niedziela, 11 grudnia 2016

4. Full Moon



Witajcie moi drodzy! Dzisiaj w końcu poznamy troszkę Allena i zaczniemy rozwijać to COŚ ;). Łykajcie 3,5 tyś słów. Smacznego!



Joyssli

Sprawdzone przez Pats :)

PS. Wy wiecie, że w poprzednim miesiącu pobiliście rekord wyświetleń?! Baaardzo dziękuję wszystkim i każdemu z osobna. Kocham przekocham!




Full Moon
Pełnia księżyca
On ciemny jest, On niewidoczny,
Niczym na starym, wyblakłym obrazie,
Lecz tej nocy, tej nocy właśnie
Zalśni najjaśniej, w boskiej ekstazie.



Sobotni poranek nadszedł o wiele wcześniej niż Nathan by sobie tego życzył. Pomimo, że miał jeszcze dużo czasu, zwlekł się z łóżka już przed siódmą i zaczął przygotowywać się na dzisiejsze przyjęcie. Jego przygotowania oczywiście ograniczały się jedynie do nastawienia mentalnego i uspokojenia swojej psychiki, bo wszystko inne czekało na niego w salonie Maurice'a. Z samego rana umył się oraz ogolił dokładnie we wszystkich miejscach, które Maurice uznał za konieczność. Nie chciał nawet wspominać tego irytującego zażenowania, które towarzyszyło mu, kiedy zaczął starannie pozbawiać włosów swoje nogi i przedramiona. No bo po co mu to było?! Ubiorą go w kostium kąpielowy?! O zgrozo, a jeśli to właśnie zrobią?! Chłopak był tak potwornie zdenerwowany, że o mały włos nie podał bratu na śniadanie posiłku przeznaczonego dla Gusa. Może nie byłoby to aż tak niewiarygodne, gdyby dieta jaszczura nie składała się ze świerszczy i innych robaczków. Nathan tak naprawę dosyć rzadko zapewniał Gusowi wyżywienie, ale ten świetnie sobie radził. Utrzymanie kameleona z reguły było dosyć drogie, dlatego jak tylko Nathan znalazł go pewnej nocy w ich kuchni, chciał jak najprędzej zawiadomić odpowiednie osoby i oddać gada do sklepu zoologicznego, skąd najpewniej zwierzę uciekło. Punkt sprzedaży gadów, płazów i dziwacznych rybek znajdował się w tej samej kamienicy, a przez złe warunki, popsute klatki i terraria oraz dziury w ścianach zwierzęta uciekały stamtąd notorycznie. Niemniej jednak odkąd zmienili się właściciele, miejsce stało się bez wątpienia przyjaźniejsze i klientom i małym podopiecznym. Nastolatek czasem zgarniał ze sklepu torebkę świerszczy w zamian za pomoc córce właścicielki w przygotowaniu do egzaminów. Nie miał zbyt wiele czasu, dlatego też nie przychodził tam szczególnie często, ale kameleon za każdym razem był niesamowicie uszczęśliwiony z nowej porcji zielonych żyjątek. Gadzina okazała się być niezwykle inteligenta i choć zazwyczaj nieco nieśmiała, w obliczu zagrożenia stawała się prawdziwym bohaterem. Być może było to dosyć zabawne, ale ojciec chłopców naprawdę bał się tego stworzenia. Kilka razy dostał od niego językiem po oczach, a kiedy Nathan wmówił mu, że w wyniku dużej presji w ślinie może wytworzyć się groźny jad, Bob nie zbliżał się do kameleona na krok.

- ...I potem jedziemy do oceanarium! Tego w Brighton! No i jeszcze... - Mike od jakiegoś czasu opowiadał mu o szkolnej wycieczce, która miała odbyć się za dwa tygodnie.

Chłopiec zachwycał się nią od samego początku - przecież kochał wszystko, co związane ze stworzeniami wodnymi. Niemniej jednak Nathan nie potrafił podzielać jego entuzjazmu i miał ku temu dwa powody. Po pierwsze, był zbyt zdenerwowany dzisiejszym przyjęciem i po drugie, nadal nie miał pieniędzy na ową wycieczkę. Obliczył ich wydatki i finanse na następny miesiąc już kilka dni temu i wszystko wskazywało na to, że nie będzie ich stać nawet na opłatę całego czynszu za mieszkanie. Myśl o tym, co będzie musiał zrobić, już teraz przyprawiała go o dreszcze. Rzadko zdarzało mu się... ''brać zlecenia'' od zupełnie obcych mężczyzn, ale Marcus dwa dni temu wyjechał za granicę i raczej nie wróci przez najbliższy czas. Reszta jego stałych klientów już od jakiegoś czasu nie zjawiała się pod hotelem, a to nie wróżyło nic dobrego. Przełknął ciężko ślinę i drżącą dłonią odgarnął z twarzy zabłąkany kosmyk ciemnych włosów. To nie był czas na takie rozważania. Za godzinę miał stawić się w salonie Maurice'a.

- ...Braciszku? - Pięciolatek niepewnie pociągnął chłopaka za rąbek spranej, szarej koszulki. - Uśmiechnij się. Dziś... dziś będzie dobry dzień, czuję to - Nathan nie mógł nie uśmiechnąć się na te słowa.

Niespiesznie uklęknął przy bracie i złożywszy czuły pocałunek na jego czole, otoczył go ramionami, starając się przepędzić zdradzieckie łzy. Tak, dziś będzie dobry dzień.


***


- Oh, ma mère et tout brillant! Jesteś olśniewający... jesteś... Oh, ma Lune! - Maurice otarł z kącika oka nieistniejącą łzę i westchnął zachwycony - Incroyable...

Nathan zjawił się w salonie ponad trzy godziny temu, wcześniej odprowadzając Mike'a do Tomasa. Nie do końca wiedział, czego ma się spodziewać, ale TO przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Gdy tylko przekroczył próg, zaatakował go sztab ludzi! Najpierw zabrali go do pomieszczenia przypominającego salon fryzjerski, jednak taki raczej jednoosobowy. Jakiś facet zrobił z jego włosami przedziwne rzeczy i po wszystkim nawet nie pozwolił mu spojrzeć w lustro. Potem był makijaż, a raczej męczarnia. Kiedy zobaczył porozstawiane wokół niego przeróżne rodzaje kosmetyków, wyglądających niczym prawdziwe narzędzia tortur, miał ochotę uciec. Bezkonkurencyjnie najgorsze było jednak wbicie się w przygotowane dla niego ubrania. Nie wiedział nawet do końca co tak właściwie na sobie ma, bo nie pozwolili mu spojrzeć w lustro! Widział przed sobą jedynie czarny materiał chusty, którą od jakiegoś czasu zakryte miał oczy. Mimo wszystkich tych okropności nie mógł doczekać się momentu, aż spojrzy w lustro.

- Il est étonnant... - Maurice westchnął ostatni raz i kazał odejść wszystkim osobom znajdującym się w pomieszczeniu - Już czas, mon cher.

Nathan przełknął nerwowo ślinę, czując narastającą w nim ekscytację. Ciemny, jedwabny materiał jakby w zwolnionym tempie ukazywał mu otoczenie. Bladożółte światło wysokich lamp na chwilę pozbawiło go wzroku. Stopniowo odzyskiwał panowanie nad swymi oczami, a gdy znów mógł patrzeć, ujrzał... ujrzał coś niebywałego. Nieopisanego, wspaniałego i... i to był on. Ten Nathan Bell - we własnej osobie. Nie chodzi tu o jakąkolwiek próżność, skąd. On po prostu wiedział, czym jest piękno i pod jakimi postaciami się ukazuje. Teraz ukazało się pod jego postacią i zdawał sobie z tego sprawę. Zdawał sobie sprawę również Maurice, który pod nosem sam do siebie szeptał wyrazy oczarowania. Chłopak jednak nie mógł wyłapać całych zdań, zbyt w tamtym momencie zajęty swoją kreacją. Sunął wzrokiem od wysokich, kończących się pod kolanem, czarnych, skórzanych butów na kilkucentymetrowej, brokatowej platformie, poprzez tego samego koloru wąskie, satynowe spodnie, ciasno opinające jego uda i zwiewną, jedwabną koszulę na ramiączka, mieniącą się czernią i srebrem, po świetliście srebrny, kończący się w połowie ud, mający jedynie jeden rękaw, lekki kardigan, którego materiału nie potrafił jasno zdefiniować. Strój perfekcyjnie wykańczała zwiewna, mieniąca się, półprzezroczysta, czarna peleryna, na ramionach i kołnierzu obsadzona futrem i srebrzystymi kamieniami oraz dodatki i makijaż. Na jego dłoniach widniały majestatyczne pierścienie i bransolety, a odsłonięta ręka od nadgarstka po bark pokryta była metalicznymi malunkami. Na jego szyi zaś wisiał przepiękny naszyjnik, przedstawiający księżyc i z takim samym znakiem, cienka, srebrna obróżka. Taki sam znak widniał również na jego czole, uzupełniając magiczny makijaż. Oczy otaczała czarna, rozmyta ku górze plama, a same powieki w kącikach wyłożone były niby kamiennymi ozdobami, cudownie odbijającymi światło. Podobne dekoracje widniały również na jego posrebrzanych kościach policzkowych i biegły zgodnie z kończącą się kreską srebrnego eyelinera. W oczy rzucały się również jego włosy. Niegdyś ciemnobrązowe, były teraz czarne przy samej skórze głowy, by z każdym centymetrem zmieniać się w szarość, biel, a na końcu lśnić srebrzystym brokatem, takim samym jak peleryna. Przyglądał się sobie od kilku minut i... i nie mógł przestać patrzeć. Jeszcze nigdy nie czuł się tak... tak niesamowity, tak piękny. Niepewnie spojrzał na stojącego w rogu mężczyznę.

- Nie krępuj się, mon cher.

Nathan zgodnie z jego słowami obrócił się kilkukrotnie i sunął dłońmi po drogocennych materiałach. Spędziłby przed lustrem może i całą wieczność, gdyby Maurice nie wygonił go do limuzyny, która właśnie podjechała pod salon. Był niesamowicie zdenerwowany i nie bardzo wiedział, co tak właściwie ze sobą zrobić. Po chyba stokrotnym podziękowaniu projektantowi wsunął się do białego auta, a szofer głośnio zatrzasnął za nim drzwi. Przez chwilę rozglądał się po wnętrzu samochodu, ale w końcu zrezygnował, jeszcze bardziej się tym stresując. To nie był jego świat. Nigdy nawet nie widział z bliska takiego pojazdu, a Tom woził go już przeróżnymi wynalazkami. Pomijając wszystkie otaczające go bogactwa, cała sytuacja nieco go przytłaczała. Wiedział, że potrafi się zachować i pokazać ''prawdziwego'' siebie. Nie wiedział jednak, czy będzie w stanie. Był tylko człowiekiem, do jasnej cholery! Stres zeżre go na miejscu i nie zostawi nawet kosteczki. Nie miał zbyt wiele czasu na takie rozmyślania, bo już po kilkunastu minutach limuzyna zatrzymała się przed drzwiami hotelu. Przełknął nerwowo ślinę i wziął drżący oddech. To miejsce było jednym z jego koszmarów i właśnie uderzyło go to ze zdwojoną siłą. Nie, nie nie! Stop, Nathanie. Dziś był kimś, kim marzył by się stać. Nie mógł zmarnować tej szansy. Dziś... dziś będzie dobry dzień.

Wysiadłszy z auta, powoli i dostojnie kroczył bordowo-złotym dywanem, prowadzącym do wnętrza budynku. Jeszcze nigdy nie miał okazji znaleźć się w środku poprzez tę stronę i nie wiedział, co się po niej znajduje. Był podekscytowany. Wraz z pierwszymi krokami zdał sobie sprawę, że jedynie długie, wysnute dywanem schody w dół dzielą go od ogromnej... sali balowej! Tak właśnie przedstawiała się w jego umyśle. Znajdowało się na niej całe mnóstwo ludzi, poprzebieranych w przedziwne niekiedy kreacje. Na wiszącym, otaczającym okrągłą sale balkonie, na którym się teraz znajdował, mieściły się zaś wypchane po brzegi stoły z jedzeniem, piciem i wytwornymi trunkami alkoholowymi. Były tu również skórzane kanapy i stoły, zapewne służące odpoczynkowi od panującej na dole wrzawy. Na tym piętrze znajdowało się jeszcze kilka osób, podobnie jak on czekających w luźniej kolejce. Nie bardzo wiedział nawet, czemu w niej stoi, ale wolał iść za tłumem i nie dać poznać po sobie dezorientacji. Zagadka wyjaśniła się natomiast, kiedy stojący przed nim mężczyzna podał swoje imię i nazwisko wystrojonemu we frak, starszemu człowiekowi. Ten zaś, zamiast wymówić podane informacje, przedstawił mężczyznę wierszem, mającym na celu zrozumienie jego stroju. Zdaniem chłopaka, był on przebrany za jakąś roślinę.

Kidy nadeszła jego kolej miał już spocone dłonie i nierówny oddech, a nagłe milczenie na sali, towarzyszące wszystkim powitaniom, wcale go nie uspokajało. Przez te kilkanaście sekund każdy jego ruch będzie obserwowany i oceniany przed setkę wysoko postawionych ludzi, a on w swojej wyobraźni właśnie koziołkował po tych przeklętych schodach.

-...On ciemny jest, On niewidoczny ,
Niczym na starym, wyblakłym obrazie,
Lecz tej nocy, tej nocy właśnie
Zalśni najjaśniej, w srebra ekstazie...

Wyczytany przez mężczyznę wiersz wzbudził w nim nieopisane, przedziwne uczucie. Chciał tego. Chciał tej nocy zalśnić najjaśniejszym srebrem i udowodnić sobie i wszystkim innym, kim jest. Z tą myślą, z najwyższą gracją i wdziękiem zsunął się po długich schodach, z dumnie uniesioną głową wysłuchując rozbrzmiewających wokół niego oklasków. Usłyszał kilka westchnięć oraz masę szeptów, a kiedy w końcu zszedł na dół, otoczył go wianuszek ludzi.

- Ty zapewne jesteś przedstawicielem SAAS, czyż nie? Mimo mi cię poznać, chłopcze. Jestem Wiatr. - Mężczyzna w jasnych szatach i białych włosach wyciągnął dłoń w jego stronę.

- Księżyc, miło mi poznać. - A więc dziś nie pozna zbyt wielu imion. Nikt też nie pozna jego. Może to i lepiej...

- La Lune. - Znajomy głos przebił się przez paplaninę otaczających go ludzi. - Witaj, mój drogi. Pozwólcie, że porwę go na niewielką chwilę. - Dona, nie czekając na odpowiedź, wyrwała go z tego tłumu i zabrała w ustronniejsze miejsce. - Strzeż się chłopcze, rzucą się na ciebie jak na świeże mięsko. - Zeskanowała go wzrokiem i uśmiechnęła się pod nosem. - Ale cóż się dziwić. Wyglądasz...

- ...Obłędnie. - Niski, ale ciepły głos dotarł do jego uszu, a zaraz potem tuż obok kobiety pojawił się starszy mężczyzna w kolorowym stroju. - Teraz wcale nie dziwi mnie prośba Maurice'a.

- Prośba? - Nastolatek spojrzał na swoją towarzyszkę z pytaniem w oczach.

- Maurice chciałby, żebyś zatrzymał tę kreację. Powiedział, że nikt już nie będzie wyglądał w niej tak, jak ty. - Dona posłała mu ciepły uśmiech, ale widząc jego zagubione spojrzenie, postanowiła prędko zmienić temat. - Nie to teraz jest ważne. Mój drogi, zakazane jest dziś używanie imion, a więc poznaj proszę Kolorowego Ptaka. To właśnie on jest drogim memu sercu przyjacielem, który dzisiejszej nocy przejmie Akademię.

- Królowa Kwiatów opowiadała mi o tobie, La Lune. - Maximilien lekko uścisnął jego dłoń, patrząc mu przy tym głęboko w oczy - Przyznam szczerze, oczekiwałem naszego spotkania. Nie zawiodłem się.

- Miło mi to słyszeć z ust Kolorowego Ptaka. - Również posłał mężczyźnie delikatny uśmiech i oddał uścisk dłoni.

- Raczej papugi, mój Drogi. Tak właśnie widzi mnie ta kobieta - Westchnął cierpiętniczo i rzucił wzorkiem na stojącą obok Meer. - A teraz wybaczcie mi. Muszę odszukać w tym tłumie mego potomnego, zanim ucieknie lub wywoła międzynarodowy konflikt.

Nathan nie powstrzymał cichego parsknięcia, a Dona jedynie mu zawtórowała.

- Nie wiedziałem, że Maximilien Navas ma dzieci - mruknął cicho, przechadzając się z kobietą po sali.

- Bo nie ma. Alejandro jest jego bratankiem, choć w istocie traktuje go jak własne dziecko. Czasem nawet jak małe dziecko. Bywa surowy, ale chłopak jest już dorosły. Wdał się w wuja. - Zaśmiała się cicho i zerknęła zagadkowo na nastolatka - Powinieneś go poznać.

- Zanim wywoła międzynarodowy konflikt? - sarknął, zaczepnie unosząc brew. Czuł się w towarzystwie Dony naprawdę swobodnie.

- Jest dosyć... specyficzny. To taki ekscentryczny indywidualista. Kieruje się własnymi wartościami i ma odrębny sposób myślenia. Nie przebiera też w słowach, co w takim otoczeniu nie jest mile widziane, sam rozumiesz. Oczywiście nic sobie z tego nie robi, skąd. Lubi wzbudzać kontrowersje - westchnęła z lekkim uśmiechem i rozejrzała się po sali. - Teraz pewnie skutecznie ucieka przed Maximilienem, by ostatni raz przypomnieć francuskiemu, emerytowanemu tancerzowi baletowemu, jak bardzo ten się zapuścił. Swoją drogą to sama prawda, a Allen nie lubi trzymać istotnych prawd wyłącznie dla siebie. Lub lubi. Jego filozofia pełna jest paradoksów.

- Allen? Wcześniej nazwałaś go Alejandro.

- Ach, bo widzisz-

- Wybacz, mogę prosić cię na sekundkę? - Wysoki, szczupły mężczyzna spojrzał znacząco w kierunku dwójki kłócących się osób, a Dona jedynie skinęła przepraszająco głową.

- Niedługo się zobaczymy, La Lune - powiedziała na odchodne i poszła za ubranym w dziwny mundur mężczyzną.

Został sam. Dookoła kręciło się całe mnóstwo ludzi, a on nie znał zupełnie nikogo. Ale spokojnie...To przecież on! Nathan Bell we własnej osobie...


***


Takie myślenie pozwoliło mu przetrwać pierwszą godzinę, a potem? Kogo on oszukiwał... Był biedakiem, żyjącym w chorej patologii. Harował dniami i nocami, żeby mieć co jeść, a w wieku szesnastu lat zaczął się... prostytuować. Był zerem. Totalnym dnem i nawet tu nie powinien o tym zapominać. Z cichym westchnieniem opadł na skórzany fotel i wbił pusty wzrok w swoje dłonie. Poradził sobie. Rozmawiał z wielkimi ludźmi, wypowiadał się na przeróżne tematy i zrobił świetne pierwsze wrażenie, ale to wszystko. Czas wrócić do szarej rzeczywistości. Zaistniał, na kilka godzin stał się kimś i pokochał to uczucie, ale... ale nie chciał się przyzwyczajać. Za jakiś czas noc dobiegnie końca, a on wróci do domu. Posprząta puste butelki i przykryje zapijaczonego ojca dziurawym kocem. Potem prześpi kilka godzin, o ile w ogóle będzie mógł zmrużyć oczy i z samego rana pojedzie po młodszego brata. Spędzi z nim niedzielne popołudnie i odrobi z nim lekcje na poniedziałek, po czym wczesnym wieczorem wyśle go do łóżka, by móc przygotować się na... na dalszą pracę. Pociągnął cicho nosem, ale nie płakał. Po prostu czasem to wszystko wydawało się być łatwe, przejściowe, ale nadchodziły i takie chwile, w których nie dawał rady. Miał niecałe siedemnaście lat, był jeszcze cholernym dzieciakiem. Nie chciał teraz rozmyślać nad tym wszystkim, ale... Teraz kiedy tak mocno uświadomił sobie, jak mogłoby wyglądać jego życie, to zabolało. Bardzo zabolało, bo wiedział, że jego szanse są raczej niewielkie. O ile w ogóle jakieś istniały.

- Górę złota za twe myśli. - Zachrypnięty, męski głos wyrwał go z zamyślenia.

- Górę złota powiadasz?

Przydałaby się... Chłopak uniósł wzrok znad swoich złączonych dłoni i spojrzał na mężczyznę, zajmującego miejsce na kanapie naprzeciw niego. Pierwszym, na co zwrócił uwagę były bez wątpienia jego oczy. Wpatrywały się w niego tak przenikliwie, jakby chciały zbadać każdy zakamarek jego duszy. Czuł dziwne dreszcze i ogarnęła go nieopisana ekscytacja pod wpływem niesamowitego spojrzenia mężczyzny. Same jego oczy były dosyć niezwykłe. Wydawały się brązowe, ale można było dojrzeć w nich wyraźnie, zielone refleksy oraz maleńkie piwne plamki. Kiedy udało mu się w końcu przerwać kontakt wzrokowy z lekkim, acz niewidocznym gołym okiem skrępowaniem, przyjrzał się pozostałym detalom twarzy nieznajomego. Grube, wyraźne brwi, mocno zarysowana szczęka i kości policzkowe, delikatnie zgarbiony nos i pełne wargi, okalane kilkudniowym, równo przystrzyżonym zarostem. Jego włosy były gęste, dosyć długie, choć nadal utrzymywały się w górze i ciemne, acz nie tak ciemne, jak jego i dostrzec można w nich było jaśniejsze pasma. Nie mógł jasno określić jego postury, ale z pewnością był dobrze zbudowany, co potwierdzały jego odkryte ramiona. Był... cóż, olśniewający. Nathan zagryzł delikatnie wargę i powrócił do oczu mężczyzny.

- Zapewniam cię, nie są tyle warte - westchnął cicho i podobnie jak towarzysz, opadł wygodnie o oparcie kanapy.

- Z pewnością są. La Lune, czyż nie? Nie rozpoznaję twojej twarzy. - Nieznajomy zmrużył nieco oczy i przekręcił głowę. - Przybyłeś zza granicy?

- Nie, jestem stąd. A ty jesteś...? - Prędko odwrócił temat od swojej osoby i również przechylił głowę nieco w prawo.

Dopiero teraz przyjrzał się dokładniej kostiumowi bruneta. Wszystko utrzymywało się w szaro-srebrno-białych tonach. Najciemniejsze były buty i spodnie, perłowa koszula z rozciętymi w całości rękawami była już znacznie jaśniejsza, a na nią zarzucona była przepiękna peleryna, pokryta białym pierzem. Strój, pomijając pelerynę i perłowe akcenty koszuli, był dość prosty i pozbawiony zbędnych dodatków. Jedynymi były pióra i krzywe perły, rozsiane drobno po butach. Całość tworzyła naprawdę zjawiskową kreację.

- Białym krukiem trzymającym w dziobie barokową perłę o nieregularnych kształtach, jak mniemam. - Uśmiechnął się pod nosem, poprawiając śnieżnobiałą pelerynę.

- Niczym barokowa perła tworzący własne idee i podobnie jak biały kruk nieuchwytny i niemal na wyginięciu poprzez swoje zachowania. A więc ekscentryczny indywidualista, który lubi wzbudzać kontrowersje? - Nathan uśmiechnął się półgębkiem i posłał mężczyźnie złośliwe spojrzenie.

- Zdaniem najdroższej Dony... - Brunet zmarszczył brwi, uważnie przypatrując się nastolatkowi. - Jesteś całkiem dobrze poinformowany.

- A ty jesteś z pewnością bratankiem Maximiliena Navasa o wielu imionach na literę "A", oraz tym, który podobnież zdolny jest na tak miłym przyjęciu wywołać międzynarodowe konflikty. - Lekka zaczepność w jego głosie była doskonale wyczuwalna, ale nikt absolutnie się tym nie przejął.

- Wiesz o mnie więcej niż ja o tobie, nieczęsto mi się to zdarza. Proponuję wyrównać liczbę informacji.

- Są cenne. Nie przehandluję ich tak łatwo - westchnął chłopak, wykonując teatralny ruch dłonią.

Mężczyzna siedzący naprzeciw niego wstał i podszedłszy do jednego z kelnerów krążących po piętrze, szepnął mu coś na ucho. Już po kilku minutach przyniesiono im schłodzone wino oraz dwa kawałki ciasta czekoladowego w bajecznej polewie.

- Wiesz jak kupować informacje - mruknął cicho Nathan i chwycił niewielki widelczyk. - Uwielbiam ciasta czekoladowe.

- Zapamiętam. A więc mam już... Wyjątkowo urodziwy młodzieniec, który ponoć jest stąd, ale jego twarz jest mi obca. Dzisiejszej nocy okrzyknięty został La Lune, uwielbia go bliska mi Dona Meer oraz zdążył poznać go mój wuj. Ma przepiękne oczy i uwielbia ciasta czekoladowe - wymieniał mężczyzna, cały czas patrząc uważnie obserwując chłopaka.

- Komplemenciarz - sarknął cicho, odstawiając talerzyk na blat.

- Taka już moja natura, a jej raczej się nie wybiera. - Nathan doskonale zrozumiał aluzję i oblizał nerwowo usta. On to miał szczęście.

- Nie możesz mieć pewności, jaka jest moja natura...

- Przeczucie. - odpowiedział z pewnością. - Ale zdradź mi coś więcej.

- Nie mam wyjścia, zapłaciłeś za informacje. - Był nieco niepewny w tym wszystkim, ale podobała mu się ta gra między nimi. - Jestem tu w zastępstwie za Sylvię Anders, któraż to musiała pilnie udać się do Paryża. To czysty zbieg okoliczności...

- Zbiegi okoliczności to anomalia. Nic nie dzieje się bez przyczyny. - I chociaż wiedział, że te słowa należą jedynie do ich gry, chciał w nie uwierzyć.

- Pierwszy raz jestem na podobnym przyjęciu. Jestem... jestem uczniem jej szkoły. Drugi rocznik. - Zawahał się przez chwilę, ale nie widział sensu w ukrywaniu tego faktu. Reszta poznanych przez niego osób już to wiedziała.

- A ja chciałem poić cię wysokoprocentowym alkoholem. Jesteś nieletni - jęknął zawiedziony, obrzucając butelkę wina tęsknym spojrzeniem. - Niemniej jednak cenię sobie twoją szczerość.

- Nie krępuj się. Ja i tak nie tykam alkoholu. - Skinął głową mu głową i sięgnął po swoją szklankę z sokiem.

- Nie będę pił sam - odetchnął i zamrugał kilkukrotnie, słysząc zmieniające się tępo i natężenie muzyki. Rozpoczęły się tańce. - Mogę prosić?

Nathan dosyć nieprzychylnie przyglądał się wysuniętej w jego stronę dłoni mężczyzny. Nie chciał tej nocy narobić sobie nieprzyjemności. Brunet, jakby słysząc jego myśli, uśmiechnął się zachęcająco i pokręcił głową.

- Uwierz mi, tutaj to całkowicie normalne. - Jakby na potwierdzenie swoich słów skinął głową w stronę idących razem mężczyzn, delikatnie splatających swoje dłonie. - Będę zaszczycony.

Nie miał nic do stracenia. Skoro On sam tego chciał, raczej już dawno ujawnił światu swoją orientację, a Nathan... nie mógł odmówić tym oczom. Mimo wszystko nadal nieco niepewnie chwycił jego dłoń i udał się z nim na salę.

- Chciałbym, abyś zdradził mi jeszcze jedną tajemnicę - mruknął przyciszonym głosem, powoli obejmując nastolatka w pasie.

Nathan ledwo powstrzymał spięcie mięśni i grymas niepewności. Nie czuł jednak tego, co zwykle towarzyszyło dotykowi obcych. Poczuł coś, czego absolutnie nie powinien był poczuć.

- Moje tajemnice są cenne. - Jak w transie położył dłoń na ramieniu mężczyzny, drugą pozwoliwszy mu spleść w delikatnym uścisku.

- Jak brzmi twoje imię? - Niski głos i gorących oddech owiewający jego ucho wprawił go w niekontrolowane drżenie.

Spokojna, ogarniająca umysł melodia...

- Jestem... Dziś jestem pełnią księżyca...

Silne, bezpieczne ramiona, prowadzące go po jednym parkiecie...

- A więc ta noc należy do ciebie.



To był dobry dzień



~~~

Bym zapomniała! Łapcie jeszcze jakieś spóźnione życzenia mikołajkowe ^^

Już Mikołaj grzeje sanie. 
Czego pragniesz niech się stanie.
Każde z marzeń skrytych w głębi
Święty Dziadek może spełnić.

Trzymajcie się cieplutko w te zimne dni,

Joyssli 

3 komentarze:

  1. Chciałabym, żeby Nathan się wybił, bo już nie musiałaby się sprzedawać 😢 Nie mogę się doczekać co będzie dalej i jak rozwinie się znajomość Allena (muszę przyznać że jak zobaczyłam to imię to byłam rozbawiona, bo mój kot nazywa się tak samo xD) i Nathana. Weny 🙌🙌

    OdpowiedzUsuń
  2. Nathan jest idealny :') Taki wrażliwy, silny i jednocześnie pociągający <3 Jestem pewna, że z All'em coś wyjdzie ( ͡° ͜ʖ ͡°) Już czuje te iskierki. Dziękuje za rozdział, czekam na więcej!
    Przy okazji wpadnij na nowy spis blogowibogowie.blogspot.com :) Nasza załoga będzie zaszczycona jeśli wyślesz zgloszenie swojego genialnego bloga :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    wspaniały rozdział, a może teraz to odmieni się jego życie, ten bal naprawdę fantastycznie wyszedł, no i nie zapomnę o kameleonie obrońcy ;]
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń