niedziela, 18 grudnia 2016

5. Fortune or fortune?




Fortune or fortune?
Przypadek czy los?


Nie istnieje bowiem na tym świecie,
istota zwana przypadkiem.


- Przeznaczenie w końcu cię dopadło, książę.

Nathan siedział właśnie z Tomasem na brudnym, zakurzonym murku. Miał okienko, ponieważ pan Bolsky postanowił nie zjawić się na lekcji. To znaczy zostali oczywiście o tym poinformowani, ale stanowczo zbyt późno. Mógłby jakoś sensowniej zagospodarować tą godzinę. Koniec końców wylądował z salonie motoryzacyjnym, w którym pracował jego przyjaciel i od dobrych czterdziestu minut opowiadał mu o przedwczorajszym przyjęciu. Skupił się głównie na jego ostatniej części, a dokładniej na ciemnookim brunecie. Nie żeby jakoś szczególnie się starał, ale nie mógł wyrzucić go z głowy. Cały czas widział go oczami wyobraźni, słyszał jego niski, zachrypnięty głos i czuł obejmujące go w tańcu ramiona. Było do zaskoczeniem nawet dla niego samego. To nie do końca tak, że bał się dotyku. To, jak przyszło zarabiać mu pieniądze, pozostawało zakopane głęboko w świadomości jego umysłu. Na co dzień nie miało prawa istnieć. Mimo to, chłopak raczej unikał cielesnych kontaktów z ludźmi. Może zabrzmi to idiotycznie, ze względu na wykonywany przez niego "zawód", ale Bell naprawdę cenił sobie tak intymną bliskość. Zawsze uważał, że seks nabiera głębszego znaczenia tylko i wyłącznie wtedy, kiedy robisz to z osobą którą kochasz. Nie dane było mu jednak tego skosztować. Obecnie równie wysoką wartość miał dla niego pocałunek. Nigdy nie całował się ze swoimi klientami i tak naprawę... nie całował się nigdy. Nigdy nie był też w prawdziwym związku. Kiedy był młodszy raczej nie interesowały go rzeczy tego typu, a potem nawet nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Gdzieś po drodze znał sobie sprawę, że woli patrzeć na chłopców aniżeli dziewczynki, ale to właśnie było wszystko. Nigdy nie eksperymentował, nie ogrywał młodzieńczych podchodów i nie spóźnił się na randkę. Jego pierwszy raz odbył się w wieku niespełna szesnastu lat, z ponad dwa razy starszym od siebie mężczyzną w Ample Town. Pamiętał tamten wieczór cholernie dokładnie. Nawet nie próbował zapomnieć.

Ponad pół roku wcześniej

Mocno zaciskał drżące dłonie na cienkim materiale starego swetra. Mimo że był już kwiecień, noce nadal bywały iście zimowe. Przełknął nerwowo ślinę i gorzkie łzy, starając się opanować szczękanie zębów. Jeszcze raz sprawdził kieszeń znoszonych spodni i odetchnął cicho. Wydał ostatnie pieniądze na jedną prezerwatywę i jakieś nawilżenie, chociaż nie bardzo miał nawet pojęcie, co tak właściwie kupuje. Na saszetce było jednak napisane, że jej zawartość złagodzi ból. Bał się tego rodzaju bólu. Bał się tej nocy... Miał nadzieję, że to wszystko chociaż zadziała. Że zdoła zdobyć kwotę potrzebną na opłacenie czynszu i zaległych rachunków. Nie mogli stracić mieszkania. Nie wylądują na ulicy. Nie powoli na to...

...Mężczyzna podszedł do niego spokojnym, pewnym krokiem. Zeskanował go wzrokiem od stóp po czubek głowy, po czym uśmiechnął się pod nosem.

- Ile masz lat? - choć jego głos był łagodny, wzbudzał w nim nieopisany lęk.

- O-osiemnaście...- szepnął roztrzęsiony i mocniej zacisnął dłonie na materiale swetra.

- Osiemnaście? Nie wyglądasz na tyle. - Mężczyzna widząc zagubiony wzrok chłopaka jedynie zaśmiał się cicho - Spokojnie. To nie jest ważne. Chodź ze mną - podszedł do niego i delikatnie pogładził dłonią blady policzek. - Jesteś taki śliczny...

...Bolało. Tak bardzo, bardzo bolało. Jego ciało paliło żywym ogniem w każdym miejscu, którego dotknęły te obrzydliwe dłonie. Tak bardzo bolało... Nie był to jednak jedynie ból fizyczny. Ten sam w sobie był dość nikły. To, co rozrywało go na strzępy, było tym innym bólem. Silniejszym. Krzyczał do niego. Krzyczał straszne rzeczy. Czuł się brudny, poniżony. Nie chciał tego. Chciał wrócić do domu. Chciał... chciał położyć się obok Mike'a i śnić cudowne sny. Nie chciał tu być. Nie chciał być taki. Brudny, zeszmacony, nic niewart... To tak bardzo bolało...

Teraźniejszość

- ...than! Nathan! - Tomas zdenerwowany pomachał mu dłonią przed samą twarzą - Ale odleciałeś. Wszystko w porządku?

- Ta...Ta, jest okej - mruknął cicho, przymykając zmęczone powieki.

- No... Wracając do tematu, ten koleś, Clavel, jest naprawdę stuknięty. Kupił to auto, ale te gadki o bezpieczeństwie i ubezpieczeniu! Stary, jak ja współczuję jego dzieciakom. O ile w ogóle jakieś ma, przecież...

Długo potem płakał. Nie mógł się pozbierać. Czuł się obrzydliwie we własnym ciele, nie chciał go. Chciał zedrzeć tą brudną skorupę i z powrotem poczuć się czystym. Nie udało mu się. Skąd poza tym pewność, co zastałby w środku. Być może jego dusza również przesiąknęła już brudem i nieczystością. Być może ona również była już nic niewarta. Bo kim był? Dziwką. Dziwką, która godziła się na swoje dziwkarstwo. Kobiety, dzieci i młodzi chłopcy zostawali porywani i nielegalnie sprzedawani obleśnym typom. On tymczasem robił to z własnej woli. Czy jego szczerze czyste pobudki naprawdę czynił go lepszym? Tego nie wiedział. Dlatego ta cząstka jego umysłu kazała mu tamtego wieczoru uciec z przyjęcia. Żeby się nie przyzwyczajał, żeby potem nie tęsknił i nie pragnął niemożliwego. Żeby pamiętał kim tak naprawdę jest. A w swoich oczach... był nikim.

- Nie wiem nad czym tak się głowisz, ale stanowczo powinieneś przestać. Poza tym, za dwie minuty masz choreografię, więc proponuję ci...Nathan? Hej, Nathan! Czekaj! PLECAK! - I tyle go widzieli.

***


- Spóźniłeś się. - To były pierwsze słowa jakie usłyszał wchodząc do sali tanecznej z pięciominutowym spóźnieniem.

- Przepraszam. Miałem teraz chwilę przerwy między lekcjami i-

- Nie ważne, Nathanie. Masz szanse się zrehabilitować! - Te słowa wychodzące z ust pani Laury zazwyczaj zwiastowały kłopoty, więc Nathan czym prędzej rzucił plecak w kąt i dołączył do reszty grupy.

- Skoro pan Bell postanowił w końcu zaszczycić nas swoją obecnością, możemy wrócić do tematu miejsca występu. Jak pewnie większość z was wie, przed paroma dniami prestiżową Akademię Taneczną Donny Meer przekazano w ręce Maximiliena Navasa. Maximilien z tej okazji chce przeprowadzić pewne, hmm... "zapoznanie", nie tylko w samej Akademii, ale i w pobliskich szkołach. Każda ze szkól wyśle trójkę przedstawicieli, którzy zobowiązani będą zaprezentować formację, duet i solówkę. Jak już mówiłam, choć nie wszyscy mieli okazje się o tym dowiedzieć - w tym momencie posłała nastolatkowi znaczące spojrzenie - tym razem naszymi przedstawicielami zostaną Stanley, Amelia i Nathan. Macie tydzień na wybranie choreografii i muzyki do wspólnego występu, oczywiście pod okiem moim i Josha. Stanley i Amelia zatańczą zjawiskowy duet, który ćwiczyliśmy ostatnio, a Nathan wykona wybraną przez siebie solówkę. W najbliższych dniach wybiorę dwie dodatkowe osoby mające za zadanie pomóc tej trójce w przygotowaniach, a potem zjawić się na występie jako wsparcie. Jakieś pytania? Nie? To świetnie. - Zignorowała jego jak i pozostałe uniesione ku górze dłonie i uśmiechnęła się szeroko. - Wszelkie szczegóły domówimy za godzinę na zajęciach tanecznych, a teraz wracamy do lekcji!

Świetnie, po prostu świetnie. Nie dość, że będzie musiał poprosić o dzień wolny w pracy, to jeszcze straci czas na pozalekcyjne treningi. Nie... nie może sobie na to pozwolić! Będzie musiał poprosić Laurę o inne godziny treningów. Powinna zrozumieć.

Kochał taniec i wszystko co z nim związane, ale wyjścia do przeróżnych galerii, akademii czy szkółek tanecznych odbywały się po zajęciach lub w weekendy, czyli w czasie, kiedy był zajęty. Dlatego też trenerka zazwyczaj mu odpuszczała. Niemniej jednak czuł pewną ekscytację. Będzie mógł na przykład bezkarnie zrezygnować z lekcji chemii czy fizyki na rzecz przygotowania się do występu. Ostatnio tańczył zdecydowanie zbyt rzadko i cholernie mu tego brakowało. Nie miał już czasu zakradać się do sali tanecznej w starej kamienicy. Poza tym, podobno została przejęta przez Akademię Navasa, jako dodatkowe miejsce do indywidualnych ćwiczeń. Słyszał już jakiś czas temu, że wybitnym uczniom przed ważnymi zawodami lub dla poprawienia własnych umiejętności Akademia finansowała wynajem sal treningowych.

- Nathanie - Laura podeszła do niego i pokręciła ze zrezygnowaniem głową - skup się, chociaż na chwilę. Pomijam już fakt, że zupełnie zrezygnowałeś z dodatkowych treningów i zawodów. Masz ogromny talent i nie pozwolę ci go zmarnować! - Ściszyła głos, aby ćwicząca dalej reszta grupy nie mogła usłyszeć ich rozmowy. - Przygotuj się do tego występu. Możesz w tym tygodniu opuścić wybraną lekcję dziennie, plus będziesz ćwiczył w czasie zajęć tanecznych i choreografii. Masz szanse zostać zauważonym, Nathanie. Większość tych dzieciaków wylewa siódme poty, by móc zatańczyć tak, jak ty tańczyłeś w momencie wstąpienia do szkoły. Setki drzwi stoją dla ciebie otworem, a ty uparcie tkwisz w miejscu. Przed tobą jeszcze dużo pracy i tysiące godzin treningów, ale ty masz to ''coś'', rozumiesz? Urodziłeś się w niepowtarzalnym darem. Nie zmarnuj tego.

***


Był tu jedynie pół godziny, a czuł się zmęczony jak po całym etacie. Szefowa postanowiła wrócić do miasta trochę wcześniej i zgotować im w kawiarni prawdziwe piekło. Od rana wyżywała się na Bogu ducha winnej dziewczynie stojącej na zmywaku, a potem na chłopaku od mopa. Oczywiście kiedy się zjawił również nie szczędziła mu swojej uroczej zgryźliwości, ale na razie wolała zostać na zapleczu i dręczyć tamtejszych pracowników, aniżeli pokazywać swoją prawdziwą naturę na sali wśród klientów. Nathan, choć współczuł znajomym z pracy, był za to niezmiernie wdzięczny wszystkim istniejącym bóstwom. Może jego dzisiejszy pech miał jednak jakieś granice.

- Nadal twierdzę, że powinieneś zawiązywać ten fartuch wyżej - Agnes spojrzała na niego karcąco, kiedy przyszedł do niej po kolejne zamówienie. - Szefowa już raz na to narzekała.

- A ja nadal twierdzę, że wyżej jest cholernie niewygodnie, a szefowa niech najpierw to założy, potem będzie narzekać. - Chwycił tacę z filiżanką czarnej jak smoła kawy. - Gdzie?

- Kanapa w rogu - mruknęła zupełnie innym tonem, jakby rozmarzona. - Ten facet jest nieziemski. Przychodzi tu dosyć często, ale zwykle z samego rana i trafia na zmianę Clary. Ta żmija cały czas go podrywa! Gdybyś tylko...

Nathan tylko wywrócił oczami i prędko skierował się w odpowiednie miejsce. On również nie znosił Clary, ale Agnes potrafiła narzekać na nią godzinami. Nie miał zamiaru tego słuchać, był wystarczająco zmęczony dzisiejszym dniem. Był jakieś sześć metrów od odpowiedniego stolika, kiedy zorientował się, do kogo zmierza. To był ON! Ten koleś z przyjęcia Dony! Tak bardzo w tym momencie chciał zawrócić i schować się w pokoju dla personelu, ale było już za późno. Straciwszy czucie w prawej dłoni, upuścił białą tacę, a głośny huk tłuczonej porcelany odbił się echem po całym pomieszczeniu. Co za porażka... Wszystkie pary oczu były skierowane wyłącznie na niego. Wszystkie. Bez wyjątku. W tej sytuacji zrobił to, co wydawało mu się być najodpowiedniejszą opcją. Zwiał. Zwiał, po drodze zawiadamiając chłopaka od mopa o rozlanej kawie. Cholera. Dlaczego?! Dlaczego to zawsze musiał być on? Niech cały pech tego świata w końcu uwiesi się na kimś innym!

- Bell, co ty wyprawiasz? Potrącę ci to z pensji! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Twoja przerwa zaczyna się dopiero za pięć minut! Wracaj na sale, zamówienia same się nie poroznoszą! I popraw ten fartuch! - Wydra. Cholerna Wydra.

- Oczywiście, szefowo... - Chłopak wziął kilka głębokich wdechów i powoli wysunął się z pomieszczenia.

A mówili, nie chwal dnia przed zachodem słońca! Przeklinał w myślał wszystko i wszystkich. Agnes za to, że dziś nie była jej kolej latania z zamówieniami, Wydrę za to, że nie mogła go zostawić w spokoju choć na piętnaście minut, aż ten facet w końcu by sobie poszedł, układ sali za to, że nie było opcji przejść obok niego niezauważonym, oraz właśnie jego, za to, że w ogóle tu przylazł. Mało było kawiarni na tej ulicy?! Jeżeli tam na górze naprawdę ktoś był, to chyba niezbyt za nim przepadał. Może to dlatego, że nie chodził do kościoła? Pan wybaczy, panie stwórco wszechświata, ale przez to jakie życie na niego zesłałeś niezbyt miał na to czas. A może to dlatego, że był gejem, he? Przecież według kościoła był tylko chorym dewiantem! W każdym razie koleś na bank nie darzył go sympatią.

- Natt! Wydra zaraz wróci! Co się z tobą dzieje? - Nessie syknęła cicho i wcisnęła mu w dłonie tace. - To samo.

Chciał poprosić ją, żeby sama to zaniosła, ale nie widział w tym większego sensu. On i tak już go widział. A może go nie poznał? Zawsze istniała nadzieja...

- La Lune. Przyszło mi zobaczyć pełnię księżyca w samym środku dnia. Niespotykane zjawisko. - Nadzieja matką głupców.

- Po prostu przypadek - Nathan prędko postawił filiżankę na stoliku, starając się nie patrzeć na mężczyznę i już chciał odejść, kiedy poczuł lekki uścisk na swoim nadgarstku.

- Już ci mówiłem, ja-

- Tak, pamiętam. Ty nie wierzysz w przypadki. - Mówiąc to nie mógł powstrzymać nieśmiałego uśmiechu, mimowolnie wkradającego się na jego usta.

- Kiedy masz przerwę? - Brunet nie wydawał się zniesmaczony czy też negatywnie zaskoczony, więc chłopak pozwolił sobie na lekkie uspokojenie.

- Tak właściwie to... - zerknął na wiszący nieopodal zegar - ...właśnie teraz. Ale to tylko piętnaście minut, także...

- Wystarczy. Usiądziesz? - mężczyzna wskazał miejsce tuż obok siebie, jednak chłopak wybrał te naprzeciwko, wywołując tym samym u mężczyzny lekki uśmiech. - Miałem nadzieję jeszcze cię spotkać. Planowałem nawet zapytać o ciebie wuja.

- Ach tak? - Nathan odchrząknął cicho i spojrzał niepewnie na towarzysza - Myślę, że nie dowiedziałbyś się od niego zbyt wiele. Jak widzisz obracam się w nieco... innych sferach - mruknął cicho odwracając wzrok. Nie za bardzo miał ochotę na tę rozmowę.

- Doprawdy? - Uniósł nieznacznie brwi i parsknął cicho. - Może nie dorabiałem sobie w kawiarni, ale przez jakiś pracowałem jako pomoc weterynarza. Co prawda wylali mnie po pół roku, ale nadal twierdzę, że praca wzbogaca człowieka.

- Pewnie wcale nie musiałeś pracować. Dla ciebie było to jedynie nowe doświadczenie, czyż nie?- Mruknął, nadal upierając się w przy swoim.

- Wujaszek nie dawał mi żadnych kieszonkowych i całymi daniami kazał mi ćwiczyć dykcję albo poznawać strukturę płótna i kroki taneczne. Brzmi banalnie, ale nawet sobie tego nie wyobrażasz. Raz nie wpuścił mnie do domu przez pół godziny, bo poprzednim razem nie wytarłem butów i narobiłem bałaganu. Była wyjątkowo sroga zima, a w dodatku zbierało się na burze. Uznał, że zostanę na zewnątrz tyle czasu, ile ostatnio zajęło sprzątaczce posprzątanie po mnie. Potem i tak musiałem przez tydzień pomagać jej w codziennych obowiązkach i wydać jedyne pieniądze na kwiaty na przeprosiny. - Sarknął cicho na samo wspomnienie tej sytuacji. - A jeśli chodzi o moich znajomych, to wiedz, że nie mam ich zbyt wielu. Nie cierpię tych bogatych, zarozumiałych buców, wybijających się dzięki kontaktom i pieniądzom rodziców. To wszystko oczywiście sprowadza się do jednego, i nie, wcale nie widzę problemu w tym, że pracujesz w kawiarni. Nie ważne jakie są twoje pobudki, pochwalam to. Chylę czoła tym bardziej, jeśli pracujesz tu dla zarobku, nie dla samego doświadczenia - skinął lekko głową i posłał mu lekki, ciepły uśmiech.

- Chyba mój dzisiejszy pech powoli mnie opuszcza. - Nathan zagryzł lekko dolną wargę, starając się powstrzymać cisnący mu się na twarz, ogromny uśmiech.

- Czasem złe zdarzenia zwiastują nadejście czegoś dobrego. To takie dobre zdarzenia, tylko w przebraniu. Tak po prostu musi być, to z czegoś wynika i do czegoś prowadzi.

- No tak, przecież zbiegi okoliczności to anomalia. - Parsknął cicho, cytując wcześniejsze słowa bruneta.

- Dokładnie - uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na chłopaka z oczywistym zaintrygowaniem. - Niedługo będę musiał się zbierać, a twoja przerwa powoli się kończy. Nie pozwolę ci znów uciec bez odpowiedzi. - Oparł brodę na dłoni, tym samym zbliżając twarz do siedzącego naprzeciw niego chłopaka i przekręcił głowę nieco w prawo - Zdradź mi tę tajemnicę.

- Moje tajemnice są cenne. - Ta gra zaczęła go pochłaniać. Powoli i bezpowrotnie.

- Jak brzmi twoje imię? - Ten sam niski głos. To samo elektryzujące spojrzenie przenikliwych oczu. Ta sama gra.

- Nathan. Nathan Bell

- Będzie to najcenniejsza z moich tajemnic. - Szepnął, po chwili milczenia powracając do poprzedniej pozycji i opierając się wygodnie o oparcie kanapy - Odwdzięczę się własną. Nazywam się Allen Alejandro Alvaro Navas, ale proszę, mów mi All - wyrecytował melodyjnie i wyciągnął dłoń w stronę nastolatka. - Zaszczyt to dla mnie poznać cię, Nathanie.

- Nie mniejszy niż dla mnie, All. - Odparł równie teatralnie, lecz po chwili parsknął cichym śmiechem i dodał: - All. Aladyna się naoglądałeś?

W najcichszym zazwyczaj zakątku kawiarni rozbrzmiał głośny, wesoły śmiech, zwiastujący nadejście czegoś magicznego. Przecież wystarczy jedynie potrzeć lampę i wypowiedzieć życzenie Aladynie, czyż nie?


~~~

Tym miłym akcentem żegnam się z wami i życzę powodzenia w nadchodzącym tygodniu. Mnie osobiście czeka uuurwanie głowy na zajęciach + porządki i przygotowania do świąt. Armagedon! Kolejny rozdział niestety nie ukaże się w przyszłą niedzielę, za co BARDZO PRZEPRASZAM. Być może uda mi się zdziałać cosik innego, ale nie obiecuję. Obiecuję natomiast się postarać, kochani. ;D

Rozdział sprawdziła Nanni ^^

Do następnego ludziska i trzymajcie się cieplutko!

Joyssli

4 komentarze:

  1. Łał. Uwielbiam ich. Mam nadzieję, że Nathan da czadu podczas tej swojej solówki. Allen jest taki uroczy, oby mieli więcej tych swoich momentów. Nathan przy nim wydaje się być szczęśliwy, chociaż dopiero się poznają.
    Ubolewam nad brakiem e niedziele rozdziału, no ale tak bywa. Nie mogę się doczekać następnego. Weny i Wesołych Świat xD 🙋🙌
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  2. Wesołych Świąt, Joyssli! Szczęścia, ciepła i radości przy wigilijnym stole, worka prezentów i tyle samo słodyczy :*
    ~Rebeliousbat

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    piękne, zastanawia mnie skąd wiedział, że to la lune... i tak został wybrany jako przedstawiciel szkoły... mam nadzieję, że teraz już będzie wszystko szło ku lepszemu...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń