niedziela, 29 stycznia 2017

9. Uneven pearl




Uneven pearl 
Perła o nieregularnych kształtach


Nierówna perła choć piękna, 
własnym rytmem się toczy.
Nierówna perła choć piękna, 
wyżłobiona została przez los.
Nierówna perła choć piękna, 
niczym lodem obkute oczy.
Nierówna perła choć piękna, 
od szlochu zdarty ma głos.




Poranki w kawiarni były o tyle dobre, że i smak i zapach świeżo parzonej kawy szybko stawiał go na nogi. A w ciągu ostatniego tygodnia stało się tak wiele rzeczy, że przez rozmyślanie nad nimi sen przychodził mu z trudem. Po pierwsze, Wydra zmniejszyła mu pensję i zagroziła zwolnieniem z pracy, przez co o mało nie wpadł pod autobus, doszczętnie się załamując. Przez dwa dni trwał w swoim psychicznym dole tak głęboko, że nawet łatwo uległ Allenowi w sprawie codziennego podwożenia go do domu. Ostatnim razem Navas podwiózł go pod same drzwi i na dodatek odprowadził go do nich z parasolem. Jeśli był zaskoczony widokiem starej, obdartej kamienicy, to taktownie tego nie pokazał i mruknął tylko, że to dosyć niebezpieczna okolica i kazał mu na siebie uważać, po czym pożegnał się i odjechał. Potem mężczyzna jakby się uspokoił i nie nękał go w pracy irytującymi tekstami. Wracając do wcześniejszych przyzwyczajeń, przychodził do kawiarni z samego rana i szybko ją opuszczał, zapewne spiesząc się do własnej pracy - gdziekolwiek pracował. Już nie przesiadywał w lokalu całymi wieczorami. Po prostu kilka minut po osiemnastej parkował przed wejściem i czekał, aż Nathan skończy wycierać stoliki i zamknie kafejkę. Nastolatek nie czuł się z tym do końca w porządku, dlatego już po jednym dniu zaczął w podzięce przynosić mu wypieki, które akurat były do wzięcia. Trochę zostawiał dla Mike'a, trochę dawał jemu, miał podwózkę do domu i czyste sumienie. No, może nie do końca. Czuł się przy Allenie naprawdę dziwnie, aczkolwiek nie były do w żadnym wypadku negatywne odczucia. Uwielbiał z nim rozmawiać i śmiać się, nie miał też nic przeciwko dotykowi mężczyzny i chyba to przerażało go najbardziej. Nie chciał tego. Nie chciał złudnego szczęścia i nadziei, które prysną niczym bańka mydlana i wpędzą go z powrotem w okrutną rzeczywistość. Na razie dał temu spokój i więcej nie wydzierał się na Navasa, ale zdawał sobie sprawę, że w pewnym momencie będzie musiał to zatrzymać, zanim posunie się za daleko. Teraz nie miał na to ani siły, ani - choć się wypierał - chęci. Było mu dobrze, wygodnie i miło i podobał mu się ten stan, mimo że był jedynie chwilowy. Powracając do tematu jego pracy, po owych dwóch piekielnych dniach udał się do Wydry, by jakoś załagodzić sytuację i wyjaśnić tę sprawę. Miała do niego pretensje o to, że jako jedyny pracuje u niej na pół etatu za takie pieniądze. Usprawiedliwiał się szkołą i obowiązkami w domu, ale kobieta nieszczególnie się tym przejęła. Dała mu ultimatum - soboty i dwa dni w tygodniu roboczym na pełny etat albo go zwalnia. Musiał się zgodzić. Nie mógł pozwolić sobie na stratę pracy. W ostatnim czasie kupił Mike'owi kurtkę, szalik, czapkę i rękawiczki, ale chłopiec nadal nie miał zimowych butów. Były zdecydowanie najdroższe, a i Nathan starał się nie ubierać brata w byle co. Ich zakup zaplanował na niedzielę niego tygodnia, czyli za pięć dni. Był wtorek, chwila po ósmej, a on zamiast być w szkole, robił kawę śpieszącym do pracy ludziom. To kolejna sprawa, spędzająca mu sen z powiek. Dyrektorka kolejny raz wezwała go na rozmowę, tym razem o wiele poważniejszą. Dotyczyła również jego domniemanej kariery tanecznej i czystej głupoty, przez którą zaprzepaszcza swój talent. Z początku chciał ukryć fakt jeszcze większego obniżenia swojej frekwencji w najbliższym czasie i wykręcać się to bólami brzucha, to spóźnieniami, wypadami do dentysty i pogrzebem babci, ale to nie miałoby większego sensu. Powiedział kobiecie o dodatkowej pracy, a ta po piętnastu minutach kłótni i jego błagań, niechętnie na to przystała. Pod pewnym warunkiem, oczywiście. Niedziele - jego jedyny - pomijając ostrą harówę w domu - wolny od pracy dzień, miał poświęcić na treningi. Sylvia uparła się, że skontaktuje się z Donną i znajdzie mu odpowiedniego trenera, z którym pracował będzie od południa do późnego wieczora w sali tanecznej, do której niegdyś przychodził. Treningi miały rozpocząć się zaraz po występie zapoznawczym w Akademii Navasa, który swoją drogą odbywał się w ten piątek. Nathan absolutnie nie był na to przygotowany i już teraz zaczął odczuwać potworną presję. Dziś czekał go cały dzień pracy, jutro szkoła, zaległe zaliczenia, ostry trening na ostatnich dwóch lekcjach i znów praca, czwartek będzie potworą powtórką dnia dzisiejszego, wliczając w to udanie się pod Ample Town w wiadomym celu. No i piątek - brak lekcji na rzecz treningu przed występem, potem szybkie zaliczenia z historii, praca, którą skończyć będzie musiał godzinę przed czasem i szybki przejazd przez pół miasta do Akademii Tanecznej M.I.N. ( Maximiliena Ignacia Navasa ). Ostatni czas wyraźnie dał mu do zrozumienia, że to wszystko stanowczo przekracza siły niespełna siedemnastoletniego chłopaka, a miało być jeszcze gorzej. Nathan był na skraju załamania i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Bał się jedynie, co będzie potem. Do tego dochodziła jeszcze Olivia, wnerwiająca laska, którą Laura przydzieliła mu jako pomoc oraz Tomas i jego ostatnia markotność. Z tego, co udało mu się od niego wyciągnąć, nie ma najlepszych stosunków w synem swojego szefa. Podobno chłopak nieustannie go ignoruje lub nawet obraża, uważając go za człowieka niższej kategorii. W głosie Hilsa Nathan wyczuł jednak nie tylko złość i irytację, ale również pewnego rodzaju zawód i rozżalenie. Co prawda nie opowiedział mu o Viktorze szczególnie dużo, ale zdążył zorientować się, że przyjacielowi naprawdę zależało na dobrej relacji z osiemnastolatkiem. I to wcale nie z powodu zawartego z pracodawcą układu.



***


- Nie jestem w stanie pojąć twojego zachowania, Vicotrze. Nie łatwiej byłoby, no nie wiem, zaprzyjaźnić się z tym całym Tomasem? - Doktor Neema przechadzał się niespokojnie po pokoju swojego podopiecznego, starając się wreszcie przemówić mu do rozumu.

- Nie mam najmniejszego zamiaru się z nim zaprzyjaźniać. Jestem pewien, że wyniknie z tego dużo więcej problemów, aniżeli korzyści - mruknął ponuro chłopak, powoli pijąc gorącą jeszcze herbatę.

Victor - jak już powszechnie wiadomo - był uparty. Cholernie uparty, ale to wcale nie tak, że robił to specjalnie, nie. On po prostu tego nie kontrolował. Powiadają, że nic nie bierze się bez przyczyny, więc wróćmy może do korzeni jego zachowań.


13 lat wcześniej

Mały chłopiec o kasztanowych lokach siedział niespokojnie przy ogromnym, dębowym stole i wbijał swoje duże, ciemnozłote oczy w dziwnie uśmiechających się rodziców.

- Synu, chcieliśmy ci tylko z mamą powiedzieć, że dzieci w twoim wieku zaczynają naukę. Ty też będziesz się uczył. Już niedługo zaczną do ciebie przychodzić różni panowie i panie, którzy będą przekazywać ci wiedzę na przeróżne tematy.

- Jak pan Luncert? - mruknął cicho pięciolatek, z niechęcią wspominając swojego nauczyciela gry na fortepianie.

- Tak, jak pan Luncert. Na pewno ci się spodoba. - Matka chłopca podeszła do niego i delikatnie pogłaskała jego ciemne włosy.

- A dlaczego nie mogę iść do szkoły? Wiem, że inne dzieci pójdą do szkoły. Pesha mi powiedział. Powiedział mi też-

- Victor, co ci mówiłam na temat rozmawiania z synem pomywaczki? Nie wolno ci się z nim zadawać!- Kobieta nieco podniosła głos, na co chłopiec ponuro spuścił głowę.

- Synu, mi i matce chodzi o twoje bezpieczeństwo. Pesha przyjechał tutaj zza granicy, nie znamy jego obyczajów i kultury. Wiele osób w jego kraju choruje albo dziwnie się zachowuje. Tobie ostatnio zginął słonik, prawda? Powinieneś uważać na Peshę.

- Wracając do tematu - wtrąciła matka chłopca, nieco się uspokajając. - Za dwa tygodnie zaczniesz naukę. I nie - przerwała, widząc minę syna. - nie obchodzi mnie, że chcesz iść do szkoły, Victorze. Te placówki są pełne brudnych dzieciaków, bakterii i zarazków, a ty jesteś wystarczająco chory. Powinieneś o tym wiedzieć i dbać o siebie, rozumiesz.

- Rozumiem, mamo.

- Świetnie. A teraz idź do doktora McDowella zażyć leki i pójdziesz z nianią do ogrodu. Dziś jest wystarczająco ciepło. Tylko nie dotykaj kwiatów i roślin, masz alergię!

- Dobrze, mamo.

Jego głos był smutny i pełen żalu. Choć nie była to pierwsza taka sytuacja, Victor nie rozumiał. Ale już nigdy nie będzie robił sobie nadziei. Już nigdy nie będzie prosił.


6 lat wcześniej

- NIENAWIDZĘ WAS! - Krzyknął rozjuszony dwunastolatek i zatrzasnął drzwi od swojego pokoju.

Gdy tylko znalazł się pod kołdrą, w pomieszczeniu rozbrzmiał głośny szloch. Victor ściskał w pięściach swoje krótkie, brązowe włosy i nie mógł powstrzymać dalszych napadów płaczu. Rodzicie powiedzieli mu, że pozwolą mu iść do szkoły, jeśli zetnie włosy. Lubił je, naprawdę je lubił, ale szkoła była czymś o niebo ważniejszym. Całą podstawówkę przesiedział w domu, a teraz miał okazję zacząć prawdziwe życie. Chciał w końcu poznać nowych ludzi, mieć kolegów i być jak każdy chłopiec w jego wieku. Gadałby na lekcjach i nie odrabiał prac domowych, jak dzieciaki w serialu, który czasem puszczał mu doktorek. Grałby w piłkę i bawiłby się z kumplami na szkolnym placu i ściance wspinaczkowej. Nie mógł się doczekać. Już dawno nie cieszył się tak, jak wczorajszego wieczora wracając od fryzjera. A potem czar prysł. Okłamali go, zagrali na jego uczuciach, zmanipulowali. Wyprali się wszystkiego i powiedzieli, że w swoim stanie do końca życia nie będzie opuszczał domu lub szpitala.


Wtedy cała dziecięca radość, naiwność i niewinność zniknęły, pozostawiając po sobie gorycz, wściekłość i bunt. Victor powoli zaczynał rozumieć. Już nigdy nie zetnie włosów. Już nigdy nie zaufa.


2 lata wcześniej

- Zdajemy sobie sprawę z tego, że twoja edukacja mogłaby zakończyć się w tym momencie, ale oczywiście na tym nie poprzestaniesz, czyż nie? Twoje wyniki są dobre, choć stać cię na więcej. Będziesz kontynuował lekcje przez kolejne lata. Zdobędziesz wiedzę od szanowanych profesorów i przyłożysz się bardziej, niż przez ostatni czas, tak?

- Tak - odszepnął chłopak, pośladkami opierając się o kuchenny blat.

- Świetnie. To oczywiste, że nie wybierzesz się na studia ani nie będziesz pracował poza domem, więc z pewnością ci się to przyda. Niebawem sekretarka przyśle mi ważne faktury - przejrzysz je. To będzie odpowiednie zajęcie dla ciebie, nie sądzisz?

- Czy to ma jakieś znaczenie? - westchnął, a widząc karcący wzrok ojca jedynie wzruszył ramionami. - Gdzie matka?

- W delegacji.

- Kiedy wróci?

- Za dwa tygodnie - Z tymi słowami starszy Clavel wstał od stołu i zawołał gosposię, przekazując jej jakieś informacje. - Victorze, ja również wyjeżdżam jutrzejszego wieczora. Gerta zajmie się twoim wyżywieniem i będzie przyjmować nauczycieli. Jeśli ponowie pokażą się ślady poprzedniej wysypki, pokaż je McDowellowi, zresztą sam mu to powiem. Jutro pojawi się dla ciebie nowa rozpiska z odpowiednią dietą. Wykluczone zostały warzywa strączkowe.

- Kiedy wrócisz? 

- Jeśli dobrze pójdzie, uda mi się zgrać z matką. Jeśli nie, tydzień po niej. A teraz wychodzę, synu. Mam ważne sprawy do załatwienia.


- No tak, kochanka nie będzie czekać wiecznie - zanucił melodyjnie zaraz po wyjściu opiekuna i wyjął z szafki zieloną herbatę.

Victor Clavel? Ponury, zimny, oschły, małomówny, bezosobowy nastolatek - oto kim się stał. Właśnie wtedy, skończywszy szesnaście lat i stanąwszy się pustą kukiełką, Victor zrozumiał. Już nigdy nikt go nie skrzywdzi. Już nigdy... Już zawsze będzie sam.


Teraźniejszość


- Chociaż spróbuj. Zejdź na dół, do kuchenki garażowej. On tam jest, gotuje wodę na herbatę. Też się napijesz. Nie możesz wiecznie siedzieć w tym pokoju. Victor, proszę cię.

Brunet zagryzł wargę, starając się wyrzucić z głowy niepotrzebne myśli. Neema tak rzadko go o coś prosił, a jeśli to robił, to tylko i wyłącznie dla jego dobra. Prosił o wzięcie jakiegoś leku, o wypicie herbaty czy o pójście spać, ale nigdy nie prosił go o jakikolwiek kontakt z drugim człowiekiem. Tomas Hils był obcy i wolał, by tak pozostało, a wiedział, że jeśli teraz zejdzie, na pewno tak się nie stanie. Będzie chciał więcej. Choć jeszcze nie dopuszczał do siebie tej wiedzy, podświadomie zdawał sobie sprawę, że będzie chciał z nim rozmawiać, wypytywać o masę rzeczy, przejechać się motorem i nauczyć się jego pracy. Lubił samochody, motocykle, zawsze go w jakiś sposób fascynowały, ale nawet nie było mowy o posiadaniu jakiegoś. Ostatnio słyszał rozmowę telefoniczną ojca, ale wcale się nie cieszył. Po co mu prawdziwy cud, skoro będzie kurzył się w garażu? Oczywiście ktoś będzie o niego dbał, bo przecież on sam nie może mieć z kurzem nic wspólnego. Potrząsnął głową, wracając myślami do poprzedniego tematu i warknął cicho.

- Zgoda, ale zejdę tam tylko na chwilę i-

- Świetnie! - przerwał mu od razu staruszek. - Idź już, idź. Bo nie zdążysz i sobie pójdzie.

- Ty podstępny... - Nie zdążył nawet dokończyć obelgi, bo McDowell niezbyt delikatnie wypchnął go za drzwi.

W porządku. Skoro tak chce grać, Victor z chęcią z nim zagra. Co starzec będzie się przejmował, przecież to nie on jest na skraju załamania! Co on w ogóle sobie myśli?! Podły nikczemnik. Nie powinien tak go nazywać, to w końcu jego jedyny prawdziwy przyjaciel, ale niech go szlag! Wymyślił sobie schadzki z mechanikiem. Victor już na początku wyczuł podstęp. Lekarz wiedział o jego orientacji już od kilku lat i choć chłopak czasem mówił mu, że czuje się samotnie, to nigdy nie sądził, że czarnoskóry posunie się to czegoś takiego! O czym on w ogóle mówi, przecież nikt go do niczego nie zmusza. Wystarczy że teraz zawróci i -

- Cholera, sorki. Przepraszam w sensie. Nic ci nie jest? O kurna! Ja pierniczę, nie poparzyłem cię?!


Victor rozejrzał się zdezorientowany. Leżał na podłodze - jakże elokwentnie. Nie byłoby najgorzej, gdyby po prostu na niej leżał. On był do niej przygnieciony, przez nieznane mu, ciężkie cielsko i czuł na brzuchu dziwne ciepło. Sądząc po zapachu i kubku, który prędko przeturlał się wgłąb korytarza, była to herbata. Clavel powoli wracając do świadomości pokręcił przecząco głową i odchrząknął cicho. Czuł się dziwnie. Wrzący napój wydawał się zaledwie letni w porównaniu do ciepła, jakie biło od mężczyzny. Zorientował się, że ten się podnosi, a kiedy zawisł nad nim, Victor poczuł przerażająco silne dreszcze. Nie było dobrze, nie było dobrze!

- Czy mógłbyś z łaski swojej nieco szybciej... - mruknął niezbyt przyjaźnie chłopak, wiercąc się nieznacznie.

- Jasne, sorki. Na pewno wszystko w porządku? Ta herbata była cholernie gorąca. I przepraszam za to, nie zauważyłem cię. Korytarz był pusty a nagle ty wyleciałeś jak burza i nie zdążyłem-

- W porządku, rozumiem. Nic mi nie jest. Sweter jest gruby, nawet nie poczułem tego na skórze. - Nie było to nawet jakimś szczególnym kłamstwem, więc zabrzmiał dosyć wiarygodnie.

Victor ostentacyjnie zignorował wyciągniętą ku niemu dłoń i prędko podniósł się z wykładziny. Odetchnął głęboko i dopiero w tym momencie rzucił wzrokiem na stojącego przed nim mężczyznę. A było na co patrzeć. Victorowi czasem - a tak właściwie dosyć często - zdarzało się obserwować Tomasa. Okna podziemne, znajdujące się na tamtejszym korytarzy były całkiem spore, więc nastolatek mógł bezkarnie "przechadzać się" tamtędy kilka... kilkadziesiąt razy dziennie i nikt nie zauważał w tym nic dziwnego. W podziemiach znajdowała się przecież druga biblioteka, w której niekiedy przesiadywał. Większość książek miał co prawda w swoim pokoju i w bibliotece na drugim piętrze, ale na dole znajdowało się wszytko to, na co nie starczyło już miejsca i nie było szczególnie często używane. W każdym razie Victor odwiedzał to pomieszczenie i było to całkowicie normalne. Tomas oczywiście nie mógł o tym wiedzieć, ponieważ szyby obklejone były folią dającą efekt lustra weneckiego. Poza tym, Hils zawszy był tak pochłonięty pracą, że nawet by go nie zauważył. Victor mógł zatem obserwować. Jego naturalnie wyrobione, ukryte pod skropioną potem skórą mięśnie, jego krótkie, ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Najbardziej uwielbiał podziwiać malunki zdobiące całe jego ciało. Od niewielkiego, czarnego znaku na policzku, poprzez duże, kolorowe tatuaże na klatce piersiowej i rękach, po średniej wielkości rysunki na łydkach i kostkach. Były doprawdy fascynujące i po prostu piękne. Może to idiotyczne nadawać im takie miano, ale Victor tak właśnie je widział - jako piękno.

- ...Ale jeśli aż tak bardzo nie odpowiada ci moje towarzystwo, lepiej spadam do roboty - W momencie, w którym niski, ochrypły głos mężczyzny w pełni dotarły do Clavela, potrząsnął gwałtownie głową i przełknął ślinę. Zagapił się! Bezwstydnie się zagapił!

- Wybacz, zamyśliłem się. - Mężczyzna jedynie zaśmiał się, a chłopak odchrząknął i uciekł wzrokiem do swojej skórzanej bransoletki z okrągłymi, srebrnymi zawieszkami - jedynej rzeczy, która wydawała mu się być teraz wystarczająco ciekawa.

- Jest naprawdę świetna - mruknął Tomas po chwili ciszy, bez skrępowania chwytając bruneta za rękę.

- Jest stara i popsuta, nic specjalnego - bąknął wymijająco, lecz nie wyrwał dłoni z delikatnego uścisku mężczyzny.

- Być może, ale nadal jest zjawiskowa. To, że niektóre blaszki odpadły a reszta jest nieco wygięta, nadaje jej unikalności. Zaręczam, że drugiej takiej nie znajdziesz już nigdy - Uśmiechnął się lekko i puścił dłoń osiemnastolatka, odważnie spoglądając mu w oczy. - Jest piękna.

- Jest dla mnie ważna, ale była piękniejsza, gdy nie była zniszczona.

- Na pewno wiele przeszła i dużo widziała, to niszczy, ale wartość jedynie wzrasta. Nie mówię, że najpiękniejsza będzie, kiedy zostaną z niej same strzępki, ale spójrz na nią. Z każdym dniem jest coraz ważniejsza, nie? Powoli rozlatuje się na kawałki i dlatego przywiązujesz do niej coraz większą wagę - mówiąc to, ponownie chwycił dłoń młodszego chłopaka i ostrożnie ściągnął z niej skromną bransoletę. - I w końcu zostają tylko dwie opcje. Powoli doprowadzać ją do ruiny i w końcu rozstać się z nią na zawsze albo dać jej szansę i wzmocnić ją. - Nastolatek w końcu spojrzał mu w oczy i choć nadal trochę niepewnie, uparcie patrzył w nie. - Nie obiecuję, że zdołam ją naprawić. Po głębokich ranach pozostają wieczne blizny. Zawsze jednak można zrobić coś, by przywrócić jej dawną wytrzymałość i sprawić, że będzie trwała i jedyna w sowim rodzaju przez jeszcze wiele lat. Nadal jednak pozostanie tą samą, starą, w głębi zniszczoną przez życie bransoletą, ale nie śmiałbym tego zmieniać. Z tym, co w sobie nosi, będzie najpiękniejsza. Trzeba jej tylko odrobinę pomóc stanąć na nogi. Pozwolisz? - Ścisnął biżuterię w dłoni i uniósł nieco, zasiewając w swoich oczach nieme pytanie.

Victor, nie ufając w tym momencie swojemu głosowi, jedynie pokiwał głową i zagryzł delikatnie wargę. Gdzieś w środku wiedział również, że właśnie wyraził mężczyźnie zgodę na wiele więcej, niż naprawę starej bransolety.




~~~

Powracam do was z kolejnym rozdziałem! W ogóle to przez dręczący mnie brak czasu, będę zmuszona zacząć pisać rozdziały na bieżąco, bo moje zapasy właśnie się skończyły. Masakra =.=. No, nie będę się rozpisywać, bo i nie mam z czym.

Trzymajcie się cieplutko,

Joyssli

Rozdział sprawdzony przez Pats ;*


3 komentarze:

  1. Ale się ucieszyłam, jak zobaczyłam nowy rozdział :D Przepraszam, zazwyczaj nie komentuję, ale ostatnie słowa Tomasa, ogólnie końcówka rozdziału jest świetna, uwielbiam twoje opisy i porównania, a to było magiczne i aż zachęciło mnie do skomentowania :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak się cieszę, że Viktor wreszcie się odważył i jakoś normalnie porozmawiał z Tomasem. Super będzie obserwować jak się do siebie zbliżają. Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Weny i więcej wolnego czasu ci życzę 😊😀
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,
    och jeszcze bardziej wydry top nie lubię... już i tak ma ciężko, a ona to jeszcze dokłada, a Victor biedny żal mi go, ale Thomas to na pewno pomoże... ;]
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń