niedziela, 19 lutego 2017

11. Downstream

Downstream
W dół rzeki



W dół rzeki -
Pożegnaj się z lądem.
Wzdłuż losu -
Zawsze płyń z prądem.



- Mike, pospiesz się! Za chwilę wychodzimy! - Krzyknął Nathan, w pośpiechu odkładając czyste naczynia na suszarkę i wycierając dłonie w starą ścierkę. 

Allen miał zjawić się pod kamienicą za niespełna piętnaście minut, a on nawet nie zdążył założyć spodni. Wstał z samego rana, wykąpał się, poszedł do sklepu, przygotował śniadanie na Mike'a i pomógł mu się wyprawić... A potem zaczął się armagedon. W co tak właściwie powinien się ubrać? Zdążył nawet na chwilę się podłamać, kiedy zorientował się, że przecież ma jedynie jedną parę sensowniejszych spodni, a reszta to zupełny przeżytek. Wybrał oczywiście tę lepszą opcję, ale po niecałej sekundzie zmienił zdanie. Przecież nie szedł na cholerną randkę! Miotał się po mieszkaniu dobre dwie godziny i oto jak skończył - roztrzepane włosy, luźna, biała koszulka z długim rękawem w pośpiechu wciągnięta przez głowę, niebieskie skarpetki i majtki, a do wyjścia zostało dziesięć minut.

- I kto to mówi - Mruknął chłopiec, po czym uniósł lekko brwi, patrząc na brata wyraźnie zdziwiony i niepewny. - To jak w ogóle nazywa się ten facet, z którym jedziemy? 

- ALLEN!

- Wiem, pytałem o nazwisko. i Nie musiałeś krzycz-

- Nie, Allen właśnie podjechał - Jęknął rozhisteryzowany nastolatek i zaczął wciągać na nogi czarne jeansy.

Że też wczoraj był taki chętny i zadowolony! Za bardzo się ekscytował. Co on w ogóle najlepszego zrobił?! Zgodził się iść z nim na obiad. Na obiad i zakupy. Razem z Mikiem! Będzie na niego skazany przed większość dzisiejszego dnia. Zdecydowanie nie był na to gotowy. 

- Nath - Chłopiec podbiegł do brata i załapał go za rąbek i tak już porozciąganej bluzki, wczepiając się w nią naprawdę mocno.

- O co chodzi? - Bell zmarszczył brwi, klękając przy pięciolatku.

Nim zdążył otrzymać odpowiedź, drzwi mieszkania otworzyły się z impetem i do środka wpadł na wpół przytomny ojciec chłopców. 

- Idź i przygotuj moje rzeczy. Za chwilę jedziemy - Szepnął i pchnął brata w stronę pokoju.

- NTHAAAN! Pierdolony bachorze! - Krzyknął niewyraźnie, wchodząc w głąb mikroskopijnego korytarza i oparł się o ścianę, nie będąc w stanie stać samodzielnie - TU JESTEŚ!

- Przestań się drzeć - Warknął cicho chłopak i odsunął się na sam koniec pomieszczenia, pilnując wejścia do pokoju swojego i Mike'a. - Czego chcesz? 

- Dobrze wiesz, czego chce! Gdzie... Gdzie są moje pieniądze?! - Postąpił kilka kroków naprzód, jednak nie zaszedł daleko. O potknięcie się wcale nie było mu trudno i już po chwili leżał na podłodze, starając się uratować ostatnie krople wylewającego się ze szklanej butelki piwa. - To ty je zabrałeś, jestem pewien...

Chłopak zmarszczył brwi, niepewnie zbliżając się do Boba, by w ostateczności klęknąć przed nim i chwycić pękniętą butelkę.

- Co ty bredzisz? Przecież dostałeś pieniądze.

- Nie rób ze mnie idioty, podły dzieciaku. Nie dali mi... nie dali całej mojej kasy! Coś pieprzyli o cieciach i warunkach jakieś pierdolonej umowy... ja wiem, że to twoja sprawka! TWOJA! 

Nathan odskoczył prędko, ledwo umykając przed ręką ojca. Spuścił na moment rozbiegany wzrok, po czym ponownie wbił go w leżącego na podłodze mężczyznę.

- Masz pismo? - Widząc niebyt rozgarniętą minę ojca, jedynie przetarł twarz dłońmi i pokręcił głową z niedowierzaniem - Czy dali ci jakąś kartkę? Papierek?

- Coś tam dali, ale co z tego? Zresztą... - Czknął głucho, powoli podnosząc się z ziemi i wyciągając z kieszeni zniszczonej kurtki pognieciony skrawek papieru - Masz. Odkręć to, gówniarzu, bo inaczej porozmawiamy. 

Po tych słowach padł twarzą na kanapę i nie odezwał się więcej, zapewne zapadając w sen. Nathan zaś wcisnął kartkę do tylnej kieszeni spodni, wyrzucił butelkę i szybkim krokiem skierował się do swojego pokoju, ostrożnie otwierając drzwi. 

- Mike, chodź. Allen czeka na nas już dziesięć minut. 

Chłopiec wstał z materaca i podał bratu portfel, klucze oraz telefon, po czym jeszcze na krótką chwilę wtulił się w jego nogi.

- Nath... Myślisz, że to będzie dobry dzień?

- Tak - Odszepnął i posłał pięciolatkowi czuły, kochający uśmiech - To będzie dobry dzień.



Allen na całe szczęście taktownie nie wypytywał o powód ich spóźnienia, mimo że krzyki Boba słychać było zazwyczaj w całej kamienicy. Nathan automatycznie zajął miejsce z przodu, dopiero później orientując się, że Mike z pewnością będzie czuł się nieco nieswojo. Chciał się przesiąść, ale po szybkiej wymianie grzeczności Navas ruszył i jego plan spalił na panewce. Atmosfera w samochodzie była dziwnie ciężka i prawdopodobnie była to jego wina. Był zdenerwowany i zestresowany sytuacją sprzed piętnastu minut, a przystojna twarz mężczyzny wprawiła go w jeszcze większe zakłopotanie. Jego brat również nie czuł się dobrze, czuł to. Mike był strasznie nieufny i nie przepadał za obcymi. O Boże, co on najlepszego zrobił?

-...to może chociaż zdradzisz mi, jak się nazywasz? - Dopiero teraz do uszu Nathana dotarło, że Allen prawdopodobnie już od jakiegoś czasu stara się nawiązać z jego bratem jakąkolwiek konwersacje. 

- Mike - Odburknął cicho, cały czas ściskając w dłoniach pluszową rybkę.

- A więc witaj, Mike. Ja jestem Allen. - Przedstawił się uprzejmie, co chwilę zerkając na chłopca w lusterku.

- Wiem, Nath zaczął krzyczeć jak-

- MICHAEL! - Jęknął chłopak jeszcze bardziej zażenowany, powoli popadając w ciężki stan załamania.

- W porządku - Mężczyzna zaśmiał się pod nosem i zerknął przelotnie na nastolatka, ale nie odezwał się na ten temat - A twój przyjaciel? Jak mu na imię?

- Kokchi - Głos Mike'a zabrzmiał teraz nieco pewniej, a on sam uniósł wzrok i również spojrzał w lusterko. Zainteresowanie jego ulubioną zabawką zdecydowanie otworzyło Navasowi jedne z drzwi. 

- Ma przepiękny kolor. - Skinął głową, ponownie zerkając w lusterko.

- Lubisz niebieski? - Pięciolatek pozwolił sobie na rozluźnienie mięśni i nieco swobodniejszy ton.

- To jeden z moich ulubionych kolorów. Uwielbiam niebo, szczególnie nocą i o zachodzie słońca. - Oparł szczerze, uśmiechając się pod nosem.

- A ja wodę. W ciągu dnia, ale kiedy jest zachód też. 

- To całkiem podobnie - Posłał chłopcu ciepłe spojrzenie, po czym z powrotem skupił wzrok na drodze.

- Woda to nie to samo co niebo. Mają tylko podobny kolor.

- A skąd wiesz, czy to, co ty nazywasz wodą, nie jest w rzeczywistości niebem? - Uniósł brew, czekając na reakcję chłopca.

- Woda to woda, a niebo to niebo. - Mruknął, spinając się nieco.

- Dla nas niebo jest na górze, a woda na dole. Może dla morskich stworzeń nie ma wcale nieba? Niebem dla nich jest tafla wody, łącząca je ze światem ponad nią. Możliwe też, że dla dusz mieszkających w na górze, świat jest odwrócony, a woda wisi im nad głowami i nazywają ją niebem. I to, i to jest przepięknym potokiem błękitu, granatu lub czarni, w zależności od humorów matki natury. Skąd więc wiesz, co jest niebem? - Zakończył swoją wypowiedź lekkim uśmiechem i spojrzał w lusterko. 

- To... ciekawe. Jak będę pracował z rybami, zapytam się ich, gdzie mają swoje niebo - Odparł chłopiec i posłał Allenowi niepewny, dziecięco szczery uśmiech.

Nathan mimowolnie rozluźnił się i odetchnął głęboko, również uśmiechając się pod nosem. Tak...
To będzie dobry dzień



***


Victor siedział od jakiegoś czasu w swoim ukochanym, skórzanym fotelu i machał nerwowo stopą, uparcie udając, że książka, którą trzymał w dłoni, naprawdę go interesuje. 


- Po prostu tam idź. - Westchnął Neema setny już chyba raz tego dnia, a zegary ledwie wskazały południe. 


- Nie mam ku temu żadnych powodów. Nawet nie powinno go tu być. Jest niedziela. - Głos chłopaka miał zapewne zabrzmieć pewnie lub obojętnie, jednak słyszalna w nim była nuta zawodu, jakby naprawdę żałował, że nie ma po co schodzić do garażu.


- Mieszkasz tu, na litość boską. Nie możesz się po prostu przechadzać po domu? 


- Nie.


- O matko...


Lekarz był pewny, że kiedy Victorowi uda się dogadać z mechanikiem, przyszłość ukaże mu się w jasnych barwach. Tymczasem było zupełnie odwrotnie. Chłopak stał się dwa razy bardziej nerwowy i trzy razy bardziej niezdecydowany, a z tego względu przynajmniej dziesięć razy bardziej upierdliwy. Cały czas siedział w fotelu albo łaził po pokoju, niemal wydeptując w dywanie całkiem pokaźnych rozmiarów kółko. Schodził z piętra jedynie wtedy, gdy nastała taka konieczność, a przez pozostały czas wypytywał o Thomasa coraz bardziej zirytowanego McDowella. Co dziś robił, jak wyglądał, czy może pytał o niego? Neema nawet raz odszczekał mu, że nie, nie pytał i prawdopodobnie zapomniał już o jego istnieniu, ale miało to na celu wywabienie osiemnastolatka z pokoju, nie kilkugodzinne załamanie! 

Rozmyślania nad odbijającymi się na nim skutkami zachowania swojego podopiecznego, przerwało mu ciche pukanie do drzwi.

- Paniczu Victorze, doktorze McDowell - Skromnie ubrana kobieta skinęła lekko głową i podeszła do parapetu - Należy wywietrzyć pokój i zmienić firanki. Twój ojciec nakazał ci przenieść się z książką do biblioteki.

- Cudownie. Chodźmy, Neema. Idziemy na niższe piętra. Jeszcze panicza przewieje. - Fuknął niezadowolony i już chciał opuścić pomieszczenie, gdy zatrzymały go nawoływania służącej.

- Bibliotekę na piętrze zajmuje obecnie twój ojciec. Prosił, byś udał się do podziemnej. - Poinformowała grzecznie i wróciła do zdejmowania zasłon. 

Chłopak wziął głęboki oddech i spojrzał słabo na przyjaciela, który jedynie uśmiechnął się pod nosem i skłonił teatralnie.

- Życzę miłej lektury. Och, proponuję również odwrócić w książkę w drugą stronę. Do góry nogami pewnie nie czyta się najwygodniej. 

- A wypchaj się - Nachmurzył się jak małe dziecko i zaczął prędko pokonywać kolejne stopnie, po drodze mijając swoją matkę, zapewne właśnie wychodzącą na kolejne ''przyjęcie firmowe".

- Victorze, nie biegaj po schodach! Zrobisz sobie krzywdę! - Krzyknęła za nim i spojrzała z oburzeniem na wycofującego się w cień lekarza. - Co ty wyprawiasz, McDowell?! Przecież on ma astmę, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc i-

- Pani Clavel, jeśli pani pozwoli - Przerwał jej prędko, zanim zaczęłaby wymieniać wszystkie - domniemane - schorzenia Victora, jak to miała w zwyczaju. - Zapewniam, że krótki, szybki marsz po schodach nie wyrządzi mu żadnych szkód. To JEDYNIE astma. Cierpi na nią ponad 400 milionów ludzi na całym świecie. Nie jest śmiertelna, nawet po zbiegnięciu ze schodów.

- A jakby się przewrócił?! Dobrze wiesz, że jego czaszka, jak i z resztą reszta kości... - W tym momencie lekarz przestał słuchać kobiety i tępo wpatrywał się w wiszący na ścianie obraz. Przedstawiał martwą naturę. ''Martwa natura". Co to w ogóle za określenie? Nazywać owoce martwymi. A może zdaniem artystów owoce giną wraz z momentem zerwania ich z drzewa? Cóż, coś w tym jest, ale ''martwa natura"?...- ... a poza tym, jesteś skrajnie nieodpowiedzialny i z całą pewnością nie nadajesz się na lekarza dla mojego syna. Jesteś tu jedynie dlatego, że on tego chce. Niewdzięcznik... Żegnam!

Neema pokręcił głową z niedowierzaniem i westchnął ciężko, nie spuszczając wzroku z obrazu. Zdecydowanie każda martwa natura była zdecydowanie bardziej żywa, niż serce i dusza tej przeklętej kobiety. 



Tymczasem dwa piętra niżej Victor faktycznie siedział w bibliotece i ani myślał stamtąd wychodzić. Ani myślał. Zostało to jednak pomyślane przed Tomasa, który od dobrych dziesięciu minut zastanawiał się, dlaczego osiemnastolatek tak bardzo chciał przemknąć się do pomieszczenia niepostrzeżenie. Normalnie nie byłby w stanie go dostrzec przez lustro weneckie, ale akurat domykał drzwi i zauważył chłopaka skradającego się do biblioteki. Odłożył narzędzia na właściwe miejsce i osuszył dopiero umyte dłonie, po czym luźnym krokiem skierował się do pokoju, w którym przesiadywał nastolatek. Nie kłopotał się z pukaniem, po prostu wszedł do środka. Zastał bruneta ukrytego za murem stworzonym z setek książek, trzymającego w dłoni jeszcze jeden opasły wolumin. 

- Przed kim się chowasz? - Zaśmiał się pod nosem i wszedł głębiej między sterty lektur.

- Nonsens, wcale się nie chowam. Dlaczego w ogóle tu jesteś? Czy w niedzielę nie masz wolnego? - Mruknął mało przekonująco i prędko mienił temat, ale Tomas nie miał zamiaru się z nim kłócić.

- Musiałem przywieźć jedną część i od razu zająłem się jej zamontowaniem. Jeszcze wcześnie, zdążę nacieszyć się dniem - Posłał mu lekki uśmiech i zagryzł na moment spierzchniętą wargę, po czym spojrzał na towarzysza nieprzeniknionym wzrokiem - Masz jakieś plany na jutrzejsze popołudnie?

- Plany? Prócz uciekania przed pielęgniarkami wciskającymi mi leki oraz czytania? - Uniósł kpiąco brew, jednak zreflektował się prędko i odchrząknął - Nie, nie mam planów. Dlaczego pytasz?

- Bo zabieram cię na miasto - Odpowiedział bez krępacji - Prawie skończyłem naprawiać twoją bransoletę, ale potrzebuję nowego zapięcia. To jest już zbyt zniszczone i poluzowane, szybko się rozleci. Musisz pomóc mi wybrać odpowiednie.

- Zabierasz mnie? To pytanie, czy informacja? - Parsknął i pokręcił lekko głową.

- Informacja. Załatwiłbym to już dzisiaj, ale obiecałem siostrom mini koncert, a braciom długą przejażdżkę motorem. Ciebie na przejażdżkę zabieram jutro.

- Masz dużo rodzeństwa? - Spojrzał na niego zaciekawiony i chciał odłożyć książkę na półkę, ale mężczyzna powstrzymał go i postąpił krok w stronę wyjścia.

- Opowiem ci jutro. Teraz muszę lecieć. - Uśmiechnął się nieco szerzej i posłał chłopakowi rozbawione spojrzenie. - Wolisz biały kask czy czerwony?

- Ojciec w życiu mi nie pozwoli. - Westchnął z dziwnym grymasem i spuścił wzrok.

- Już z nim rozmawiałem, wszystko załatwione, zluzuj - Zaśmiał się i spojrzał na niego ponaglająco, słysząc dzwonek swojego telefonu - Biały czy czerwony?

- Biały? 

- Pytasz się?

- Nie? - Parsknął po raz kolejny i odwrócił wzrok, by przypadkiem nie wydało się, że na jego twarzy błąka się zadowolenie.

- A więc czerwony - Zanucił złośliwe i wyciągnął z kieszeni komórkę. - Do jutra!

- Do jutra - Szepnął już sam do siebie chłopak i zagryzł wargę, po czym potrząsnął głową i powrócił do czytania książki. Do góry nogami, rzecz jasna.


***


Nathanowi dzień mijał... miło. Naprawdę miło. Zakup butów poszedł im całkiem sprawnie, a i Mike wydawał się być zadowolony z nowej części garderoby. On sam nie mógł pozwolić sobie na ''bezsensowne'' wydawanie pieniędzy na samego siebie. Zbliżały się święta, a to wiąże się ze sporymi wydatkami. Nie było go stać na nowy płacz czy obuwie. Mógł jedynie mieć nadzieję, że zima pozostanie dla niego tak łaskawa, jak była obecnie.



Kolejną, ważną i wartą przemyślenia sprawą, był kontakt Mike'a z Allenem. Mike nie cierpiał obcych. Bał się ich, nie lubił ich, nie znał i nie chciał poznawać. Jakim więc cudem to Allena, nie swojego brata, trzymał właśnie za rąbek płaszcza? Chłopiec nie był ufny ani naiwny, choć miał dopiero pięć lat. Był za to niezwykle ostrożny, uważny, spostrzegawczy i inteligentny. Coś musiało być na rzeczy. Z początku zachowywał pewien dystans, być może nawet większy niż zazwyczaj. Rozmawiał z nim w samochodzie, ale w galerii nie chciał się do niego zbliżyć. Wtedy też Allen zamilkł i nie odezwał się do niego ani słowem. Nie namawiał na nic, nie chciał przekupić lizakiem, kiedy Mike uparcie wpatrywał się wystawę sklepu ze słodyczami. Napomknął jedynie, że być może będą mogli wrócić tu po obiedzie, ale wszystko zależy od jego brata. Nathan oczywiście nie mógł się zgodzić, by Navas kupował chłopcu łakocie, więc wytłumaczył mu, że lizaki psują zęby i wywołują cukrzycę. Mike wtedy fuknął niezadowolony i postąpił jeszcze jeden krok dalej, by za bardzo nie zbliżać się do mężczyzny, który zrobił mu nadzieję na lizaka. W każdym kolejnym sklepie Allen milczał, a Mike grzecznie przymierzał buty, które podsuwał mu brat. Nie było to w żaden sposób irytujące. Mężczyzna co jakiś czas posyłał chłopcu ciepłe lub pytające spojrzenia, kiedy mały zakładał zupełnie niepodobające mu się śniegowce. Mike przez kolejne kilkadziesiąt minut odciągał Nathana od obcego faceta, jak tylko mógł. Nie pozwalał im rozmawiać ani zbytnio się do siebie zbliżać. Na obiedzie zajął miejsce obok brata, nakazując tym samym Navasowi ulokować się naprzeciwko. Nawet kiedy zaczął po cichu wykłócać się, że sam może zapłacić, Mike błyskawicznie ściągnął na siebie całą jego uwagę, dążąc do całkowitego zignorowania przez brata starszego bruneta. A Allen wciąż milczał. Milczał tak do czasu, aż Mike nie podszedł do niego sam i nie poprosił o potrzymanie Kokchi'ego. Wtedy Nathan osłupiał. Mike NIGDY nie pozwolił dotykać Kokchi'ego nikomu, prócz jego. Przez kilkanaście minut wpatrywał się w braciszka z niedowierzaniem, aż dotarło do niego, o co w tym wszystkim chodziło. Mike go sprawdzał. Sprawdzał Allena na wszystkie możliwe sposoby, chcąc go zdenerwować, zirytować i zniechęcić, ale ten był nieugięty. Cóż, chyba zdał test. 



- Nie wierzę, że zrobił coś takiego - Pokręcił głową z zadumą, choć na jego ustach błąkał się lekki uśmiech. 



- Chciał mnie sprawdzić. Jest bardzo inteligenty, jak na swój wiek - Odparł mężczyzna, cały czas trzymając w dłoni pluszową rybkę i obserwując jej właściciela, bawiącego się teraz w basenie z plastikowymi kulkami. Chyba udawał nurka. 


- Nie o to mi chodzi. On NIGDY nie próbował nikogo sprawdzać. Zawsze nowe znajomości od razu spisywał na straty. Był na ''nie'' i koniec. To pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna, kiedy zaakceptował obcą osobę tak szybko. Przekonanie go do mojego przyjaciela zajęło nam około tygodnia. Wspólnymi siłami. - Odetchnął głęboko, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć - Jestem po prostu zszokowany. Pozwolił ci się do siebie zbliżyć. Dał ci Kokchi'ego i uśmiechnął się do ciebie. Dwa razy. 

- Kiedy przedstawiasz to w ten sposób, czuję się zaszczycony - Zaśmiał się krótko i spojrzał na swojego rozmówcę - On bardzo cię kocha, wiesz? Wcale nie sprawdzał mnie dla własnego przekonania, tylko dla pewności, że jestem odpowiednią osobą do przebywania w twoim towarzystwie. Zrobił to z myślą o tobie. To naprawdę bardzo mądry i oddany chłopak. Dobrze wychowany. 

- Wychowuję go praktycznie sam, odkąd skończył pół roku. Matka od nas odeszła. Ojca...często nie ma w domu. Nie było łatwo, ale starałem się mogłem, żeby wyrósł na ludzi. Jestem z niego bardzo dumny. - Ostatnie zdanie niemal wyszeptał, również zerkając na mężczyznę. Nie do końca wiedział dlaczego, ale poczuł się dobrze. Przyjemne ciepło rozlało się gdzieś w głębi niego i dało mu poczucie swoistego spokoju. Chciał coś powiedzieć mężczyźnie i zrobił to. Powierzył mu pewien fakt ze swojego życia, nie mając żadnych wątpliwości, że postąpił właściwie.

- Jesteś niesamowity - Głos mężczyzny był cichy, głęboki i lekko zachrypnięty. Chłopak spojrzał na niego z mieszaniną uczuć powoli zalewającą jego jasne oczy - Nie każdy byłby w stanie dokonać czegoś takiego. Wiesz, wychować młodszego brata od niemowlęcia. Powinieneś być dumny również z samego siebie. 

- To było dla mnie normalne. Nadal jest - Pokręcił delikatnie głową - Był, jest i zawsze będzie moim młodszym braciszkiem. Muszę się nim opiekować. 

- A kto zaopiekuje się tobą? - Na te słowa nastolatek parsknął cicho.

- Jestem już dużym chłopcem. Poradzę sobie.

- Masz szesnaście lat.

- Siedemnaście. Za półtora tygodnia mam urodziny. - Odszczekał się czym prędzej.

- Pytam poważnie, Nathan. Raczej nie dopuszczasz do siebie ludzi, co? - Allen uniósł lekko brew, choć jego twarz pozostawała poważna. - Może dałbyś sobie szansę?

- Sobie czy tobie? - Mruknął, nadal nie spuszczając wzroku z bruneta.

- Sobie. Ja jestem tylko jedną  z osób, która chcę zobaczyć uśmiech na twojej twarzy. Na pewno nie pierwszą i z całą pewnością nie ostatnią. Nie patrz się tak, mówię serio. Fascynujesz i masz coś w sobie. Jesteś piękny, inteligenty i niesamowicie utalentowany. Masz do mnie pretensję, że zwróciłem na ciebie uwagę? - Uniósł brew nieco wyżej, a na jego usta wpłynął lekki uśmiech.

- I na postawie tych powierzchownych cech chcesz wleźć mi z buciorami do życia? - On również uniósł brwi i spojrzał na towarzysza kpiąco, ale z pewną dozą zainteresowania.

- Dokładnie tak. - Odparł bez cienia wahania - Chcę cię również zaprosić do mojego i poznać cię. Dowiedzieć się tego, czego teraz nie dostrzegam i po prostu cię poznać. 

- Możesz się rozczarować. - Znów ściszył głos, kątem oka dostrzegając Mike'a wychodzącego z basenu.

- Mogę - Przyznał - Ale wtedy ty rozczarowałbyś się mną, a to do tego nie dopuszczę.

- Będziesz udawał? W takim razie po co mi to? - Wstał powoli z ławki, na której siedzieli i ulokował wzrok w biegnącym jego stronę bracie.

- Po prostu płyń z prądem. - Powiedział głośno, a Mike spojrzał na niego z lekkim uśmiechem.

- Z prądem płynie się najlepiej - Uśmiechnął się nieco szerzej i ziewnął, wywołując tym samym śmiech u pozostałej dwójki.

- Odwiozę was do domu, ktoś tu chyba potrzebuje drzemki - Uklęknął przy chłopcu i podał mu pluszową rybkę, a ten odebrał ją i chwycił się rąbka płaszcza mężczyzny, nawet nie protestując. 

Tak... To był dobry dzień...



~~~


Hey Hi Hello! Oto spóźniona jedenastka i postępy w relacji Nathana i Allena. Jak to odbieracie?

Mam do was pytanko i bardzo proszę o odpowiedź. Jestem w trakcie pisania krótkiego, ''zimowego'' opowiadania. Będzie miało może 5/7 rozdziałów i... i właśnie. Zimna nam się kończy. Zastanawiam się nad wstawianiem rozdziałów na zmianę, ale to oczywiście spowolni stały ciąg NBR. Równie dobrze mogłabym zacząć publikować je już po zakończeniu tego opowiadanka, a tym samym - zimy, a może i nawet wiosny. Sugestie?

Trzymajcie się tam,

Joyssli

ROZDZIAŁ NIESPRAWDZONY 







3 komentarze:

  1. Mnie to wszystko jedno, jeżeli coś nowego ukaże się na zmianę z tym opkiem;D, oczywiście może się zdarzyć, że fabuła będzie się niektórym mieszać (w tym np. mnie;P)
    Zresztą hej to twój blog i możesz robić co chcesz, ale miło, że pytasz, nas(czytelników), tym samym pokazując, że troszczysz się o nas, i bierzesz pod uwagę nasze zdanie, opinie;).
    Co do rozdziału JEJ! Szczerze bardziej się cieszyłam z wątku Victora i Tomasz, ahh jak ja ich ubóstwiam:D czekam z niecierpliwością na każdą następną notkę jaką opublikujesz, nieważne czy będzie o NBR, czy może o czymś zupełnie innym;)
    Pozdrawiam:*
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    fantastycznie, ale Nathan się stroi ;] a Mike testował Aleena, no i mamy Victora z tymi dylematami, zapowiada się bardzo ciekawie ta wycieczka ;]
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń