niedziela, 5 marca 2017

13. Undertow


Undertow 
Odpływ


"Oddasz mi?
Spisane śladem na piasku obietnice,
Wypowiedziane na brzegu słowa,
Martwe już wraki, perły, kotwice,
Łajba przypłynie? Żywa? Cedrowa?

Oddasz nadzieje, z której okradł mnie wschód?
Porwiesz ze sobą, dodając mi sił?
Ta łajba, kotwica, wrócą z głębi wód?

Uratują mnie? Czyżbym śnił?'  



Tego środowego popołudnia Tomas miał wyjątkowo dobry humor. Dopiero minęła piętnasta, a on tak właściwie już uwinął się z całą robotą, jaką miał w planach wykonać. Pozostało mu jedynie wziąć się w końcu za tego Ecosse'a, do którego części przyszły już przed weekendem. Motor był naprawdę piękny i niezwykle drogocenny. Dla Hilsa pracowanie przy nim było wystarczającą zapłatą. Po prostu to uwielbiał. Poznawanie mechanizmów tych wszystkich, cudownych maszyn. Wiele osób się z tego śmiało, ale dla niego wszystkie motocykle i samochody, które przyszło mu naprawiać dłuższy czas, stawały się jego podopiecznymi, którymi musiał się zaopiekować. Sprawdzić, co im dolega, znaleźć i sprowadzić czasem trudno dostępne lekarstwa, by następnie podawać je chorym w odpowiednich dawkach i z odpowiednią precyzją, a potem patrzeć jak zdrowieją i wracają do pełnej świetności. Nic nie dawało mu takiej satysfakcji, jak głośny pomruk długo nieużywanego w czasie naprawy silnika. Nic, prócz dźwięku gitary. To również kochał całym sercem. Przesuwanie palcami po cienkich, mocnych strunach i tworzenie melodii. Pierwszy raz sięgnął po gitarę mając pięć lat. Ojciec kupił mu ją na gwiazdkę, kiedy Tomas był jeszcze jedynakiem. Już od jakiegoś czasu powtarzał mu, że ma słuch i dryg do muzyki. Grał w zaciszu swojego pokoju przez kilka lat, aż w końcu nauczył się wystarczająco dużo, by coś z tym zrobić. Nigdy nie borykał się z problemem nieśmiałości, więc na wszelkich przedstawieniach i konkursach był prawdziwą gwiazdą. Ojciec wspierał go i nieustannie powtarzał, jak bardzo jest z niego dumny. Potem pochłonął go wir pracy, a jeszcze później - choroba. Chłopak porzucił swoje plany na temat zostania sławnym gitarzystą i zaczął pomagać w domu oraz znalazł pracę. Marzeń jednak nigdy nie porzucił. Nawet gdy śmierć w końcu zabrała jego ojca, nie przestawał wierzyć, że w końcu osiągnie swój cel. Ojciec z całą pewnością by tego chciał. Zawsze w niego wierzył i kazał mu walczyć o swoje marzenia. Tak też zamierzał zrobić. Łapał się każdej roboty i starał się utrzymywać życie swoje i swojej rodziny na jak najlepszym poziomie. Pewnego dnia do restauracji, w której od pewnego czasu pracował jako zastępca szefa kuchni, wpadł przemoknięty chłopak i pytał klientów o drogę do najbliższego motelu. Tomas akurat kończył wtedy zmianę, więc udało mu się usłyszeć jego prośby. Podszedł do niego - zanim zdążył to zrobić zdenerwowany właściciel - i wskazał mu najbliższy, tani hotelik, w którym z pewnością znajdzie wolny pokój. W przeciwieństwie do bruneta, który znał miasto jak własną kieszeń, nieznajomy blondyn nie bardzo orientował się nawet, gdzie tak właściwie się znajduje. Tomas już nie raz poczuł, nawet zbyt dogłębnie, jak to jest nie uzyskać pomocy o którą prosisz, więc po prostu go tam zaprowadził. Jak okazało się kilkanaście minut później, Louis - bo tak właśnie ów blondyn miał na imię - był w tamtej okolicy pierwszy raz i kilka godzin wcześniej przyleciał do Londynu z Rothwell, miasta położonego 8 kilometrów od Leeds. Skończył właśnie siedemnaście lat i postanowił wyznać rodzicom prawdę o swojej orientacji seksualnej, a ci będąc zagorzałymi dewotami wyrzucili go z domu. Blondyn interesował się muzyką, a szczególnie upodobał sobie wokal, miał dużą wiedzę, był rozgadany, otwarty i szczery do bólu, przez co mógłby mieć wśród ludzi opinię dosyć wrednej osoby, ale Tomas z miejsca obdarzył do ogromną sympatią. Zupełnie inaczej było natomiast, kiedy Hils spotkał na swojej drodze Rodericka, nieco starszego od niego faceta, który szczerze nienawidził swojego imienia, tatuaży Tomasa i tlenionych kudłów Louisa. Brunet jeszcze jako tako potrafił się opanować - a nie było to wcale łatwe, zważywszy na to, że pracowali w jednym magazynie na dziale rozładunku - ale Lou dostawał przy nim białej gorączki. Mimo że blondyn wcale nie był chucherkiem, miał raczej smukłą i zdecydowanie wątlejszą sylwetkę od przeciwnika, ale nie przeszkadzało mu to w rzucaniu się na niego z pięściami za każdą, nawet najmniejszą zniewagę. Skończyło się tak, że szatyn pewnego razu zasłonił Louisa własnym ciałem, kiedy stos kartonów z owocami runął w dół, a dwa dni później zostali parą. Roderick stał się Rodem, nie narzekającym więcej na swoje imię, tatuaże Tomasa i włosy Lou, a oni we trzech zostali naprawdę zgraną paczką przyjaciół. Planowali założenie zespołu - bo prędko okazało się, że Rod od lat gra na basie - już od jakiegoś czasu, kiedy podczas wieczoru spędzanego w klubie wpadli na Timothy'ego. Koleś miał wtedy około dwudziestu pięciu lat i wykłócał się przy barze o kolejnego drinka, którego złośliwy, popisujący się przed laskami barman stanowczo mu odmawiał. Zapewne skończyłoby się to wielką bijatyką, gdyby Rod nie doprosił się o tego drinka i nie wręczył go barczystemu mężczyźnie. Tim okazał się być facetem właśnie porzucającym marzenie o zostaniu bokserem, z powodu kontuzji prawej ręki. Potrzebował długiej rehabilitacji, a w ogóle nie miał na nią ochoty. Z biegiem czasu i narastających dyskusji, cała paczka wrobiła Tima w grę na perkusji w ramach rehabilitacji ręki i ich ćwiczeń. Przecież nie mogli ćwiczyć bez perkusisty. Wtedy też powstał zespół ''Dawn", a Tomas, Louis, Rod i Tim zostali bliskimi przyjaciółmi i zaczęli grać w klubach za niezłą kasę. Hils kochał to, co robił. Kochał swoją gitarę, muzykę, zespół, przyjaciół. Kochał też swoją rodzinę i pracę, naprawdę. Kochał jak widać wiele rzeczy i osób, a nadal czuł, że mógłby pokochać coś lub kogoś jeszcze. Pokochać w sposób, w który dotychczas nadal nie pokochał. I ten czas miał się niebawem skończyć, nawet jeśli Tomas nadal nie był tego w pełni świadomy.

Wszelkie przemyślenia i powrót do wspomnień przerwał mu głośny dzwonek telefonu. Niezwłocznie wyciągnął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz, po czym prędko odebrał.

- Co jest, książę? - zapytał od razu, chcąc jak najszybciej dowiedzieć się o co chodzi. Nathan nigdy nie dzwonił do niego w godzinach pracy, jeśli nie miał naprawdę ważnego powodu. Lub kłopotów. 

- PIEPRZONA SUKA! - Tomas musiał odsunąć urządzenie od twarzy, by przypadkiem nie stracić przedwcześnie słuchu, który bez wątpienia mógłby mu się przydać jeszcze nie raz. - Po jaką cholerę z taka laska się ze mną umawia, skoro sama warunków umowy nie raczy dotrzymywać! Cholerna Wydra!

- Łooooł, spokojnie. Co się stało? - Zmarszczył brwi, nieco się niepokojąc. Szefowa nastolatka była jedną z tych rzeczy, które zazwyczaj zwiastowały grubsze problemy.

- Pełny etat mam przypisany na wtorki i czwartki, a dziś jest środa. ŚRODA. Ta...ta... - W tym momencie chłopak zaczął rzucać epitetami, o których znajomość Hils nawet był go nie podejrzewał. -...a potem powiedziała, że w takim razie zostanę dziś do samego zamknięcia. Jest jakaś impreza i lokal jest czynny do dwudziestej drugiej. Tłumaczyłem jej, że w takim razie niech chociaż pozwoli mi jechać po brata i załatwić mu opiekę, cokolwiek, ale ta... - Tomas uniósł brwi i pokręcił głową z niedowierzaniem. No ładnie.

- Dobra, wrzuć na luz. Przestań się wyrażać i posłuchaj mnie. - Mężczyzna wypuścił głośno powietrze i potarł ręką czubek głowy. - Tak właściwie i tak skończyłem robotę, nie będę się brał za następną, bo i tak jej dzisiaj nie skończę. Zaraz zadzwonię do szefa i wyrwę się na pół godziny. Nie powinno być problemu. Skoczę po Mike'a, pojedziemy na zakupy, po rzeczy i zawiozę go do matuli. Zostanie u nas do jutra, rano podrzucę do szkoły, a potem wszystko wróci do normy, tak? Nie ma po co się denerwować. 

- D-dziękuję. - Chłopak odetchnął głęboko. - Dziękuję Tommy, muszę kończyć. - A potem połączenie zostało zerwane. 

Był wyraźnie roztrzęsiony i - choć wcale się nie dziwił - współczuł mu z całego serca. Kochał tego dzieciaka jak brata i nie chciał, by działa mu się jakakolwiek krzywda. A działa się cały czas. Nathan był silny. Nie załamał się po odejściu matki i od razu wziął zupełnie wszystko na swoje barki. Wychowywał Mike'a, pracował i zarabiał na ich utrzymanie, znosił ojca i nauczył się przed nim bronić, a przy tym nadal potrafił kontynuować naukę i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. O tym, co robił nocami, Tomas wolał nawet nie myśleć. Już to przerabiali. Tysiące, jak nie miliony razy próbował go przekonać, żeby zamieszkał z nim, żeby dał sobie pomóc, żeby... Ale Nathan zawsze był, jest i będzie upartym sukinkotem. Silny... Ba, on był cholernie silny! Z pewnością ponad wszelką normę, bo kto by to zniósł? Raczej niewielu, ale mimo wszystko... Nawet on ma jakąś granice i Tomas bał się jak cholera, że młody zbliża się do niej dużymi krokami. Oddałby naprawdę wiele, by Nathan w końcu mógł żyć tak, jak na to zasługuje i spotkał kogoś, kto pomoże mu, pokocha i otoczy należną mu opieką. Niczym pieprzony rycerz na białym koniu, ratujący jego księcia. Tylko gdzie on się kurna podziewał...?


***


- Allen?! Gdzie ty się podziewasz?! Ta pijawka właśnie wysysa ze mnie moje cenne, szkarłatne płyny - syknął rozeźlony Maximilien, ukradkiem zerkając w stronę Othyli, od godziny przyklejonej do jego cudownego Pinot Noir.

- Wybacz. Będę dopiero późnym wieczorem - odpowiedział roześmiany Allen.

- A możesz mi łaskawie powiedzieć, gdzie tak właściwie spędziłeś połowę dzisiejszego dnia oraz gdzie prawdopodobnie spędzisz wieczór? - w
warknął szeptem, nadal nie spuszczając wzroku z nieproszonego gościa. 

- Byłem i jestem w studio, a potem jadę się z kimś spotkać, jeśli musisz wiedzieć. Przypomnę ci jednak, że pełnoletniość osiągnąłem ładne kilka lat temu. - Co za irytujące stworzenie.

- Nonsens. Masz jutro rano jechać ze mną na sesję do Severina i nie próbuj się wykręcać. Ja teraz muszę wyrzucić przez okno tę córę żółtych diabłów i...

- Spokojnie, wuju. Jutro, dziesiąta, sesja u Severina. - Maximilien jęknął głucho, widząc jak Othylia dobiera się do kolejnego z trunków. 

- Nie, nie, nie. Pijana będzie bezwładna i jeszcze cięższa! Jak wtedy wyrzucę ją przez okno!? Nie, nie może tego wypić. Co by tu... Grzybki! Przyrządzić grzybki i otumanić bestię. Ha, z pomyślunkiem! Do jutra, siostrzeńcze! - Po czym odłożył słuchawkę.



Tymczasem Allen właśnie zaczynał kolejne zdjęcia próbne z naprawdę irytującą modelką. Zarzucała tymi blond włosami i zarzucała. Trochę przypominała mu przy tym konia, próbującego odgonić natrętne muchy. Wzrok natomiast miała jak wyrak - niegrzeszące urodą stworzonko o niebywale wyłupiastych oczach. Co inni w niej widzieli? Nie miał zielonego pojęcia. Nigdy nie lubił blondynek. Ani blondynów, gwoli ścisłości. Przepadał natomiast za średniego wzrostu, jasnookimi brunetami o jasnej, niemal porcelanowej cerze i dzikim spojrzeniu oraz pełnych gracji i wdzięku ruchach. No, szczególnie za jednym.

- Ekhm. - Leniwie uniósł wzrok znad aparatu i spojrzał z westchnieniem na stojącą nad nim modelkę. - Mieliśmy zacząć kilkanaście minut temu.

- Mieliście? - Uniósł kpiąco brwi, patrząc na nią jak na małe dziecko. 

- Ty i ja. Sesja. Zamiast na mnie gapisz się na to. - Westchnęła z rozżaleniem, wskazując na aparat a Navas pokręcił głową "ze zrozumieniem".

- Bo widzisz, to działa właśnie w ten sposób. Patrzę w to szkiełko i widzę przez nie ciebie. Jak magia! 

- J-jak ci nie wstyd-

- Allenie! - Donośny, dobrze znany mu głos rozbrzmiał gdzieś za jego plecami. 

- Masz rację, nie powinienem był tak mówić. Teraz muszę iść - mówiąc to pobieżnie zajął się aparatem, nie chcąc zostawiać go na pastwę tych dziwnych ludzi.

- Ale myślałam...

- Myślałaś? - Uśmiechnął się szeroko, wyglądając przy tym jak rasowy psychopata. - To doprawdy fascynujące, móc na własne oczy obserwować twój progres. Jak mogłem nie zauważyć?! - Westchnął teatralnie, po czym skinął dziewczynie głową i prędko się ulotnił.

- Wdałeś się w wuja.

- Podobno. - Odwzajemnił uśmiech, zamykając Lidię w delikatnym uścisku. 

Kobieta była od niego kilka lat starsza, acz wyjątkowo niska i dziecinna. Od dłuższego czasu pracowała dla niego jako wszelka pomoc. Allen prawdopodobnie byłby bez niej zgubiony. 

- Mam, o co prosiłeś. Nie było większych problemów ze zdobyciem tych wejściówek, jednak znalezienie odpowiedniej osoby trochę mi zajęło. - Odetchnęła cicho, kładąc ręce na biodrach. - I nadal nie wiem, co tak właściwie kombinujesz.

- Niespodzianka. - Poruszył zabawnie brwiami i wbił wzrok w dwie duże koperty, które przed sekundą wręczyła mu Lidia. Teraz pozostawało mu jedynie mieć nadzieję, że ich zawartość się nie zmarnuje.



***



Dokładnie o dwudziestej drugiej czterdzieści trzy Nathan z wyraźną frustracją zamykał boczne wejście kawiarni. Był zły. Ba, on był wściekły! A poza tym cholernie śpiący, przeczuty i wypluty i... i po prostu nie miał już siły. Znów ledwo uniknął wyrzucenia z pracy, ale nie pociągnie tu długo. To tylko kwestia czasu, kiedy Wydra w końcu podejdzie do niego i z uśmiechem poinformuje go, że to ostatnie chwile, jakie spędza w tym miejscu, bo nie dość, że go zwolni, to jeszcze załatwi dożywotni zakaz wstępu. Co za...

- Mógłbyś w końcu dać mi swój numer. Przyjechałbym kilka godzin później. - Chłopak obrócił głowę w stronę, z której dochodził znajomy głos i westchnął ciężko.

- Mówiłem ci, żebyś sobie odpuścił. - Ostatni raz szarpnął drzwi, sprawdzając, czy aby na pewno są zamknięte, a następnie ruszył przed siebie.

- A ty dokąd!? - Allen prędko ruszył za nim, w międzyczasie zamykając auto pilotem. 

- Przed siebie?! Muszę się przejść. Nie waż się do mnie podchodzić, bo dziś wyjątkowo nie zasłużyłeś sobie na kopniaka między nogi - warknął po nosem, ale Navas i tak usłyszał to doskonale, więc posłusznie nie zbliżył się do chłopaka. Został w tyle.

Nathan przez pierwsze dziesięć minut szybkiego marszu starał się ignorować mężczyznę. Kiedy to nie poskutkowało, postanowił jak najczęściej skręcać, zmieniać tempo, zatrzymywać się i biec, ale jego prześladowca nic sobie z tego nie robił, nadal za nim podążając i utrzymując stałe sześć metrów dystansu. 

- ODPIEPRZ SIĘ! - krzyknął nastolatek, odwracając się przodem do mężczyzny. - Wracaj do domu i zostaw mnie w spokoju!

- Nawet gdybym chciał, a jestem tego bliski, nie mam zamiaru zostawiać na tej dzielnicy wkurwionego do granic możliwości siedemnastolatka, bez, najwyraźniej, jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego. Jest po jedenastej w nocy, a ty aż prosisz się o kłopoty, wchodząc w najciemniejsze uliczki, mając zapewne nadzieję, że w ten sposób się mnie pozbędziesz. Na twoje nieszczęście, albo raczej szczęście, mam zamiar odprowadzić cię pod same drzwi, nawet jeśli będzie to wyglądało właśnie w ten sposób. I nie pal, bo nie urośniesz, dzieciaku. - Z tymi słowami wyrwał chłopakowi dopiero odpalonego papierosa i rzucił go na ziemię.

Przez pierwsze, długie sekundy trwała dziwna, złowroga cisza, a potem Nathan po prostu pękł.

- AAAAAAA! TY PIERDOLONY... - Rzucił się na mężczyznę i zaczął najzwyczajniej w świecie okładać go pięściami i wyzywać od najgorszych. Allen od razu zamknął go w mocnym uścisku, tłumiąc w ten sposób wszystkie ciosy i nieudane kopnięcia. Nie było to wcale takie proste, jak mogłoby się wydawać. Nastolatek mimo drobnej postury był dosyć silny, szybki i uparty, a jego furia jedynie to zwielokrotniała. Doprawdy męczące. Chłopak rzucał się, szarpał i wyklinał jeszcze dobre kilkanaście minut, zanim w Navas poczuł, jak jego głowa ciężko opada mu na ramię.

- Lepiej? - szepnął mężczyzna, starając się uspokoić oddech.

- Mhm... - mruknął chłopak niewyraźnie, jeszcze przez chwilę pozostając w obecnej pozycji.

Wściekłość kumulowała się w nim od kilku godzin, wręcz wyżerając go od środka. Teraz, kiedy w końcu się jej pozbył, poczuł jeszcze większe zmęczenie.

- Chcesz wrócić do auta? - spytał cicho, kiedy chłopak w końcu podniósł głowę i spojrzał na niego.

- Nie, jesteśmy już w połowie drogi. To bez sensu - Odetchnął głęboko, po czym zmarszczył brwi niezadowolony. - Nazwałeś mnie dzieciakiem.

- Cóż, ty nazwałeś mnie-

- Dobra, nieważne - bąknął pod nosem i wznowił swoją wędrówkę. Tym razem szedł powoli, przy boku Allena. 

- Niedługo święta - zauważył mężczyzna, nawiązując do ogromnych dekoracji, które właśnie mijali. 

- No.

- Masz jakieś plany?

- Takie jak zwykle. - Wzruszył ramionami, cały czas patrząc przed siebie. - Zjemy z Mike'm kolacje, będziemy oglądać filmy i czytać świąteczne opowieści. To jakby tradycja. - Na myśl o tym uśmiechnął się w myślach.

Mimo braku pieniędzy i prostoty ich świąt, zawsze spędzali je razem w miłej atmosferze. Mike uwielbiał święta. Kochał patrzeć na śnieg, dekoracje za oknem, słuchać kolęd, piec pierniczki i ubierać drzewko. Na choinkę oczywiście nie było ich stać, ale mieli swoją roślinkę, którą co roku przystrajali we własnoręcznie zrobione ozdoby. Boba zazwyczaj nie było przez kilka dni. Zaszywał się u jednego z ''kumpli'' na ''popijawie". Drugiego dnia szli na obiad do Tomasa. Był dla niego jak brat, a Martha jak przybrana matka. Dzieciaki też traktował jak rodzinę. Święta były w końcu czasem, który spędza się z rodziną. 

- A ty? - zapytał po dłużej chwili. - Jakie masz plany?

- Pójdziemy z wujem na bankiet do pewnej starej panny o żółtych włosach, potłuczemy - przez przypadek, rzecz jasna - wszystkie bombki i wrócimy do domu, gdzie będziemy we dwóch pić dobre wino, a gdy wypijemy już wystarczająco dużo, obgadamy wszystkich tych ludzi, którym codziennie podajemy dłonie. Następnego dnia zostaniemy w rezydencji i - jako że Zita, nasza cudowna kucharka, wraca na święta do domu - spróbujemy upiec indyka. Jak zwykle nam nie wyjdzie, ale będziemy udawać, że jest naprawdę dobry. Obdzwonimy tych, którym należy złożyć życzenia i będziemy się razem byczyć i jak typowi samotnicy przekrzykiwać własne echo. - Kiedy skończył, Nathan skinął głową i zaśmiał się cicho.

- No ładnie. Jesteś pewien, że nie jesteś jego synem?

- Wiesz, że kiedyś się zastanawiałem? Ale stwierdziłem, że i tak mam z nim o wiele więcej wspólnego, niż w ogóle bym chciał. Jesteśmy zbyt podobni, żeby to mogło być normalne. - Uśmiechnął się pod nosem. - Ma nierówno pod sufitem i tak też mnie wychował, ale jestem mu za to wdzięczny. Dzięki niemu jestem tym, kim jestem. Jest moim wujem, przyjacielem, mentorem, wzorem do naśladowania i opiekunem, w każdym tego słowa znaczeniu. To ktoś o wiele ważniejszy niż facet, który mnie spłodził. - Chłopak ponownie skinął głową, tym razem ze zrozumieniem, ale po chwili ponownie parsknął śmiechem.

- Faktycznie, jesteście dokładnie tak samo nienormalni. Pamiętam twojego wuja z przyjęcia Dony. Ostrzegał mnie przed tobą, a ja mu głupi nie wierzyłem. - Spojrzał oskarżycielsko na Navasa, cały czas śmiejąc się pod nosem. - Co?! - zapytał w końcu, kiedy Allen nie przestawał wlepiać w niego tych ogromnych oczu.

- Nic. Po prostu jeszcze nigdy nie widziałem, jak się śmiejesz. Chcę to dobrze zapamiętać. - Nathan nie skomentował tego w żaden sposób, po prostu zagryzając wargi, powstrzymując cisnący mu się na usta uśmiech. - Zgodnie z tym, co ostatnio powiedziałeś, musisz mieć urodziny chwilę przed świętami...

- We wtorek - uzupełnił chłopak.

- ... Więc pozwoliłem sobie załatwić pewną rzecz na ten właśnie dzień. Pytanie brzmi, czy jeśli porwę was na calutki dzień, zepsuję tym samym twoje plany?

- Odważnie z twojej strony - parsknął cicho, zerkając na towarzysza. - Ale nie, nie mam żadnych planów na ten dzień. Pracuję tylko do końca tego tygodnia, bo...

-... W kawiarni odbędzie się gruntowny remont i będzie nieczynna od 19 grudnia do 8 stycznia. Wiem, czytałem ogłoszenie - przerwał mu w pół zdania. - Więc twoja odpowiedź brzmi ''tak''? Pozwalasz mi zabrać siebie i Mike'a na objazd kilku najbardziej wartych uwagi oceanariów w tym kraju?

- To trochę...

- Tak czy nie? 

Nathan dopiero teraz zauważył, że właśnie dotarli pod jego kamienicę. Stanął naprzeciwko mężczyzny i odetchnął cicho. Ładnie sobie z nim pogrywa... To z pewnością byłoby drogie i czasochłonne, a on nie chciał, żeby Allen wydawał na niego pieniądze i tracił czas, ale... ale skoro sam to zaproponował...

- Mike byłby zachwycony - mruknął niepewnie, podnosząc wzrok na Navasa, który jedynie skinął głową. - Dobrze... Dobrze, zgadzam się.

- Cieszę się. - I owszem, cieszył. Jego szeroki, szczery uśmiech mówił sam za siebie.

- Nie jesteś za dobrze poinformowany? - Nathan nadal pamiętał, jak bardzo niezadowolony był Allen w noc ich pierwszego spotkania, kiedy nie wiedział o nim zupełnie nic. - Orientujesz się kiedy mam urodziny oraz że wtedy nie pracuję, wybierasz atrakcje, które wiesz, że pokocha mój brat i odprowadzasz mnie pod samą klatkę bloku w którym mieszkam, do którego również doskonale znasz drogę. 

- Chcę cię poznać - odparł od razu, uważnie patrząc na nastolatka.

- Mam się czuć zagrożony? - Uniósł kpiąco brew, nagle czując się dziwnie osaczonym.

- Mówię poważnie. Pozwól mi się poznać, o nic więcej nie proszę.

- Na razie - zaznaczył, z nadal niepewną miną.

- Na razie - przyznał mężczyzna bez cienia wahania. - Ale nigdy nie poproszę cię o coś, czego nie będziesz chciał mi dać. Nigdy nie przekroczę wyznaczonych przez ciebie granic i nie będę oczekiwał tego, czego oczekiwać nie będzie mi wolno. Chcę po prosu... Być. Być przy tobie, Nathanie.

- Jakie to romantyczne - parsknął cicho, jednak nie spuścił wzroku z oczu towarzysza. Jego twarz stężała. - Nie zdradzę ci moich tajemnic ani nie zaufam ci z dnia na dzień. Nie jestem łatwy w obyciu ani zbyt pokojowy. Masz rację, nie znasz mnie, a ja nie wiem, czy chcę zostać poznany - wyrzucił z siebie na jednym oddechu, po czym odwrócił głowę. - Nie stawiaj mnie w sytuacji, w której muszę odmówić wbrew sobie, działając na rzecz dobra nas obojga.

Allen skinął głową, ale już po chwili uśmiechnął się pod nosem, łapiąc chłopaka za rękę.

- Obmyśliłeś już granice? - Zapytał mimochodem, wpatrując się w profil chłopaka.

- Nie odczepisz się - sarknął niezdecydowany, z westchnieniem odwracając głowę. - Nie, nie obmyśliłem.

- To dobrze - parsknął po czym przyciągnął do siebie drobniejsze ciało i nim nastolatek zdążył się zorientować, jego usta zostały zamknięte w delikatnym, acz pewnym pocałunku.

Z początku nie bardzo wiedział, co w ogóle ma zrobić. Oparł dłonie na klatce piersiowej mężczyzny i zastygł tak. Odepchnąć go? Może od razu kopnąć w pewne miejsce, żeby na pewno zapamiętał? A może... Może by tak dać sobie...

- Jedną szansę - szepnął Navas, po czym ponownie połączył ich usta, jeszcze pewniej, niż poprzednio.

Tym razem chłopak się nie opierał. Nie chciał. Niepewnie zaplótł ramiona na szyi mężczyzny i nieporadnie oddał pocałunek. Dotyk Allena nie bolał, nie przywoływał obrazów ani nie wzbudzał strachu. Był.. Był dobry. Bezpieczny. W tym momencie Nathan uwierzył, że All go nie skrzywdzi. Nie powinien był, ale zrobił to i w tamtym momencie czuł się z tym wspaniale. Powoli, ostrożnie oddawał pocałunki bruneta, nieśpiesznie muskając jego wargi własnymi. Jeszcze nigdy się nie całował. Nigdy nie pozwolił żadnemu z nich zbezcześcić swoich ust, a Allen zrobił to tak nagle i tak... dobrze, że nie chciał przestawać. Nie przekraczał nieistniejącej granicy. Delikatnie trzymał jego biodra i chwytał jego wargi między swoje, nie próbując zrobić nic więcej. Przez moment, krótką chwilę, zapragnął zostać tak na zawsze. Owa chwila jednak przeminęła, a on odsunął się od Alla na wyciągnięcie ramion. 

- To zdecydowanie będzie na razie znajdowało się poza twoimi możliwościami. - Uśmiechnął się lekko, a Navas od razu odwzajemnił jego uśmiech.

- Mogłem się tego spodziewać - Odetchnął chłodnym, grudniowym powietrzem, po czym pogładził delikatnie wierzch dłoni chłopaka. - Muszę iść. Mam jakąś godzinę drogi do samochodu. 

- To niebezpieczna dzielnica - parsknął Nathan, powtarzając jego własne słowa.

- Teraz mogę przyjąć na siebie każde ryzyko. - Uśmiechnął się do niego po raz ostatni. - Do zobaczenia jutro.

- Do zobaczenia - odpowiedział cicho, niechętnie puszczając dłoń mężczyzny.


Czyżbym śnił?




~~~

Tam-tam-tam! Hej ludziska. Miły akcencik na zakończenie niedzieli, czyż nie? Informuję was również, że w przyszłym tygodniu zamiast Navy Blue Roses, pojawi nowa strona, opis, bohaterowie + pierwszy rozdział Dwóch Wiatrów. Jeśli opowiadanie wam się spodoba - wstawiamy je na przemian z obecnym. Jeśli nie - nie było tematu, lub zacznę publikować je dopiero po zakończeniu NBR ;))

Trzymajcie się cieplutko,

Joyssli

Rozdział sprawdzony przed Pats ;*




5 komentarzy:

  1. Jupi^-^
    To czekam na te wiatry. Może być ciekawie;)
    I ach jaki miły akcencik na zakończenie. Już sobie wyobrażałam jak Navas rzeczywiście z wójem próbują zjeść niedokońca zjadliwego indyka😂
    Normalnie za takiego Tomasa to tylko wyjść, po prostu ideał😍
    Pozdrawiam;*
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  2. A więc tak. (Zbieram się do zostawienia jakiegokolwiek komentarza już od jakiegoś miesiąca)
    Piszesz genialnie! Wiem, że to wiesz, a jeśli nie, to teraz już takXD Uwielbiam Twoje opowiadania, są żywe, barwne i takie...plastyczne. Każda postać to zupełnie inny świat, każde słowo, przecinek, może lub morze...dobra dobra, skończmy to pochwalne sranie w banie na kasztanie, cobyś w samozachwyt nie popadła! Jeszcze przestałabyś publikować rozdziały!
    Tak więc życzę Ci weny na kolejne cudeńka!
    Pozdrawiam Cieplutko
    Thran <3
    (Anonim dlatego, że jeszcze nie ogarnąłem, jak się zakłada maila XD, muszę zapytać cholerę)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż mogę powiedzieć... Po prostu cudowne! Całe opowiadanie jest cudowne! Nie mogę się wprost oderwać! Tworzysz cuda dziewczyno!
    Wszystko jest przepięknie napisane, to jak dobierasz słowa, jak oddajesz emocje bohaterów... ahhhh ^^
    Od dawna nie czytałam tak wspaniałego opowiadania ( a powinnam się uczyć do matury, haha xd ), oczywiście zaraz biorę się za kolejne :D
    Z niecierpliwością czekam na 14 rozdział, mam nadzieję, że pojawi się szybko, cała ta historia stała się chyba moją obsesją ;D
    Nie mogę się doczekać Nathana i Alla ( uwielbiam Alla! <3 )
    Mam nadzieję, że nie zaprzestaniesz tworzyć swoich opowiadań, szkoda byłoby zmarnować taki talent ^^
    Przede wszystkim życzę Ci weny i dziękuję, że tak bardzo umilasz mi dzień :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Opowiadanie jest genialne !! Jest 5:46 .... Spedzilem cala noc aby to przeczytac , nie żałuje , najlepiej spędzona noc ... Nie przestawaj , czekam na wiecej Nathana i Allena

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    cudownie coś o Thomasie, jak i Allan, który jest przy Nathanielu, te słowa, ze nie chce skrzywdzić i trzymał się z daleka jak i ten pocałunek...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń