niedziela, 26 marca 2017

2. Dwa Wiatry

Kolejnym momentem wartym zapamiętania jest pewien styczniowy wieczór. Przesiadywałem w apartamencie, bezpiecznie ukryty przed lodowatym wiatrem i śnieżną zawieją, zajadając się pozostałościami ze świąt. Maya, dziewczyna Maxa, zaopatrzyła nas - a tak właściwie mnie, bo przyjaciel i tak więcej czasu spędził u niej w mieszkaniu - w porządny zapas wałówki. Byłem jej niezmiernie wdzięczny, bo chociaż jakoś radziłem sobie w kuchni, to czas znacznie ograniczał moją działalność kulinarną. Na trzy dni wyjechałem również do rodziców, dostając trochę jedzenia, więc mogłem śmiało stwierdzić, że z zaopatrzeniem nie jest źle. Po imprezie noworocznej uzupełniłem nawet barek, tak wiele osób zasypało mnie przeróżnymi trunkami. Gorzej miało się moje życie prywatne. Oto jak skończę - zażarty, zapity, pogrążony w wiecznej pracy. W dodatku samotny. Max od jakiegoś czasu wracał do naszego mieszkania średnio raz w tygodniu i choć jeszcze nic mi nie powiedział, doskonale wiedziałem, że szuka nowego lokum dla siebie i Mayi. Było mi trochę żal, że nadal to przede mną ukrywał, ale samej wyprowadzki nie miałbym mu za złe. Byli z Mayą już prawie trzy lata i to zdecydowanie odpowiedni czas na kolejny krok. Kochali się i życzyłem im jak najlepiej. To, że ja byłem sam jak palec, nie oznaczało przecież, że mój przyjaciel również będzie. Kiedyś razem wyrywaliśmy najlepsze laski w najlepszych klubach. Wolne dusze, niczym nie uwiązane, niczym nie obarczone. A potem poznał Mayę. Pewnego razu schlaliśmy się tak bardzo, że Max wziął za szampon stojący na półce klej do drewna. Do dziś nie mam pojęcia, skąd się tam wziął. Sytuacja była naprawdę nieciekawa i sami z pewnością byśmy sobie nie poradzili. Jego włosy nie były już martwą częścią jego ciała, one ożyły. W każdym razie z samego rana, zaraz po wytrzeźwieniu i zorientowaniu się w sytuacji, wybraliśmy się do najbliższego salonu fryzjerskiego. Tam właśnie spotkaliśmy młodą, rudowłosą dziewczynę, która zamiast pomóc mojemu przyjacielowi w tej tragicznej sytuacji, zwijała się ze śmiechu. I trafiło go. Jedna kawka, druga, wspólne wypady i nocne seanse. Zakochał się i nie było przebacz. Imprezowanie samemu nie miało już takich kolorów jak wcześniej. Wszystko było takie... nijakie. Na początku się z niego śmiałem, że skończy jak faceci w tych filmach. Gruby, z trójką dzieci, niespełniony i zrzędliwy, żałując, że kiedykolwiek pozwolił na coś takiego. Potem jednak, obserwując jak rozkwita z każdym dniem, oraz widząc blask w jego oczach za każdym razem, gdy Maya pojawiała się na horyzoncie... zapragnąłem tego samego. Też chciałem szykować się godzinami na pierwszą randkę i wracać nad ranem cały w skowronkach. Chciałem mieć kogoś, kogo mógłbym przytulić w środku nocy, zwierzyć się, zaopiekować i być po prostu sobą. Nie marzyłem o jakieś wielkiej miłości na wieczność, bo nie wierzyłem w tę bujdę, ale zapragnąłem jakiegoś sensownego, luźnego związku z sensowną dziewczyną. Jak na złość, żadnych sensownych nie było.

    Dochodziła siódma wieczorem. Akurat wychodziłem spod prysznica, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Na początku wcale nie miałem zamiaru odbierać, sądząc, że to znowu ktoś z pracy. Nie chciałem narzekać, w końcu jaki dwudziestodwulatek mógłby pochwalić się stanowiskiem głównego grafika w jednej z wzrastających agencji reklamowych, ale czasem ludzie z mojego działu byli naprawdę męczący. Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy na wyświetlaczu zobaczyłem " KAREN ", zapisane dużymi, białymi literami. Ani ona, ani ojciec nie odzywali się do mnie zbyt często, a i ja nie byłem skory do kontaktu z nimi. Rozmawialiśmy jedynie w ostateczności, kiedy sprawa była naprawdę pilna i niecierpiąca zwłoki. Ze zmarszczonymi brwiami podniosłem komórkę i z wahaniem odebrałem połączenie.

Halo? David? - Jej głos był nieco poddenerwowany.

- To ja, Karen. Coś się stało? - zapytałem od razu, chcąc mieć jakikolwiek pogląd na sytuację.

Nie, nie. Chociaż, tak. Mam... My mamy pewien problem...- urwała z głębokim westchnieniem i ciężko wypuściła powietrze. - Chodzi o Andy'ego.

- O Andy'ego? - Tym razem uniosłem brwi tak wysoko, jak tylko byłem w stanie. Co jak co, ale jeśli chodzi o sprawy związane z braciszkiem, to raczej nie bardzo byłem w stanie pomóc. - Już wrócił?

- Nie i właśnie tu jest problem.

Nie powiem, nieco się zaniepokoiłem. Nie widziałem się z wypłoszem od wakacji, bo nie przyjechał na święta do domu, ale to już dłuższa historia. Czasem rozmawiałem z nim na Skypie i dostawałem maile od jego nauczycieli, ale poza tym nie wiedziałem, co konkretnie się u niego dzieje. Orientowałem się, że młody nadal miał przerwę od nauki. Tak właściwie to skończył już szkołę, pozostało mu czekać na wyniki i zaplanować co dalej. Chodził do szkoły prywatnej, na kierunek sztuka - rysunek i malarstwo. Był na poziomie wysoko zaawansowanym, więc powinno być w porządku. Gorzej szło mu z przedmiotów ścisłych, zawsze były dla niego czarną magią. W każdym razie miał przyjechać do Swindon kilka dni temu i zostać do połowy lutego. Co się stało, że jeszcze nie dotarł?

- O co chodzi?

- Nic takiego. To znaczy, to jest ważne, ale nie stało się nic złego.  

- Karen, możesz mi po prostu powiedzieć co się stało? - westchnąłem nieco rozdrażniony jej przeciąganiem. Chciałem w końcu zorientować się w sytuacji.

- Dobrze wiesz, że Andy nie lata samolotami. Mógł dostać się do domu tylko pociągiem, ale ze względu na czas wolny od nauki ostatnie kursy były tam zupełnie zapełnione. Udało mu się zarezerwować bilet na wtorek, ale w poniedziałek w nocy zaczęły się srogie zamiecie i wszystkie pociągi odwołano ze względów bezpieczeństwa. Ja nie mogę zostawić Sama, a twój ojciec ciężko pracuje. Na kurs busem musiałby czekać kolejne kilka dni, więc...więc...

- Więc?

- David, czy mógłbyś po niego pojechać?

Chyba się przesłyszałem.

- Co takiego? - wykrztusiłem w końcu, nie mogąc uwierzyć w prośbę Karen.

- Ja wiem, że nie jesteście szczególne blisko, ale ostatnimi czasy dogadywaliście się całkiem... nieźle. To w końcu twój brat, nie? Zrozum, on nie ma jak dostać się do domu i...- zaczęła trajkotać bez ładu i składu, a ja wysłuchiwałem tego wszystkiego z szeroko otwartymi oczami.

- Karen, wybacz mi, ale-

- DAVID!  Nie proszę cię o wiele, czemu zawsze mi odmawiasz? Nie jestem twoją matką i rozumiem, że-

- JA w przeciwieństwie do ciebie mam pracę i zobowiązania, z których MUSZĘ się wywiązać. Odkąd SIĘ WYPROWADZIŁEM - wyraźnie podkreśliłem te słowa, chcąc jej przypomnieć, że wcale nie wyniosłem się z domu z własnej woli - muszę sam się utrzymać i zadbać o siebie i moje otoczenie. Mój współlokator i przyjaciel pewnie niedługo się wyprowadzi, muszę odłożyć trochę pieniędzy na czynsz. Mam teraz ważne, dobrze płatne zlecenie, muszę doprowadzić je do końca. Przykro mi, nie mogę pomóc. 

Zawsze się jakoś wymigujesz! O pomocy w opiece nad Samem nie chcesz nawet słyszeć! Jesteś w dużo lepszej sytuacji finansowej od nas i jeszcze narzekasz! Nie dziwię się, że twój ojciec tak prędko przystał na pomysł z wyprowadzką. Jesteś niewyobrażalnie niewdzięcznym dzieckiem! I nie masz serca. On tam jest zupełnie sam i nie wie co zrobić. Ma dopiero siedemnaście lat, a ty-

- A ty wysłałaś go na drugi koniec kontynentu, kiedy miał czternaście. Jak w ogóle śmiesz mówić do mnie coś takiego?! To JA z nim rozmawiam kiedy ma problemy w szkole i to JA dostaje maile z jego wynikami. To JA odbieram go ze stacji, kiedy z niechęcią zgodzi się przyjechać do ''DOMU'' i to JA zawożę go z powrotem, kiedy z uśmiechem wraca do szkoły. To ja trzy lata temu pożegnałem go na dworcu i potargałem mu włosy, kiedy TY wyrzuciłaś z domu własne dziecko na rzecz kolejnego! I TY masz czelność prawić mi kazania na temat traktowania Andy'ego?!

- Nie dało się w wami żyć! Sprawialiście takie problemy, że-

- Nie masz prawa się tłumaczyć. Nie jesteś złą osobą, Karen, ale byłaś dla młodego najgorszą matką, jaką mógł sobie wyśnić w koszmarach. Ja byłem pełnoletni, ale on był wtedy jeszcze dzieckiem. Sama dobrze wiesz, że on nigdy nie okazuje słabości. Nigdy nie płacze. I wiesz co? Wtedy płakał. Tamtej nocy pierwszy raz zobaczyłem jego łzy, i to TY jesteś temu winna. To TY pogubiłaś się po śmierci męża, a potem w wychowaniu własnego dziecka! Dziecka, które potrzebowało kochającej matki, nie nieodpowiedzialnej kumpeli z problemami psychicznymi.

- D-david!

- Pojadę po Andy'ego, ale nie zrobię tego dla ciebie. Zrobię to dla niego, żeby nie musiał czuć się jeszcze gorzej z faktem, że tak naprawdę masz go głęboko w...- Nim zdążyłem skończyć, usłyszałem po drugiej stronie głuche pikanie, oznajmiające zakończenie połączenia. 

- CO ZA...AAAAAAA! - Krzyknąłem rozjuszony i kopnąłem mocno skórzany narożnik, przeczesując palcami wilgotne jeszcze dredy. 

Musiałem skontaktować się z szefem i upewnić się, że nie będziemy mieli żadnego nieoczekiwanego zlecenia przed najbliższe dwa dni (to, co powiedziałem Karen, było oczywiście wierutnym kłamstwem, gdyż właśnie ukończyliśmy zlecenie i teoretycznie miałem teraz dwa tygodnie luźnej pracy w domu), zadzwonić do Maxa i poinformować go o wyjeździe, a potem ogarnąć się na długą i męczącą podróż do Inverness i z powrotem. Westchnąłem ciężko, w końcu opadając na kanapę i odchyliłem głowę do tyłu, tępo wpatrując się w sufit. Byłem wściekły. Cholernie wściekły. Tak wściekły, jak już dawno nie byłem, a Max na rozmowę wybrał sobie akurat tę chwilę.

- Dav, musimy pogadać. - Zacisnąłem mocno zęby i zwinąłem dłonie w pięści, starając się nie rzucić w niego stojącym naprzeciw, szklanym stolikiem. 

- To nie jest odpowiedni moment - odparłem staranie modulowanym głosem i powoli podniosłem na niego wzrok.

- Humorek nie dopisuje, co? Nie zajmę ci wiele czasu, a sprawa jest nagląca. Posłuchaj... Wiem, że powinienem powiedzieć ci to dużo wcześniej, jesteś w końcu moim najlepszym przyjacielem, ale... prawda jest taka, że sam przez długi czas się wahałem. Nie byłem do końca pewien, czy... - Byłem na skraju i wątpiłem, by dalsze słuchanie wywodu przyjaciela mnie uspokoiło. Chciałem się przespać i przygotować psychicznie na jutrzejszy dzień.

- Wyprowadzasz się? - warknąłem cicho, starając się jednak nie brzmieć na tak zdenerwowanego, jak w rzeczywistości byłem.

- Tak. Wiem, że już dawno się domyślałeś. Za dobrze mnie znasz - zaśmiał się pod nosem i opadł na kanapę tuż obok mnie. - Powinienem całkowicie wynieść się jakoś do końca tygodnia. Mamy czwartek, więc w weekend będziesz już jedynym, prawowitym panem tego apartamentu. Czynsz jest spłacony na trzy miesiące z góry, nie musisz się tym przejmować.

- Max...

- Och zamknij się. Ty ratujesz mi dupę wszystkimi możliwymi sposobami, a ja mogę spłacić to tylko kasą i lojalnością. Za głupi jestem - ponownie się zaśmiał i poklepał mnie po spiętym ramieniu. - ''Cieszę się twoim szczęściem, przyjacielu''. Dziękuję ci, Davidzie - sarknął ironicznie, po czym westchnął pod nosem. - Tylko jedna osoba jest w stanie wprowadzić cię w taki stan - zanucił złośliwie, powoli wstając narożnika. - I nie zniszcz stolika. Naprawdę ładnie wygląda w zestawieniu z tym dywanem, nie sądzisz? - Potem skierował się do wyjścia, zapewne z zamiarem udania się do swojego pokoju i rozpoczęcia wielkiego pakowania. Przy wyjściu otwartego na kuchnię salonu odwrócił się po raz ostatni i posłał mi znaczące spojrzenie. - Pozdrów Andy'ego.

Parsknąłem jedynie pod nosem i ponownie wbiłem wzrok w sufit. W tamtej chwili jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że mój spokój został mi odebrany bezpowrotnie.



Wyjechałbym z domu z samego rana, by uniknąć korków w centrum, ale coś mnie niestety zatrzymało. Załamanie nerwowe. Silne, wyczerpujące i niszczące w skutkach załamanie. Jeszcze przed wchodem słońca - choć styczniowe słońce wschodziło dość późno - niemal potknąłem się na schodach, słysząc dzwoniący z dołu, domowy telefon. Osobą, która miała czelność dzwonić do mnie o tak wczesnej porze, okazał się być mój ojciec. Cwaniaczek. Wiedział, że na mój numer prywatny nawet nie ma co próbować. Oczywiście jak tylko zorientowałem się, z kim mam do czynienia, rzuciłem słuchawką i zabroniłem właśnie schodzącemu na dół przyjacielowi odbierać telefonów, które zgodnie z moimi przewidywaniami już po chwili zaczęły nas nękać. Do chwili odłączenia go od kontaktu, rzecz jasna. Nie zdążyłem się nawet uspokoić po sytuacji sprzed kilkunastu godzin, przez pół nocy dręczony dziwnymi snami i własną wściekłością, a ojciec pogorszył mój stan jeszcze bardziej. Zdecydowanie zbyt łatwo było mnie wyprowadzić z równowagi. Byłem porywczy, konfliktowy i nerwowy, a moja rodzina od lat działała na mnie jak płachta na byka. 

Czarę goryczy przelała jednak wiadomość, którą dostałem zaraz po odcięciu telefonu od zasilania. Nadawcą był ojciec, ale użył do tego telefonu Karen co znaczyło, że ta z całą pewnością siedzi teraz obok niego. Brzmiała następująco:

" Wczorajsza rozmowa z pewnością nie przebiegła tak, jak razem z żoną planowaliśmy. Nie spodziewałem się tego po tobie, Davidzie. Wszystko mi powtórzyła. Powinieneś spłonąć ze wstydu, po tym, co powiedziałeś własnej matce. Nie odbierasz moich telefonów, więc postanowiłem skontaktować się z tobą innym sposobem. Po tym jak tak NIEGRZECZNIE zakończyłeś rozmowę z Karen, nie chciała dzwonić do ciebie ponownie, więc zaczekaliśmy z tym do dnia dzisiejszego. Sprawa jest nagląca. Matka Karen, jak dobrze wiesz, ma w górskiej dolinie Glen Coe dom. Nikt nie przyjeżdżał tam od czasu naszych wakacji pięć lat temu. Twoim zadaniem jest podjechanie razem z Andym do chaty i sprawdzenie jej stanu. Trzeba ją sprzedać jeszcze w tym roku. Zrobisz zdjęcia i wycenisz wartość chałupy. Andy musi znaleźć pewne dokumenty, powinien wiedzieć gdzie się znajdują. Dokładne położenie domu prześlę ci później. Uważaj synu, w dolinie panują teraz ogromne zamiecie. 

Jog "

N.I.E.D.O.C.Z.E.K.A.N.I.E. Niech szlach weźmie jego i jego przeklętą, kłamliwą żonę! Że też właśnie ich przyszło mi nazywać rodziną! Za jakie grzechy?! No dobra, może i miałem trochę na sumieniu, ale byłem skłonny przeprosić każdą z tych dziewczyn, oraz podać rękę każdemu z pobitych przeze mnie chłopaków, żaby tylko zmienić imiona opiekunów. Może brzmiało to dosyć brutalnie, ale tak właśnie było. Gdybym tylko miał wybór, nie chciałbym mieć z nimi nic wspólnego. Nie dane mi jednak było wybierać. Jog był moim ojcem, a Karem macochą. Szczęście, że byłem już pełnoletni i nie mieli nade mną żadnej władzy. Prawie żadnej...

Andy zdecydowanie miał w tym wszystkim mniej szczęścia. Może i uciekł od nich, ale w świetle prawa nadal nie był do końca "wolny". Poza tym, dopiero co skończył siedemnaście lat. Ja w tym wieku nawet nie zastanawiałem się nad odkładaniem pieniędzy na własne mieszkanie i szukaniem oferty pracy, a Andy to właśnie robił. W moich oczach chłopak nadal był dzieckiem. Jego niski wzrost, wiecznie kolorowe włosy i delikatne rysy twarzy tylko upewniały ludzi w przekonaniu, że to iście kreskówkowy dzieciak, z nudów zgrywający buntownika. 

Wracając do wyjazdu z Londynu - wyruszyłem po ósmej i zgonie z oczekiwaniami utknąłem w korkach. Przez ponad godzinę przebijałem się przez centrum, zanim udało mi się wyjechać na prostą. Potem droga nie była szczególnie skomplikowana. Mimo to co jakiś czas zerkałem na nawigację, utwierdzając się w przekonaniu, że jadę właściwą drogą, oraz dobijając się, widząc drogę, jaką jeszcze mam do przebycia i obliczony na dole ekranu czas, jaki zajmie mi jej pokonanie. 10 godzin 52 minuty przy obecnej pogodzie panującej na wysokości Manchesteru, a potem Glasgow. W między czasie zatrzymałem się na wczesny obiad i chwilę postoju w Stafford. Jak okazało się niespełna dwie godziny później, dojechanie do Manchesteru zajęło mi trochę mniej, niż początkowo przewidywałem. Tam zaplanowałem sobie kolejny postój, nieco dłuży. Musiałem coś zjeść, rozprostować kości i dać odpocząć oczom. Mimo powoli narastającego we mnie zmęczenia, nie narzekałem. Od zawsze lubiłem jeździć i robiłem to nad wyraz często. Wybierałem się w przeróżne miejsca, nie raz i nie dwa byłem za granicą, by uzupełnić się w inspirację i nowe pomysły. Ukończyłem naukę na uniwersytecie w wieku niespełna dwudziestu lat, kiedy już odbywałem staż w firmie. Bardzo pomogły mi zajęcia z grafiki artystycznej i projektowej, oraz wykłady z zarządzania. Po studiach zostałem w pełni zatrudniony niemal od razu, z drobną pomocą znajomości ojca Maxa. Jednak na posadę głównego grafika zapracowałem sobie sam, ciężką pracą i talentem, którego nie mogłem sobie odmówić. Nie, nie jestem pyszny ani narcystyczny, (może odrobinę) ale znam wartość swoją oraz swojej pracy. Nad każdym projektem przesiaduję dniami i nocami, wkładając w to tyle wysiłku i serca, ile jestem w stanie. Miałem pod sobą cały zespół i jeszcze nikt nie podważył mojego zdania sensowniejszym argumentem. Pracowaliśmy wspólnie, owszem. Ceniłem sobie pracę zespołową, lecz równie mocno ceniłem sobie swoje pragnienie dominacji. I wszystkim wychodziło to na zdecydowany plus. Byłem zdania, że swoich ludzi należy szanować i współpracować z nimi, oraz upewniać im w poczuciu bycia potrzebnym, ale i dawać im do zrozumienia, że nadal jestem ich przełożonym. Nie myślcie o mnie źle, z takim samym podejściem podchodziłem do swojego szefa. Być może było mi o tyle łatwiej, że darzyłem tego człowieka sympatią i ogromnym szacunkiem. Miał nie więcej niż czterdzieści lat, a zdołał w ciągu czterech lat wejść na ciężki rynek i szybko się wybić. Traktowałem go jak pewnego rodzaju wzór. I od jakiegoś czasu chadzałem z nim na piwo. Piwo... Nabrałem ogromnej ochoty na ten napitek. Niestety, dopiero dojeżdżałem do Glasgow - gdzie chciałem zatrzymać się na dłuższą chwilę - i czekało mnie jeszcze około czterech godzin drogi. Cieszyłem się jak głupi, że zaoszczędziłem prawie półtorej godziny, aż nie dojechałem do Perth. Pogoda gwałtownie się pogorszyła, temperatura drastycznie spadła, z nieba zaczął padać gęsty, mokry śnieg, a wiatr zaczął wiać kilkukrotnie mocniej. Jechałem bardzo wolno, a i to przychodziło mi z trudem, przez niebywale ograniczoną widoczność. Zostałem nawet zmuszony zjechać z strasy i przeczekać ponad półtorej godziny w przydrożnym barze, gdy sytuacja była tak ciężka, że nie byłem w stanie ruszyć z miejsca.  W końcu jednak pojechałem dalej, w iście ślimaczym tempie. Ruszyłem prosto do Inverness. Kiedy dojechałem na miejsce, było już około dziesiątej wieczorem, a raczej w nocy, biorąc pod uwagę porę roku i ciemność dookoła. Zaparkowałem na krytym parkinu ogromnej, starej uczelni, ledwo wysiadłem z auta i ruszyłem w stronę lekko oświetlonych, gigantycznych drzwi. Byłem zmęczony, obolały, zdrętwiały, zmarznięty, głodny, zdenerwowany i śpiący, a czekała mnie jeszcze trzygodzinna podróż do Glencoe i pięć razy dłuższa do domu. Byłem pewien, że gorzej już być nie mogło...

- Wyglądasz jeszcze gorzej niż zwykle - rozległ się przebrzydły, melodyjny głosik i niesiony przez echo w ogromnym pomieszczeniu począł głośno i ciężko dudnić mi w uszach.

... A jednak mogło.


~~~

Jest i dwójeczka. Z moich obliczeń wynika, że największa śnieżyca Dwóch Wiatrów zawita wraz z postępującą wiosną  =.=


UWAGA INFO!


Na samym początku przepraszam za brak rozdziału w zeszłą niedzielę, ALE! Ale właśnie - jest "ale". Ostatnio sporo się u mnie dzieje i nie będę w stanie dodawać kolejnych rozdziałów co tydzień. Obecnie piszę dla was na bieżąco, więc po prostu się nie wyrobię. Sytuacja powinna unormować się w nadchodzące Święta Wielkanoce. Do tego czasu opowiadania będą pojawiały się na przemian, jednak co dwa tygodnie. Dziś dałam wam dwójkę DW, ponieważ kochana Nanni sprawdziła ten tekst już jakiś czas temu, a nad kolejnym rozdziałem NBR nadal pracuję. Mam nadzieję, że zrozumiecie i przeczekacie tę moją nieszczęsną, miesięczną burzę.



Trzymajcie się,


Joyssli




3 komentarze:

  1. Jakoś damy radę, jesteśmy twarde sztuki;P
    Nawiązując do tego domku, kto by takiego nie chciał? Ja po taki stałabym pierwsza w kolejce:D, niestety nie można mieć wszystkiego;). David - ten to ma gadane, dobrze, że wyrzygał wszystko Karen należało jej się. Nie wiem czy coś to zmieni, pewnie nie, ale może choć trochę ją ruszy.
    Pozdrawiam:*
    I do następnego
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama sie niezle wkurwialam na te babsko czytając ten rozdział. Wiec złość Davida jak najbardziej uzasadniona. Dobrze, ze jej wygarnął... Gdybym siebie postawiła na jego miejscu, pewnie pojechała bym jeszcze mocniej. I przy okazji wkurwila sięjuz kompletnie na maxa, ze ta zołza śmiała sie rozłączyć w trakcie mojej tyrady!!
    Wgl tak jakoś znienawidziłam to babsko juz na wstępie i cos czuje ze sie nie polubimy. Dobra, biedna, maz nie żyje,sama z dzieckiem ale dziiiizas...-.- wiem ze są gorsze typy, ale nie lubie jej!
    Strasznie emocjonalnie zawsze podchodzę do bohaterów,wiec jak ktoś ich źle traktuje to agrghhskns.....no. Bedzie miał ze mną do czynienia :D.
    CZEKAM NA NASTEPNE COKOLWIEK :*
    WENY, CZASU I POZDRAWIAM :)

    OdpowiedzUsuń