niedziela, 8 stycznia 2017

7. Sowing


Sowing
Siew




Było naprawdę wiele słów, mogących z zabójczą dokładnością określić obecny stan Nathana, ale on nazywał go tak samo już od kilku miesięcy. Do dupy. Było po prostu do dupy. Jego koszmar toczył się nieustannie i szczerze wątpił, by miał przeminąć w najbliższym czasie. Kiedy przedwczorajszego wieczora opuszczał szkołę, nie sądził, że tak boleśnie odczuje skutki treningu. A raczej bezmyślnego wyżycia się. Czara całego tragizmu przelała się poprzedniego wieczora, a tak właściwie nocą. Nie trafił na miłego typa, ale nie mógł pozwolić sobie na wybrzydzanie. Pieniądze były mu potrzebne na wczoraj i musiał je zdobyć. Udało mu się spłacić niewielką część zaległych rachunków i z powrotem podłączono im ciepłą wodę. Ojciec nie byłby sobą, gdyby przed kolejnym zniknięciem nie zrobił mu o to awantury. Chłopak jednak nie miał już nawet siły się z nim kłócić. Nie miał jej również na rozmyślanie o zniknięciu pieniędzy. W spółdzielni powiedzieli, że być może to jedynie błąd, a cała kwota wróci niebawem na jego konto. Obiecali skontaktować się z nim w razie potrzeby. Gadanie... Mimo wszystko musiał zaczekać na rozwój wydarzeń. Potem będzie się głowić. Kolejną sprawą była jego szkoła. Frekwencja nadal spadała, a on nie mógł nic z tym zrobić. Na razie udawało mu się nadrabiać to ocenami, ale długo tak nie pociągnie. Zaczynało brakować mu sił. Zima zbliżała się wielkimi krokami, a Mike nie miał jeszcze odpowiednich ubrań. On z resztą też, ale nie było to aż tak ważne. Musiał zdążyć naprawić dodatkowy piecyk elektryczny i zarobić pieniądze na zapas. W święta kawiarnia będzie zamknięta przez około dwa tygodnie, ponieważ szefowa planuje przeprowadzić wtedy remont. Wiąże się to oczywiście z niższą pensją na ostatni miesiąc tego roku, a przecież to właśnie wtedy będzie potrzebował najwięcej pieniędzy. Wraz z końcem listopada musiał wybrać się z bratem na zakupy i uzupełnić ich szafę o ciepłą kurtę, szalik, jakieś rękawiczki i zimowe buty. Nie powoli małemu marznąć. 

- Nathan, może byś się pospieszył? - mruknęła zirytowana Clara. - Ludzie czekają na swoje zamówienia. 

W przeciwieństwie do dni roboczych, w soboty Nathan przychodził również na pierwszą zmianę, na jego nieszczęście, razem z Clarą. Dziewczyna naprawdę działała mu na nerwy i chętnie wyrwałby jej te obrzydliwie czerwone tipsy i wydłubałby nimi błotnistobrązowe gały dziewczyny, ale wtedy prawdopodobnie miałby spore problemy. Dlatego też cierpliwie znosił jej upierdliwość i w ciszy przygotowywał kolejne zamówienia. Przynajmniej nie musiał wyściubiać nosa zza lady. Udało im się przetrwać w ciszy następne półtorej godziny i chłopak miał szczerą nadzieję, że tak pozostanie aż do końca jego zmiany. Marzenia ściętej głowy. 

- Nathan! Rusz się do cholery. Och, może się przemęczyłeś? Odpocznij sobie - syknęła dziewczyna cicho, uważnie wpatrując się w drzwi. - Idź na przerwę. Teraz ja staję za ladą.

- O co ci do cholery chodzi?! Moja przerwa zaczyna się za jakieś pół godziny - warknął rozjuszony i zmarszczył brwi, widząc nagłą zmianę w zachowaniu dziewczyny.

Na jej usta wpłynął "uwodzicielski" uśmiech i przyjęła dość dziwną pozę, uwydatniając swój bujny biust. Co ona wyprawiała? Była w pracy, a nie w cholernym barze. Już nawet pomijając fakt, że chłopak ledwo powstrzymywał nieprzyjemny grymas, to naprawę było niesmaczne. 

- Dzień dobry, w czym mam zaszczyt służyć? - Jej głos był wysoki i obrzydliwie przesiąknięty sztucznością. 

- Witam. Espresso i dziesięć ciastek z dynią. Na wynos - Usłyszał dobrze znany mu głos i dopiero wtedy odwrócił głowę w odpowiednią stronę - I może numer telefonu?

- Tego nadal nie mamy w ofercie - mruknął nastolatek i prędko wziął się za wykonanie zamówienia.

Allen Navas. Kolejny z jego koszmarów, a raczej złudnych snów, które również koszmarami nazywał. Mężczyzna już wcześniej pokazywał się w kawiarni dosyć często, jednak zazwyczaj jedynie rankiem. Ostatnio uległo to niespodziewanej zmianie i Nathan czuł się z tym odrobinę nieswojo. Brunet przychodził niekiedy każdego wieczora, zamawiał czarne espresso i obserwował. Jego, konkretnie. Zawsze próbował też nawiązać z nim jakikolwiek kontakt, ale nastolatek bronił się nogami i rękami. Miał na głowie stanowczo zbyt wiele zmartwień. Nie potrzebował głupiej nadziei i mokrych fantazji po nocach, a był temu bliski. Mężczyzna otwarcie zapraszał go na spotkanie i wypytywał o numer telefonu. Przystopował dopiero wtedy, kiedy Bell powiedział mu, że woli swoją orientację pozostawić w ukryciu. Nie była to oczywiście prawda, ponieważ jego współpracownicy doskonale o niej wiedzieli, ale przynajmniej pozbył się tych zalotów na jakiś czas. Do dziś, jak się okazało.

- Bzdury. Jeden jest dostępny i tylko czeka na złożenie odpowiedniego zamówienia - Clara chwyciła do ręki kubek ze swoim numerem telefonu i pomachała nim lekko, cały czas usiłując zdobyć uwagę Navasa.

- O ile pamięć mnie nie myli, od wczoraj napoje podajemy w świątecznych - sarknął chłopak i postawił na ladzie espresso w czerwono-białym kubku, imitującym stój Świętego Mikołaja. Tuż obok niego wylądowała papierowa torebka w śnieżynki. - Jeśli to wszystko, 5 funtów proszę. Korkuje pan kolejkę - Nathan uśmiechnął się nie do końca uprzejmie i kiedy mężczyzna zapłacił - swoją drogą zostawiając mu sowity napiwek - siłą wcisnął mu zamówienie w dłonie.

Dreszcz, jaki wtedy przebiegł po całym jego ciele, z pewnością został dostrzeżony przed Allena. Mężczyzna jednie zacisnął usta, jakby chcąc się opanować i skinął lekko głową. 

- Do zobaczenia niebawem, Nathanie - mruknął na odchodne i powolnym krokiem opuścił kawiarnię.

- Skąd zna twoje imię?! - pisnęła dziewczyna, kiedy tylko kolejka klientów zniknęła.

- Hmm... nie wiem. Ach, może dlatego, że mam je na tej plakietce? - powiedział z sarkazmem, wskazując na metalową blaszkę ze swoim imieniem, przyszytą do jego koszuli. 

- Ale... ja też ją mam. Do mnie nigdy nie mówił po imieniu! A może jej nie widać. Dobrze ją widać?!

- Widać ją doskonale, twój problem polega na czym innym. Jedni będą patrzeć kilka cali nad nią, a inni nie spojrzą wcale. 

- Co niby masz na myśli?! - krzyknęła rozjuszona i chwyciła w dłonie pełną już tacę.

- Ależ nic. Po prostu zapnij te dwa ostatnie guziki. Przechodziłem ostatnio obok tamtego salonu, wierz mi, twój chirurg nie potrzebuje dodatkowej reklamy - Dziewczyna prawdopodobnie chciała w tym momencie wyrazić swoje oburzenie i być może oblać go jedną z kaw, ale na salę weszła niezbyt zadowolona szefowa. Nathan wcale nie potrafił się tym cieszyć, bo kobieta wyraźnie zmierzała w jego kierunku i raczej nie miała pokojowych zamiarów. Co za beznadziejny poranek.


***


Tomas podjechał pod ogromną rezydencję Clavelów dokładnie sześć minut przed czasem. Zazwyczaj nie przywiązywał szczególnej wagi do swoich pracodawców, ale ten przypadek był dosyć szczególny. Chciał zrobić dobre wrażenie, być może kiedyś mu się przyda, a na pewno nie zaszkodzi. Ostrożnie zaparkował swoją maszynę na niewielkim parkingu i zostawiwszy kask na siedzeniu ruszył do drzwi. Nie zdążył nawet zapukać, a tym bardziej przygotować w głowie jakieś sensownej gadki, gdyż drzwi zostały natychmiastowo otwarte.

- Pan Clavel - skinął mu lekko i wyciągnął dłoń, która po chwili została lekko ściśnięta przez starszego mężczyznę.

- Tomasie, oczekiwałem cię. Cieszę się, że przybyłeś przed czasem. Wraz z żoną pracujemy również w weekendy, więc niebawem będę musiał opuścić posesję. Dzisiejszy dzień jest szczególny. Zazwyczaj będziemy widywać się jedynie przy wręczaniu ci wynagrodzenia lub ustalaniu ewentualnych... kwestii. Osobiście pokażę ci garaż, podziemia i twój pokój. Nie patrz się w ten sposób, pokój z pewnością ci się przyda. Będziesz miał miejsce na ubrania na zmianę, wszelkie potrzebne gadżety i dogodne otoczenie do wypoczynku. Do pokoju przyłączona jest łazienka, którą w ewentualnych przypadkach dzielić będziesz z moim synem. Zazwyczaj korzysta ze swojej łazienki, ale podczas jej sprzątania, przygotowywania kąpieli bądź innych ekscesów prowadzących do jej niedyspozycji, Victor będzie udawał się tutaj. Łazienka ma również drzwi od strony korytarza, więc miej się na baczności. Nie chcemy przecież wywoływać zbędnych, krępujących sytuacji. A teraz zapraszam za mną.

Tomas przez większość czasu milczał, kiedy mężczyzna pokazywał mu kolejno jego pokój, łazienkę, salon dla pracowników i ich kuchnię. Trzypiętrowy dom Clavelów był naprawdę ogromny i nie próbował nawet zliczyć wszystkich drzwi, które mijali. Jego pokój znajdował się na pierwszym piętrze, razem z pokojami reszty pracowników i służby. Przemierzając długie korytarze, czuł się niemal jak w przeszłowiecznym pałacu. Nutę nowoczesnego prestiżu dostrzegł natomiast na parterze, gdzie znajdował się ogromny salon dla gości, oraz w biurze Clavela, gdzie sam właśnie się znajdował, uzgadniając ze swoim pracodawcą wszelkie, napisane drobnym druczkiem punkciki z leżącej przed nim umowy. 

- ...A jeśli chodzi o "elastyczne godziny pracy''? - Tomas nieco uniósł brew, zerkając nieprzychylnie na mężczyznę.

- Powinieneś zdawać sobie sprawę z tego, że czasem coś może się przedłużyć lub wypaść w nieoczekiwanym momencie - Głos mężczyzny był spokojny, acz odrobinę niezdecydowany.

- Mam być pod ręką na każde zawołanie? - parsknął cicho.

- TA sprawa wymaga czasu i cierpliwości. Szukałem długo i znalazłem ciebie, Tomasie Hills. Nie zamierzam szukać dalej. Jestem gotów podwyższyć stawkę, byś niekiedy przybył tutaj chociażby w środku nocy. 

- O tym porozmawiamy, kiedy w końcu pozwoli pan mi zorientować się, z czym mam do czynienia.




- A więc to są wszystkie maszyny, które niebawem trafią w twoje ręce. Wkrótce z Niemiec sprowadzony zostanie jeszcze...

Tomas stał tam i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Aston Martin One-77 na wyciągnięcie ręki... A zaraz za nim nieco pokiereszowane Bugatti Veyron 16.4 Grand Sport Vitesse. Ostatnim autem okazało się klasyczne Ferrari 250 GT SWB California Spyder z 1961 roku, które zostało wyprodukowane jedynie w 55 egzemplarzach za całym świecie. Nawet nie marzył, że kiedyś dane mu będzie zobaczyć je na własne oczy. Prócz tych wartych miliony dolarów cudeniek w podziemiach stał do połowy rozebrany motor, wyglądający na Ecosse Titanium Series FE Ti XX. Prawdziwy cud. Hills był w siódmym niebie i ani myślał z niego wychodzić. 

- Za taką robotę to ja chętnie nawet dopłacę... -Szepnął sam do siebie i pokręcił głową z niedowierzaniem. Dopiero po kilkunastu minutach delikatnego dotykania i podziwiania swoich nowych podopiecznych zwrócił uwagę na nadal stojącego w przejściu mężczyznę. Już otwierał usta, by jakoś się wytłumaczyć, ale Clavel prędko uniósł dłoń i machnął na niego.

- Widzę, że nie jesteś zawiedziony. Cieszy mnie twój entuzjazm, jednak byłbym wdzięczny, gdybyś w końcu zgodził się mnie posłuchać, Tomasie - Brunet prędko skinął głową, z oczekiwaniem wpatrując się w pracodawcę. - Świetnie. Jak już mówiłem, za maksymalnie trzy, dwa tygodnie w tym miejscu będzie stało jeszcze jedno auto. To, ściślej mówiąc - W tym momencie wcisnął Hillsowi w dłonie plik kartek, które ten bez chwili zwłoki zaczął przeglądać.

- To Mercedes-Benz von Krieger 540 K... Special Roadster z 1936 roku. To dosyć... wyjątkowa maszyna. Stara, droga i naprawdę wyjątkowa. Chce pan jeździć nim po centrum?

- Skąd. Samochód mój i mojej żony znajdują się w garażu na parterze. Te auta trzymam tu hobbystycznie, niektóre zamierzam sprzedać, niektórymi czasem jeżdżę. Ta zaś maszyna będzie należała do mojego syna.

- Pański syn ma prawo jazdy? - Przecież nie można zbezcześcić takiej wspaniałości!

- Ależ skąd, on nie będzie nim jeździł. Jeszcze zrobiłby sobie krzywdę - Mężczyzna wyglądał w tym momencie na naprawdę wzburzonego, co z kolei Tomasa wprowadziło w lekką konsternację.

- Więc... po co mu to auto, warte 15 milionów dolarów, skoro nie będzie mógł nim jeździć? 

- Powiedział jakiś czas temu, że mu się podoba - Clavel wzruszył obojętnie ramionami i odwrócił się na pięcie. - Jak już nacieszysz oczy, przyjdź do mojego biura. Musimy omówić jeszcze kilka spraw, a niebawem muszę wyjeżdżać. 


***


Kiedy Nathan około osiemnastej w parszywym humorze opuszczał kawiarnię, zdawał sobie sprawę ze swojego życiowego pecha. Bez szczególnego zdziwienia przyjął ulewę i rwący wiatr. Oczekiwał również złodziei, trąby powietrznej, ogłoszenia stanu wojennego, cholernego trzęsienia ziemi czy inwazji obcych, ale zdecydowanie nie spodziewał się Allena Pieprzonego Navasa, z lekkim uśmiechem opierającego się o swoje stare, kolekcjonerskie, okropnie drogie auto. Mężczyzna w jednej dłoni trzymał sporej wielkości parasol, drugą zaś opierając awaryjnie o klamkę.

- Co... Co ty tu robisz? - Chłopak z całych sił starał się zachować spokój, co wcale nie było takie łatwe.

- Próbuję zasiać ziarno - odparł niewzruszony i otworzywszy drzwi, gestem ręki zaprosił Bella do środka.

- O czym ty... Z resztą nieważne, nie wsiądę do środka, więc zamknij drzwi zanim zmoknie ci tapicerka. I nigdzie z tobą nie pojadę - zastrzegł twardo i poprawiwszy na ramieniu pasek zniszczonej torby, ruszył przed siebie. Zdążył jednak przejść zaledwie kilkanaście metrów, zanim przy pierwszym przejściu drogi nie zajechał mu znany już samochód.

- Nie odpuszczę - Mężczyzna nadal nie tracił humoru, co w końcu wytrąciło z równowagi zirytowanego nastolatka.

- Posłuchaj no, upierdliwy, irytujący imbecylu! Jestem głodny, śpiący i zmęczony oraz mam cię serdecznie dość. Nachodzisz mnie w miejscu pracy i bezczelnie się do mnie przystawiasz, kiedy ja chyba dość bezpośrednio okazuję ci swój brak zainteresowania. Ty wiesz, że na to jest nawet paragraf?! Mam teraz wystarczająco dużo problemów, a ty jesteś mi zbyteczny. Dotarło?!

- Tak, masz rację. Zachowałem się idiotycznie. Przepraszam - Brunet skinął głową i westchnął cicho.

- Cieszę się, że dotarło, a teraz, jeśli pozwolisz - Chłopak skinął mu głową i już chciał odejść, kiedy zatrzymało go kolejne nawoływanie mężczyzny.

- Czyli masz teraz dużo na głowie... - zaczął powoli, swoim najbardziej irytującym głosem.

- Tak - przewał mu gwałtownie.

- ...I ze względu na stres i zmęczenie nie masz ochoty się ze mną-

- Taaak.

- Masz mnie serdecznie dość i jesteś zły...

- Tak!

- ...Bo tak na prawdę chcesz się ze mną spotkać i...

- TAK! - Dopiero po chwili dotarło do niego, co tak właściwie powiedział i aż poczerwieniał na twarzy, z ogarniającej go złości i zażenowania. -Ty... Och, odpieprz się! 

- Hej, hej czekaj! - Allen, nie bacząc na deszcz, wybiegł z auta i dogoniwszy chłopaka stanął przed nim, nie pozwalając mu iść dalej. - Okej, rozumiem. Uważasz że to ja jestem tym złym? Proszę bardzo. Z chęcią dałbym ci spokój i zapomniał, że ktoś taki jak Nathan Bell w ogóle istnieje, ale... ale nie potrafię, rozumiesz?

- Przestań pieprzyć. To się robi- 

- Zamknij się chociaż na chwilę, hm? - Zmusił chłopaka do spojrzenia mu w oczy i z determinacją kontynuował - Myślę o tobie każdego dnia, nawet w snach nie dajesz mi spokoju. Wdarłeś się do mojej głowy i nie chcesz wyjść. Siedzisz tam i mącisz, nie pozwalając mi się skupić na pracy, ani na czymkolwiek innym. Nie mogę przez ciebie normalnie funkcjonować, więc albo łaskawie opuścisz mój umysł - czego nie jesteś w stanie zrobić, bo cię nie wypuszczę - albo podając za pretekst potworną ulewę i przemoknięty płaszcz pozwolisz mi się podwieźć. Nie proszę o wiele. 

- Ty-

- Jeśli teraz, patrząc mi prosto w oczy, powiesz "nie", obiecuję dać ci spokój i więcej nie pojawiać się w kawiarni - Navas oddychał gwałtownie i ciężko, czekając na jakąkolwiek reakcję chłopaka.

Sekundy dłużyły się niemiłosiernie. Po ich przesiąkniętych wodą ubraniach spływały potoki lodowatego, listopadowego deszczu. Wiatr szargał mokre włosy, a z sinych ust wylatywały białe, mgliste obłoki. Typowa sceneria - pomyślał Nathan i pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Tylko dlatego, że potwornie leje, a ja mam przemoknięty płacz - warknął i sam ruszył do auta, mocno zatrzaskując za sobą drzwi.

Allen jedynie uśmiechnął się pod nosem, a w jego oczach widoczna była ulga, ekscytacja i nieopisana ciekawość oraz pragnienie. Niejasne pragnienie poznania, oswojenia i zaopiekowania się tym chłopakiem, którego poznanie i oswojenie z pewnością go wykończy, ale opieka nad nim wynagrodzi wszelki trud. Nawet przemoknięcie ukochanego płaszcza, zalane auto i tą potworną ulewę.


Ziarno zostało zasiane.



~~~
Tyle na dzisiaj. Dziękuję za komentarze i do następnego, kochani!

Trzymajcie się cieplutko w te mroziska,

Joyssli

Rozdział sprawdzony przez Pats ^^

4 komentarze:

  1. I co ja mam ci powiedzieć? No nic nie powiem. Jak zwykle świetnie. Tam gdzieś na początku była literówka, ale nie chce mi się szukać. Przeżyjmy tę zimę ^^
    Weny, czasu, chęci
    Kokon

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję za komentarz i uwagę. Literówka została odnaleziona ( jeśli to o tą chodziło O.o )
    Do następnego,
    Joyssli

    OdpowiedzUsuń
  3. Aż wyobraziłam sobie tę scenę w deszczu. Piękne.
    Szef Tomasa strasznie mnie bawi, szczególnie z tym samochodem dla syna, którym on nawet nie będzie jeździł 😂😂
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Weny 😘
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    wspaniały rozdział, mnie też ciekawi ta dziwna sytuacja z pieniędzmi,  mam nadzieję, że Allianowi uda się przebić przez ten mur... ta dziewucha bardzo mnie wkurzała, i ta scena w deszczu, a Thomas jest w siódmym niebie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń