóc. Wszystko ma swój ukryty cel, który zrozumieją tylko ci, którzy powinni zrozumieć. Nie wszystko zawsze jest tak proste jak nam się wydaje, i nie wszyscy są tymi, którymi powinni być. Los zmienia bieg, ludzie się zmieniają i błądzą, a potem nie potrafią się odnaleźć.

Joe nie był tym, kim powinien być, czyż nie? Ale odnalazł to, czego szukał. Wyspa nie była mu domem, była przyjacielem, który zobowiązany był pomóc. Zbłąkana dusza odnalazła to, czego szukała. Odnalazła miłość i nauczyła się kochać. Odnalazła zaufanie i nauczyła się ufać. Odnalazła swój dom, jednak dom nie odnalazł jego. Dlatego musiał odejść. Bo wyspa nie była mu domem, była przyjacielem, który zobowiązany był pomóc. A teraz nadszedł czas, by ostatni z jej przyjaciół odnalazł to, czego szukał od przeszło trzynastu lat. To on był tym, który jako jedyny wciąż szukał. Był to przyjaciel uparty i nie słuchał ni rad, ni upomnień wyspy, zagubiony we własnym zgubieniu. Ale właśnie teraz zrozumiał. Zrozumiał, że wsypa nie jest mu domem, jest przyjacielem, który zobowiązany był pomóc. I dlatego, pod osłoną nocy postanowił podziękować i odejść. Odejść i znaleźć swój dom.

Na wyspie odnalezienia odnajdziesz to, czego szukasz... Musisz więc szukać, czyż nie? By odnaleźć samego siebie, musisz odnaleźć wpierw cel, którego szukać powinieneś. Nie jest to do końca jasne, ale w istocie konieczne. Bo musisz najpierw odnaleźć się w swej zgubie, by z dala od zguby odnaleźć to, czego szukasz. A teraz? Wszyscy już znaleźli to, czego szukali, dlatego mogli spojrzeć swemu przyjacielowi w oczy i podziękować. Mogli pozostać, mogli odejść. Mogli zrobić wszystko, bo już się odnaleźli.

Bo wyspa nie była im domem, była przyjacielem, który zobowiązany był pomóc.

















3 komentarze:

  1. A więc Chris odchodzi z wyspy. Ciekawe jak na jego przybycie zareaguje Joe, bo pewnie nawet się nie spodziewa, że ten do niego przyjedzie. Szkoda mi trochę, że Kira i Sasza muszą zostać, ale w końcu to ich dom. Trzeba coś poświęcić dla czegoś innego.
    Rozdział super. Jak zawsze jesteś mistrzynią w opisywaniu emocji. Nie da się ich nie poczuć na własnej skórze.
    Nie mogę się doczekać ostatniego rozdziału. Z jednej strony się cieszę, a z drugiej wręcz przeciwnie, bo w końcu to koniec tej pięknej historii.
    Życzę ci weny i czasu na pisanie, bo z tym czasami jest ciężko.😊🙌
    ~ Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku zakochałam się w tej historii. Pewnie wiele osób było pewne, że każdy zostanie na wyspie oprócz siostry Lucasa. Jednak ja liczyłam na to że wrócą i Chris przekona się, że cywilizacja nie jest taka zła, tylko trzeba mieć odpowiednie osoby u boku. Zastanawiam się czy Joe wróci do rodziców i będą żyć w luksusach, czy może wynająć mała kameralke i będą żyć tam długo i szczęśliwie. Sama jestem za tym aby kontakt z rodzicami stał się idealny i został tam przez nieokreślony czas. Do ułożenia siebie życia? Rok może dwa lata. Ale to już tylko to wybór. Czekam na dalszą część choć trochę się boję. Bo co wtedy będę czytać? Tylko tak sugerujeeee może jakaś druga część? Z uszanowaniem ��

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    czyli co? Chris odchodzi z wyspy, jakoś mi smutno, żal mi Saszy i Kiry, ale no cóż, ciekawe jak Joe zareaguje, a może wrócą?
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń