niedziela, 1 stycznia 2017

6. Skyline

Witajcie ludziska! Dzisiaj nareszcie zapoznamy się troszeczkę bliżej z Tomasem i jego familią.

Pozdrowionka,


Joyssli

Rozdział sprawdzony przez Nanni ^^

EDIT 01.01.2017
A oto i pierwszy w post w nowym roku, kochani! Oby był lepszy od poprzedniego i przyniósł wam same dobre, warte zapamiętania chwile.



Skyline

Linia Horyzontu

Zasnuta chmurami ,
Daleka nam tak,
Ukrywa czasami
To czego ci brak.



Tomas był spóźniony. Bardzo spóźniony i bardzo w tarapatach. Szef ostatnim razem wygrażał się, że nie będzie tego więcej tolerował i najzwyczajniej w świecie go wyleje. Co za idiotyzm, przecież on nie robił tego specjalnie! Wstawał naprawdę wcześnie, żeby zdążyć pomóc wyszykować się dzieciakom i porozwozić je do szkół. Dziś musiał nadprogramowo zawieźć matkę do szpitala na badania kontrolne. Kobieta od dłuższego czasu miała problemy ze zdrowiem. Potem niechybnie utknął w korku, chociaż i tak udało mu się pokonać trasę stosunkowo szybko. I w którym miejscu była to jego wina?! Wątpił jednak, żeby szef choć postarał się go zrozumieć. Pewnie nawet nie będzie go słuchał. A może to i lepiej? Odkąd zmienił się właściciel salonu, praca nie sprawiała mu takiej przyjemności jak wcześniej. Hils uwielbiał wszystko, co związane z motoryzacją i znał się na tym. Odmiennego zdania był natomiast jego przełożony, który twierdził, że mężczyzna jest absolutnym imbecylem i pracuje tu tylko i wyłącznie ze względu na jego łaskę i dobroć. Ta zapewne miała skończyć się za jakieś 3,2,1...

- HILS! Zwalniam cię! - O tak. Szeroki uśmiech na twarzy tego człowieka, niewątpliwie świadczył o jego ogromnym zadowoleniu i satysfakcji. - Nie mam najmniejszego zamiaru ani dnia dłużej tolerować twojego zachowania! Już nie raz cię ostrzegałem! Byłeś tu tak długo tylko i wyłącznie ze względu na moją łaskę i...

Tomas nie miał najmniejszego zamiaru słuchać tej paplaniny. Z cichym westchnieniem zdjął kask i zsiadł z motocykla, powoli kierując się do pomieszczenia dla pracowników. Ku własnemu zdziwieniu nie był nawet zdenerwowany. Może jedynie odrobinę rozżalony, bo naprawdę lubił swoją robotę. Pocieszał go fakt, że z pewnością prędko znajdzie nową posadę, może nawet za lepsze pieniądze, a ten zgred właśnie stracił najlepszego ze swoich pracowników. Nie był pyszny, ale znał swoje umiejętności i potrafił je ocenić. Znał każdą markę i każdy model samochodów czy motocykli. Potrafił szybko znaleźć problem, rozwiązać go i oszacować cenę. Codziennie ściągał części najlepszej jakości w najatrakcyjniejszych cenach lub sam jeździł po nie w razie potrzeby. Robił linki motoryzacyjne i zajmował się przeróżnymi ponadprogramowymi problemami w salonie i był całkowicie pewien, że portfel szefa poczuje jego odejście. I bardzo dobrze. Poza tym zawsze chciał spełniać się w czymś więcej. Uwielbiał podrasowywać stare auta i motocykle. Tuning i przeróbki to jego największa pasja. Oczywiście zaraz po muzyce, ale o tym potem.

Niedbale rzucił zagradzającą mu drogę oponę na pobliską stertę, jednak nie wszystko poszło po jego myśli. Masywne ogumienie z zaskakującą prędkością odbiło się od stosu i pognało przed siebie, koniec końców taranując napotkanego na swej trasie mężczyznę.

- Ty skończony imbecylu! Bardzo przepraszam, panie Clavel. Ten człowiek już tutaj nie pracuje - łysiejący już facet pośpiesznie podbiegł do ostrożnie podnoszącego się z ziemni klienta - co sprowadza pana na warsztat? Zapraszam do biura, tam-

- Dziękuję, poradzę sobie - mruknął oschle wysoki, siwiejący szatyn i odepchnął ręce mężczyzny. - Szukam właściciela nietypowego motoru, który zastawia mi wjazd na parking.

- Ależ oczywiście, panie Clavel. Hils, pakuj manatki i zabieraj się stąd razem z tą przeklętą maszyną.

Tomas westchnął cicho i chwycił w dłonie kartonowe pudło, ze wszystkimi swoimi rzeczami. Nie było ich szczególnie dużo. Nie miał pieniędzy na własny sprzęt i narzędzia, więc zawsze korzystał z tych będących w wyposażeniu salonu. Postawił karton na trójkątnym, dospawanym ręcznie bagażniku i zabezpieczył go gumowymi pasami. Czuł na sobie ciekawski wzrok, więc odwrócił się powoli i zmarszczył brwi.

- Pan Clavel. Się pan nie denerwuje, już spadam. - Mężczyzna skrzywił się lekko, słysząc słownictwo oraz ton chłopaka przed sobą.

- Jesteś Hils. Tomas Hils. - Było to bardziej stwierdzenie aniżeli pytanie. - Z tego co zrozumiałem właśnie straciłeś pracę, czyż nie?

- Ta, ale co panu do tego? - Mruknął zdziwiony, kończąc siłowanie się z zapięciem pudła.

- Chciałbym z tobą porozmawiać.

- Niestety, nie mam czasu. Muszę do wieczora znaleźć nową pracę. Mógłby się pan odsunąć? Chce wycofać. - Mężczyzna obok ani drgnął, więc Tomas jedynie wzruszył ramionami i założył kask.

Nie zwracając większej uwagi na gapiącego się na niego towarzysza, odpalił maszynę i zaczął ją ostrożnie wycofywać. Nie miał zbyt dużego pola manewru i w skupieniu starał się nic nie potrącić. Wtedy stało się coś, czego bynajmniej się nie spodziewał. Clavel SPECJALNIE przewrócił się tuż obok tylnego koła, zmuszając Tomasa do ostrego skrętu w prawo. Szarpnął kierownicą i starał się ominąć zagradzający mu drogę samochód, ale nie dał rady. Tył motocykla ze dużą siłą zderzył się z drzwiami auta. Warknął zdenerwowany i gwałtownym ruchem zsiadł z maszyny, szybo zdejmując kask. Prędko ocenił sytuację i stęknął niezadowolony. Na drzwiach widniało spore wgniecenie i wyraźna rysa. Hils zacisnął zęby i odwrócił się do otrzepującego spodnie mężczyzny.

- Czego pan chcesz?!

- Porozmawiać, jak już mówiłem. Mam pewną propozycję. Radzę panu mnie wysłuchać - mówiąc to spojrzał znacząco na uszkodzony samochód i posłał brunetowi pełen satysfakcji uśmiech.



Dwie godziny później Tomas był już w domu, mając pracę zapewnioną na najbliższe pół roku. Sytuacja wydawała mu się być co najmniej dziwna, lecz nie zamierzał tego roztrząsać. Dostanie za to sporo pieniędzy i będzie mógł w końcu kupić dzieciakom nowe ciuchy, a sobie wymarzony komplet strun i może nowe talerze do perkusji George'a .

- O, Tom. Już jesteś? Coś się stało? Przecież kończysz dopiero za cztery i pół godziny.

Matka Tomasa była niską, szczupłą kobietą o siwiejących, acz jeszcze nadal ciemnych włosach. Patrząc na jej twarz od razu zauważało się ciepło i serdeczność, ale i ogromne zmęczenie. Co się dziwić, Martha przeszła w życiu naprawdę sporo, a ostatnie lata były dla niej szczególnie wykańczające. Śmierć męża i wychowanie szóstki dzieci nie były dla niej łatwe. Dlatego Tomas starał się jej pomagać jak tylko mógł. Pracował, robił zakupy, starał się pomagać w domu, zajmował się rodzeństwem i był obecny w ich życiu szkolnym. Obecnie największe problemy sprawiał Jerry, jego piętnastoletni brat. Przechodził właśnie tak zwany "okres buntu". Zaraz po nim była Kate, spokojna trzynastolatka i Steph, o rok młodsza bystrzacha. Potem byli bliźniacy - Danny i Ray, dziesięcioletnie urwisy, oraz ośmiolatek, Tony, najmłodszy członek ich rodziny i przyjaciel Mike'a. Chociaż jego brat był o prawie trzy lata starszy od małego Bella, chłopcy prędko znaleźli wspólny język.

- Tak, ale zaszły małe zmiany, matula. Tak jakby zmieniam pracę. Spokojnie, nie rób takiej miny. Jeden z klientów, wiesz, taka szycha, zaproponował mi pracę na wyłączność. Będę jego osobistym mechanikiem, a przy okazji mam trochę podrasować jego auta i coś zmajstrować według własnego pomysłu. - Uśmiechnął się półgębkiem, widząc wątpliwości w oczach rodzicielki. - Nie przejmuj się, jest okej, naprawdę. Będę miał dużo więcej wolnego czasu, a stawka miesięczna przewyższa poprzednią trzykrotnie. Nareszcie staniemy na nogi.

- A na czym...

- ... Niby stoimy? - Zanim Martha zdążyła skomentować zaistniałą sytuację, do kuchni wbiegli szeroko uśmiechnięci bliźniacy.

- Ja umiem stać na rękach.

- A ja na głowie! Nauczyłem się na zajęciach! - Danny był tym bardziej żywiołowym bliźniakiem, a nieprzekrzyczenie brata byłoby dla niego ujmą w honorze.

Tomas uśmiechnął się pod nosem i zerknął na matkę, która jedynie pokręciła głową. Z pieniędzmi, które niebawem zdobędzie, będzie mógł zapewnić im lepsze życie. Starał się myśleć tylko i wyłącznie o tym, i nie zastanawiać się dłużej nad niepasującymi mu punktami swojej umowy z Clavalem.


***

- Nie jestem pewien, czy to rozsądne - mruknął Nathan, starając się jedną ręką otworzyć skrzynkę pocztową.

- Daj spokój książę. Praca jak praca, a mi przyda się taki hajs. Kiedy powiedział mi miesięczną stawkę, myślałem, że zejdę na miejscu. Poza tym, ma trzy auta do odpicowania, a jedno do poskładania. Na to i tę drugą sprawę dał mi sześć miesięcy. W sumie powiedział, że czas w tym wypadku jest dosyć elastyczny, ale pół roku powinno mi wystarczyć. Stary, będę przychodził do niego na dziesiątą, jadł, pił i kąpał się za free, wychodził o szóstej wieczorkiem i jeszcze dostawał za to kupę szmalu. Żyć nie umierać!

- Już powiedziałem ci, co o tym myślę. Będziesz tego żałował. - Wyjął z metalowego wnętrza dwie koperty i skrzywił się nieznacznie, widząc nadawców. - Ale że jesteś idiotą wiemy obaj od dawna.

- Och, ależ oczywiście! Teraz to ja jestem idiotą? A może porozmawiamy jeszcze raz o twoim zachowaniu w robocie? "O nie! Rzucę tą tacę jak stoję i spierniczę! Co z tego, że facet mnie widział, a Wydra potrąci mi z pensji! O, schowam się w szatni i poćwiczę sztukę dematerializacji!" - Tomas z rozbawieniem parodiował głos chłopaka, przed oczami mając sytuację sprzed kilku dni.

- Zamknij się idioto. Ja przynajmniej mam instynkt samozachowawczy - warknął ostro, powoli wspinając się po schodach.

- Tak, i to jaki!

- Odwal się, zanim zacznę żałować, że w ogóle ci powiedziałem. Zaczekaj. - Otworzył ostrożnie drzwi do mieszkania i nasłuchiwał.

- I co?

- Pusto. Jeszcze nie wrócił - odetchnął chłopak, już ze spokojem wchodząc w głąb pomieszczenia.

- Jeszcze? Czy to już nie jest drugi dzień? - W głosie Hilsa wyraźnie słyszalne było zdziwienie.

- Ta, sam jestem zaskoczony. Pewnie znowu okupuje automaty. Mam nadzieję, że nie przepieprzy wszystkiego do końca miesiąca. Minął dopiero tydzień. 

- Nie powinieneś o tym myśleć. Poza tym, nie minie kilka godzin i zobaczysz na horyzoncie jego paskudny pysk. Chociaż wiesz, Steph ostatnio recytowała w szkole taki wiersz, w którym chodziło o to, że horyzontu i wszystkiego co na nim nie da się zobaczyć. W sensie, niby to jest ta linia, która łączy ziemię z niebem, ale tak właściwie to i ziemia, i niebo sięgają o wiele dalej, no nie? Dlatego tego nie da się tego zobaczyć, a tym bardziej tam dojść. Podobał mi się ten wiersz, serio.Taki głęboki był, coś dla ciebie. Tam właśnie było o drodze do horyzontu, książę. Niemożliwej do przejścia i tak dalej, a jednak czasem warto w nią wyruszyć, bo kryję się tam to wszystko, czego potrzebujemy. To chyba szło jakoś...Ach, nie pamiętam. Ale w każdym razie coś w stylu, że tam jest wszystko, czego nam brak, tylko nie może samo do nas przyjść. I coś o tym, że linia horyzontu o wschodzie coś nam zabiera, żeby mieć siłę, by przetrwać dzień, a nocą chce nam to oddać ale nie może, bo słońce już zaszło. I właśnie tylko w chwili zachodu, gdzie ziemia łączy się z niebem, a słońce z księżycem, możemy odzyskać to, czego nam brakuje. Fajne, nie? Tylko właśnie do tego horyzontu nie da się dość, a w ogóle to on tam jest jeszcze cały we mgle i tak dalej. No, ale w każdym razie to było coś w tym stylu.


- Twoja składnia potrafi spłycić nawet najgłębszy tekst. - Parsknął chłopak i pokręcił głową z rozbawieniem - Muszę kończyć, stary. Mam robotę.

- Luzik, książę. Zadzwonię później, przed próbą podrzucę cię po Mike'a.

- Dzięki, do później. - Chłopak odsunął telefon od twarzy i zakończył połączenie.

Dziw, że jeszcze nie pokaleczył sobie palców o to badziewie. Ekran był popękany i zaczynał się kruszyć, a plastik wystający w miejscu brakujących guzików był nadłamany i kłujący. Z pewnością 9 na 10 osób uznałoby sprzęt za nienadający się do użytku. Cóż, jednak nadal działał i Nathan miał ogromną nadzieję, że podziała jeszcze przez jakiś czas.

Chłopak westchnął cicho w skierował się do kuchni, z wcześniej kupionych składników przygotowując prosty posiłek. Wczoraj przygotował na obiad makaron z podstawowymi warzywami, a że suchych klusek zostało całkiem sporo, postanowił zrobić szybki rosół. Jak dobrze pójdzie, starczy im nawet na kilka dni. Wrzucił go dużego, przypalonego garnka niewielki kawałek umytego mięsa i zalał go zimną wodą. Zmarszczył brwi zaniepokojony, kiedy po odkręceniu drugiego kurka temperatura wody wcale się nie zmieniła. Nie, nie, nie...Przecież miał jeszcze tydzień! Zdenerwowany wytarł dłonie w przybrudzoną ścierkę i jak burza wpadł do salonu. Szybko dorwał jeden z listów i zdenerwowany rozerwał kopertę. Z każdym słowem robiło mu się coraz słabiej. Trzy miesiące...Jak to trzy miesiące! Przecież regularnie dokonywał wszelkich wpłat! Ojciec nie miał możliwości dokonywania wypłat, więc... więc jak?! Musiał jak najszybciej udać się do spółdzielni i to wyjaśnić. To nie mogła być prawda! Nathan z ciężko bijącym sercem wziął do rąk drugą kopertę. Ze swoją przeklętą, urzędową pieczątką wyglądała równie paskudnie jak poprzednia. Tym razem wolniej, jakby odwlekając tą przeklętą chwilę, wyjął ze środka kartkę papieru. Wezwanie do zapłaty. Kolejne z resztą. Chłopak gwałtownie zmiął świstek w dłoniach i cisnął w ziemię. Miał ochotę krzyczeć, wyżyć się. Musiało mu niestety wystarczyć jedynie jedno, mocne uderzenie w drewniany blat kwadratowego stolika. Bo co miał zrobić, hm? Jeszcze bardziej zniszczyć podartą i poplamioną kanapę? A może skopać prowizorycznie posklejane krzesła? Oprócz tego, w niewiele większym od pokoju jego i Mike'a salonie znajdowała się niska, wiekowa komoda, w której swoje rzeczy trzymał Bob. Na niej zaś stał przedwojenny telewizor, ulubiony przedmiot starego Bella. Na tym kończyło się wyposażenie salonu. W kuchni też nie było zbyt wiele rzeczy, bo oprócz zlewu, lodówki i szafek zawieszonych na ścianie, nie było tam nic. I nawet nie znalazłoby się miejsce na jeszcze jedną szafkę czy taboret. W pokoju chłopców natomiast znajdował się duży, wysoki materac po przejściach i spora szafa, którą Nathan półtora roku temu zabrał ze śmietnika i z pomocą Tomasa odnowił. Przy "łóżku" stała jeszcze szafka nocna i niebieska lampa w kształcie delfina. Ostatnią rzeczą był ciemny regał, na którym swoje miejsce znalazły zabawki Mike'a i wszelakiej maści książki. Prócz tego w mieszkaniu znajdowała się jeszcze mała łazienka, wyposażona w klozet, pralkę, zlew i prysznic. Lokal był nieduży i urządzony bardzo biednie. Chłopak starał się jak mógł co jakiś czas kupować do domu jakieś skromne dodatki, takie jak obrus, świeczki czy jakieś rośliny. Z całego serca chciał stworzyć bratu ciepły kąt, nie melinę z szarymi ścianami, jednak nie zawsze był w stanie. Nie było go na to stać. Z tego też powodu Mike rzadko odwiedzał kolegów ze szkoły. Nastolatek ubierał barta naprawdę dobrze, więc nie sprawiał wrażenia ubogiego, ale nie wszystko dało się ukryć. Nadal pamiętał dzień, w którym zadzwoniła do niego matka najlepszego kumpla chłopca i zapytała się go, dlaczego Mike zachowuje się w ich domu jak w pieprzonym muzeum.

Pięciolatek nigdy nie miał możliwości korzystania z Playstation czy drzwi otwieranych na odcisk palca. Nie mógł zapewnić mu wanny z masażerem, dań z owocami morza czy nawet cholernego telefonu. Wtedy po raz pierwszy brat zapytał się go, dlaczego inni mają pieniążki, a oni nie. Mike był rozumny, naprawdę rozumny i pojętny. Dlatego potem nie pytał więcej. Pytał za to o inne rzeczy. Dlaczego Nathan pracuje i chodzi do szkoły jednocześnie? Dlaczego tata nie zarabia na rodzinę? Dlaczego mama nie chciała do nich wrócić, czy kiedy będą mogli zamieszkać w cieplejszym mieszkaniu? Teraz pytania pięciolatka niejednokrotnie przerażały nastolatka. Bo jakie dziecko bez mrugnięcia okiem pyta czy będzie dzisiaj coś na kolacje? Czy w tym tygodniu będą mieli światło, potrzebne małemu do oglądania książek? Czy dziś pod prysznicem będzie ciepła woda? I wtedy Bell zmuszony był odpowiedzieć. Dziś odpowiedz na jedno z tych pytań brzmiała ''Nie''. Nie będzie ciepłej wody i Nathan będzie musiał zagotować ją bratu w garnku. On sam nie dbał o to. Może to głupie myślenie, ale wątpił, by była jeszcze jakaś rzecz, zdolna do zwalenia go z nóg. Za dużo w życiu przetrwał i wyszedł z tego cało. Prawie cało, bo jakaś część jego duszy, była już dawno martwa.

Chłopak przetarł dłońmi zmęczoną twarz i spojrzał na zegar. Miał jeszcze dwie godziny do odebrania Mike'a ze szkoły, a obiad był praktycznie gotowy. Zagryzł mocno wargi i ścisnął w dłoni zawieszony na szyi klucz. Musiał odreagować.




Niecałe pół godziny później Nathan był już z powrotem w szkole. Na sali było zupełnie pusto i dosyć ciemno, jednak nie miał zamiaru zapalać światła. Była druga połowa listopada, słońce zachodziło dużo wcześniej. Wolnym krokiem skierował się w stronę sprzętu i sprawnie włączył odpowiednią muzykę. Podkład muzyczny pod jego nową choreografię był pierwszy w wyszukiwarce. Uśmiechnął się pod nosem i stanął na samym środku sali, już tylko czekając na odpowiedni moment. Jego płaszcz, sweter i buty leżały gdzieś w kącie, tracąc teraz na swojej wartości. Wszystko ją teraz traciło. Liczył się on. On, otaczająca go muzyka, gasnące promienie zachodzącego słońca i te wszystkie emocje oraz ogarniające go uczucia.

*Uratuj mnie od bagna
Szepnij słowa pragnienia

Każdy ruch. Każdy krzyk. Z początku delikatnie. Cicho. Potem mocniej, więcej, bardziej. Głośniej. W końcu mógł to poczuć. Mógł tańczyć. Krzyczeć. Mówić, przeklinać i błagać. Słowa nie były mu potrzebne, nie chciał ich. Miał swój język i wyrażał on wszystko to, czego nigdy nie wyrazi słowami. Tak bardzo mu tego brakowało.

Czy muszę coś mówić?
Czy muszę powiedzieć prawdę?
Czy muszę wykrzyknąć to?

W jego oczach lśniły łzy, po ciele spływały krople potu, a na ustach widniał niezrozumiały uśmiech. Ale nikt nie musiał rozumieć. Nikt nie mógł zrozumieć. Każdy obrót, skok i ruch dłoni był przesiąknięty pasją. Pragnieniem. Teraz mógł powiedzieć to wszystko.

Cały żal, smutek, nienawiść, potrzebę i nadzieję. Tak wielką nadzieję.

Muszę coś powiedzieć
Uratuj mnie od rozpaczy

Kiedy muzyka ucichła zmęczone ciało bezsilnie opadło na podłogę. Czerwone, pomarańczowe i złote refleksy swawolnie tańczyły na jego skropionym potem torsie, wilgotnych, hebanowych włosach i delikatnie zaróżowionej twarzy. Odwrócił głowę, przylegając rozgrzanym policzkiem do zimnych paneli i zatopił się w obrazie zachodzącego słońca. Z jego mroźnych, błękitnych oczu wypływało coraz więcej łez, a po sali rozszedł się szczery, cichy śmiech. Nikt nie musiał rozumieć.

Powiedz mi, że będziesz tam
Uratuj mnie - kochanie uratuj mnie



* Fragmenty "Do I Have To Say The Words" Bryana Adamsa



~~~
Jako że nawiedził nas pierwszy stycznia...


KOCHAM PRZEKOCHAM,

JOYSSLI

4 komentarze:

  1. Szczęśliwego nowego roku i weny twórczej.
    Cześć, jestem tu nowa i cieszę się iż trafiłam do twojego królestwa :D Mogę Cię pochwalić? Masz bardzo dobrze rozwinięty styl artystyczny, co nadaje twoim opowiadaniom oryginalnego charakteru. Szczególnie końcówki rozdziałów w "Island to Find".
    Powodzenia w dalszym pisaniu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No, to było mocne. Aż nie wiem co napisać xD Mam nadzieję, że ten o którym myślę uratuje Nathana. Mały Mike też zasługuje na lepsze życie.
    Podoba mi się to, że już coś się zaczyna dziać wokół Tomasa. Myślę, że nie będzie nudno. Czekam na następny rozdział. Weny 😘🙌

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    wspaniały rozdział, ciekawe co kryje się za tą pracą Calvina, dość ciekawe, dlaczego tak się stało, czy Bob znalazł jakiś sposób na dostanie się do tych pieniędzy?
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń