poniedziałek, 7 listopada 2016

Rozdział 27 I Ostatni I



Witajcie moi drodzy...
W końcu nadszedł ten dzień! Ten cudowny/okropny dzień, w którym kończy się nasza historia. Prawda jest taka, że tak bardzo, jak kocham pisać opowiadanka i tym podobne teksty, tak bardzo do pisania podziękowań się nie nadaję. Wbrew temu, chciałabym jednak ogromnie podziękować wszystkim, którzy dotrwali do samego końca i są tu dziś razem ze mną. Jestem naprawdę szalenie wdzięczna za każdy komentarz, za wszystkie słowa krytyki oraz motywujące opinie i cudowne pochwały.
Chciałabym również przeprosić was za tak duże - niekiedy - odstępy czasowe. Mam ogromną nadzieję, że takie sytuacje będą zdarzały się coraz rzadziej, ale nie chcę wam nic obiecywać. Czasem po prostu nie potrafię wyrobić się podstawowymi obowiązkami, o znalezieniu laptopa w stercie prania już nie wspominając. Powinnam przeprosić was jeszcze za ewentualne błędy. Jest to pierwsze zakończone opowiadanie na tymże blogu, więc proszę was o wyrozumiałość.
Dodam też, że chociaż miewam tysiące nowych pomysłów na minutę, niewątpliwie będzie mi ciężko rozstać się z tą historią. Nie dość, że zapoczątkowała tego bloga, to jest pierwszą po mojej przerwie, powrotem do pasji i wyczekiwanym odnalezieniem weny. Z pewnością będę wspominać ją jeszcze przez długi czas.
Pragnę również poinformować tych, którzy mają jeszcze jakieś wątpliwości - TO NIE KONIEC! Z bólem serca rozstajemy się z ''Island to find'', ale niebawem przyjdzie czas na radowanie się i powitanie kolejnej historii! Myślę, że po góra dwóch tygodniach przywitacie nowych bohaterów i jakiś wstęp.
Jak już mówiłam, do pisania podziękowań i pożegnań/zakończeń to ja się nie nadaję, więc nie będę was dłużej męczyć. Mam jedynie jedną prośbę - OGROMNIE PROSZĘ WSZYSTKICH TYCH, KTÓRZY DOTRWALI TO TEGO MOMENTU O POZOSTAWIENIE PO SOBIE JAKIEGOKOLWIEK KOMENTARZA, chociażby w postaci ''przeczytałam/em"

Obowiązkowo i przede wszystkim stokrotne dzięki cudownej Pats, która - ku memu zdziwieniu - od przeszło roku użera się z moimi przepełnionymi błędami pracami. Naprawdę podziwiam to, że jeszcze nie znudziło Ci się poprawianie w kółko tych samych niedociągnięć oraz biję pokłony dla twojej cierpliwości - czekania na rozdział czort wie ile, by w końcu dostać go do sprawdzenia w środku nocy z kilkudniowym spóźnieniem.

Jeszcze raz ogromnie Wam wszystkim dziękuję i pragnę zaprosić was na ostatni rozdział Wyspy Odnalezienia.

Joyssli




Sześć lat później
Zapewne wiele razy czytaliście powieści i baśnie, które pomimo złowieszczych intryg i nieoczekiwanych zwrotów akcji kończyły się dobrze. Z czasem być może stało się to dla was dosyć nudne i nieszczerze, wręcz naciągane. Przecież w życiu nie wszystko kończy się dobrze, czyż nie?

Nazywam się Joe Williams i w tym miejscu chciałbym coś wyjaśnić. Przez wiele lat nie wierzyłem w przeznaczenie, szczerą miłość, bratnie dusze czy wieczne związki. Wierzyłem za to w pieniądze i moc słów - kłamstwo, manipulacje, puste obietnice. Zawsze wydawały mi się być najszybszą i najprostszą drogą do zaznania tego substytutu szczęścia, którym się upajałem. Zawsze też otwarcie kpiłem ze ''szczęśliwych zakończeń'' i byłem zdania, że jedyne szczęście, jakie w ogóle może cię spotkać, osiągniesz tylko dzięki sobie, nie zważając na ewentualne ofiary. Po trupach do celu, nie patrząc za siebie - to wydawało się wtedy takie właściwe. Musiało zdarzyć się naprawdę wiele, żebym w końcu przejrzał na oczy i zrozumiał parę istotnych faktów.


Teraz mam dwadzieścia sześć lat i nadal nie wierzę w przeznaczenie, bratnie dusze i wieczne związki, a pieniądze mają moim zdaniem spore znaczenie. Nie jak dawniej, lecz nadal spore. Jednak po wszystkim, co mi się przydarzyło, niezaprzeczalnie uwierzyłem w szczerą miłość i straciłem zainteresowanie obłudną. Temat szczęścia nadal jest dla mnie czymś... niezrozumiałym. Bo czym tak właściwie jest szczęście? Wielu pyta i nie może znaleźć odpowiedzi. Czasem wydaje nam się, że doskonale wiemy, co jest dla nas najlepsze. Dążymy co wyznaczonych sobie celów i wmawiamy sobie - nie zawsze słuszne - prawdy. Często sami wprowadzamy się w błąd i obieramy niewłaściwy kierunek. Wtedy przewrotny los postanawia uświadomić nam nasze błędy, choć robi to niekiedy w sposób nie do końca taki, jaki sobie wymarzyliśmy. Życie zmienia bieg w najmniej oczekiwanym, jednak w najwłaściwszym momencie, wystarczy to zrozumieć. Nie możemy szukać szczęścia ani w sposób nader egoistyczny, ani na siłę, wbrew wszystkiemu innemu. Prawda jest taka, że chociaż stanęlibyśmy na głowie czy nawet i rzęsach, nie damy rady osiągnąć szczęścia sami. Ani sami, ani samotnie, o tym również należy pamiętać. Możemy się do tego nie przyznawać, ale w głębi serca potrzebujemy być kochanymi i kochać. Potrzebujemy choć jednego uścisku, pocałunku czy czułego spojrzenia. Potrzebujemy ciepła i poczucia bezpieczeństwa. I owszem, my możemy bez tego funkcjonować, ale szczęście - nie. Szczęście potrzebuje odpowiednich warunków, by zaistnieć. Dla każdego warunki są inne, dlatego nigdy nie wzorujcie się na innych. Jednak wymienione powyżej dwie zasady dotyczą każdego z nas. Nie możecie też zrozumieć tego źle, samotność niekiedy jest bardzo potrzebna, upór i wytrwałość nie są synonimami dążenia do celu ''po trupach''. Szczęście jest bowiem pojęciem względnym, przez każdego rozumianym inaczej - tego jestem absolutnie pewien.

Moja definicja szczęścia? Prócz wyżej wymienionej, nie jestem w stanie jej określić. Szczęście ma tak wiele odsłon, tak wiele wcieleń i tak wiele rzeczy, przeżyć i emocji się na nie składają, że niemożliwym jest jasne określenie definicji swojego szczęścia. Czułem szczęście w wielu momentach mojego życia, za każdym razem inaczej. Są jednak chwile, które bezsprzecznie mógłbym podać jako ''przykłady mojego szczęścia''...


6 lat wcześniej


Minął wiek? Rok? Nie. Minęła wieczność. Ostatni raz widział Chrisa 53 dni temu, co zdecydowanie było wiecznością. ''Widział'' oczywiście również nie można brać zbyt dosłownie, ponieważ każdej nocy, gdy kładł się do łóżka, już doskonale wiedząc, że nie zaśnie zbyt prędko, widział go. Widział go w swoich wspomnieniach, w swoich snach, w odbiciu na tafli wody, a przede wszystkim widział go w swoich marzeniach. Chciał go przy sobie, pragnął go i tęsknił za nim. Nie wstydził się tego i bez wahania przyznawał się, że nie potrafi pogodzić się z jego brakiem.

Nie żałował swojej decyzji i nie myślał o powrocie. Zbyt wiele zrozumiał, by teraz popełnić kolejny błąd. Jednak nabyta wiedza i jego zmiana wcale nie pomagały pozbyć się bólu. A bolało cholernie...

Nigdy nie miał przyjaciół, wiedział to. Nigdy też nie doświadczył prawdziwej miłości, ciepła ani poczucia bezpieczeństwa i właśnie dlatego nie miał zielonego pojęcia, że czegoś mu brakuje, aż do teraz. Teraz... teraz dopiero zrozumiał sens i znaczenie słowa ''samotność''. Kiedy już doświadczył tego wszystkiego, kiedy poczuł szczęście i wszystko to zostało mu brutalnie odebrane, był prawdziwie samotny.

Kolejną, naprawdę potworną rzeczą była przerażająca pustka, której nie potrafił w żaden sposób zapełnić. Nie był nawet pewien, czy chciał. Nie był już tym samym chłopakiem, owszem. Dorósł, zmężniał, wydoroślał i - jak już zostało wspomniane - naprawdę wiele zrozumiał. Dlatego też nie zamknął się w domu na cztery spusty, nie płakał w poduszkę całymi dniami ani nie miał niepokojących myśli. Codziennie wstawał o świcie i wychodził biegać, jeździł do sklepów po świeże zakupy, odwiedzał parki i często ćwiczył na łonie natury. Ale to wszystko wcale nie zmniejszało jego bólu, jedynie go potęgowało. Dlaczego? Bo wszystkie te rzeczy, wstawanie tak wcześnie, wysiłek fizyczny i zdrowa żywość były cholernymi przyzwyczajeniami, które jedynie potęgowały jego tęsknotę.

Chociaż bardzo się starał, był w naprawdę kiepskim stanie psychicznym. Nie utrzymywał już kontaktu z dawnymi znajomymi, a nawet ojciec na jego powrót zareagował mało entuzjastycznie. Co prawda zrobił się kilkudniowy szum, a i gazety nie musiały szukać nowych tematów na nagłówki, ale wszystko ucichło tak szybko, jak się rozniosło. Dostał co prawda masę zaproszeń na przeróżne zgromadzenia i przyjęcia oraz wiele propozycji wywiadów, ale na wszystko odpowiadał stanowczym ''NIE'', toteż okupujący jego dom dziennikarze prędko sobie odpuścili. Słowem: nie wypowiedział się na temat swojego zniknięcia i wiele osób nadal było tym szalenie zainteresowane, ale nieszczególnie zwracał na to uwagę. Prawdę mówiąc, piekielnie żałował teraz swojej pozycji i rozpoznawalności, a nawet postanowił z niej zrezygnować. Nie tylko ze względu na rozgłos, ale na samego siebie. Postanowił już kilka dni temu, że pieniądze przeznaczy na działalność ''Obozu rozbitków'' kapitana Jeffersona i na dom dziecka w sąsiedniej dzielnicy. Ten dom pozostawi takim, jakim go zastał w dniu wyrzucenia go z rodzinnego domu. Nie obchodziło go, co ojciec z nim zrobi. Za fundusze, które mu pozostaną, kupi sobie niewielki dom, może gdzieś na obrzeżach... Albo nawet wyjedzie z kraju? Tego jeszcze nie wiedział. Na pewno pójdzie do pracy, a potem...

Z rozmyślań wyrwał go dźwięk dzwonka, przez który na moment zamarł. Odkąd wrócił słyszał ten dźwięk tylko raz - gdy odwiedził go listonosz z masą dokumentów dotyczących zaległych spraw, których przez rok nieobecności nazbierało się naprawdę sporo. Ale dziś z pewnością nie był to listonosz, co potwierdzał nawet sposób dzwonienia. Komuś chyba naprawdę bardzo zależało na tym spotkaniu, bo irytująca melodia i pukanie roznosiły się po domu od kilku minut. Chwiejnym krokiem zszedł na dół i stanął przed drzwiami, niezwykle powoli odblokowując zamek, a kiedy w końcu je otworzył...


Teraźniejszość


- Witaj księżniczko - Przyjemnie ochrypły głos rozbrzmiał mu tuż nad uchem, wypowiadając właśnie te słowa.

Obrócił się na krześle i zaplótł ramiona na szyi mężczyzny, już po chwili rozkoszując się szorstką strukturą jego warg.

Tak, szczęście, jakie ogarnęło go tamtego dnia było wręcz nie do opisania i zostało w nim na wiele, wiele dni. W pewnym sensie trwa ono do dziś, bo przecież to Chris je przywiódł, a był tu nadal. Tak więc Joe mógł nadal pławić się w swoim szczęściu, schowany w bezpiecznych ramionach bruneta.

- Jesteś dużo wcześniej - mruknął, w końcu odrywając się do jego ust i spoglądając w ciemne oczy.

- Całe zajście okazało się niestety pomyłką, a poza tym... - Ponownie pochylił się i musnął usta blondyna - ...bardzo się stęskniłem.

Kiedyś Black niezwykle rzadko opuszczał dom na całe dnie, jednak z czasem, gdy stawał się w swoim środowisku coraz bardziej rozpoznawalny i szanowany, również więcej osób pragnęło zasięgnąć u niego rady lub prosić o pomoc. Teraz zdarzało mu się wyjeżdżać nawet na kilka tygodni, ale Joe, widząc jaką radość sprawia mu praca, nie ma serca nawet wyrażać swojego częściowego niezadowolenia. Poza tym, Chris zawsze pyta się go o zgodę i mimo tych wyjazdów, na brak uwagi z jego strony też nie może narzekać... No i tak naprawdę nie ma żadnych ''ale''. Cieszy się szczęściem swojego partnera i stara się go wspierać jak tylko może. Pierwsze lata były dla bruneta naprawdę ciężkie, dlatego Williams był w siódmym niebie, kiedy Black oświadczył mu, że zdecydował się przyjąć zlecenie od pewnej organizacji zajmującej się zoologią. Po jakimś czasie Chris Black stał się szanowanym zoologiem - szczególnie w nauce teriologii i entomologii - oraz botanikiem. Rośliny okazały się być mu dużo bliższe niż obaj podejrzewali, a dawanie wykładów z taksonomii stało się jego sposobem zarabiania na życie i spełniania się zawodowego. Dwa dni temu na przykład zmuszony był polecieć do Nowego Yorku, gdzie od przeszło dwóch lat współpracuje ze światowej sławy zakładem farmakognozji, w którym to ponoć doszło do przełomu w badaniach nad nowym syropem na kaszel pochodzenia całkowicie roślinnego. Jak jednak stwierdził Chris - całe zajście okazało się pomyłką. Lepiej dla niego. Dostał mężczyznę z powrotem o półtora dnia wcześniej, nie miał zamiaru narzekać.

- Jeszcze piszesz? - mruknął zdziwiony mężczyzna, zerkając na laptopa stojącego przed Williamsem, a w nim otwartą zakładkę ''Wyspa odnalezienia''. - Myślałem, że skończyłeś już wczoraj. Przez przyjazdem Sally...

W tym momencie warto wspomnieć również o nowej pasji Joe'go. Nie przyszła ona od razu, a tak właściwie raptem półtora roku temu. Od samego początku był zdania, że to, co przydarzyło się jemu, co przydarzyło się im obojgu, było czymś doprawdy niesamowitym. Czasem rzucali niezobowiązujące żarty na temat bestselleru, jaki powstałby na podstawie ich historii, aż pewnego dnia postanowił ów bestseller napisać. Trwało to ponad rok, ale kilka dni temu prace dobiegły końca. Teoretycznie. Cóż, Joe nie byłby sobą, gdyby nie wcisnął tam jeszcze jakiegoś głębszego przemyślenia. A tak naprawdę od samego początku zależało mu na tej właśnie głębi. Wiele faktów zataił, wiele przekręcił, ale morał pozostał taki sam. Pozostawało mu jedynie ubrać go w słowa.

- Mhm... już kończę. Nie wyrobiłem się w czasie, a mała nie dała mi nawet sekundy. Nie spała całą noc - Westchnął cierpiętniczo i odwrócił się z powrotem przodem do stołu. - Czasem mam wrażenie, że ona nigdy się nie męczy. Gdyby nie takie chwile jak ta, byłbym tego absolutnie pewien.

- Śpi? - Opowiedziało mu jedynie krótkie skinienie i lekki uśmiech blondyna.


- Poszła spać jak tylko zagroziłem, że do niej nie przyjedziesz. Gdybyś tylko widział jej minę...

- W takim razie kończ spokojnie, a ja idę ją obudzić. Niedługo powinien przyjść Matthew, hm? - Chris złożył delikatny pocałunek na czole ukochanego, po czym cofnął się do wyjścia i oparł o framugę.

- Dziś trochę mu się przedłużyło, będzie dopiero za dwie godziny - Zanim Black zdążył opuścić pomieszczenie, blondyn posłał mu cudowny uśmiech i życzył powodzenia z małą.

Sally była córką Matthew, ich wspólnego przyjaciela i zarazem sąsiada z domku obok. Kiedy kilka lat temu zamieszkali na obrzeżach Denver w stanie Colorado, nie wiedzieli o tym miejscu zupełnie nic. Właśnie wtedy z pomocą przyszedł im Matthew. Pomógł im w przeprowadzce i zaaklimatyzowaniu się oraz po czasie stał się im naprawdę bliski. Podobnie jak oni pochodził z Anglii, a wyniósł się z niej po rozwodzie z żoną. Otrzymał pełne prawa rodzicielskie nad maleńką Sally i wprowadził się do mieszkającej tu samotnie starszej siostry, która zmarła dwa lata temu na ciężką chorobę serca. Od tamtego czasu Matthew wyjeżdżając do pracy, czasem nawet na kilka dni, zostawiał Sally pod ich opieką. Mała mimo swojego wieku sześciu lat jest niesamowicie zdolnym i inteligentnym dzieckiem, którego po protu nie da się przegadać. Od zawsze rozpierała ją energia i przy pierwszym zderzeniu z jej wybuchowym charakterem Joe o mało co nie sfiksował. Jednak po kilku ciężkich próbach dziewczynka sama do nich przybiegała, niekiedy w ogóle nie chcąc wracać do domu. Joe naprawdę pokochał tę małą całym sercem i od jakiegoś czasu zastanawiali się z Chris'em nad... nad ich własnym dzieciątkiem. Może nie byłoby to takie proste, ale gdyby się już zdecydowali nie byłoby łatwo ich powstrzymać. Jakoś daliby radę przekonać do siebie odpowiednie osoby, a potem... potem staliby się cudowną, trzyosobową rodziną. Na razie były to jedynie ewentualne plany na przyszłość, ale za kilka lat... Kto wie?!

Gdy tylko skończył pisanie, obiecując sobie zerknięcie na to wieczorem, zszedł na dół. Krzyki i piski ucichły jakiś czas temu, toteż uznał, że Sally musiała udać się do pokoju spakować swoje rzeczy. Godzina jaką ujrzał na kuchennym zegarze jedynie potwierdziła jego przypuszczenia.

- Co tak cudownie pachnie? - zamruczał z uśmiechem, stając tuż obok siekającego warzywa Chrisa.

- Niespodzianka - odpowiedział mu, zabawnie poruszając przy tym brwiami i wrzucił warzywa do duszącego się już mięsa. Na kuchence znajdowały się jeszcze dwa inne garnki, których zawartości nawet nie próbował się domyślać. - Sally pomogła mi przygotować deser, już chłodzi się w lodówce. Dziś zrobimy sobie małą ucztę. - Wytarłszy ręce w zieloną ścierkę, objął blondyna w pasie, władczo do siebie przyciągając. - Nawet nie wiesz jak bardzo brakowało mi cię poprzedniej nocy...

Joe uśmiechnął się, na sekundę wracając myślami do minionych lat. Kto by pomyślał, że wystarczy zaledwie rok, by jego ukochany dzikus stał się ''typowym facetem''. A mówiąc typowym, wcale nie miał na myśli niczego złego, Chris nadal pozostawał Chrisem, tyle że... wiecznie napalonym. Nie żeby mu to w jakikolwiek sposób przeszkadzało.

- Doprawdy? - Joe oplótł ramionami szyję bruneta i na moment zagryzł kusząco dolną wargę. - A ja uciąłem sobie nocną pogawędkę z Lucasem. Podobno osiągnęli nowy rekord w liczbie gości. Wspaniale, czyż nie? Ach, Nicolas miał do ciebie pewną sprawę. Powinieneś się do niego odezwać. No i Sasza znowu sprawia problemy...

- Tak, co tym razem? - parsknął mężczyzna wyraźnie zirytowany, jednak uśmiech nie schodził mu z ust.

- Kira przesiadywał z młodymi nad nieogrodzonym strumieniem gdzie kręcili się ludzie. Kiedy jakiś mężczyzna chciał dotknąć jednego z nich Sasza pojawiła się znikąd i rzuciła się na niego...

- Ach tak? Ostatnio zdarza jej się to nad wyraz często - mruknął cicho, sunąc nosem po odsłoniętym ramieniu Williams'a.

- Przestań się z tego nabijać, Chris. Dobrze wiem, że nie zrobi nikomu krzywdy, ale facet musiał być przerażony. Nadal pamiętam, jak czułem się za każdym razem, kiedy to na mnie się rzucała.

- Zawsze miała dobry gust. Ale skoro ona jest tak daleko, pozwolę sobie zastąpić ją w ''rzucaniu się na ciebie'' - Z tymi słowami Black pchnął zaskoczonego blondyna na ścianę i zanim ten zdążył zareagować, przywarł gwałtownie go jego ust.

- Umm... Chris... - Joe wzdychał i śmiał się pomiędzy kolejnymi pocałunkami - ...Sally... Ej... Poczekaj!... - Blondyn - z raczej niewielkim przekonaniem - próbował odepchnąć napastnika, a przede wszystkim wyjąć jego ciekawską dłoń spod swojego swetra, ale kiepsko mu to wychodziło. Powstrzymało go dopiero głośne chrząknięcie dochodzące z wejścia do kuchni.

- Wybaczcie, że przeszkadzam, ale nigdzie nie mogłem znaleźć swojego dziecka, jej ubrania leżą porozrzucane przy schodach, a z kuchni dochodził niepokojący zapach pieczonego mięsa... - Matthew uniósł lekko brwi spoglądając na nas znacząco.

- Jak dobrze, że jesteś, Matt. Nie mogłem sob-

- Matthew, przeszkadzasz - Chris nie wzruszony wizytą przyjaciela chciał na powrót wpić się z słodkie usta kochanka, jednak ten umiejętnie mu umknął. - Wszystko popsułeś.

Chris przez te wszystkie lata mieszkania w mieście i współpracy z ogromnymi działalnościami stał się również zdecydowanie bardziej otwarty i... milszy. Określenie ''przyjacielski'' nadal nijak do niego nie pasowało, a zawieranie bliższych znajomości przychodziło mu z niemałym trudem, ale najwyraźniej to już leżało w jego naturze. Blondynowi pozostawało jedynie kochać go takim, jakim jest.

- Jak już mówiłem, dobrze, że jesteś. Sally zapewne zaszyła się w gabinecie i... o cholera, nie wyłączyłem laptopa!

Joe biegiem rzucił się w stronę schodów, o mały włos nie potykając się po drodze o spodnie dziewczynki. Sally mogła być nader dojrzała, ale czytanie pewnych rzeczy - na przykład ich pierwszego razu - z pewnością nie byłoby dla niej dobre. Na szczęście jak tylko wpadł do pokoju, zobaczył sześciolatkę na głos czytającą ostatni fragment niedawno napisanej części historii. Uśmiechnął się pod nosem, czując oplatające go lekko ramię Chrisa i słysząc cichy śmiech ojca małej.


...Szczęście jest bowiem pojęciem względnym, przez każdego rozumianym inaczej...


...A więc, czy teraz jestem szczęśliwy? Bezsprzecznie tak. Wszystko, co miało miejsce przez ostatnie lata, nauczyło mnie niewyobrażalnie wiele. Przeżyłem dobre i złe chwile. Przetrwałem złowieszcze intrygi i nieoczekiwane zwroty akcji, wcale nie czekając na szczęśliwe zakończenie. Nie miałem pojęcia, co będzie dalej, co czeka za zakrętem. Życie zmienia bieg na każdym kroku, jednak teraz wierzę. Wierzę w szczęśliwe zakończenie. Bo choć moje życie nie jest bajką opowiedzianą przez znanego bajkopisarza, jest czymś znaczenie ważniejszym. Jest MOIM ŻYCIEM pisanym właśnie przeze MNIE. I choć los może stawiać mi na drodze wiele przeszkód, może zmieniać bieg, w ostateczności to JA kreuję swoją przyszłość. To ja decyduję o nieoczekiwanych zwrotach akcji, to ja zakańczam złowieszcze intrygi i to ja napiszę zakończenie swojej historii. Zrobię to, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś. Historia toczy się dalej, życie ma w zanadrzu wiele niespodzianek. Lecz póki to ja trzymam pióro, będę szczęśliwy. Będę prawdziwie szczęśliwy, ponieważ tak zapisałem w gwiazdach. Świadkiem mi słońce o brzasku i o zachodzie, świadkiem mi księżyc w czasie przypływu. Świadkiem mi pieśń wiatru, szum fal i łkanie drzew. Świadkiem mi wyspa. Wyspa odnalezienia...

The End


Historia Joe Williams'a

'' Wyspa Odnalezienia ''



- Sally, zostaw w spokoju wymysły wujka Joe i chodź już. Musimy jeszcze odebrać... Ach! Ty mały, kudłaty potworze! Oddawaj to! - Mężczyzna ruszył w pogoń za swoją czapką, która obecnie znajdowała się w łapkach niewielkiej kapucynki. - Po jaką cholerę wam to małpisko?! Kupcie sobie psa! AAAA! Oddawaj!

- Myślę, że to za karę. Nie powinien nazywać twojej powieści wymysłem, prawda wujku? - mruknęła Sally z lekkim rozbawieniem na twarzy i posłała mu porozumiewawczy uśmiech.


Joe obrzucił zamyślonym spojrzeniem czarny notatnik z numerem do Lucasa i Nico oraz skaczącego po pokoju Piccolo, by w końcu zatrzymać swój wzrok na starej bransolecie, od lat zdobiącej jego nadgarstek. Poczuł silne, bezpieczne ramiona oplatające go w pasie i ufnie wtulił się w pierś ukochanego, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z bransoletki.


A ty wierzysz w moją historię?

12 komentarzy:

  1. Hej kochana
    Muszę się streszczać, bo niestety szkoła wzywa, ale postaram się napisać wszystko, co chodzi mi po głowie.
    Jestem zdumiona! Nie wiedziałam, że jeszcze ktoś pisze tak dobre opowiadania, z fabułą, pełnokrwistymi postaciami, barwnym miejscem akcji... historia była cudna, zżyłam się z chłopakami i będę za nimi tęsknić. Cieszy mnie niezmiernie, że wszystko skończyło się dobrze, jestem też dumna z Ciebie, bo opowiadanie nie zmieniło się w smut i sceny seksu nie pojawiały się co drugie zdanie, a dużo dobrych opowiadań niestety w ten sposób umiera.
    Podsumowując, smuci mnie koniec historii, ale żegnam ją z uśmiechem i mam nadzieję, że Ciebie nie pożegnam jeszcze przez długi czas.
    Serdecznie Cię pozdrawiam i przesyłam calusy
    Nanni <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, hej!

      Bardzo dziękuję ci za ten - jakże cudowny - komentarz i każde miło słowo.

      Ja również mam ogromną nadzieję nie pożegnać cię w najbliższym czasie oraz oczywiście zaprosić cię na kolejną historię, która już niebawem zacznie ukazywać się na blogu.

      Pozdrawiam cieplutko w te jesienne dni,

      Joyssli

      Usuń
  2. Popłakałam się. Naprawdę chciałabym dać Ci długi, ciepły komentarz, ale nie umiem przemawiać w takich momentach, poza tym, już teraz ryczę jak dziecko, więc... po prostu dziękuję Ci. Dziękuję, że to napisałaś :')
    ~(wzruszona)Rebeliousbat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh nie płacz, haha.

      To ja ci dziękuję moja droga.

      Pozdrawiam cię cieplutko,

      (wzruszona) Joyssli

      Usuń
  3. Zakończenie bardzo mi się podoba. Świetnie napisane. Ten pomysł z książką Joe jest mega. Gdyby istnieli naprawdę to na 100% bym ją kupiła xD Będę tęsknić za kolejnymi rozdziałami,bo zawsze na nie niecierpliwie czekałam. Cóż, teraz trzeba czekać na inne opowiadanie. Wierzę, że będzie równie cudowne.
    Co do wyglądu bloga to bardzo mi się podoba. 😁 Chociaż pewnie nic nie zastąpi tego poprzedniego, ale ten też jest super i jestem na tak. Wenyy😉
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj, witaj!

    Bardzo dziękuję za komentarz i cieszę się, że zostajesz na dłużej ^^

    Szczerze mówiąc, zmianę wyglądu bloga planowałam już od dawna, ale tak cudownie podkreślał tematykę opowiadania, że postanowiłam go zmienić dopiero po jego zakończeniu. Myślę, że ten szablon - ze względu na wersję mobilną - jest dużo łatwiejszy w obsłudze, a sam nagłówek dobrze komponuje się z resztą. No i oczywiście ogromnie cieszę się, że mimo wszystko jesteś na tak!

    Pozdrawiam cieplutko,

    Joyssli

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej! Niedawno calkiem przypadkiem znalazlam Twoj blog i przepadłam! Historia jest wspaniała, świetnie napisana. Kazdy rozdzial czytalam z zapartm tchem nie mogąc sie doczekać co będzie dalej. Śmiałam się i płakałam razem z bohaterami ( zwlaszcza z Joe).Uwielbiam to jak kończysz rozdziały i ile prawdy moge w nich znaleźć<3 A teraz czytajac końcówkę popłakałam sie ze szczescia. Jestem pewna ze nie jeden raz jeszcze wroce do tej historii. A póki co czekam na następne opowiadania;D
    Życzę zdrowia i wetny ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, hej!

      Bardzo dziękuję za komentarz, wszystkie miłe słowa i cieszę się, że zostaniesz na dłużej ^^

      Również życzę zdrówka i pozdawiam,

      Joyssli

      Usuń
  6. przeczytałam w niecałe 2 dni, opowiadanie lekkie a zapowiadało się na jakiś thriller czy horror. Więcej weny i czasu na pisanie! Ave \m/

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    zakończenie tego opowiadania jest cudowne, Sasza broni swojego, choć szkoda, ze nie ma nic co się dzieje u Lucasa i Nico...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  8. Witam!
    Byłam. Przeczytałam. Mogę powiedzieć tylko, że odwaliłaś kawał dobrej roboty ;)
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję i również pozdrawiam,
      Joyssli

      Usuń