niedziela, 4 grudnia 2016

3. New Moon



Witajcie moi drodzy! Przed nami ciąg dalszy poznawania naszych bohaterów. Mam nadzieję, że się nie nudzicie, hm?


Rozdział sprawdzony przez wspaniałomyślną Nanni, która postanowiła wspomóc mnie w naglącej potrzebie i zajęła się betowaniem tego opowiadanka ;)

Trzymajcie się tam,


Joyssli
New Moon
Księżyc w nowiu

 On ciemny, On niewidoczny,
Jak na sczerniałym obrazie,
Jeno blachami srebrnymi
Zalśni w nocy ekstazie.


...Na ewentualną przeróbkę stroju proszę umówić się, dzwoniąc pod podany na odwrocie numer. Wszelkie zgłoszenia przyjmowane będą do czwartku ostatniego tygodnia przed...

Nathan czytał tę część listu już setny raz, jakby w istocie wierzył, że nagle odpowie na jego pytania. Tak właściwie to przez cały stres związany ze szkołą i zachowaniem ojca zupełnie o nim zapomniał. Dopiero dzisiaj, po dwóch dniach, znalazł go w książce od historii, kiedy rano powtarzał materiał z kilku ostatnich lekcji i oczywiście wojny secesyjnej. Wracając do listu - zgodnie z tym co powiedziała Sylvia, na przyjęciu obowiązywać będą stroje tematyczne. Nie wspomniała jednak słowem, że będzie to cholerny bal przebierańców, a stroje dla każdego z osobna wybierała sama Dona Meer i jakiś projektant! I tutaj zaczynają się jego pytania: Czy to znaczy, że będzie on skazany na strój przygotowany dla pani Anders? A może w ogóle nie dostanie stroju? Co jeśli stworzą się jakieś problemy? Co jeśli będzie musiał za coś zapłacić? Z każdą chwilą ogarniające go szczęście i ekscytacja ustępowały wątpliwościom, niepewności i zdenerwowaniu. Chciał jeszcze przed lekcjami udać się do gabinetu dyrektorki żeby grzecznie jej odmówić, albo chociaż prosić o kilka rad, ale ta przedwcześnie wyleciała do Paryża. Został z tym zupełnie sam! Pomijając problemy związane ze strojem, to przecież będzie impreza dla wyższych sfer. Co prawda wiedział, który widelec służy do jedzenia ryby, a który do owoców, i o tańcu też był nieźle doinformowany, ale to nie to samo co obracać się w ich świecie! To mieli być światowej sławy tancerze i właściciele najwybitniejszych akademii tanecznych na tej półkuli! Nie wyobrażał sobie siebie w takim otoczeniu. Mimo wszelkich starań i marzeń, to nie była jego bajka...

- Bell - nauczyciel dosyć głośno wywołał go do odpowiedzi, ale nieszczególnie się tym przejął. Historyk nie lubił go od samego początku - z tego co, pamiętam nie pojawiłeś na ostatnim teście z wojny secesyjnej. Zaliczysz go teraz. Ustnie.

Chłopak z cichym westchnieniem ruszył w stronę biurka nauczyciela. Testy z wojny secesyjnej były dla pana Lorensa czymś nieopisanie ważnym, więc robił je średnio dwa razy w miesiącu, cały czas powtarzając materiał sprzed roku.

- Masz szczęście, że na owym teście przypominaliśmy podstawy. Powstały na północy ruch zniesienia niewolnictwa? - pierwsze pytanie padło gdy tylko stanął na środku sali.

- Abolicjonizm, proszę pana. Abolicjoniści chcieli nadać czarnoskórym wolność osobistą, jednak nie pomyśleli o ich sytuacji ekonomicznej. 

- Partie?

- Na północy partia republikańska działająca od 1854 r., na południu zaś partia demokratyczna - od 1828 r.

- Odstąpienie stanów?

- W 1860 roku na skutek rozłamu w partii demokratycznej prezydentem został Abraham Lincoln, który był republikaninem. Z tego właśnie powodu od UNII odstąpiło 11 stanów. Pierwsza uczyniła to Karolina Południowa w grudniu 1860r. Kolejne stany dołączyły do niej w ciągu pół roku i powstała Konfederacja Stanów Zjednoczonych ze stolicą w Richmond. Prezydentem został Jefferson Davis.

- Wydanie proklamacji? - Historyk natrętnie patrzył nastolatkowi prosto w oczy, usiłując wywołać u niego jakikolwiek stres czy zająknięcie, jednak ten bez żadnych przeszkód odpowiadał na kolejne pytania.

- Wrzesień 1862. W 1865 dekret został wpisany do amerykańskiej konstytucji jako 13 poprawka.

- Gettysburg?

- Sierpień 1863

- Kapitulacja?

- Konfederacja kapitulowała 9 kwietnia 1865 roku, proszę pana. - Chłopak miał ochotę uśmiechnąć się, widząc irytację w oczach nauczyciela.

Kiedy po kolejnych dwudziestu minutach Nathan bezbłędnie wypowiedział się na temat śmierci Lincolna, kupna Alaski, emigrantach z europy, budowie kolei, Indianach, oraz po bezczelnym rozkazie nauczyciela opisał wszystkie potyczki oraz przyczyny i skutki rozprawy dotyczącej czarnoskórego niewolnika Dreda Scotta, pozwolono mu usiąść na miejsce. Co prawda psor z ogromną niechęcią wpisał mu do dziennika kolejną dobrą ocenę, ale czemu się dziwić, jeśli od kilku miesięcy powraca do tematu z poprzedniej klasy. 

Po kolejnych kilku minutach zadzwonił dzwonek, a Nathan zorientował się, że była to jego ostatnia lekcja. Przez ten list kompletnie stracił jakiekolwiek poczucie czasu. A właśnie, list. Była środa po południu, a nie dość, że czekały go cztery godziny noszenia kawy, to musiał zdążyć posprzątać mieszkanie i ewentualnie ugotować jakiś obiad na kolejny dzień. Co prawda fakt, że Mike znowu postanowił spędzić wieczór z Tonym - bratem Tomasa - u nich w mieszkaniu nieco poprawiał jego sytuację, ale nadal nie miał wystarczająco dużo czasu. Będzie musiał jakoś ubłagać Agnes o zastępstwo...


Z tą myślą zaledwie pół godziny później przekroczył próg niewielkiej, acz bardzo dobrze prosperującej kawiarni. Obrzucił wzrokiem kilku klientów, którzy zajęci swoimi sprawami nie zwrócili na niego większej uwagi i podszedł do lady.


- Hej Nessie - posłał jasnowłosej dziewczynie lekki uśmiech i wziął od niej kluczyk od szafki. - Przebiorę się i zaraz wracam.

- W porządku. Jak widzisz na razie jest dość spokojnie. 

Agnes Chetsky - lub po prostu Nessie - była dorównującą mu wzrostem, nieco pulchną blondynką. Spędzała w kawiarni dużo więcej czasu niż on, ponieważ musiała opłacić wynajem mieszkania. Nie należała do biednych osób, ale była niesamowicie uparta i samodzielna. Rodzice trochę dokładali jej do studiów, ale tak właściwie dziewczyna świetnie radziła sobie sama. Mimo że Nathan raczej nie dałby jej wyższej pozycji niż "koleżanka z pracy'', to naprawdę ją lubił. 

Pięć minut później pojawił się na sali ubrany w czarną koszulę z dużymi, bordowymi guzikami i tego samego koloru fartuchu przepasanym na biodrach.


- Powinieneś zawiązać to wyżej - parsknęła cicho, stawiając na białej tacy filiżankę czerwonej herbaty.

- Wyżej jest niewygodnie - odpowiedział z lekkim uśmiechem i chwycił tacę. - Gdzie?

- Stolik przy oknie - westchnęła i skinęła głową na ciemnowłosą kobietę, zawzięcie piszącą coś na swoim laptopie.

Przez kolejne pół godziny zastanawiał się nad wyjściem do przeklętego salonu jakiegoś projektanta, którego imienia nawet nie pamiętał, oraz nad tym, jak w ogóle poprosić o to kumpele. W końcu zebrawszy się w sobie pozbierał brudne naczynia z kilku stolików i skierował się w stronę kuchni, mając zamiar za chwilę udać się do dziewczyny.

- A właśnie, Nessie... Mam do ciebie małą sprawę - mruknął wróciwszy za ladę. - Robisz coś dziś wieczorem?

- No nie gadaj, że w końcu zauważyłeś moją przecudowność, postanowiłeś zmienić orientację i zapraszasz mnie na randkę? - zaśmiała się cicho, po czym przekręcając głowę nieco w prawo uniosła brwi. - O co chodzi?

- Wiesz... Muszę trochę wcześniej wyjść. No naprawdę bardzo, bardzo ważna sprawa. - Zagryzł wargę, starając się wyglądać jak najniewinniej. 

- Ile wcześniej? - Dziewczyna zmrużyła oczy, patrząc na niego podejrzliwie.

- Ze dwie godzinki? - Niestety jego niewinna mina tym razem nie wystarczyła.

- Dwie godziny?! - Kilku klientów spoglądających w ich stronę utwierdziło ją w tym, że podniosła głos o ton za wysoko. - To połowa twojego etatu! - wysyczała szeptem i powróciła do polerowania wysokiej szklanki do latte. - Gdyby szefowa się dowiedziała...

- Och, co ty z tą Wydrą? Przecież wasze relacje są idealne! Poza tym, jak ma się dowiedzieć? Jest po drugiej stronie kraju i będzie tam przez najbliższe jedenaście dni. 

- Tu nie chodzi o moje stosunki z Wydrą, tylko o twoje, mój drogi. Masz z nią na pieńku od samego początku, czyż nie? A zresztą, ty ze wszystkimi masz na pieńku. Dogadałeś się kiedyś ze swoim przełożonym? 

- Nie, ale nie to w tej chwili jest ważne. A tak w ogóle to sponiewierają mnie ze względu na mój wiek. Ja wiem, że nie każdy przyjmuje szesnastoletnie dzieciaki, ale jak już przyjmuje, to niech traktuje je odpowiednio - mruknął, czując się urażonym na samo wspomnienie o tym.

- Okej, okej. Nie denerwuj się, szkoda takiej ślicznej buźki. I w porządku, leć, i tak miałam w planach nadgodziny, a dzisiaj jest na to wymarzony dzień. Rzadko mamy tu tak mały ruch, no nie? - uśmiechnęła się lekko i zerknęła na zegarek. - Tak właściwie, to możesz iść już teraz. Co prawda byłeś tu jakieś 45 minut, ale co tam. Uznajmy, że minęły te cztery godziny i twoja wypłata jest bezpieczna. Ty się ciesz, że Wydra tak zwleka z naprawą kamer, a Clara się rozłożyła. Od razu wszystko by jej wyśpiewała.

- Wiem, i dzięki, jesteś wielka - musnął szybko jej policzek i zniknął za drzwiami zaplecza.

- To przez tą robotę... - jęknęła pod nosem, biorąc z patery kolejne ciastko. Przytyć przytyje, ale przynajmniej za darmo.

Nathan wychodząc jeszcze raz podziękował Agnes za pomoc i krycie go, oraz zagarnął papierową torebkę z logiem kawiarni po brzegi wypełnioną ciastkami. Co jak co, ale wyroby szefowa załatwiała naprawę dobre, a i nad wyraz często dawała je pracownikom ponad programowo. Jego dobry humor znikał jednak z każdą chwilą zbliżającą go do celu. Przez cały stres zupełnie zapomniał umówić się na wizytę i zaczynał żałować, ponieważ przez przeźroczyste, szklane ściany dostrzegł, że salon pęka w szwach. Może jeśli chodzi o ludzi nie było aż tak źle, ale stosy kolorowych ubrań zapełniały przestrzeń, a zabiegane kobiety sprawiały wrażenie piekielnie zajętych. Wziął głęboki oddech i niepewnie wsunął się do środka. Zakład był zamknięty już od pół godziny, ale w liście przeczytał, że w tej sprawie nalegają na przyjście dopiero, kiedy dla reszty potencjalnych klientów salon będzie nieczynny.

- Przepraszam bardzo, ale godziny otwarcia już minęły. - Wysoka, rudowłosa kobieta odłożyła na stół kawałek czerwonego materiału i posłała mu nie do końca przyjazny uśmiech. - Oh, pan wybaczy, ale może pomylił pomieszczenia? Ekhem, jesteśmy dziś dosyć zajęte, mamy ważnego gościa. Może pan... Możesz przyjść jutro - zeskanowała go oceniającym spojrzeniem i uniosła kpiąco brew.

Chłopak zastanawiał się, czy w tym momencie bardziej przemawiała przez niego niepewność i lęk, czy może złość i okropne uczucie zniewagi, ale z prędkością światła wyciągnął z kieszeni sponiewieranego płaszcza pozłacaną kopertę i podsunął ją kobiecie pod sam nos.

- Ja w sprawie stroju, nie miałem możliwości zjawić się wcześniej. Pani wybaczy, ale nie jesteśmy na ''ty''. - Jego ton jak i sposób wypowiadania był stanowczy i ostry, a wyraz twarzy zmienił się całkowicie. Nieco zbita z tropu dziewczyna zniknęła za czarnymi drzwiami, by po chwili powrócić z osobą, której Nathan bynajmniej się tu nie spodziewał.


- Nathan Bell, czyż nie? Sylvia uprzedziła mnie, że się zjawisz. Szkoda jedynie, że nie udało ci się znaleźć czasu nieco wcześniej, ale to nieistotne. Musimy jak najszybciej zdjąć wymiary, dopasować materiał i kolorystykę... Dziewczęta, bierzcie się do pracy! Muszę powiadomić Maurice'a. Och, nie rób takiej miny, chłopcze - Dona Meer zaśmiała się cicho, po czym lekko pogładziła ramię bruneta - nie ma powodów do obaw, za godzinę będziesz wolny. 

Dona Meer. Rozmawiał z tą Doną Meer! No, może nie rozmawiał, ale z pewnością będzie miał dziś ku temu wiele okazji. To było jak spełnienie marzeń i nie do końca wierzył w realność owej sytuacji. Uwierzył jednak dosyć prędko, gdy tylko dwie, jeszcze przed sekundą niebywale zapracowane kobiety, zaczęły ciągnąć go za białą, jedwabną zasłonę, rozbierać, mierzyć, obkładać materiałami i zakłuwać szpilkami. Przynajmniej miał całkowitą pewność, że to dzieje się naprawdę. Gdyby to był sen, już dawno obudziłby się sycząc z bólu. 

- Och, mon Dieu! Ty jesteś Nathan, oui? Se magnifique! Cóż na twarz, te oczy! I nogi, admirablement! Musimy je podkreślić. Pokażcie mi "Veilleuse" z NOIR i całą La collection de nuit! Ach, te oczy, te oczy! J'aime tes yeux, mon cher. Zapiszcie go na makijaż przed przyjęciem, natychmiast powiadomić Pablo! Będziesz...Tak, tak, już wiem Dono, już wiem! Oh, génial! 

Przez kolejne dwie godziny został zmaltretowany w każdy możliwy sposób, a jego gardło paliło żywym ogniem, mimo że odezwał się zaledwie kilka razy. Czuł za to naglącą potrzebę ugaszenia pragnienia, a było to w tej chwili niemożliwe. Wciśnięto go w taką ilość spodni, kombinezonów, tunik, płaszczy i swetro-podobnych dziwactw, przy okazji serwując mu darmową akupunkturę, że od dobrej godziny nie czuł swojego ciała. Kiedy w końcu usłyszał, że nadszedł koniec jego męczarni, ledwie powstrzymał westchnienie ulgi.

- Wybacz, mój drogi. Maurice wpadł w szał twórczy, zapewne zaproponuje ci, żebyś wpadał częściej. Broń Boże się nie zgadzaj - westchnęła cicho, a kiedy w pomieszczeniu nie został już nikt prócz ich dwójki, z cichym jękiem opadła na krzesło. - Och, on bywa czasem tak szalenie męczący. Jest jednak najlepszy, tego nie można mu odmówić... Marzy mi się teraz gorąca kąpiel i sen. Czemu się tak patrzysz? - parsknęła cicho, widząc wybałuszone oczy nastolatka. - Wbrew wszelkim pozorom, nadal pozostaję człowiekiem. Niestety, teraz bliżej mi pewnie do robota. Wszystkie sprawy związane z oddaniem akademii w ręce Maximiliena od miesięcy spędzają mi sen z powiek. Na szczęście już niebawem wybieram się na zasłużone wakacje. - Kobieta zsunęła z nóg wysokie, ciemno-bordowe szpilki i odetchnęła ciężko. - Ależ one niewygodne...

Stwierdzenie, że Nathan był w szoku, byłoby sporym niedopowiedzeniem. To był... to był kosmos! Siedział - praktycznie nagi, należy dodać - obok istnej legendy! Dona zachowywała się w jego towarzystwie całkowicie swobodnie i rozmawiała z nim, jak z równym sobie. Coś niesamowitego... Poczuł nikły zapach dymu i ponownie spojrzał na kobietę. Przy pomocy grawerowanej lufki zaciągnęła się cienkim papierosem, by po chwili wypuścić z ust białe obłoczki. Dona Meer była dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażał. Pełna gracji i klasy w każdym, najdrobniejszym ruchu. Jej śnieżnobiałe, zadbane włosy, drobne zmarszczki przy jasnych oczach i na odkrytych dłoniach... niby to wszystko wskazywać miało na jej dojrzały wiek, a jednak były to drobnostki. Jej zachrypnięty głos i kwadratowe okulary na czubku nosa również. Od niej wręcz biła młodość, świeżość i pasja. To właśnie dla tego Nathan tak bardzo chciał tańczyć w jej szkole, a teraz uderzyło go, że nigdy nie będzie miał takiej okazji. 

- Dlaczego pani zrezygnowała? Z Akademii, oczywiście - zapytał już nieco pewniejszym głosem i w pełni ubrany zajął miejsce obok niej. - Zawsze chciałem do niej wstąpić. To jest...to była Akademia Tańca Dony Meer. Bez pani to już nie będzie to samo. 

- Zanim Sylvia przejęła szkołę, do której uczęszczasz, nosiła ona imię Stephana, jej ojca. Ja oddaje Akademię w ręce zaufanego przyjaciela i wiem, że jej prestiż jedynie wzrośnie. Poza tym, tu wcale nie o to chodzi. Liczy się pasja. To coś więcej niż taniec, Nathanie. Moje nazwisko zawsze będzie kojarzone z Akademią, tak po prostu musi być. Ale nazwiska absolwentów nie będą już kojarzone ze mną, a ze szkołą. Nie jest najważniejsze kto przekazuje wam wiedzę, kto daje wskazówki i kto was uczy. Ważni jesteście wy. Jak te róże - mówiąc to wyjęła z wazonu jedną z granatowych róż i położyła mu do otwartej dłoni. - Tak naprawę nie jest ważne, kto zasiał kwiat. Ten kto zasiał dba o niego, patrzy jak kiełkuje, a gdy w końcu osiągnie swe piękno, duma wypełnia go całego. Wtedy też ludzie zaczynają dostrzegać ów kwiat, a duma tego, kto je zasiał jedynie wzrasta. Takie właśnie były moje przekonania gdy zakładałam Akademię i takie są teraz, gdy ją opuszczam. Jeśli chodzi o taniec, w przyszłości owszem, będą pytać spod czyich skrzydeł wyszedłeś, ale tacy po prostu są ludzie. Będą pytać ''Kto cię tego nauczył?'', ale co oni wiedzą. Tańca można się nauczyć, ale pasja - z tymi słowami przysunęła palec wskazujący do jego piersi i stuknęła w nią delikatnie - jest tu. Pasji nie da się nauczyć, choćby ten, kto naucza stanął na głowie. Pasja jest czymś więcej - zamilkła na chwilę, nie chcąc psuć panującej w pomieszczeniu atmosfery, po czym niespodziewanie parsknęła cicho. - Ach, i nie mów do mnie per ''pani''. Mam na imię Dona - kobieta uśmiechnęła się lekko i jeszcze raz skinęła mu głową, wywołując u niego tym samym cichy śmiech.


- ...Loin que! Precz! Muszę zobaczyć moją Lune! Gdzież to... Ach, tu jesteś! Mój księżycu! - Maurice stanął przed zaskoczonym nastolatkiem i podał mu niewielką, fioletową kopertę. - To informacje dla ciebie, mon cher. Mam nadzieję, że dasz radę stawić się o wyznaczonej godzinie. Wraz z makijażystą będę cię oczekiwał. Och, mon beau, ma Lune! - pokręcił głową, jakby w niedowierzaniu, po czym wyjrzał przez szklaną ścianę, zatrzymując swój wzrok na niebie. - Za dnia tak niewidoczny, tak nie ważny. Niczym nieistniejący, zasłonięty potężniejszym od niego słońcem. Dopiero gdy świat spowije ciemność, w stanie jest ukazać swe piękno... Och ma Lune... - mówiąc to powrócił wzrokiem do zmieszanego chłopaka i uśmiechnął się nad wyraz spokojnie, ciepło. - Pewnej zaś nocy zalśni blaskiem tysiąca słońc...





5 komentarzy:

  1. Boże, jak ja to uwielbiam ♥
    Czekam na ciąg dalszy, kobieto
    Weny

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten projektant jest boski xD Uwielbiam go. Już naprawdę nie mogę doczekać się tego balu. 😥 Czekam niecierpliwie na następny rozdział. Weny 😋😋
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział! Bardzo mi się spodobał :>
    Niedawno znalazłam twojego bloga i to była jak najbardziej dobra decyzja :D Będe wpadać tu częściej

    OdpowiedzUsuń
  4. Oh mon Dieu!
    Ktoś tu szpanuje francuskim? ;)
    Nie no, wpadłam tylko na chwilę i... No i nie mogę wypaść XD Twoja swoboda i lekkość pisania mnie zachwyca, ale to wiesz :D
    <3<3<3

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    wspaniale, ten projektant jest boski i nie mogę doczekać się już tego balu nie mogę się doczekać...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń