niedziela, 12 marca 2017

1. Dwa Wiatry





Jeden wiatr - w polu wiał,

Drugi wiatr - w sadzie grał




Wszystko zaczęło się 29 lutego 2008 roku w Swindon, angielskim mieście położonym w hrabstwie Wiltshire. Z samego rana wszystkie moje rzeczy zostały przewiezione z mieszkania matki do mojego nowego miejsca zamieszkania, w którym w towarzystwie ojca, macochy i jej syna spędzić miałem kolejne lata mojego życia. Nie byłem tym faktem szczególnie zachwycony, ale nie miałem też zamiaru narzekać. Wolałem to niż dzielenie lokum z rodzicielką i coraz to nowymi ''wujkami''. Zawsze lepiej dogadywałem się z ojcem i to z nim chciałem zamieszkać. Na swój sposób naprawę to przeżyłem, miałem w końcu jedynie trzynaście lat, ale wcale nie zdziwiła mnie wieść o rozwodzie. Przeczuwałem to od dawna, to była jedynie kwestia czasu. Potem przez kilka kolejnych miesięcy zmuszony byłem do mieszkania z matką, by ojciec mógł swobodnie wyremontować stary dom i przyzwyczaić swoją kochankę do wizji wspólnego życia. W między czasie poprosił ją o rękę i pomógł w sprzedaży jej niewielkiego mieszkania w Brighton. Mijało wtedy mniej więcej pół roku od wyprowadzki starego i zaczynałem powoli się niepokoić. Nachodziły mnie myśli typu ''nie wróci po mnie", "zostawi mnie". Bałem się, że znalazł sobie nową rodzinkę a ja pójdę w odstawkę. Żyłem w tym ogarniającym mnie lęku przez kolejne dwa miesiące, aż w końcu nastąpił przełom. Ojciec wrócił z Brighton i powiadomił mnie o wszystkim oraz przeprosił za swoją nieobecność. Rozmawiałem z nim naprawdę długo i szczerze, po czym w miarę szybko doszyliśmy do porozumienia. Następnego tygodnia miałem przeprowadzić się do nowego domu, jednak nieoczekiwanie dopadła mnie paskudna grypa. Tata często mnie wtedy odwiedzał i opowiadał o Karen - swojej narzeczonej - i o Andy'm, jej ośmioletnim synku z pierwszego małżeństwa. Cały czas mówił o tym, że teraz stanie się moim młodszym bratem i w końcu będę miał rodzeństwo. Nawet się cieszyłem, naprawdę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co nadchodzi. 

Wracając do pamiętnej daty - 29 lutego w roku przestępnym odbył się ślub Karen Roth-Barnes, potem już Roth-Harden z Jogiem Harden a moje życie spektakularnie legło w gruzach. Podczas ceremonii wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Moja nowa macocha była niezwykle miła i zabawnie luzacka, a ojciec zachowywał się przy niej zupełnie swobodnie. Mówiła, że niezwykle żałuje, że nie mogliśmy poznać się wcześniej i obiecała, że będzie starała się nadrobić ten czas. Prosiła też, żebym zwracał się do niej po imieniu, jeśli nie będę chciał zdecydować się na ''mamo'', przez co już na wstępie zdobyła u mnie kilka punktów. Przyszłość malowała się w jasnych barwach. Koszmar zaczął się kilka godzin później w skromnym pałacyku, w którym odbywało się przyjęcie weselne. Choć starałem się tego nie okazywać, w środku byłem niesamowicie podekscytowany. Może nie mówiłem o tym w kółko, ale kilka razy zdarzyło mi się pytać rodziców o braciszka czy siostrzyczkę. Nigdy nie byłem samotny, miałem wielu znajomych, bliższych i dalszych, ale rodzeństwo było w moim mniemaniu czymś o wiele lepszym. Teraz, kiedy miałem zacząć nowe życie z dala od starych kumpli, brat byłby dla mnie wybawieniem. Dlatego też czym prędzej pośpieszyłem do pokoju dla rodziny i bliskich przyjaciół, w którym można było chwilę odpocząć od całego zgiełku i normalnie porozmawiać. Zastałem tam czekającego już na mnie ojca i Karen, którzy kucali przy skórzanej kanapie, zasłaniając mi osobę, która prawdopodobnie na niej siedziała. Podszedłem bliżej i... stanąłem jak wryty. Spodziewałem się naprawdę wielu rzeczy, ale na pewno nie ośmiolatka z farbowanymi, różnokolorowymi włosami, w dziwnym, blado fioletowym garniturku, patrzącego na mnie z rządzą mordu w oczach. Nagle straciłem całą chęć poznania chłopca i wycofałem się kilka kroków w tył.

- David, to jest właśnie Andy. Jest nieco skołowany tą sytuacją, ale powinniście szybko się dogadać. Wiesz, Andy też lubi sztukę. Musisz zobaczyć jego rysunki i może pokazać mu swoje projekty...

- Graffiti to nie sztuka - mruknął kpiąco chłopiec i odwrócił wzrok.

- Andy! - skarciła go Karen i spojrzała na mnie przepraszająco. - Musisz mu wybaczyć. Nie cierpi obcych i nawiązywanie nowych kontaktów przychodzi mu z trudnością.

Jedynie skinąłem głową i przysiadłem na fotelu tuż obok kanapy. Spokojnie, powoli, ale w środku aż we mnie wrzało. Poczułem się zbesztany i dotkliwie urażony, co razem składało się na niemałe wkurzenie. Graffiti to nie sztuka?! Jak on w ogóle śmiał?! W duchu tłumaczyłem sobie, że przecież to jeszcze dzieciak i nawet nie ma pojęcia o czym mówi, ale nie zmieniało to faktu, że byłem wkurzony. Co gorsza, po niespełna piętnastu minutach drętwej rozmowy nowożeńcy musieli wrócić do gości, a ja zostałem obarczony niewdzięcznym obowiązkiem pilnowania dzieciaka, który z jakiegoś powodu odmawiał ruszenia się z pokoju.

- Może trochę porozmawiamy? Nie mieliśmy okazji się poznać, a zaraz razem zamieszamy - odezwałem się od niechcenia po kilku minutach ciszy.

- Spadaj - sarknął i rzucił we mnie czekoladową drażetką.

- Nie mogę iść, obiecałem się tobą zająć - odparłem w miarę łagodnie, wymuszając lekki uśmiech. Co za przebrzydły bachor.

- Spadaj. - Ponownie poczułem lekkie uderzenia na swoim ciele. 

- Już ci powiedziałem, nie-

- Spadaj - przerwał mi, tym razem ciskając w moimi kierunku jabłkiem.

- Słuchaj no. Nie mam najmniejszej ochoty tu z tobą siedzieć, ale poprosił mnie o to ojciec i twoja matka, więc łaskawie zamknij się i przestań we mnie - nie zdążyłem nawet dokończyć zdania, kiedy poczułem na twarzy gęstą, lepką ciecz. Powoli otworzyłem oczy, które wcześniej zamknąłem w odruchu bezwarunkowym i spojrzałem na potomka szatana, który trzymał w ręku butelkę soku pomarańczowego z dzióbkiem.

- Spadaj.



Tak właśnie poznałem Andy'ego. Syna stukniętej hipiski i komandosa, jak dowiedziałem się jakiś czas później. W sumie by się zgadzało. Po matce odziedziczył przede wszystkim zamiłowanie do wszelakich dziwactw i wygląd. O tak, zdecydowanie wygląd. Miał zadziwiająco delikatne rysy twarzy i mimo swojego wieku wciąż wyglądał jak mały dzieciak. Gdyby nie lekko zarysowane mięśnie, wyrobione przez nieustanne chodzenie, byłby też przerażająco chudy. Tą nieumiejętność usiedzenia na dupie i z całą pewnością większą część charakteru otrzymał w genach po ojcu. Tak właściwie wcale nie miałem o nim zbyt wielu informacji. Ani Karen, ani wypłosz nie zwykli wypowiadać się na jakiekolwiek tematy związane z ojcem Andy'ego. Wiedziałem jedynie, że zginął na wojnie, kiedy młody miał niecałe sześć lat i oboje bardzo to przeżyli. Wydawałoby się, że skoro kolesia i tak nie było w domu przez całe miesiące, to nie będzie za czym tęsknić, ale było zupełnie odwrotnie. Karen mówiła, że to miały być jego ostatnie miesiące na służbie. Pewnie nie mogli doczekać się, aż wróci do domu i w końcu będą razem a... Ech, los bywa okrutny. Wtedy przez jakiś czas nawet współczułem młodemu, ale szybko tego pożałowałem. Andy nienawidził współczucia. Ogólnie odkąd go poznałem był raczej skryty, małomówny i cholernie tajemniczy. To składało się również na to, że nie miał zbyt wielu znajomych. Tak właściwie w ogóle ich nie miał. Chodziliśmy do tej samej szkoły, więc miałem na to pogląd praktycznie codziennie. Wydawać by się mogło, że to typowa ofiara losu, czyż nie? Ojciec zginął, matka wyszła za innego, nie lubiany, dręczony, skryty, małomówny, nieśmiały, żyjący w swoim małym świecie. Nic z tego. Kilka rzeczy może i się zgadzało, ale reszta to bujda. Nieśmiały? Dobry żart. Nielubiany? Też nie do końca. Dręczony? Ha. To dopiero była jazda. Andy może i nie wyglądał jak byk, ale był szybki, zwinny i, przede wszystkim, miał cholernie cięty język. Potyczki słowne wygrywał z chirurgiczną precyzją, a i fizycznie dawał sobie radę. Jeśli jednak wiedział, że przeciwnik ma nad nim przewagę, po prostu odwracał jego uwagę i wiał. Nie było szans, by go dogonić. Miał wypłosz kondycję, nie ma co. Kiedyś z premedytacją zniszczył mi laptopa, na którym zapisane miałem wszystkie prace i nowe projekty. Goniłem go przez bite trzy kilometry, aż w końcu wymiękłem. Chodziłem na siłownie regularnie i - mimo lenistwa - od czternastego roku życia dbałem o swoje ciało i stan zdrowotny. Wtedy jednak nie dałem rady, z bólem serca musiałem przyznać wypłoszowi - jeśli to coś umie cokolwiek robić, to z pewnością jest to spieprzanie z prędkością światła. 

Lata mijały, zmieniały się kolory włosów Andy'ego i moje dziewczyny. Zmieniała się też nasz garderoba, upodobania i nawyki żywieniowe, jednak jedno pozostawało bez zmian - nasze relacje względem siebie. Nie ważne było, czy wypłosz pofarbował się na niebiesko, czerwono czy zielono. Nie ważne czy malował się mocno, lekko czy aż do przesady. Nie ważne ile kolczyków zrobił sobie w wieku trzynastu lat. Nadal pozostawał wnerwiającym, irytującym, głupim, przebiegłym bachorem z którego istnienia wynikało z pewnością więcej problemów, aniżeli korzyści. Przyznaje, również byłem trudnym dzieckiem. Upartym, głośnym, pyskatym i palącym po kątach dzieciakiem. Propagowałem swoje poglądy i przekonania w wyraźny i niecierpiący sprzeciwu sposób, co prowadziło do wielu problemów w szkole i w domu. Chwilami bywałem z siebie dumny, naprawdę. Byłem jedyną osobą, która potrafiła wyprowadzić Andy'ego z równowagi. Niestety, działało to w obie strony i chociaż przez moją konfliktowość nie był on jedyny, to nikt nie potrafił wkurzyć mnie tak szybko, mocno i efektywnie, jak on. W końcu skończyło się tak, że ciężarna Karen postanowiła wyrzucić nas z domu, bojąc się o dobro nienarodzonego dziecka. Czy jej się dziwiłem? Niezbyt. Czy tęskniłem? Też nie bardzo. Czy miałem żal? Ogromny. Do ojca z resztą też. Wyprowadzając się z mieszkania matki w końcu miałem nadzieję na prawdziwy, ciepły i kochający dom. Wypłosz oczywiście szybko zniweczył moje plany i pragnienia, ale on był tylko bachorem.  Na wyprowadzkę dano nam dwa tygodnie, przez które unikaliśmy rodziców jak ognia. W moim przypadku, prócz niezłego wkurwienia, byłem tą sytuacją naprawdę rozbawiony. Miałem dziewiętnaście lat, mogłem z powodzeniem zacząć żyć na własny rachunek. Ojciec pod pantoflem Karen dorzucił mi kilka paczek. Nie mogłem więc narzekać. Zapewnione lokum u przyjaciela, opłacona uczelnia, pełne konto i w końcu spokój. Studia graficzne nie pochłaniały aż tak dużej części mojego czasu, więc postanowiłem również rozejrzeć się za jakąś pracą w zawodzie. Miałem wszystko luźno zaplanowane i mogłem pogrążyć się w bezstresowym oczekiwaniu na upłynięcie tych dwóch tygodni. Wtedy stało się coś, czego bynajmniej się nie spodziewałem. Moje stosunki z Andy'm uległy zmianie. 

Było to dokładnie cztery dni przed moją wyprowadzką. Wstałem w nocy za potrzebą, a że łazienka była zaraz obok pokoju wypłosza, postanowiłem jakoś wkurzyć go ten ostatni raz. Jakież było moje zdziwienie, gdy pod drzwiami pokoju usłyszałem... płacz. Cichy, przytłumiony płacz i pociąganie nosem. Wiele razy widziałem Andy'ego na skraju, ale nigdy się przy mnie nie rozpłakał. Przy nikim z resztą. Dlatego też, pchany przez jakąś nieznaną mi siłę, uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Chłopak siedział na łóżku, owinięty w szary, gruby koc, a na jego kolanach leżał zmarnowany laptop. Czternastolatek wpatrywał się w niego ze łzami w oczach, aż w końcu biorąc głęboki oddech wstał i postawił sprzęt na biurku. Wtedy też, obracając się z powrotem w stronę łóżka zobaczył mnie. W pierwszej chwili otworzył usta i chyba chciał krzyknąć, zapewne opieprzyć mnie i kazać się wynosić, ale szybko z tego zrezygnował. Parsknął jedynie pod nosem i wrócił do łóżka. Przez chwilę stałem tam, zastanawiając się, co ja tak właściwie wyprawiam, aż w końcu wszedłem do środka. Jedynym źródłem światła był ekran laptopa, więc ostrożnie dotarłem do łóżka i usiadłem na jego krawędzi. Andy nie zaprotestował. Nie zrobił nic, nawet nie drgnął. Nie wiedząc gdzie podziać wzrok zatrzymałem go na urządzeniu, starając się z takiej odległości odczytać zawartość otwartej strony. Szkoła Artystyczna w Inverness z rozszerzonym programem rysunku i malarstwa. Inverness? Może w szkole nie byłem jakimś orłem z przyrodniczych, ale z tego co pamiętałem Inverness było miastem leżącym w północnej Szkocji. To cholernie daleko! 

- To tam się przenosisz? - mruknąłem cicho, nadal wpatrując się w informacje o placówce.

- Mają dobry program i fajny internat - odpowiedział równie cicho.

- Ja pierniczę, wybrałeś miejsce praktycznie na krańcu kontynentu. Dalej się nie dało? - parsknąłem, odwracając się nieco i wbiłem wzrok w zielone włosy - jedyną rzecz wystającą spod pierzyny. Andy nie odpowiedział mi. Zadrżał jedynie. - Dlaczego? - dodałem o wiele ciszej, delikatniej, a on powoli obrócił się w moją stronę.

- Kiedy odszedł, matka nie zachowywała się tak samo. Wtedy też chciała, żebym zamieszkał z ciotką. Długo płakałem i prosiłem ją. Nie rozumiałem. W końcu się zgodziła, ale już nigdy nie było tak samo. Zawsze była... no wiesz, ale potem to się pogłębiło. Pozwalała mi na wszystko, nie patrząc na to co powiedzą inni czy jak na tym wyjdę. Mówiła, że każdy ma swoje życie i sam wybiera ścieżkę, którą kroczy. Przestała być matką, a ja miałem jedynie sześć lat. Potrzebowałem matki. Z każdym rokiem było coraz gorzej, ale mi zaczęło się podobać. No wiesz, traktowała mnie jak dorosłego człowieka. Kumpla. Mogłem robić co chciałem i zacząłem to lubić. Każdy dzieciak by zaczął. Być może nawet przestałem zwracać uwagę na to, że częściej mówię do niej po imieniu niż ''mamo''. Nie czepiała się, nie krzyczała, nie wymagała. - Wziął głęboki oddech i uśmiechnął się niewesoło. - To było zabawne, wiesz? Kiedy obaj przynosiliśmy do domu jedynki, to ty dostawałeś opieprz od starego. Czasem coś powiedział na mój temat, ale w końcu nie byłem jego synem, nie miał prawa się na mnie wydzierać. Kiedy ty wykłócałeś się z ojcem o każdą ocenę, ja musiałem tłumaczyć nauczycielkom dlaczego nikt nie przychodzi na zebrania. Piątka, trója czy jedynka, ona zawsze odpowiadała uśmiechem i machnięciem ręką. Nie twierdzę, że jest złą osobą. Po prostu sobie nie poradziła. Nie jako matka. - Podciągnął się na łóżku, przeczesując dłonią niesforne kosmyki. Zagryzł mocno wargę i pokręcił bezsilnie głową. - Brakowało jej oparcia. Ramienia do wypłakania się. Została ze mną sama i załamała się. A teraz... teraz ma Joga. Wątpię, żebyś zauważył czy próbował zrozumieć. Jesteś dupkiem widzącym jedynie czubek swojego nosa, ale spójrz na nią. Spójrz jak wpatruje się w swój brzuch. Jak go głaszcze, mówi do niego. Spójrz jaka jest szczęśliwa. - W tym momencie uniósł załzawiony wzrok i spojrzał na mnie. Prosto w oczy. - Wiesz jaki to rodzaj szczęścia? Wywołuje je miłość. Bezinteresowna, bezgraniczna miłość matki do dziecka, której mnie nigdy nie było dane poczuć. A nawet jeśli, nie byłem w stanie zapamiętać. Z resztą, sam zobacz. Pozbywają się nas, ona pozbywa się mnie na rzecz tego dziecka. To samo w sobie o czymś świadczy, nie sądzisz? Dlatego chcę wyjechać. Wyjechać tak daleko, jak tylko się da. Nie chcę mieszkać w okolicy z dalszą rodziną i w drodze do szkoły patrzeć na... na ten budynek, bo w tym momencie nie jestem w stanie nazwać go domem. Przeniosę się do Inverness, zamieszkam w internacie, będę przyjeżdżał na święta i czas wolny, jeśli będzie to obowiązkowe. W końcu...

- Głupi bachor - sarknąłem pod nosem, przerywając mu i po prostu przyciągnąłem go do siebie.

Mógł nazywać mnie bezuczuciowym dupkiem, ale wbrew temu co myślał, naprawdę mnie to ruszyło. Inaczej niż zwykle. Nie czułem współczucia, litości czy żalu. Ogarnął mnie najczystszy smutek i złość. Złość na Karen i ogromny smutek, którego nie do końca potrafiłem wyjaśnić. Po prostu chciało mi się płakać, bo Andy'emu było źle, jakkolwiek irracjonalne by to nie było. Szczególnie w naszym przypadku.

- Tępy dupek - odpyskował prędko, ale nie próbował mi się wyrwać. Oparł czoło na moim ramieniu i zaśmiał się przez łzy. - Schodzę na psy. 

- Zamknij się - westchnąłem i ostrożnie wsunąłem dłoń w jego włosy.

- Nie zagalopowałeś się, wieprzu? 

Nie odpowiedziałem. Byłem cholernie ciekaw jego reakcji, a kiedy ta nie nastąpiła, nie byłem w stanie powstrzymać lekkiego uśmiechu. Włosy Andy'ego były dla niego świętością. Nikt nie mógł ich tknąć. Nikt.

Siedzieliśmy tak dłuższy czas, trwając w delikatnym uścisku. Co jakiś czas czułem jego łzy, powoli spływające mi po moim barku. Wtedy ponownie wplatałem dłoń w zielone kosmyki, a on uspokajał się jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy pomyślałem, że dobrze jest trzymać go w objęciach. I nigdy nie puszczać. 

Los jednak postanowił inaczej. Po kilku dniach Andy'ego czekał wyjazd do Inverness. Nasze relacje uległy poprawie, jednak nie na tyle, by nagle nazwać nas kochającymi się braćmi. Andy nadal pozostawał małym, irytującym, pyskatym wypłoszem. Przez resztę czasu trochę pomógł mi w przeprowadzce do Londynu. Widziałem błysk w jego oczach, kiedy zobaczył apartament, jednak gdy zaproponowałem mu, żeby czasem mnie odwiedził, odpowiedział mi jedynie kopniak w łydkę i kpiące parsknięcie. Przebrzydły bachor. Potem przyszedł czas na pożegnanie. Nie z rodziną, - to Andy postanowił sobie darować - a ze mną. Jako że młody nienawidził latania (bał się, ale przecież w życiu się nie przyzna) odwiozłem go na dworzec kolejowy. Nie obyło się bez bezsensownej kłótni i siniaka na ramieniu, ale to właśnie sprawiało, że nie potrafiłem przestać się uśmiechać. To był po prostu Andy. Mój Andy. 





~~~


A oto pierwszy rozdział Dwóch Wiatrów i tym samym wprowadzenie do historii Andy'ego i Davida. Koniecznie piszcie w komentarzach co sądzicie ;D

Do następnego,

Joyssli 

Rozdział sprawdzony przez Nanni ;*

4 komentarze:

  1. Ah no dobra pójdę na pierwszy ogień🙏 w końcu ktoś musi😜. Wyznaję zasadę, nie oceniać, dopiero po trzecim rozdziale zacząć myśleć. Narazie nawet nie wiem co by tu sensownego pisać. Jestem jak najbardziej za wystawianiem rozdziałów na przemian, bo jestem ciekawa rozwinięcia ich historii, a że już zaczęłaś tym rozdziałem, to trzeba skończyć😁. Tak więc czekam na kolejny rozdział, nieważne czy tego czy drugiego opka, choć przyznam się szczerze, że brakuje mi Tomasa i Victora💘 moje serduszko należy do nich( no przynajmniej jego część😂).
    Pozdrawiam😘
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  2. Opowiadanie zapowiada się cudownie. Bohaterowie od razu mi się spodobali i nie mogę się doczekać co będzie dalej. Weny kochana 😄😄
    ~Demi Lerman

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem mega pozytywnie zaskoczona! To dopiero pierwszy rozdział, ale już polubiłam bohaterów! Andy to mistrz. I biedactwo ;c. Chyba nie lubię tej jego pożal się Boże mamy xD. Nie mogę się doczekać następnych rozdziałow, zapowiada się świetnie <3
    Pozdrawiam i weny życzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zabłądziłam i nie żałuję. I z myślą, że to będzie dobre - czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń