niedziela, 20 listopada 2016

1. Sunrise

   Witam, witam i zapraszam na pierwszy rozdział nowego opowiadanka. Nie jestem ostatnio w szczytowej formie i choć marna to dla Was zachęta, uczciwie z góry przepraszam. Niemniej jednak mam ogromną nadzieje, że Wam się spodoba. Liczę na Wasze komentarze i opinie.

Miłej lektury kochani,


Joyssli


EDIT: Sprawdzone przez Pats ^^

Sunrise
Wschód

Dla mnie marzeniem się stało,
Jeśli czytasz między wierszami,
By nowy wschód nastał
I powitał lepszymi dniami. 



Srebrne światło księżyca wpadało do wewnątrz przez osłaniające okna kraty. Oświetlało lustrzane ściany, białą podłogę, leżącą na niej czarną bluzę, głośniki stojące w kącie i jego. Wyglądał niczym dzikie zwierzę. Poruszał się cicho, lecz mocno, majestatycznie. Oczy miał jasne, tajemnicze. Ciemne włosy, roztrzepane, niesforne, przyklejające się do czoła. Skóra blada, porcelanowa, lecz pokryta potem i skazami, znakami. Czarnymi, kolorowymi, niewidzialnymi. Jego ruchy stały się szybsze, gwałtowniejsze, muzyka głośniejsza. Tańczył. To był taniec? Nie, on mówił. Mówił całym sobą. Krzyczał. Obrót, raz, dwa, trzy, stop. Odgłos przekręcanego klucza, zgrzyt zamka. Ktoś tu jest. Oczy zalśniły niebezpiecznie, muzyka natychmiast ucichła. Musiał uciekać. Chłodne, jesienne powietrze wleciało do sali. Pustej już sali. Ostrożnie zeskoczył z okna na wąski mur, przebiegł kilka metrów, skoczył na dach. Skok, raz, dwa, trzy, stop. Najpierw w prawo, na dach domu staruszki z białym kotem, potem w lewo, po dachu starego magazynu. Skok, obrót, skręt, stop. Wyuczona droga ucieczki. Czarna sylwetka wyłoniła się zza przystanku, ukradkiem obserwując salę taneczną w starej kamienicy, w której właśnie zapaliło się światło. Nigdy go nie złapali. Nigdy nie złapią. Odetchnął głęboko nocnym, listopadowym powietrzem i spojrzał w ciemne, zasnute chmurami niebo. Póki był wolny, nawet ono wydawało się piękne. Póki tańczył, był wolny.

Cicho zamknął za sobą drzwi i wypuścił drżący oddech. Znów zostawił bluzę w studiu i okropnie przemarzł. Jutro będzie musiał ją wykraść. Przełknął nerwowo ślinę i najciszej jak potrafił przemierzył ukryty w ciemności korytarz. Delikatnie uchylił drzwi od swojego pokoju i uśmiechnął się pod nosem. Na starym, porwanym materacu spał mały chłopiec, szczelnie owinięty kocami. Wszedł głębiej, a zimno ciągnące od szarych, zniszczonych ścian uderzyło go, sprawiając że zadrżał. Przykucnął przy posłaniu i delikatnie odgarnął bratu z czoła zabłąkany kosmyk ciemnych włosów. Poprawił również niebieską, pluszową rybkę imieniem Kokchi, uśmiechając się nieco szerzej. Ryby oraz wszelkie morskie stworzenia były nieodłącznym elementem życia pięcioletniego Mike'a. Pasjonował się nimi od zawsze, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, biorąc pod uwagę wiek chłopca. ''Podwodne'' bajki stanowiły podstawę jego działalności czytelniczej. Cóż, tak właściwie to czytał je Nathan, ale sam fakt, że mały był w stanie przez godziny słuchać informacji z opasłych encyklopedii był wprost niesamowity.

Chłopak westchnął cicho, ostatni raz spoglądając na brata i ruszył do salonu. Mimo że w pozostałej części mieszkania odór alkoholu nie był aż tak wyczuwalny, to z każdym krokiem zbliżającym go do starej kanapy nasilał się. Po drodze najciszej jak potrafił zbierał ze skrzypiącej podłogi puste butelki. Pierwsza, druga, ósma, jedenasta... Wrzucił je wszystkie do czarnego worka i szybko posprzątał resztę pomieszczenia. Brudne ubrania zaniósł do łazienki, a brązowe panele wyczyścił z pozostałości rozlanego wina. Na samym końcu skierował się do wspomnianej wcześniej kanapy i przetarł dłońmi zmęczoną twarz. Bob Bell - nieszczęsny pijak niechybnie będący jego ojcem. Obrzucił go oceniającym spojrzeniem i wykrzywił usta w nieprzyjemnym grymasie. Podobne do jego własnych oczy były teraz ukryte pod zmarszczonymi, sinymi powiekami. Wyblakła skóra, przerzedzające się ciemnobrązowe włosy z prześwitami siwizny oraz bijący od niego smród wprawiały Nathan'a w dziwny stan bezsilności. Niby był do tego przyzwyczajony, a jednak bolało. Świadomość, jak bardzo ten człowiek niszczy życie sobie, jemu i Mike'owi. Nie pracował, nie zarabiał pieniędzy, nie sprzątał i nie pomagał w żaden inny sposób. Chłopak zazwyczaj starał się nie zauważać go w swoim życiu, ale niekiedy było to ciężkie. Nienawidził go. Nienawidził z całego serca i życzył mu wszystkiego, co najgorsze. Słyszał kiedyś, że rodziców kocha się mimo wszystko - co za nonsens. Nie pamiętał, by kiedykolwiek czuł do ojca coś choć odrobinę podobnego do miłości. Kiedy był mały, bardzo się go bał, potem wahał się w swoich stosunkach do niego, by ostatecznie mieć do niego ogromny żal. Teraz go nienawidził. Może byłoby inaczej, gdyby Bob zmienił się po odejściu matki, ale to jedynie bezsensowne gdybania. Zawsze był takim... dnem, marginesem społecznym i pociągnął ich za sobą. Nie pamiętał z tamtych lat zbyt wiele, ale był pewny, że ojciec bił matkę. Bił... On ją katował, a ona wcale nie była lepsza. Też piła, a w dodatku puszczała się i kradła. Kiedy urodziła Mike'a zwiała z kolejnym fagasem na odchodne zabierając z domu wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Zostali z niczym. Nathan starał się jak mógł, żeby jego braciszek nie odczuł ich sytuacji. Chciał jak najdłużej utrzymywać go w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Że są zwyczajną, kochającą się rodziną. Niestety, Mike nie był głupi i swoje widział. Zaważywszy na to, że chłopiec ma dopiero pięć lat, udawało mu się ukryć przed nim wiele spraw, ale im starszy był, tym nastolatkowi ciężej to przychodziło. Mały zadawał coraz więcej pytań, coraz więcej wiedział i coraz więcej rozumiał. Nie chciał tego. Nie chciał dla niego takiego życia. 

Chłopak pogrążony w zadumie nawet nie zauważył ojca, chwiejnym krokiem przekraczającego drzwi maleńkiej kuchni. Gdy go spostrzegł, od razu odsunął się na drugi jej koniec i ostrzegawczo zacisnął dłoń na patelni, którą jeszcze przed chwilą mył.

- Coo sie szucasz gówniaszu...? - Ledwo zrozumiały bełkot nieco uspokoił chłopaka, bo mężczyzna w tym stanie musiałby się naprawdę wysilić, by zrobić mu jakakolwiek krzywdę. - Gsie....Gdzie są pieniąse? Daj mi je...

- Nie mam pieniędzy - opowiedział spokojnie, na wszelki wypadek nie wypuszczając patelni z dłoni. - Wróć do łóżka.

- Nie bęziesz mi rozkazywał ty...! - Zbyt gwałtowny ruch spowodował chwilową stratę równowagi, toteż mężczyzna w krótkim czasie znalazł się na podłodze. - Ty...

- Wstań i wróć do łóżka. Niedługo muszę wyjść. - Chłopak powoli podszedł do ojca i z niemałym wysiłkiem posadził go na krześle. 

Chciał odejść, ale palce rodzica mocno zacisnęły się na jego nadgarstku, wywołując u niego tym samym ciche syknięcie.

- Pieniąse...

- Jak już mówiłem, nie mam pieniędzy. Puść mn-

- Pieniądze! 

Nim Nathan zdążył się zorientować wylądował na ścianie, a mężczyzna - choć na chwiejnych nogach - stał przed nim, mocno trzymając jego nadgarstki.

- Daj mi pieniądze! Teraz!

- N-nie mam ich. Dam ci je rano... Rano będę miał pieniądze. - Chłopak przełknął nerwowo ślinę.

- Nie inseres...suje mnie to! Daj mi pieniądze! 

- Rano ci je dam, słyszysz? Teraz pójdę, zarobię je i z samego rana ci je d-dostarczę...

- Pieniąse...- Z każdą chwilą siły Bob'a słałby, aż w końcu pozwolił synowi zaprowadzić się z powrotem do łóżka. Kiedy jednak ten odchodził, został ponownie złapany na bolący nadgarstek.

- Masz mi je przynieść, Nath... Bądź dobrym synkiem dla tatusia... Wiesz, że musisz być dobrym synkiem, prawda?...

- Tak, tato.

Chłopak pospiesznie wyrwał rękę z jego uścisku i udał się do łazienki. Tak było za każdym razem. Rzadko kiedy Bob'owi udawało się zrobić mu krzywdę, bo najzwyczajniej po prostu nie był w stanie. Jego groźby jednak od pewnego czasu tyczyły się Mike'a, a na jego krzywdę brunet nie pozwoli. Raz, jeden jedyny raz ojciec podniósł rękę na chłopca, a Nathan w amoku przypalił mu dłoń żelazkiem. Potem oczywiście sam dał się pobić, by cała sytuacja została uznana za niebyłą, ale dwa istotne fakty zostały wyciągnięte przez starszego mężczyznę. Bob wiedział już, że Mike jest najczulszym punktem chłopaka i nie wahał się przed wykorzystaniem tego. Poznał jednak również drugą stronę Nathan'a i był pewien, że ten w skrajnej sytuacji pozbawiłby go życia bez mrugnięcia okiem. Te dwie uwagi spowodowały jawną manipulację nastolatkiem, ale też większą ostrożność względem niego. Nathan był szczupły i bardzo młody, ale nie był bezbronny. Był sprytny, szybki i niezwykle inteligenty, co nie raz i nie dwa pozwalało mu wygrać potyczki z rodzicem. Mimo wszystko w sytuacji szantażu to wszystko stawało się bezużyteczne, gdyż przemawiała przez niego jedynie troska o młodszego brata. On był najważniejszy.

Dlatego też zdecydował się na to, co robił obecnieNie była to dla niego łatwa decyzja i przepłakał naprawdę wiele nocy, ale cały czas wmawiał sobie, że tak właśnie trzeba. Nie ma szybszego sposobu na zdobycie takiej ilości pieniędzy. Jakiś czas temu myślał nawet o kradzieży, ale szybko wybił to sobie z głowy. Po pierwsze, nie chciał uciekać się do przewinień na taką skalę, a po drugie... co, gdyby go złapali? Nie mógł sobie na to pozwolić, nie mógł zostawić Mike'a. 

Z tą myślą pół godziny później wyszedł z mieszkania i zamknął drzwi. Po dokładnej kąpieli ubrał się i umalował, a ciemne włosy roztrzepał. Jego typowy rytuał, odbywany ze łzami w oczach średnio dwa razy w tygodniu. Dalszymi jego punktami było dojście na piechotę pod Ample Town - jeden z bardziej ekskluzywnych hoteli w mieście - i zajęcie swojego stałego miejsca w ciemnej uliczne tuż przy placówce. Czarne, skórzane spodnie ze srebrnymi naszywkami na udach i kolanach, ciemnofioletowa, nieco za krótka koszulka, szary płaszcz, na rękawach i kołnierzu zmieniający się w futro i podkreślone czarną kredką magnetyzujące oczy. Takiego go lubili. Takiego go chcieli. Mimo że Nathan brzydził się sam siebie i nienawidził ubrań, które miał na sobie, wiedział, że nie będzie stał pod budynkiem zbyt długo. Podobał się i zdawał sobie z tego sprawę. Głodne oczy obrzydliwie bogatych, obleśnych starców pożerały jego ciało. Wielu jednak nawet nie skręcało w uliczkę, odchodząc z grymasem na twarzy i rozmarzonym spojrzeniem. Był drogi, bardzo drogi i sam sobie wybierał klientów. Ukrywał swój wiek, status i wszelkie dane oraz oczekiwał godziwej zapłaty. Po pół roku zarabiania w ten sposób wiedział, że mógł sobie na to pozwolić. I zgodnie z oczekiwaniami po niespełna dziesięciu minutach podszedł do niego wysoki, czterdziestoletni mężczyzna. Każdy bez wyjątku byłby w stanie stwierdzić bez wątpienia, że facet należy do najwyższej elity. Jego garderoba, sposób poruszania się i posrebrzana laska mówiły same za siebie. Marcus McDancy był właścicielem jednego z najlepiej prosperujących kasyn w kraju, a prócz tego posiadał jeszcze dwie osobne firmy. Był cholernie bogaty, wykształcony, nawet przystojny oraz... bogaty i właśnie dlatego od przeszło sześciu miesięcy jest stałym - najlepiej płacącym - klientem Nathana.

- Czekałem wczoraj - mruknął mężczyzna od razu chwytając chłopaka w pasie i przyciągając do siebie.

- Wczoraj nie mogłem, Marc. Dzisiaj za to... - westchnął teatralnie, ze sztucznym uśmiechem zarzucając ręce na ramiona mężczyzny. -...jestem tylko twój.

Słowa te stały się najwyraźniej wystarczającą zachętą, by jak najszybciej udać się do stale wynajmowanego przez mężczyznę pokoju w Ample Town. Noce z Marcusem były dla niego o tyle dobre, że nie musiał się niczego obawiać. Mężczyzna nie szukał u niego zwierzęcego upustu dla swojej żądzy, ale zwyczajnego zaspokojenia głęboko skrywanych potrzeb. McDancy był nieszczęśliwym mężem młodej modelki, która - jak łatwo się domyślić - była z nim jedynie ze względu na zawartość jego portfela. Swoje rozgoryczenie zatapiał w alkoholu, hazardzie i młodych chłopakach, gdyż - jak wspomniał mu jakiś czas temu - był gejem odkąd sięgał pamięcią. Nigdy nie wymagał od niego nie wiadomo jakich dziwactw i zawsze dbał o jego samopoczucie, oraz zapewniał wszelkie potrzebne do stosunku rzeczy najwyższej jakości. Chłopak był mu za to naprawdę wdzięczny i cieszył się, że to właśnie na niego trafił za pierwszym razem. Jak się potem okazało, nie każdy był tak łaskawy i delikatny jak Marc.

Z rozmyślań wyrwał go dźwięk otwierających się drzwi łazienkowych. Spojrzał w tamtym kierunku i posłał mężczyźnie lekki uśmiech. Mimo że nie musiał przy nim grać, nie chciał się zbytnio otwierać. Czuł się już wystarczająco nagi - dosłownie i w przenośni. Marcus podszedł do niego i przysiadł na skraju łóżka, począwszy powoli gładzić jego nagie udo. Za każdym razem wyglądało to podobnie. Kiedy przychodzili do pokoju, mężczyzna brał szybki prysznic, a Nathan w tym czasie rozbierał się i wygodnie umiejscawiał w ogromnym łożu, psychicznie nastawiając się na to, co niebawem miało nadejść. McDancy zawsze opuszczał łazienkę w hotelowym szlafroku, narzekając na zbyt duże ręczniki i to, że nie jest w stanie owinąć takiego wokół bioder. Ogólnie rzecz biorąc Marc był naprawdę przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną. Był też całkiem w porządku facetem i gdyby nie brać pod uwagę okoliczności oraz jego zamiłowania do hazardu, alkoholu i wieku, nastolatek mógłby go nawet polubić. 

Westchnął cicho, kiedy wilgotna dłoń mężczyzny powędrowała na jego pośladki, by zaraz potem zagłębić się między nimi. Starał się wyłączyć umysł, nie myśleć o tym. Odpływał do innej, jedynie jemu znanej krainy, w której był naprawdę szczęśliwy. Siedział na miękkim kocu, rozłożonym na złocistym piasku. Naprzeciw roześmiany Mike zajadał ciasto czekoladowe, uważając na złośliwe podmuchy delikatnej bryzy, które znosiły piach na jego talerzyk. Zerkał na niego co jakiś czas i za każdym razem widział szeroki uśmiech ozdabiający jego twarz. On sam czuł rozluźniony i bezpieczny, a silne ramiona czule oplatały go w pasie. Był wolny. Nie było żadnych trosk i problemów. Nie było nienawiści, smutku, kłamstw i złudnej nadziei. Mógł śmiało patrzeć przed siebie i podziwiać przepiękny zachód słońca, wiedząc, że jutro będzie dla nich jeszcze piękniejszy... A kiedy się budził, było już po wszystkim. Leżał nieruchomo na hotelowym łóżku, w tle znów słysząc szum wody dochodzący z łazienki. Wybudzając się z transu, rzucał wzrokiem na zegar, na swoje ubrania przewieszone przez oparcie fotela i na wypchaną pieniędzmi kopertę, leżącą na niskim, szklanym stoliku. I w takich chwilach, choć nie wiadomo jak bardzo by się starał, nie mógł powstrzymać jednej, zbłąkanej łzy, powoli spływającej po jego bladym policzku. 




8 komentarzy:

  1. Bardzo dobry początek ;). Ciekawy i zachęcający do czytania dalej. Popełniasz trochę błędów (kąt nie kont do prostytutki biedy! xD), ale nie są bardzo rażące i stanowczo nadrabiasz treścią. Bardzo przyjemnie mi było przeczytać Twoją pracę po kalekach językowych na jakie ostatnio trafiam ;).

    Pozdrawiam i weny życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz i szczerą - mam nadzieję - opinię. Jeśli chodzi o błędy, to z pewnością byłoby ich więcej, gdyby tekst nie został wcześniej sprawdzony przez Pats ( chyba zapomniałam wspomnieć o tym na górze, jak to mam w zwyczaju ), ale człowiek sprawdzający rozdziały to nadal tylko człowiek - nie jest nieomylny. Odpowiadając na twoje pytanie zawarte w komentarzu poniżej, jest to sprawa dosyć dyskusyjna, haha. Każdy rozdział będzie posiadał podobny tytuł, nie zawsze do końca jasny dla czytelnika. O co chodzi autorowi tekstu? Tajemnica. Każdy zrozumie to na swój sposób. Może chodziło o marzenie? O nadzieję Nathan'a? O nadzieję nadejścia wschodu, podczas gdy w jego życiu ( jak i w tym rozdziale ) wszystko pożera ciemność. A może chodziło po prostu o początek? Początek nowej historii, która niczym nowy dzień rozpocznie się wschodem słońca? Kto wie...

      Pozdrawiam cieplutko,

      Joyssli

      Usuń
    2. Nie przejmuj się, jestem czepliwym faszystą, chociaż sama sporo błędów popełniam ;). Sam fakt, że zdajesz sobie sprawę ze swoich i dajesz pracę do sprawdzenia przed publikacją, dużo mówi o Twoim szacunku do czytelnika ;). W końcu co dwie głowy to nie jedna!

      Jeśli z każdego tytułu da się coś wyciągnąć, będę tylko i wyłącznie zadowolona ;).

      Pozdrawiam,
      A.

      Usuń
  2. Tylko jedno - gdzie ten wschód słońca? xD
    Bo akcja odcinku nie dobrnęła do świtu, zarówno w otoczeniu jak i życiu głównego bohatera ;P.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow czytałam twoje wcześniejsze opowiadanie i muszę przyznać ze to mnie już po pierwszy mm rozdziale (jak zresztą tamto tak samo) urzekło. Jakoś tak wprowadziło mnie w pewnego rodzaju melancholię. Wschód O którym wspomniałaś,zastanawiam się gdzie on był. Chociaż dość trudno jest umieścić go w tego typu opowiadaniu. Kojarzył mi się z tańcem na samym początku i powrotem Nathana do domu, do młodszego brata.
    Pozdrawiam
    Mishinaru hito

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawet nie wiesz, z jakim dzikim entuzjazmem zabrałam się do czytania. I mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie zawiodłam się :*
    Piszesz świetnie, dałaś radę przestawić się na zupełnie inny rodzaj opowiadania, dostosować do niego swój styl już przy pierwszym rozdziale. To, co przeczytałam jest przerażająco prawdziwe. Tak prawdziwe, że człowiek czuje się, jakby był cieniem bohatera i przeżywa wszystko razem z nim. Czytałam już wiele opisów patologii w takich opowieściach, ale jeszcze nigdy tak mocno to do mnie nie dotarło. Punkt dla Ciebie ;) Od czasu do czasu zdarza Ci się tak napisać jakiś fragment, że brzmi jak poezja i tajemna wiedza naraz. Tym razem też się taki, moim zdaniem, trafił.
    "Odetchnął głęboko nocnym, listopadowym powietrzem i spojrzał w ciemne, zasnute chmurami niebo. Póki był wolny, nawet ono wydawało się piękne"- coś mnie w tym urzekło. Może dlatego, że wolność jest dla mnie najważniejszą wartością w życiu, więc... Masz moje serce w garści przez ten fragment ;')
    Czekam na kolejny rozdział i trzymam kciuki!
    ~Rebeliousbat

    OdpowiedzUsuń
  5. O ja :o No nieźle. Współczuję głównemu bohaterowi. Szkoda, że tak mu się trafiło, ale przynajmniej ma brata, który z pewnością bardzo go kocha. Nie mogę się doczekać jak akcja dalej się rozwinie. Świetny początek. Weny ❄⛄
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    początek jedt bardzo interesujący tej historii,  zastanawia mnie czy nikt się nie interesuje co dzieje się w tej rodzinie? a postacie mi się bardzo podobają...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń