niedziela, 15 stycznia 2017

8. Second full moon



Second full moon
Druga pełnia księżyca


Gdy raz oczy do jej światła przywykną,
nie zapomnisz.
Gdy ponowie ujrzą tę pełnię niezwykłą,
nie zapomnisz.



- All! Allen!? - Otworzył z rozmachem setne już drzwi i westchnął bezradnie, widząc w pokoju same pustki. Maximilien od dobrej godziny próbował zlokalizować swojego siostrzeńca, jednak ten jakby rozpłynął się w powietrzu. - Gdzie jesteś, utrapienie ludzkości?! Toż to skaza ewolucji. Mogłem pozwolić mu wynieść się stąd, kiedy jeszcze tego chciał... - Białowłosy mężczyzna już zamierzał opaść bezsilnie na pokryty satyną fotel, kiedy do głowy przyszło mu jeszcze jedno miejsce w ich ogromnym domu, w którym ten nikczemnik mógłby się zaszyć. Szybkim krokiem przemierzał długie korytarze i w zaskakującym - biorąc pod uwagę jego wiek - tempie pokonał prowadzące na poddasze schody. - ALLEN?!

- Zdążyłeś, wuju. - Stary Navas ostatkami sił powstrzymywał się od wybuchu, gdy na starej komodzie dostrzegł tykający zegar, zapewne odliczający mu czas. - Jesteś prawie pół godziny przed czasem.

- Zapewniam, że znalazłbym cię wcześniej, gdybym tylko nie musiał tłumaczyć Othylii naszej nieobecności na gali. Miałeś się tam zjawić! - Mężczyzna znalazł wygodne miejsce na niewielkiej kanapie i splótł dłonie na klatce piersiowej.

- Nie potrafię zrozumieć, dlaczego uważasz, że powinienem cierpieć katusze piekielne, znosząc jej paskudne towarzystwo. To potwór, nie kobieta. Nie obrażając w tym momencie potworów, rzecz jasna. - Brunet zerknął ukradkiem na wuja, po czym powrócił do wykonywanej wcześniej czynności.

- Jej żółte włosy zdążyły już nieco zblednąć, mógłbyś wykazać się wspaniałomyślnością i zjawić się na przyjęciu.

- Wtedy ty mógłbyś uniknąć rozmowy z tą poczwarą? Och, mój biedny, styrany wuju, jakże mi przykro - Maximilien jedynie uniósł wyżej podbródek i przewrócił oczami. W istocie, jego nieszczęsny podopieczny miał rację, jednakże nie chodziło tylko i wyłącznie o jego spokój ducha. 

- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Są jakieś zasady.

- Może gdybyś za od dziecka uparcie nie wpajał mi ich łamania, byłbym zdolny do przestrzegania choć części z nich - mówiąc to posłał mu wymowne spojrzenie i kpiący uśmiech.

- Stworzyłem potwora - Navas ze zrezygnowaniem wyciągnął z kieszonkowego humidora cygaro, jednocześnie przyglądając się siostrzeńcowi z zastanowieniem.

- Wiem, że masz o mnie doprawdy niebywałe zadnie, ale w myślach nadal czytać nie potrafię - odezwał się po kilku minutach ciążącej mu ciszy, nadal jednak nie odrywając wzroku od płótna. 

Maximilien uparcie przeciągał panującą w pomieszczeniu ciszę, błądząc wzrokiem po ścianach i malunkach. Allen nigdy nie był spory do rozwijania swoich talentów, choć miał ich naprawdę wiele. Nie chciał tańczyć, gdy grali, a grał, gdy fortepian był rozstrojony. Z upływem czasu wszystkie jego przyzwyczajenia i złośliwe nawyki uległy zmianie, prócz jednego. Strych. Strych od początku historii tego domu był miejscem wspomnień, marzeń i tworzenia, a po jakimś czasie jedynym twórcą, który miał dostęp to tego pomieszczenia, był Allen. Malował rzadko, naprawdę rzadko, a jego obrazy nie zawsze były zrozumiałe. Były jednak piękne. Bezsprzecznie piękne. Wszelkie gry kolorów, tajemnicze kształty i niesłychana kontrola światła niejednego mistrza wprawiała w osłupienie. Każde z dzieł wiszących na tych ścianach przedstawiało potoki emocji. Potoki silne i rwące, lub też mocne i zdecydowane, acz spokojniejsze. Allen malował bowiem tylko i wyłącznie w stanie głębokiej fascynacji, ektazy, gdy jego uczucia nie znajdowały już miejsca w nim samym i musiał się ich pozbyć. Wtedy właśnie przelewał je na papier. Podobnie było z tańcem czy muzyką, ale nigdy w takim stopniu. Czasem grywał na przyjęciach, często tańczył by po prostu się wyżyć, jednak na strychu pojawiał się dopiero wtedy, gdy musiał. Gdy musiał i po prostu nie miał innego wyjścia. Dlatego też starszy mężczyzna nie mógł wyjść z ogarniającej go zadumy i powstrzymać chęci dowiedzenia się, co skłoniło jego siostrzeńca do przekroczenia bram tego miejsca.

- Drzwi strychu ostatnimi czasy były dla ciebie niczym zapieczętowane. Znalazłeś w końcu odpowiedni klucz? 

Brunet nie odpowiedział na jego pytanie. W zamian delikatnie, jakby z namaszczeniem przesunął dłonią po pokrytym świeżą farbą płótnie, by po chwili wstać i skinąć na wuja głową. Ten więc wstał i powolnym, ostrożnym krokiem podszedł do Alla, a stanąwszy obok niego i ujrzawszy nowo powstały obraz, nie powstrzymał do końca jeszcze niejasnego dla nich obu uśmiechu. 

- A więc to taki klucz. - Mruknął pogrążonych w myślach, cały czas wpatrując się w przedstawioną na obrazie postać młodego chłopaka o smutnych, zimnych oczach.


***


Na obitym jasną skórą fotelu siedział młody chłopak, uparcie unikając wzroku mężczyzny stojącego naprzeciw. Ciemnozłote oczy krążyły niespokojnie po pomieszczeniu, starając się gdzieś bezpiecznie ulokować spojrzenie. Jego sięgające nieco za ramiona, kasztanowe włosy były teraz rozpuszczone i delikatnymi lokami opadałyby na ramiona, gdyby ten uporczywie ich nie maltretował. Bawił się nimi, skręcał i ciągnął, byleby tylko nie skupiać swojej uwagi na ciemnoskórym towarzyszu. Po kilku chwilach jednak blade dłonie zajęły się wystającymi nitkami szarego swetra, który okrywał jego chorobliwie szczupły tułów. Szczudlaste, zgrabne nogi, okryte teraz wąskimi spodniami podrygiwały nerwowo, a ubrane w ciemne skarpetki stopy uderzały miarowo o podłogę.

- Victor, na litość boską! Kiedyś będziesz musiał zejść na dół! 

Doktor Neema McDowell był już starym i otyłym, acz niebywale pełnym energii człowiekiem, mimo że często temu zaprzeczał. Opiekował się synem Clavelów odkąd pamiętał i jedno musiał przyznać. Przez te wszystkie lata Victor nie stał się ani odrobinę mniej uparty. Co więcej, ta cecha jedynie rozwinęła się do kolosalnych rozmiarów. Kiedy coś sobie ubzdurał, nie było przebacz. Na nieszczęście ich obu teraz ubzdurał sobie, że nie będzie opuszczał piętra aż do wyjścia nowego mechanika. Ciemnoskóry lekarz oczywiście zdążył już zorientować się w sytuacji, ale ileż można. Śmiał się z domniemanego uprzedzenio-zauroczenia chłopaka pierwsze trzy dni. Przez następne trzy starał się ukrywać swoje zdziwienie i obawy, aż w końcu wybuchł. Dzisiaj mijał równy tydzień, odkąd Tomas Hils zaczął pracę w tym domu i Victor w godzinach jego obecności ani razu nie zszedł na dół. To zaczęło zalatywać lekką paranoją i Neema nie miał zamiaru dłużej tego ignorować. 

- Owszem. Zejdę tam, jak tylko ten mężczyzna opuści mój dom - Chłopak wydawał się niewzruszony, lecz w jego głowie panował istny chaos.

- Matko kochana... Dziecko, powiedz mi, w czym on ci tak właściwie przeszkadza, hm?

- Nie widziałeś go?! Chodzi w tych, tych ogromnych butach i skórzanych katanach, a jego motor to potwór. Koleś jest cały w tatuażach, porozumiewa się niezrozumiałym dla mnie slangiem i wygląda jak niepojęta mieszanka hipisa, punka i metalowca. - Wykrzyczał, a tak właściwie wyjęczał, niby oburzony. 

- I to właśnie dlatego aż tak bardzo ci się podoba? - McDowell uniósł kpiąco brew, by już po chwili zasłaniać się przed lecącą w jego stronę poduszką.

- Bzdury i pomówienia! Żeś wymyślił, naprawdę! Lepiej przynieś tą herbatę, którą obiecałeś mi godzinę temu - prychnął cicho i schował głowę pod kocem, starając się ukryć zdradzieckie rumieńce.

- Nie ma mowy. Sam zejdziesz na dół i zrobisz sobie herbatę. Tak, jak robisz to zawsze. - Jakież było zdziwienie mężczyzny, gdy osiemnastolatek bez słowa wstał i przycisnął odpowiedni przycisk, a służąca zjawiła się w pokoju już po kilkunastu sekundach.

Państwo Clavel byli naprawę obrzydliwie bogatymi ludźmi, więc służba nie była w tym wypadku niczym szczególnym. Niebywałe było jednak zachowanie Victora, który z owej służby nie korzystał NIGDY. Jedynymi wyjątkami byłby sytuacje, gdzie dostał nagłego napadu kaszlu bądź bezdechu. Wtedy użyty przez niego przycisk miał taką samą rolę, jak w szpitalach.

- Paniczu Victorze, co się dzieje? - Dosyć młoda, niska kobieta spoglądała to na niego, to na lekarza ze zdziwieniem wypisanym na twarzy. 

- Ależ nic. Czy mogłabyś proszę przynieść mi filiżankę... przenieść mi kubek zielonej herbaty z żurawiną i cytryną? - Uśmiech chłopaka był sztuczny i niechętny, a głos lekko niepewny.

- O-oczywiście. Zaraz podam, ale... na pewno wszystko w porządku? 

- W jak najlepszym - Zapewnił nadal nieprzekonaną służącą po czym opadł bezsilnie na fotel. - A ty co się gapisz?

- Sytuacja jest dużo poważniejsza niż przewidywałem - Mruknął Neema wyrywając się z zadumy i pokręcił z niedowierzaniem głową. 


***


Tomas był zadowolony. Naprawdę cholernie zadowolony. Wszystkie uzgodnienia z Clavelm w końcu dobiegły końca i został pełnoprawnym, osobistym mechanikiem na najbliższe pół roku. Godziny pracy były nieco naciągnięte, ale w gruncie rzeczy trwały od dziesiątej do osiemnastej w dni robocze i od jedenastej do siedemnastej w soboty. Niedziele miał całkowicie wolne. Od początku tego tygodnia w rezydencji pojawiał się kilka minut przed czasem, choć na śniadanie i tak przydzielone miał pół godziny. Z początku siadał do stołu sam, choć potem nagminnie zdarzało się mu wpaść na Gustava, ogrodnika Clavelów. Był od niego sporo starszy, a jednak miło było z nim pogawędzić. Przekazywał mu również wiele informacji o służbie i domownikach i choć nie był typem plotkarza w średnim wieku, miał ich zaskakująco dużo. Cóż, miał kiedy je zebrać, pracował dla Clavelów od ponad pięciu lat. Przez ostatnie dni opowiedział mu zrzędliwych służących i wiecznie jęczącej Peggy, zastępczyni szefa kuchni i głównej służce. Tomas nie miał jeszcze tej nieprzyjemności jej spotkać, ale zanotował sobie, by w takim wypadku po prostu przywitać się i odejść. 

Z lekkim uśmiechem na twarzy usiadł do stołu, przy którym również i dziś spotkał Gustava.

- Cześć młody. - Mężczyzna posłał mu lekki uśmiech i powrócił do picia ciemnej herbaty - Nie za wcześnie?

- Nie było korków na głównej ulicy - mruknął wymijająco, krążąc wzrokiem po szwedzkim stole.

- Bujda. Zawsze są. Przyznaj się, wyjechałeś wcześniej, żeby zdążyć na ciepłe żarcie. - Po tych słowach brunet westchnął bezradnie, by po chwili rozbrzmieć wesołym śmiechem, podobnie jak ogrodnik. - Wiesz, lubię takie chwile. W tym domu tak rzadko słyszy się śmiech... - mruknął Gustav, przerywając kilkuminutową ciszę.

- Dlaczego? - Tomas zmarszczył brwi, na chwilę odkładając widelec.

- To przez nieszczęsnych Clavelów. Sami zachowują się jakby ktoś im kije od mioteł w tyłki powsadzał, a swojego syna, Victora, trzymają jak kanarka w klatce. Że niby chorowity i słaby, to raz w tygodniu pozwolą mu łaskawie wyjść z domu. Żal mi dzieciaka. Niedawno skończył osiemnaście lat, a nawet żadnych znajomych nie ma. Do szkoły nie chodzi, uczy się w domu odkąd pamiętam. A i zanim zacząłem tu pracę też tak było, mówili mi, to wiem. No i jest jaki jest - cichy, ponury i zamknięty w sobie. Tylko z doktorkiem gada, w porządku facet, normalny taki. Zajmuje się Victorem od urodzenia i stara się wpoić Clavelom, że leki wyniszczają, ale oni i tak swoje. Kilka razy nawet chcieli go zwolnić i zatrudniali innych lekarzy, ale chłopak wpadał w szał. To jego jedyny przyjaciel, prócz fortepianu.

- Fortepianu? - zainteresował się.

- A no fortepianu. Ależ on pięknie gra! Od małego w pokoju siedział, to i co robić nie miał. Fortepian już tam stał, a grać zaczął, jak miał cztery latka. Doktorek mi powiedział. Miał kilku nauczycieli, nawet niezłych podobno, ale nie bardzo chciał z nimi współpracować. Chyba sam komponuje, bo nikt z nas podobnych utworów nigdy nie słyszał. Prawdziwy talent, ale nie do końca wykorzystywany. Nigdy nie zagrał przy widowni, ponoć nawet przy doktorku nie siada do klawiszy. Zwykle jest już po dwudziestej drugiej, kiedy zaczyna tworzyć. Zazwyczaj idę wtedy do pokoju, świeżo po kąpieli. Po korytarzach niesie się głośne echo i wszystko słychać. Często siadamy sobie i słuchamy. Czasem po niecałej godzince, a czasem nawet po czterech dopiero muzyka ustaje, ale gdzież byśmy narzekali. Chłopak się w ten sposób wyżywa, ja to wiem. Smutno gra, melancholijnie. Czasem coś szybszego się zdarzy, ale wtedy to jak burza. Zagrzmi, zabłyśnie i cisza. Musisz kiedyś zostać i z nami posłuchać, nie pożałujesz - zamilkł na chwilę, kończąc swój posiłek i posłał brunetowi lekki uśmiech - No, to do roboty młody. Muszę przekopać roślinki i przenieść je do szklarni, bo zima idzie. Dużo roboty, oj dużo...

Tomas przez kilka minut zastanawiał się nad wszystkim, co powiedział mu Gustav po czym sam rozpoczął pracę. Pierwszym, za co się wziął, było poskładanie motocykla. Szło mu całkiem nieźle, ale obecnie musiał zaczekać na zamówione na początku tygodnia części. W czasie oczekiwania zaczął naprawiać stare Ferrari, co okazało się być zadaniem o wiele, wiele trudniejszym, niż początkowo twierdził. Nie był przyzwyczajony to takiego układu ani tym bardziej takich części i detali, a musiał sobie poradzić. Poza tym, dla niego ta praca to sama przyjemność. Rozwijanie swoich możliwości, pogłębianie wiedzy i samorealizacja.

Był w połowie wyjmowania silnika, kiedy na jego klatkę piersiową i przedramiona wytrysnął ciemnobrązowy olej. Niech to szlag! Gwałtownym szarpnięciem wyciągnął z uszy słuchawki i zanim smar zdążył spłynąć na spodnie, prędko ściągnął z siebie koszulkę. W podziemiach było naprawdę ciepło, więc nie obawiał się zmarznięcia. Chyba zacznie pracować bez koszulki, obędzie się bez marnotrawstwa. Po krótkiej chwili narzekania na swój marny los skierował się do łazienki na pierwszym piętrze. To był tak właściwie pierwszy raz, kiedy miał skorzystać z owego pomieszczenia, mimo że w pokoju bywał dosyć często. Zazwyczaj podczas pracy chodził do łazienki w garażu. Była mała i niezbyt funkcjonalna, ale wystarczała na załatwienie podstawowych potrzeb fizjologicznych i wzięcia szybkiego prysznica. Teraz jednak potrzebował zdecydowanie większego zlewu, ręcznika i dobrego mydła, które zmyje z niego owoce pracy. Najpierw wszedł do swojego pokoju i wyciągnął z szafy niewielki, kremowy ręcznik, który przewiesił sobie przez ramię. Zsunął ze stóp długie glany i po ściągnięciu skarpetek wszedł do łazienki. Jakież było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że pomieszczenie wcale nie jest puste. 

- C-CO TY TU ROBISZ?! - Głośny krzyk o mało nie zmusił go do cofnięcia się.

Kiedy już otrząsnął się z lekkiego szoku, postanowił zbadać obiekt, który wywołał u niego taką konsternację. Zdumień nie było końca. Dwa metry przed nim stał nieco niższy od niego chłopak o niesamowicie wątłej sylwetce i ciemnych, dosyć długich lokach. Z jego dłoni nadal kapała woda, więc prawdopodobnie właśnie mył ręce. Na oko dałby mu jakoś dziewiętnaście lat. Był raczej dobrze ubrany i sądząc po sposobie w jakim się do niego zwracał, wywnioskował, że miał przed sobą nastoletniego syna Clavela - Victora. Chciał coś powiedzieć, jednak z nieznanych mu powodów głos uwiązł mu w gardle. Wpatrywał się w ni to wściekłe, ni to przerażone oczy chłopka i zatapiał się w ich dziwnej, naprawdę dziwnej głębi. Miały przepiękny kolor. Nie można było nazwać go brązem, ale piwnym też nie. Niemal czarne obwódki powoli zmieniały się w różnobarwny bursztyn, by w końcu przy samych źrenicach rozbłysnąć ciemnozłotymi refleksami. Wyglądały jak oczy przepięknej lalki i to poniekąd było przerażające piękno. Stał tam jak kołek, na bosko, bez koszulki, umazany smarem i olejem, nie mogąc oderwać wzroku od rozjuszonego bruneta.

- Pytałem, co tutaj robisz? - Warknął ponowie i odsunął się jeszcze dwa kroki w tył.

- Och, wybacz - mężczyzna po chwili odzyskał głos i potrząsnął lekko głową. Co to było?! - Twój ojciec miał cię powiadomić. Czasem będę korzystał z tej łazienki. Jest połączona z moim pokojem. Jestem To-

Nie zdążył nawet dokończyć zdania, a ciemne loki mignęły mu przed nosem i tyle chłopaka widział. Zmarszczył mocno brwi i oparł się o umywalkę. Pewnie zastanawiałby się, co się z nim stało, ale obecnie miał wyjątkowo zajęty umysł. Nie mógł bowiem wyrzucić z głowy obrazu pięknych, pustych oczu.


***


- Co w ciebie wstąpiło?! Znam cię od urodzenia i jeszcze nigdy, powtarzam nigdy w ten sposób nie zignorowałeś drugiej osoby. O co chodzi? 

McDowell był naprawę zaniepokojony zachowaniem Victora. Jeśli wcześniej był prawie pewien, że w tym wszystkim chodzi o - jak to nazwał - uprzedzenio-zauroczenie, tak teraz nie miał bladego pojęcia co ten chłopak wyprawiał. 

- O nic. Po prostu nie chcę mieć kontaktu z tym człowiekiem. Stał tam praktycznie nago, umazany jakimś świństwem! Przestawiał się, więc musiałbym podać mu dłoń, a tego wolałbym uniknąć. Miał ją całą brudną. A poza tym, skąd mam wiedzieć, czego wcześniej dotykał? 

- VICTOR!

- Taka jest prawda! Tacy jak on jeżdżą wszędzie na tych przeklętych maszynach i biorą w łapy wszystko co się napatoczy. Krążą po całym mieście, wprowadzając zamęt i mają to gdzieś. Jedzą jakieś świństwa, nie myją potem rąk i jadą na przedmieścia, dobrudzając swoje dłonie farbami z puszek i smarem z tych motorów. 

- Vict-

- Żyją sobie jak ptaki, prawdziwie wolni. Nie jak te ptaki w klatkach. Nie przejmują się niczym i nikim, robią co chcą, kiedy chcą i z kim chcą i nikt nie wchodzi im w drogę. Mogą sobie być nieodpowiedzialni, głośni, wkurzający i szczęśliwi, a ludziom nic do tego! Jakim prawem?!

- Victor... - Oczy lekarza były teraz pełne żalu i smutku - I o to ta cała afera? Po prostu tak bardzo mu zazdrościsz?

Zaciśnięte pięści i lśniące oczy osiemnastolatka powiedziały mu wszystko, co chciał wiedzieć. Powoli podszedł do niego i kiedy chłopak już opadł na fotel, położył dłoń na jego drżącym ramieniu.

- T-to nie jest sprawiedliwe, Neema. To nie jest fair. D-dlaczego on-

- Shh... - Ciemnoskóry doktor czule gładził jego plecy i głowę, trwając w nim w ciszy zakłóconej jedynie cichymi pociągnięciami nosa.

- Chciałbym żyć jak on - szepnął po dłuższym czasie. - Wstawać z lekkim uczuciem niepokoju czy zdążę wszystko zrobić, potem iść do pracy i starać się zadowolić zrzędliwego szefa, by następnie robić to, co chcę, nie licząc się z konsekwencjami. Chciałbym martwić się o swoje finanse, na przykład na opłatę studiów, na które nigdy nie pójdę. Chciałbym mieć stłuczkę podczas prowadzenia auta, którym nigdy nie będę jeździł. Chciałbym cieszyć się trwającą chwilą i obawiać się, co przyniesie jutro, jednak żyjąc w tym wszystkim z ogarniającą mnie nadzieją i spełnieniem. Chciałbym zasypiać szczęśliwy, niespokojny, zdenerwowany, zestresowany czy zmęczony. Dlaczego gdy zasypiam, czuję jedynie pustkę? - Jego głos drżał niekontrolowanie a bursztynowe oczy napełniły się łzami. - Dlaczego nie mogę żyć jak inni ludzie? 

McDowell nie znał odpowiedzi. Co miał powiedzieć? Że jest chory, i dlatego ma siedzieć w czterech ścianach? Że jest jeszcze młody i na wszystko przyjdzie czas? A może, że świat w rzeczywistości jest okrutny i dużo lepiej będzie mu siedzieć tu, niczym w zamkniętej wieży. Bzdury i nic niewarte kłamstwa. Dlatego milczał, co jakiś czas przesuwając placami po zmierzwionych lokach i prosił w duchu o lekarstwo na ogarniającą chłopaka pustkę. Już wtedy podświadomie wiedział, że lekarstwo jest dużo bliżej, niż oboje mogliby przypuszczać. Niestety, Victor nigdy nie był skory do przyjmowania lekarstw. 



~~~

A więc tak przedstawia się ósmy rozdział naszej opowieści. Co sądzicie o Victorze, hm?

Rozdział sprawdzony przez Nanni ^^

Paplanina - Start 


Okej. To, co chciałabym tutaj napisać, to ogromne DZIĘKUJĘ. Być może nigdy szczególnie nie rozpisywałam się na ten temat, ale ten blog jest dla mnie przedsięwzięciem naprawdę bardzo ważnym, a bez was byłby niczym. Ostatnimi czasy bijecie rekordy wyświetleń, a  żaden rozdział nie zostaje pozostawiony bez choćby dwóch komentarzy. W każdy rozdział staram się wkładać jak najwięcej serca i możliwie najwyraźniej zobrazować wam emocje i uczucia bohaterów. Zdaje sobie sprawę, że dopiero się uczę i w moich tekstach znajduje się cała masa niedociągnięć, dlatego też składam pokłony dla Pats i Nanni, które moje wypociny zmieniają w kawał dobrej roboty. Chyba już pisałam wam o tym przy zakończeniu Island To Find, ale powtórzę - nie za bardzo umiem pisać podziękowania. Po prostu OGROMNIE WAM DZIĘKUJE. ZUPEŁNIE WSZYSTKIM I KAŻDEMU Z OSOBNA.

Paplanina - Koniec 


Trzymajcie się ciepło,

Joyssli 

UWAGA NA KONIEC : 
Wyjeżdżam kochani, więc nie mogę wam obiecać rozdziału w przyszłym tygodniu :/

5 komentarzy:

  1. Lubię Viktora. Jest w nim coś takiego, że wydaje mi się bardzo bliski. I moim zdaniem jego najpoważniejsza choroba to depresja.
    Pozdrowienia
    Kokon

    OdpowiedzUsuń
  2. To może być ciekawa historia. Viktor wbrew wszystkiemu to naprawdę żywioł (przynajmniej takie mi się nasunęły wnioski po tym rozdziale). Czekam z niecierpliwością na rozwinięcie jego postaci w tym opku;)
    Dużo weny:*
    Pozdrawiam
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny rozdział! Szkoda, że nie będzie kolejnego w przyszłym tygodniu bo przyznam szczerze, że przy otwieraniu przeglądarki automatycznie wchodzę na Twojego bloga i sprawdzam czy przypadkiem nie pojawiła się nowa część :). Weny życzę i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Viktor jest spoko. Widać, że jest bardzo samotny a rodzice, pewnie bojąc się o niego, ograniczają go i przez to tylko robią mu krzywdę. Myślę, że nasz mechanik jest w stanie mu pomóc i nauczyć go, że życie jednak jest piękne. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Weny 😆😆
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    wspaniały rozdział, żal mi Victora, ale coś czuję, że Thomas się nim zainteresuje i pokaże jak wygląda życie...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń