niedziela, 27 listopada 2016

2. Daylight



Hej wam! Dzisiaj spędzimy poranek razem z Nathanem i trochę poznamy Mike'a oraz Tomasa. Zauważalna jest ''niewielka'' zmiana słownictwa, więc...Cóż, sami oceńcie!


Sprawdzone przez Past ^^

Miłej lektury,


Joyssli

Daylight
Światło dnia


Niechaj światło dnia rozproszy cień
i nową zasieje nadzieję.



Nathan szybko przełożył skwierczące jajka na talerz, starając się w tym samym czasie pilnować przypalającego się już bekonu.

- Mike! Mamy piętnaście minut spóźnienia! Pośpiesz się! - wydarł się, wyłączając gaz i stawiając talerz na stole.

Poranki chłopaka zazwyczaj bywały nieco mniej chaotyczne, ale miał za sobą naprawdę ciężką noc. Kiedy wyszedł z hotelu, dochodziła pierwsza w nocy, a zanim dotarł do domu i przygotował się do snu, było już kilka minut po drugiej. Zwykle pobudka około piątej nad ranem pozwalała mu zaplanować dobrze dzień, wziąć kąpiel, pójść na zakupy, zrobić śniadanie, odrobić lekcje i spakować się do szkoły, odprowadzić Mike'a... Tym razem jednak nie wyszło - zaspał. Obudził go dopiero Gus, kiedy to o godzinie wpół do siódmej zaczął domagać się posiłku. Teraz był gadzinie niezmiernie wdzięczny, bo pewnie przespałby kolejne kilka godzin.

- Nie musisz krzyczeć, przecież tu stoję - mruknął marudnie chłopiec i zajął miejsce na drewnianym taborecie - A gdzie twoje śniadanko?

- Już jadłem - mówiąc to, posłał mu lekki uśmiech.

Oczywiście wcale nie było to prawdą. Niekiedy nastolatek po prostu nie miał pieniędzy na wystarczającą ilość jedzenia, więc sam z niego rezygnował. Mimo że wczoraj zarobił sporą sumę pieniędzy, przeznaczona ona była na dużo ważniejsze - jego zdaniem - sprawy, niż jego wyżywienie. Plus był taki, że ojciec chłopka raczej nie opróżniał ich spiżarni. Wbrew pozorom dostawali od państwa naprawdę sporą, jak na ich obecny stan, sumę i zważywszy na to, że wszystko zagarniał rodzic, mógł być spokojny o swoje fundusze, wyżywienie czy inne rzeczy materialne. Sytuacje takie jak wczorajsza miały miejsce jedynie pod koniec miesiąca, kiedy Bob przepił już wszystko, co zostało mu dane. Przez te kilka dni korzystał z lodówki i brał pieniądze od Nathana, ale - jak już zostało wspomniane - nie trwało to długo. Jego męka miała skończyć się niestety dopiero za dwa dni, gdy stary Bell uda się po "swoją" należność. Poprzedniej nocy chłopak zostawił mu niewielką część zarobionej sumy, a potem usłyszał jeszcze skrzypienie podłogi i trzask drzwi. Kolejnym plusem, prócz nie wtrącania się w zarobki i ogólne życia chłopaka, był fakt, że rodzic naprawdę często opuszczał dom. Można by nawet rzec, że rzadko w nim bywał. Wychodził najczęściej nocą, lub gdy obaj z Mike'em byli w szkole, a wracał następnego dnia pod wieczór i przesypiał resztę dnia, by w nocy znów wyruszyć. Taki stan rzeczy był nastolatkowi jak najbardziej na rękę i miał nadzieję, że nie zmieni się jeszcze przez dłuższy czas.

- Nie jadłeś. Nie ma talerza - Mike ziewnął szeroko i przetarł piąstką zaspane oczy.

Zawsze był spostrzegawczy. Nathan niejednokrotnie zastanawiał się, po kim tak właściwie odziedziczyli geny. Jeśli chodzi o wygląd, owszem, byli całkiem podobni do swoich rodziców, ale jeśli wziąć pod uwagę charakter czy umiejętności... Chłopak nie przypominał sobie, by jego ojciec wykazał się kiedyś jakimkolwiek zasobem inteligencji, a matki, chociaż nie bardzo pamiętał, nawet nie brał pod uwagę. W każdym razie mógł nieskromnie stwierdzić, że Mike jak i on sam byli naprawdę zdolni. Chłopiec wybijał się wiedzą i umiejętnościami spośród swoich rówieśników i niezwykle szybko przyswajał informacje, przez co nauczyciele często go chwalili i chętnie wysyłali na przeróżne konkursy. Otrzymywał też wiele nagród pieniężnych, za które Nathan mógł potem opłacić mu wycieczki, czy kupić artykuły szkolne. Mały mógłby spokojnie przeskoczyć klasę, ale po rozmowie z psychologiem okazało się, że zbyt trudno nawiązuje kontakty i przyzwyczaja się do nowego otoczenia. Teraz miał kilku kolegów i czuł się w szkole dosyć swobodnie, a Nathan nie miał zamiaru mu tego odbierać. Poza tym, obecna wychowawczyni Mike'a była z wykształcenia biologiem i głównie za to chłopiec tak bardzo ją lubił. Była to już starsza, acz przesympatyczna kobieta, a ze względu na swój wolny czas i wiedzę na interesujące pięciolatka tematy, często po zakończeniu lekcji zostawała z nim w szkolnej świetlicy. Nastolatek zazwyczaj był wtedy w pracy i nie miał możliwości przyjścia po niego, a Marry - bo tak miała na imię owa staruszka - zawsze twierdziła, że lepiej żeby się chłopaczyna czegoś dowiedział, niż przez kilka godzin układał klocki. Na koniec dodawała jeszcze, że ona i tak nie ma nic lepszego do roboty, a przez przekazywanie wiadomości i dzielenie się pasją z młodymi czuje się spełniona. Dlatego chłopak nie oponował i niejednokrotnie odbierał Mike'a dużo później niż wstępnie się umawiali, gdyż otrzymywał od Marry telefony informujące go, że chłopcu wcale się do domu nie śpieszy. Czasem rozmawiał też z nim samym, a słysząc jego zadowolenie nie miał serca przerywać mu świetnej zabawy.

- Tommy dzwoni - poinformował go chłopiec, w jednej dłoni trzymając jego stary, zniszczony telefon, a drugą ostrożnie wstawiając talerz do - jeszcze nieco przerastającego jego wzrost - zlewu.

- Uch, no tak. Już po siódmej. Leć po plecak. Raz, raz! - Dopił resztkę stygnącej kawy i odebrał od brata brzęczące urządzenie.

- Ileż można czekać, aż jaśnie książę odbierze?

Głos Tomasa rozbrzmiał w jego uszach i przywołał na twarz krzywy uśmiech. Został ''księciem'' już podczas ich pierwszego spotkania, kiedy Nathan jako biedny czternastolatek przyszedł dorabiać w salonie samochodowym, w którym mężczyzna pracował. Przezwisko królewskiego potomka zyskał wcale nie przez niechęć do pracy, czy nieumiejętność wykonywania zleconych mu poleceń, ale przez swoje ruchy. Hils zawsze powtarzał, że chociaż zupełnie się na tym nie zna, nawet on potrafi poczuć bijącą od nastolatka grację. Twierdził, że chłopak urodził się w cholernie nieodpowiednim miejscu i długo tutaj nie pociągnie. Mówił, że tak naprawdę pisane jest mu bogactwo i życie na poziomie, bo wystarczy na niego spojrzeć i już się wie, że koleś ma klasę. Nathan co prawda śmiał się z niego i wykpiwał wszystkie te nonsensy, ale w głębi serca to właśnie było tym, o czym marzył. Mimo swojego obecnego położenia, wchodząc do Ample Town czuł się naprawdę dobrze. Mając nad sobą diamentowe żyrandole, a wokół pozłacane ozdoby widział oczami wyobraźni swoją przyszłość. Większa część obsługi hotelu nigdy nie zwróciła mu nawet żadnej uwagi, choć stroje chłopaka z reguły były raczej niestosowne. Od niego po prostu biła pewność siebie i elegancja, nieważne w co aktualnie był ubrany. Wszystkie swoje fantazje Tomas potwierdzał pasją chłopaka. Niejednokrotnie przekonywał go, że to właśnie na tańcu powinien zarabiać i przy okazji zbijać fortunę. Oczywiście Hils doskonale wiedział, jak przyjaciel zdobywa pieniądze. Wiedział od samego początku. To był jednak jeden z tych tematów, na które się nie rozmawiało. Gdy to wszystko się zaczęło, prosił go, błagał, by dał sobie pomóc, ale Bell był nieugięty i zawsze stawiał na swoim. Potem, po kolejnej już kłótni, stracił cały zapał i choć okropnie się o niego martwił, zwyczajnie odpuścił, cały czas mając nadzieję, że chłopak w końcu znajdzie się tam, gdzie jego miejsce i będzie szczęśliwy tak, jak na to zasługuje.

- Sługa ma czekać tyle, ile pan rozkaże - warknął w odpowiedzi nastolatek, wolną ręką zakładając schodzone, szare trampki.

- Oho! Ktoś tu wstał rano lewą nogą - Właściciel rozbawionego głosu po drugiej stronie słuchawki nawet nie zwrócił uwagi na ostrzegawczy ton chłopaka. - Zaraz będę na miejscu. Niech księciunio zepnie poślady, łapie panicza pod pachę i pędzi na dół, bo za dwadzieścia minut muszę być w pracy.

Lewą nogą... możliwe, a może po prostu Tomas zdążył się już przyzwyczaić. Nathan nie był szczególnie pogodny. Nie był zabawny, rozgadany ani wesoły. Był za to cichy, skryty, sarkastyczny i nieco złośliwy, dlatego też nie miał wokół siebie zbyt wielu znajomych. Ale czy można go za to winić? Niejeden na jego miejscu już dawno by się załamał lub zupełnie zamknął się w sobie. Bell był silny, bardzo silny i miał charakter. Był trochę jak ta skrzynia, o kórej gdzieś tam pisali. Z zewnątrz brudna, zniszczona i obrośnięta bluszczem, jednak w środku... Nathan był cudownym człowiekiem, mimo że sam zupełnie tego nie dostrzegał. Dostrzegał to za to Tomas i dlatego nadal trzymał nad nim piecze, modląc się do wszystkich bogów o lepsze życie dla tego wspaniałego dzieciaka.

- Twoja praca znajduje się dwie minuty drogi od mojej szkoły, Tom. I nie udawaj takiego przykładnego! Ile razy spóźniłeś się w poprzednim tygodniu?

- Wystarczająco dużo, dlatego teraz muszę uważać. Poza tym, podobno ma dzisiaj przyjechać jakaś szycha, a Gerry'ego nie będzie w pracy, więc będę musiał wdziać garniak i go zastąpić.

- Będziesz paradował w firmówce i grzecznie opowiadał kolesiom o każdym aucie, którego cena przekracza ''normę''? - Nastolatek parsknął pod nosem, zakładając bratu ciemnoniebieską czapkę.

- A żebyś wiedział. Wcisnę mu najdroższy model! Może wtedy szefuńcio się nade mną zlituje i da mi jakąś premię - westchnął ciężko, parkując samochód tuż pod kamienicą. - Dobra, złaźcie już. Czekam pod samym wejściem.


- Jasna sprawa - Nathan zakończył połączenie i zarzucił na ramię czarny plecak, który przed dwoma miesiącami upolował w second-handzie dosłownie za gorsze.

Sprawnie zamknął mieszkanie i zbiegł na dół, zerkając co chwilę na lekko uśmiechającego się brata. Mike naprawdę lubił swoją szkołę i gdyby nie wczesne pobudki, nie miałby do niej żadnych zastrzeżeń. Po niespełna minucie byli już na dole i podziwiali "cudo" stojące przed wejściem. Nathan zagwizdał cicho, a pięciolatek prędko podbiegł do kierowcy.

- Tommy! Naprawę się nim przejedziemy?! - Chłopiec niemal skakał ze szczęścia, oczami wyobraźni widząc miny kolegów.

- Przecież obiecałem, nie młody? - Mężczyzna potarmosił najmłodszego Bella po głowie i pomógł mu wsiąść do środka.

- Szef pozwolił ci go wziąć, prawda? - Chłopak zapytał nieco powątpiewająco, ale w ostateczności zajął swoje miejsce i zamknął drzwi. Nie znał się na samochodach, ale ten był raczej sportowy i z pewnością cholernie drogi.

- No jasne! Znaczy wiesz, łatwo nie było, ale w końcu się zgodził. Powiedział, że i tak trzeba go przetestować na mieście. - Tomas ostrożnie ruszył i skierował się w stronę szkoły Mike'a. Był z siebie niezwykle zadowolony i ani myślał tego ukrywać. - Przez kolejny tydzień będę sprawdzał auta po naprawie, więc należy mi się trochę luksusu. Chociaż wczoraj skończyliśmy robić starego mercedesa, to też będzie niezła jazda, nie młody?

- Tak! Tony będzie jęczał z zazdrości!

- Michael! - upomniał go starszy brat, a Tomas parsknął śmiechem.

- Możesz wpaść do nas po lekcjach i mu o tym opowiedzieć. Ostatnio strasznie gra mi na nerwach - mruknął już bardziej sam do siebie i zaparkował pod dużą, szkolną placówką - No, lecisz młody. Widzimy się o szesnastej!

- Cześć Tommy! Papa braciszku! - Mike uśmiechnął się szeroko i wysiadłszy z auta, pognał do stojących niedaleko kolegów, chcąc zapewne upewnić ich, że to właśnie on przyjechał tym cackiem.

- To na pewno w porządku? Był u was wczoraj, Tom. Nie chcę-

- Daj spokój Natt, jeden urwis w tą czy w tamtą. Dzieciaki i matula naprawdę go uwielbiają, to żaden problem. Oddam ci go pod wieczór, hm? Nie dziękuj - Dodał prędko, widząc, że chłopak chce otworzyć usta. - A tak w ogóle, JD wraca za dwa dni. Piszesz się na kolejną dziarę?

JD od ponad roku był ich tatuażystą, a przy okazji stał się też dobrym kumplem. Z racji tego, że w zawodzie siedział tak właściwie od szesnastego roku życia, obaj mieli do niego pełne zaufanie. No i połowę tego, co Nathan obecnie miał na ciele, zrobił mu zupełne za darmo, kiedy jeszcze się uczył. Pierwszy raz spotkali się w salonie tatuażu ojca JD, swoją drogą świetnego faceta. Bell miał wtedy zaledwie piętnaście lat i przyszedł jedynie towarzyszyć Tomasowi. Potem zjawił się w studio kolejny raz i kolejny, aż - tak jak Hils - stał się dla JD nie do końca legalnym, żywym płótnem. Zawsze jednak wybierał wzory w jakiś sposób dla niego ważne, a JD w pełni to szanował i według jego wskazówek oraz własnego pomysłu tworzył prawdziwe cuda.

- Nie wiem stary, muszę trochę ogarnąć szkołę. Dzisiaj mam spotkanie z psorką i coś mi się wydaje, że nie będzie kolorowo - westchnął ciężko i wyciągnął z kieszeni nadłamanego papierosa.

- Co, IQ ci spadło? Jesteś pieprzonym geniuszem, do czego może się przyczepić? Ej! Zwariowałeś?! Nie w aucie. - Tomas szybko wyrwał mu szluga i wyrzucił przez okno.

- To był ostatni! - krzyknął rozżalony.

- I bardzo dobrze, masz szesnaście lat.

- Rocznikowo siedemnaście!

- Jesteś za młody na fajki - mruknął, skręcając w ulicę, na której znajdowała się szkoła Nathana i na której przy okazji pracował.

- Tak, jasne. Przypomnisz mi, ile miałeś lat, kiedy zacząłeś jarać? - Chłopak sięgnął po plecak i przedwcześnie przygotował się do wyjścia z samochodu.

- Zbyt mało i do dziś żałuję. Nie popełniaj moich błędów, książę. - Zdążył jeszcze czule poczochrać jego włosy, zanim Bell, udając skrajne oburzenie, wyskoczył w pojazdu, krzycząc jeszcze coś na kształt pożegnania swojego sługusa.

Nathan ostatni raz zerknął na odjeżdżający samochód i wbiegł do szkoły. Miał dwie minuty spóźnienia, a musiał jeszcze zahaczyć o gabinet dyrektorki. Szybkim krokiem przemierzał jasne, powoli pustoszejące już korytarze, starając się przez przypadek nikogo nie potrącić. Miejsce, do którego zmierzał, znajdowało się na piątym, ostatnim piętrze ogromnego budynku. Sylvia Anders Art School była niezależną, prywatną placówką edukacyjną, przyjmującą pod swe skrzydła młodzież w wieku od trzynastu do dziewiętnastu lat. Teoretycznie była szkołą ponadgimnazjalną, ale w jej skład włączono również podstawowe gimnazjum. Po prostu tutejsza młodzież zaczynała naukę rok później, a domniemany college trwał trzy lata. Nauczano w niej wszystkich przedmiotów, jednak szczególny nacisk stawiano na przedmioty ścisłe i dodatkowe kierunki artystyczne. Była możliwość wybrania śpiewu i dykcji, gry na wybranych instrumentach, aktorstwa teatralnego, montażu i filmoznawstwa, historii sztuki, literatury rozszerzonej czy też tańca i choreografii i na ostatnie z nich uczęszczał Nathan. Nauczanie i dyscyplina były tutaj na naprawdę wysokim poziomie i chłopak cudem dostał się do szkoły w połowie zeszłego roku. Ze względu na wyjątkowo dobre wyniki z egzaminów wstąpił do starszego rocznika i radził sobie zaskakująco dobrze. Problem leżał gdzie indziej - pieniądze i dyscyplina. Dotychczas, dzięki licznym stypendiom, nagrodom i sponsorom nie miał problemów z opłaceniem szkoły. Przez ostatnie pół roku jednak wiele się zmieniło. Jego nocne wyjścia i wszystko, co z nimi związane, postawiły spory znak zapytania nad jego przyszłością w SAAS. Coraz częściej spóźniał się na lekcje, nie odrabiał zadań domowych, opuszczał zajęcia. Wiedział, że nie jest dobrze, dlatego stojąc teraz przed pokojem pani Anders, miał złe przeczucia.

- Wejdź Nathanie - Spokojny acz pewny głos przebił się przez ciemne, dębowe drzwi.

Chłopak niepewnie wszedł do środka, z nerwów rozglądając się na boki. Od jego ostatniej wizyty niewiele się zmieniło. Jasne ściany i wykładzina, drewniany regał i biurko w kolorze kasztanowego brązu oraz ściana pełna medali, pucharów, dyplomów i wyróżnień. Wśród nich znajdowało się również kilka należących do niego.

- Chciała mnie pani widzieć - Uśmiechnął się grzecznie i zajął miejsce na beżowym fotelu, naprzeciwko siedzącej za blatem dyrektorki.

- Tak, a ty dobrze wiesz dlaczego - Zmrużyła groźnie oczy, zaplatając ręce na piersi. - Twoja frekwencja od pięciu miesięcy nieprzerwanie spada, tak samo jak twoje oceny. Może w przeciętnej szkole opuszczenie się z A+ na B nie jest niczym szczególnym, ale to nie jest przeciętna szkoła, chłopcze.

- Zdaję sobie z tego sprawę, pani Anders. Postaram się jak najszy-

- Nathan - Kobieta prędko ucięła jego tłumaczenia. - Bez wątpienia jesteś bardzo zdolny i przede wszystkim niebywale utalentowany. Zdecydowanie wykraczasz ponad przyjętą normę i dlatego przez tak długi czas przymykałam oko na niektóre sprawy, jednak wszystko ma swoje granice. Spóźniasz się na zajęcia, nie jesteś przygotowany do lekcji, nie chodzisz na pozalekcyjne próby i NIE przerywaj mi mój drogi - Nieco podniosła głos, widząc, że chłopak chce coś powiedzieć. - Posłuchaj... Znam trochę twoją sytuację i wiem, że jest ci ciężko. Powinieneś jednak pamiętać, że uczęszczasz do niezależnej, nieobowiązkowej szkoły. Masz ukończone szesnaście lat i jeśli stwierdzisz, że to cię przerasta - odejdź. Nie mogę jednak pozwolić na takie zachowania, rozumiesz?

- Tak, tak rozumiem. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy - Bell nerwowo przełknął ślinę i kilkukrotnie skinął głową.

- Mam nadzieję, chłopcze. Masz naprawdę wiele możliwości i szkoda byłoby to zmarnować. Wiem też, że chcesz w przyszłości dostać się do akademii tanecznej Dony Meer, a tak właściwie teraz już Maximiliena Navasa... W każdym razie, drzwi do niej stoją dla ciebie otworem, jeśli tylko popracujesz nad swoją frekwencją - Kobieta westchnęła ciężko, ale na jej twarzy już po chwili zagościł lekki uśmiech. - A propos akademii. W tą sobotę w hotelu Ample Town, może o nim słyszałeś, organizowane jest przyjęcie z okazji przekazana placówki w ręce Navasa. Pojawią się na nim nowi nauczyciele, absolwenci i wiele ważnych postaci ze świata tańca. Ja również miałam się na nie wybrać, jednak czeka mnie w ten weekend konieczny lot do Paryża. Wejściówki z pewnością są dla Dony bardzo cenne, a ja nie chcę jej zmarnować. - Z tymi słowami położyła na biurku pozłacaną kopertę, uważnie zerkając na reakcję swojego ucznia - Już powiadomiłam ją o swojej nieobecności i zapewniłam, że przyślę w zamian odpowiednie zastępstwo.

- A-ale... - Chłopak był przytłoczony taką ilością nieoczekiwanych informacji.

- Liczę na ciebie Nathanie. Och, na przyjęciu obowiązują stroje tematyczne i... a z resztą wszystko masz napisane. A teraz, jeśli wybaczysz, jestem dosyć zajęta... - Porozumiewawczo skinęła głową w stronę dębowych drzwi i zajęła się stosem kartek leżących na biurku.

Nastolatek nieprzytomnie skinął głową i zabrawszy z blatu kopertę, opuścił pomieszczenie. Och, czyli ma problemy z frekwencją i może wylecieć ze szkoły, ale poza tym psorka nadal go lubi i wysyła go na przyjęcie organizowane przez właścicielkę swojej wymarzonej akademii? Niewiarygodne! Niewiarygodne...





3 komentarze:

  1. Szkoda by było gdyby wyleciał z tej szkoły. Mam nadzieję, że uda mu się to wszystko ogarnąć. Nie mogę się doczekać tej imprezy! Coś czuję, że od niej wiele się zmieni i to chyba na lepsze.
    Super rozdział. Nie mogę się doczekać kolejnego. Weny 😘😍

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję bardzo za komentarz!
    Jako że odpowiadam Ci dopiero dziś, zaproszę od razu na kolejny rozdzialik, który pojawi się już jutro około 17 :D

    Trzymaj się cieplutko,

    Joyssli

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    tak bardzo mi smutno, czemu nikt nie pomoże, mam wrażenie, że na tym przyjęciu wydarzy się coś co odmieni jego życie
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń