niedziela, 26 lutego 2017

12. Stream of life

Stream Of Life
Nurt Życia 




Mimo że Thomas miał przyjść po niego dopiero około czternastej, Victor wstał z samego rana i zaczął rozmyślać nad dzisiejszym dniem. Był niesamowicie podekscytowany i nawet nie zamierzał przed sobą udawać, że jest inaczej. Kiedy ostatnio był na mieście? W zeszłym miesiącu. Kiedy miało to inny cel niż zakup leków czy innych ''bezsprzecznie potrzebnych'' artykułów? Pewnie podczas ostatnich zakupów z Neemą, prawie pół roku temu. A kiedy udał się do miasta z kimś innym, niż lekarz, rodzice czy niańka? Nie pamiętał. Być może nigdy. A teraz miał w końcu taką możliwość i nie mógł się doczekać. Jedzie z Tomasem. Z Tomasem, na jego niezwykłym motorze. Jakim cudem mężczyźnie udało się przekonać jego ojca? Nie miał pojęcia, ale nie chciał się nad tym dłużej zastanawiać. Jeszcze doszedłby do jakichś dziwnych wniosków. Ważne, że nie zrobił mu awantury na temat wyjścia. Z matką oczywiście było inaczej. Już wczoraj wieczorem zrobiła mu długi, męczący wykład na temat jego stanu zdrowotnego i tego, jak bardzo musi na siebie uważać. Kiedy zaś dowiedziała się o jego niedoszłym środku transportu, kategorycznie zabroniła mu opuszczania pokoju, aż do przyszłego tygodnia. Dopiero ojciec był w stanie jakoś ją... udobruchać? Bo przekonana z pewnością nadal nie była. Chłopak więc postanowił nie wchodzić jej dzisiaj w drogę, a najlepiej w ogóle nie pokazywać się matce na oczy. Mogłoby z tego wyniknąć coś naprawdę nieprzyjemnego.

Zaraz po wstaniu z łóżka odbył poranną toaletę, zjadł śniadanie, wziął leki, ubrał się, porozmawiał z doktorkiem o swoich problemach ze snem i o tym, ile godzin udało mu się dziś przespać i ponownie wziął leki. Poranek jak co dzień. Potem miał zamiar poczytać książkę, jednak kiedy Neema - niech go szlag - ponownie zwrócił mu uwagę, że trzyma ją do góry nogami, nastolatek nie wytrzymał. Jego wina, że nie potrafił ostatnio normalnie funkcjonować? Nie, oczywiście że nie jego. A może naprawdę zaczął cierpieć na jakąś z tych przebrzydłych chorób, które wmawia mu matka? Nadmierna potliwość dłoni, bezsenność, pobudzenie i problemy z koncentracją... To musiały być jakieś poważne objawy. O Boże, oszalał? To psychoza? Zdecydowanie nie jest z nim dobrze...

- Victorze. - Aż podskoczył, kiedy do pokoju wślizgnął się McDowell.

- Puka się. - Sapnął cicho, pozwalając sobie na lekkie rozluźnienie mięśni.

- Nigdy nie pukałem i nie mam zamiaru zacząć tego robić, bo z tobą jest coś nie tak - odparł twardo i zajął miejsce naprzeciw chłopaka, splatając ręce na piersi.

- A więc jednak!

- Ależ oczywiście. Miałeś wątpliwości? - Westchnął ciężko i popatrzył na bruneta uważnie - Będę z tobą szczery, mój drogi. To dosyć często występujący defekt, aczkolwiek nigdy nie widziałem, by to okropieństwo zaatakowało tak nagle i siało przy tym takie spustoszenie. Nie potrafię tego wyjaśnić. Zaawansowane stadium do nie przelewki, a jeśli czegoś nie zrobimy, będzie coraz gorzej...

- C-co to jest? - mruknął niewyraźnie, gwałtownie blednąc, choć wyraz jego twarzy pozostał niezmienny.

- To... - Wziął głęboki oddech, marszcząc niepokojąco brwi, po czym wstał, zabrał młodzieńcowi książkę i położył mu na ramieniu dużą, lekko pomarszczoną dłoń. - To najgorsze, co tylko może być.

- Powiedz mi - warknął niecierpliwie, zaciskając dłonie na krańcach fotela. - Umrę?

- Być może. TO czasem jest w stanie to tego doprowadzić. Możesz jednak temu zapobiec, podążając za moimi wskazówkami.

- Jaką... TO w ogóle nosi nazwę? - Wstał z miejsca i począł niespokojnie krążyć po swoim pokoju, jak to miał w zwyczaju.

Neema z powrotem zajął więc miejsce na jednym z foteli i uśmiechnął się pod nosem, obserwując chłopaka.

- Głupota.

- Co proszę? - Uniósł brwi, nie bardzo rozumiejąc, co lekarz ma na myśli.

- To co słyszałeś. Cierpisz na nagły, niewyjaśniony i druzgocący napad głupoty. Innymi słowy, zachowujesz się jak imbecyl. - Na koniec swojej wypowiedzi uśmiechnął się ciepło i zakrył twarz poduszką, spodziewając się nagłego ataku ze strony towarzysza. Victor jednak tylko warknął rozjuszony i wyszedł w pokoju, głośno trzaskając przy tym drzwiami.

- Wyszedł stąd... Chyba naprawdę się zdenerwował - Mruknął pod nosem czarnoskóry mężczyzna i ponownie się uśmiechnął. - A więc czas na lekarstwo.



***

Dwa piętra niżej i jakiś czas później Tomas właśnie kończył pracę. Zegar wskazał właśnie trzynastą piętnaście. Idealna pora by wziąć prysznic i jakoś ogarnąć się na wypad z Vicotrem. Czuł gdzieś w środku dziwne podekscytowanie faktem, że to właśnie chłopak będzie mu towarzyszył. Lubił zabawę, w porządku. Nie miał też żadnych oporów przed zawieraniem nowych, czasem krótkich znajomości w wiadomym celu i nie wstydził się tego. Był młody i korzystał. Poza tym, jak na razie nikt się nie skarżył. Ale wracając do Victora... To było coś innego. Nie zwykły, cielesny pociąg, czy pożądanie. Ani żadne zakochanie, czy nawet zauroczenie, tak dla ścisłości. To było bardziej jak... Fascynacja? Ciekawość? Chciał go poznać. Zrozumieć. Chłopak nie wydawał się być taki zły i z całą pewnością nie przypominał swoich rodziców ani odrobinę. Geny po dziadkach albo zdrada małżeńska, innej opcji nie było. Młody Clavel skrywał w duszy dużo więcej, niż sam przed sobą skłonny był przyznać, a Tomas miał zamiar chociaż spróbować wyciągnąć to na światło dzienne. A potem sobie popatrzeć. Zasłużona nagroda za wykonaną pracę, czyż nie? Victor miał charakterek i niezły temperament, musiał tylko zdać sobie z tego sprawę.

Kąpiel, przycięcie zarostu i ubranie się się zajęło mu niecałe pół godziny, a więc miał jeszcze około piętnastu minut, które zamierzał wykorzystać na wyprowadzenie motoru z garażu i rozgrzanie maszyny, która tak rzadko miała okazję gościć na sobie więcej niż jedną osobę.

***


- Zmieniłem zdanie. Nigdzie nie jadę - mruknął zrzędliwie nastolatek, opadając ze zrezygnowaniem na fotel.

- Oczywiście, że jedziesz. - Parsknął mężczyzna i jeszcze raz przyjrzał się chłopakowi.

Strój szykowali wspólnie przez prawie dwie godziny - kiedy obrażony Victor postanowił w końcu wrócić z biblioteki - a w ostateczności i tak założył zupełnie co innego. Neema musiał przyznać, że akurat w tej sytuacji wyszło mu to na plus. Chłopak wyglądał świetnie. Po prostu świetnie. Wąskie, czarne spodnie i tego samego koloru prosty, skórzany kardigan. Pod nim jasna, wełniana koszula, przeplatana bielą i beżem. Na szyi zawisł skromy krzyż, który niebawem zostanie zakryty przez grafitowy, gruby szal. Stopy zostały odziane w czarne, wysokie sztyblety, sprawiające wrażenie nieco zdartych na czubach. Całość dopełniał długi płacz i rękawiczki, oba pod kolor butów. Włosy, wcześniej luźno spięte w karku, pozostawił teraz rozpuszczone, a pojedyncze, kręcone kosmyki lekko opadały mu na twarz. Prezentował się naprawdę wspaniale.

- Weźmie mnie za wystrojonego paniczyka - sarknął z grymasem na twarzy i zrzucił wzrokiem na lustro, jeszcze raz oglądając w nim swoje odbicie.

- Od kiedy obchodzi cię zdanie innych? - Neema uniósł pytająco brwi.

- Nie obchodzi - odrzekł prędko, wkładając do kieszeni portfel, telefon i kilka innych zazwyczaj potrzebnych mu rzeczy.

- A zdanie Tomasa? - mruknął cicho, niby to od niechcenia, kątem oka obserwując reakcję chłopaka.

Ten zaś długo zwlekał z odpowiedzią, a gdy w końcu raczył otworzyć usta, przerwało mu pukanie do drzwi.

- Paniczu Victorze, doktorze McDowell. Pan Tomas czeka przed domem. Życzę miłej przejażdżki. - Kobieta uśmiechnęła się lekko i przepuściła Victora w drzwiach, schodząc za nim po długich, wysnutych dywanem schodach.

Neema natomiast obserwował go z góry, przyglądając się, jak chłopak ostatni raz zerka w wiszące na ścianie lustro, jak bierze głęboki oddech, jak zaciska dłonie w pięści, by następnie schować je do kieszeni i jak w ostateczności szybkim, pewnym krokiem przechodzi przez próg domu, rozpoczynając tym samym nową, z całą pewnością ciekawą i wartą zapamiętania historię. McDowell uśmiechnął się pod nosem. Przecież lekarstwa są po to, aby pomagać, a przyjęcia takiego lekarstwa chłopak z całą pewnością nie odmówi.

***


Tomas stał oparty o motor od jakichś pięciu minut, czekając na Victora. Chłopak wyłonił się z rezydencji Clavelów dokładnie minutę przed czasem, a Hilsowi dosłownie zaparło dech w piersiach. Naprawdę dosłownie. A że nie był do tego raczej przyzwyczajony, skończył dławiąc się powietrzem i robiąc z siebie idiotę przed wyglądającym jak prosto z Mediolańskiego wybiegu Victorem.

- Wszystko w porządku? - Zapytał się chłopak, przyglądając się niepewnie mężczyźnie.

- T-ta, jest ok. Trochę się ten... - Odchrząknął po raz ostatni i poklepał się po klatce piersiowej. - Już jest ok. Dobrze wyglądasz - rzucił niby niezobowiązująco i skinął nastolatkowi głową.

- Dzięki - mruknął od razu i wskazał gestem dłoni na motor - Jedziemy?

- Jasne. Trzymaj to. Fryzura pójdzie w cholerę - zaśmiał się krótko, podając chłopakowi czerwony kask.

- Nie zwykłem układać włosów - Parsknął i prędko założył przedmiot na głowę, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić.

Tomas widząc jego zdezorientowanie wsiał na maszynę i posłał chłopakowi szelmowski uśmiech.

- Wsiadaj i złap się mocno.

- Czego? - Warknął pod nosem, powoli siadając za mężczyzną w jak największej odległości od jego pleców.

- Mnie - sarknął rozbawiony i również założył kask, od razu opuszczając szybkę w dół. - No chyba, że chcesz zlecieć. - Nastolatek nie skomentował tego w żaden sposób i niezwłocznie objął bruneta w pasie. - Trzymaj się mocno. - A potem ruszył.

Z początku jechał powoli, nie chcąc już na starcie wystraszyć chłopaka, ale gdy ten nieco rozluźnił uścisk, postanowił stopniowo dodawać gazu. Przemykali się pomiędzy samochodami z prędkością zdecydowanie większą, niż była dozwolona na tym odcinku drogi, a Hils cały czas przyśpieszał. Dłonie siedzącego za nim chłopaka mocno ściskały materiał jego kurtki, a on jedynie uśmiechnął się pod nosem.

- BOISZ SIĘ? - Krzyknął ile sił w płucach, nieznacznie odchylając głowę w stronę drugiego pasażera. 

- ...ylnie! - Usłyszał jedynie, więc jeszcze bardziej odchylił się w stronę bruneta, robiąc przy tym dziwny zygzak na szosie i śmiejąc się w niebo głosy.

- PYTAŁEM, CZY POTRAFISZ WYRWAĆ NA TYLNE?!

Tomas jedynie pokręcił głową i zaśmiał się jeszcze głośniej.

- Wiedziałem...- Szepnął pod nosem sam do siebie.

Gdy dojechali we właściwe miejsce, słońce było na niebie już naprawdę nisko. Mężczyzna zsiadł z motoru zaraz po swoim towarzyszu i zdjął kask. Czuł dziwną pustkę po utracie ciepła, jakie dawał mu chłopak, ale na jego twarzy cały czas błąkał się delikatny uśmiech.

- Jest za ciężki, żeby go wyrwać. Sam jestem zbyt dużym obciążeniem, co dopiero dwie osoby. - Pokręcił głową i za pomocą cienkiego łańcucha podpiął kaski do niewielkiego bagażnika. 

- Na innym byś wyrwał? - Chłopak uniósł kpiąco brwi i ruszył za starszym brunetem, bez problemu dotrzymując mu kroku.

- Wątpisz? - parsknął głośno i uniósł brwi, zezując przy tym na nastolatka.

- Udowodnij.

- Jak tylko poskładam to cudo, które chowacie w podziemiach, zabiorę cię na kolejną przejażdżkę. - Uśmiechnął się szeroko i otworzył przed chłopakiem drzwi do niewielkiego i raczej niezbyt prestiżowego salonu jubilerskiego.

- Gdzie jesteśmy? - zapytał, uważnie rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia. Nie licząc ich dwóch oraz regałów z biżuterią, pokój był pusty.

- To zakład mojego znajomego. Zaczekaj chwilkę. - Po tych słowach Tomas przeskoczył sprawnie przez drewnianą ladę i zniknął za znajdującymi się nieopodal drzwiami.

Victor zamrugał zaskoczony i pokręcił z niedowierzaniem głową. Skakał po meblach jak zwierzę w ogóle nie przejmując się faktem, że znajduje się właśnie w centrum miasta, w salonie jubilerskim, a nie u siebie w domu. A z resztą, w domu też tak skacze po meblach? Jak w takim razie muszą one wyglądać... Chłopak ponownie pokręcił głową, tym razem jednak z lekkim rozbawieniem, po czym ponownie ulokował swój wzrok na wnętrzu zakładu. Bordowe ściany, dębowe lub szklane meble i mahoniowe panele, przykryte na końcu pomieszczenia niewielkim, szarawym dywanem. Pomieszczenie było kwadratowe i małe, naprawdę małe, ale wszystko miało tu swoje miejsce i było dobrze widoczne dla oka klienta. Dwa szklane, podświetlane regały stały po obu stronach wejścia, zachwycając wymyślną, srebrną biżuterią. Następnie po lewej znajdowała się dosyć niska, dębowa szafka z okienkiem na górze. Taka sama stała tuż przy ladzie, przez którą przeskoczył Hils. Po prawej byłoby natomiast pusto, gdyby nie wiszący na ścianie, duży obraz, przedstawiający ni to kobietę, ni drzewo, wystrojone lśniącymi diamentami. Naprzeciwko nastolatka, zaraz za ladą i szafką, znalazł swoje miejsce sporej wielkości segment, z którego również przez szklane szyby można było dojrzeć przeróżne naszyjniki i bransolety. Obok znajdowały się ciemne drzwi, z których właśnie wyłaniała się niska, korpulentna sylwetka. Mężczyzna miał na oko około trzydziestu kilku lat i wyglądał na całkiem sympatyczną osobę, toteż Victor lekko skinął mu głową i - na miarę swoich możliwości - uniósł nieznacznie kącik ust.

- Ty jesteś Victor, prawda? Victor Clavel? - zapytał donośnym, nieco skrzekliwym głosem i posłał przybyszowi szeroki uśmiech - Ja nazywam się Zachary Revefean. Tomas mówił mi o twojej bransolecie, naprawdę piękna rzecz. Nie chciał mi dać jej naprawić. Ba, nawet dotknąć! - Zaśmiał się głośno, ukazując przy tym swoje duże, żółte zęby, ale Victor wcale nie poczuł się zgorszony.

- Jeszcze byś coś odjął od tego skarbu - parsknął Tomas, wchodząc do pomieszczenia z niewielką, choć wyglądającą na naprawdę ciężką skrzynką, po czym postawił ją na ladzie.

- Za kogo ty mnie masz? Czy kiedykolwiek ci coś ukradłem? - Oburzył się mężczyzna, w między czasie otwierając szkatułę i zawzięcie w niej czegoś szukając.

- Mnie? Nie odważyłbyś się - Towarzysz odpłacił mu za te słowa lekkim uderzeniem w ramię, nadal nie przerywając swoich poszukiwań. - Zach to podstępny oszust i krętacz, ale jest naprawdę dobry. Często szuka rzadkich okazów na całym kontynencie, a potem sprzedaje je pięciokrotnie drożej - zwrócił się teraz do wciąż milczącego chłopaka.

- Trzeba jakoś sobie radzić! Gówniane mamy czasy, przyjacielu, gówniane. Dzieciaki chcą telefony i nowe ubrania. Niech piekło pochłonie tych, którzy wprowadzają na rynek takie ceny! A, bez urazy, tacy jak ty często kręcą się po głównej alei. W tych swoich długich płaszczach, skórzanych aktówkach albo torebkach wartych więcej niż moje mieszkanie, mają wypchane po brzegi portfele. Dla nich wydanie ośmiu tysięcy na naszyjnik warty niecałe półtora nie jest żadną stratą, a dla moich dzieciaków to nowe ubrania. I jeszcze starczy na dobre wino - Ponownie się zaśmiał, w końcu podnosząc na nich wzrok - Znalazłem. Długo już u mnie leżą. Dostałem je w Cardiff. Przeklęta staruszka nawet nie wiedziała co sprzedaje - Mówiąc to położył na ladzie trzy średniej wielkości, przepięknie grawerowane zapięcia ze starego srebra. Dwa na haczyk i jedno owalne. - Wszystkie będą pasować idealnie. Wybieraj, chłopie, wybieraj. - Skinął głową na nastolatka, a ten powoli podszedł do stołu i nachylił się nieznacznie.

Były naprawdę piękne i wyglądały na raczej stare. Skomplikowane wzory, zupełnie różne na każdym z zapięć, dziwny kształt i rysy tylko dodawały im uroku. Obejrzał dokładnie każdą z nich i prędko dokonał wyboru.

- To będzie idealne - odezwał po raz pierwszy w obecności obcego mężczyzny i wręczył mu do rąk jedno z haczykowatych zapięć.

- Doskonały wybór. Pięknie grawerowana róża i te płatki... Prawdziwe arcydzieło. - Włożył przedmiot do niewielkiego, foliowego woreczka, a zaraz potem do ciemnozielonego pudełka. - Proszę bardzo. Niech ci służy.

- Ile się należy? - Clavel już chciał wyjąć z kieszeni portfel, ale Tomas złapał go stanowczo za dłoń i pokręcił przecząco głową.

- To ja miałem ją naprawić, pamiętasz? Łączy się to również z pokryciem kosztów. A poza tym, mamy z Zachary'm pewien układ, no nie, Zach?

- Szczwany drań - mruknął mężczyzna niezadowolony, ale machnął na nich ręką. - Widzę cię tutaj za dwa tygodnie, Tom, łajdaku! - krzyknął z lekkim uśmiechem i z powrotem zniknął za drzwiami.

Hils jedynie prychnął cicho i przepuścił Victora w drzwiach.



- Po co kazał ci tam przyjechać? - Zapytał chłopak podczas zdejmowania kasku, kiedy byli już przy bramie rezydencji Clavelów. Słońce powoli znikało za horyzontem, kończąc tym samym dzień pracy Tomasa.

- Co jakiś czas wpadam do niego i pomagam mu w pracy. Najczęściej graweruję na zamówienie albo spawam. On w zamian wyświadcza mi takie właśnie przysługi. Biorę od kogoś popsuty naszyjnik, oddaję Zachary'emu, on go naprawia, a ja mam z tego trochę kasy. Czasem też wezmę coś dla sióstr czy matuli. Na święta czy urodziny. Raczej nie stać by mnie było na naszyjnik za osiem tysięcy, a który wart jest półtora. Zach zdobędzie go za trzy stówy, które potem u niego odpracuje.

- Nie męczy cię to? - Zmarszczył delikatnie brwi, oddając kask właścicielowi. - Takie chwytanie się tego, co popadnie?

- Męczy? - Uniósł brwi, wyraźnie rozbawiony - Ja to kocham.

Victor pokręcił głową z niezrozumieniem, cały czas patrząc na mężczyznę. Oczywiście, jego pragnienia wciąż pozostawały takie same, ale... Nie był do końca pewien, czy mógłby tak żyć. Nie jest tak zaradny i sprytny jak Tomas. Mógłby nie dać rady.

- To jak... Nie wiem. To po prostu życie. Czujesz to, z dnia na dzień. Raz musisz tylko rozwieźć części i już masz na nowe buty, a raz harujesz tygodniami i nie stać cię na rachunki. To cały czas się toczy, cały czas jest. Jak... O, jak rzeka. Jak nurt, łapiesz? Czasem płynie wolno i jest spokojna, a czasem nurt jest cholernie silny, ale rzeka nigdy, NIGDY nie stoi w miejscu. To jest dla mnie naprawdę ważne, co by się nie działo, nigdy nie stać w miejscu. Próbować wszystkiego, czego można spróbować, szukać odpowiedzi, pomocy, łapać się wszystkiego, byleby wstać. Cokolwiek. Są chwile, kiedy los cofa cię daleko wstecz, albo co gorsza, spuszcza cię na samo dno, próbując cię złamać, ale wtedy ty wiesz, że to nigdy nie powinno stać w miejscu. To po prostu niemożliwe. Nie można się poddawać. Rzeka się nie zatrzymuje i zawsze dopływa do morza.

Mówił to wszystko, z niejasnym spojrzeniem wpatrując się w zachodzące słońce, a czerwono-złote plamy zaczęły żwawo tańczyć w jego oczach, chcąc zdążyć przed mrokiem. Victor zaś wpatrywał się w niego. W usta, wygięte w lekkim, zamyślonym uśmiechu, w przystojny profil jego twarzy, w dokładnie przycięty zarost, prosty nos, krótko ścięte włosy. Wpatrywał się w niego i doszedł do wniosku, że zaczęło mu chodzić o coś więcej. Nie tylko o robienie tego, co Tomas i o patrzenie na świat, tak jak patrzył Tomas. Nie chodziło mu już o sam sposób życia, ale właśnie o niego i była to świadoma decyzja. Postanowił to teraz, właśnie w tej chwili. Chce żyć, patrzeć i czuć jak on. Chce mieć do tego nauczyciela. Chce, żeby to był właśnie Tomas. Ruszył. I nie chce już nigdy stanąć z miejscu.


~~~

Hej hej! Za wami dwunastka i w końcu coś więcej o Tomasie i Victorze. Prawdopodobnie niebawem zaczniemy czytać o naszych parkach na zmianę ;). Chora żem jest, więc nie będę się jakoś szczególnie rozpisywać, bo i nie mam siły, i nie mam o czym. 

Trzymajcie się tam,

Joyssli

Rozdział sprawdzony przed Nanni ;*


3 komentarze:

  1. Jej! Tomas i Victor. Co tu dużo mówić, kocham całym serduszkiem💘
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się niezmiernie, że Ci się podoba i baaardzo dziękuję za komentarz ;)).

    Pozdrowionka,

    Joyssli

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że V i T jakoś się dogadują. Widać, że ich do siebie ciągnie i wgl. Super rozdział. Weny kochana.
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń