niedziela, 23 kwietnia 2017

14. Dam



Dam
Tama


Macie tutaj jako takie zdjątka członków "Dawn":


Louis "Lou" Loyd 
20 lat
Wokal



Roderick "Rod" Bennett
24 lata
Gitara Basowa



Timothy "Tim" Ward
28 lat
Perkusja 




Tomas od kilku minut przysłuchiwał się szalenie fascynującej rozmowie Mike'a i Tony'ego na temat dinozaurów. Mike oczywiście był zdania, że te morskie były najfajniejsze i gdyby nadal żyły, z całą pewnością prowadziłby nad nimi badania i uczył je przeróżnych rzeczy. Tony natomiast był za roślinożercami lądowymi. Twierdził, że podwodne stwory były drapieżne i niebezpieczne, więc prędzej by Mike'a zjadły, niż się z nim zaprzyjaźniły. Tak rozpoczęła się zacięta dyskusja na temat poziomu inteligencji, drapieżności i ogólnej świetności nieżyjących od tysięcy lat bestii.

-...i zobaczysz, pojadę tam i wszystkiego się dowiem. To największe oceanarium w kraju! Na pewno są tam jakieś informacje na temat wymarłych gatunków. 

Minęły dwa dni odkąd Nathan powiedział Tomasowi o objeździe największych oceanariów w promieniu kilkuset mil, na który ma zamiar zabrać ich Allen. Mike dowiedział o się tym przez przypadek następnego dnia i był po prostu wniebowzięty. Sam Hils nie do końca wiedział, co tak właściwie ma o tym wszystkim myśleć. Nath bez wątpienia był atrakcyjny, inteligenty i miał niesamowity charakter. Poza tym, po prostu miał w sobie coś takiego, co przyciągało ludzi. Niezależnie od płci, wieku czy jakichkolwiek upodobań. Nie mógł jednak pozbyć się głęboko rodzącej się w nim obawy. Siedemnastolatek był naprawdę trudny, a temu całemu Allenowi udało się namówić go na coś takiego po dwóch miesiącach znajomości. Martwił się. Martwił jak cholera, chociaż na razie było to ukryte za obowiązkami i pracą. Niemniej był pewien, że w pewnym momencie to multum obaw wyjdzie na jaw. W momencie, w którym Allen dowie się czegoś, czego Nathan nigdy nie zdecyduje się mu powiedzieć lub odkryje coś, czego nigdy nie powinien był odkryć. Nie tak, nie w taki sposób. Chłopak zabrnął w tą znajomość dalej, niż kiedykolwiek w swoim życiu i w pewnym sensie Tomas się z tego cieszył. Nastolatek na to zasługiwał. Mimo wszystko doskonale wiedział, że Nathan może nigdy nie być w stanie zaufać Navasowi do końca i wtedy właśnie stanie się to, czego się obawiał, a dzieciak znów będzie cierpiał. 

Ostatecznie potrząsnął głową, chcąc wyrzucić z niej wszystkie niepotrzebne myśli. Od kiedy tak bardzo wybiegał w przyszłość, martwiąc się tym, co być może nigdy nie nadejdzie? To nie było do niego podobne.

- Nie prawda! - wykrzyknął nagle młodszy chłopiec. - W ogóle się nie znasz! We wtorek zapytam się o to Alla, on-

- Przed chwilą mówiłeś, że on też się nie zna! - odkrzyknął Tony. 

- Ale na pewno jest mądrzejszy od ciebie - sarknął chłopiec i widząc, że już dojeżdżają pod szkołę chwycił plecak, przygotowując się do wyjścia. - Poza tym jest straszy, na pewno wie cokolwiek na ten temat.

- A dlaczego w ogóle miałby ci powiedzieć? Jest dorosły, a dorośli nie dzielą się swoimi wiadomościami z dzieciakami. I tak byś nic nie zrozumiał.

- Jesteś głupszy niż ja i nie potrafisz się z tym pogodzić - Mike uśmiechnął się pod nosem, zerkając w kierunku szkoły. - I powiedziałby mi, bo... bo jest w porządku. Na pewno by mi powiedział.

- Doba, wysiadka. Muszę lecieć do pracy chłopaki - zakomunikował mężczyzna, parkując nieopodal wejścia do placówki. - Mike, dzisiaj siedzisz po lekcjach z Marry?

- Mhm, zostanę. Cześć Tommy! 

- Cześć młody.

- Pa brat! - zawołał jeszcze Tony, szybko biegnąc za Mike'iem.

Gdy tylko chłopcy zniknęli za drzwiami szkoły, Hils odetchnął głęboko i ruszył w stronę rezydencji Clavelów. " W porządku", hm? Osoby, którym Mike z własnej, nieprzymuszonej woli dał miano "w porządku" dało policzyć się na placach jednej, dziecięcej ręki. Nie może być więc tak źle... inaczej. Musi być naprawdę dobrze. I poważnie. Dużo poważniej, niż się spodziewał...

Dojechał na miejsce dokładnie osiem minut przed czasem i zasadniczo mógłby być z siebie dumny, gdyby w drzwiach nie wpadł na starego Clavela.

- Tomasie, oczekiwałem cię. Zapraszam do biura - oświadczył twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem i skierował się do odpowiedniego pomieszczenia.

Brunet westchnął cierpiętniczo i szybkim krokiem ruszył za ojcem Victora. Chyba nie zrobił nic wystarczająco złego, by szef wzywał go na pogadankę. Zrobił? Z tuningiem maszyn i składaniem motocykla szło mu świetnie. Załatwiał najlepsze, acz nie przesadnie drogie części, pracował dokładnie, wytrwale i niekiedy zostawał po godzinach oraz zjawiał się w rezydencji w weekendy. Nie mogło to być więc związane z jego zawodem mechanika, więc... Może Clavelowi chodziło o jego relacje z...

- Chciałbym porozmawiać z tobą na temat relacji z moim synem. - Niech to szlag.

Starszy mężczyzna zasiadł sztywno na czarnym, obrotowym krześle i skinął Tomasowi na stojący nieopodal biurka fotel. Z jego miny nie dało się wyczytać zbyt wiele.

- O co dokładnie pan pyta? - Zaryzykował.

- Dokładnie o to. Jakie relacje łączą cię z moim synem? - powtórzył, tym razem wyraźnie akcentując każde słowo.

- Dogadujemy się całkiem dobrze... Czasem mijamy się na korytarzu, kiedy idzie do biblioteki, ale nie rozumiem-

- Niedawno zabrałeś Victora do miasta i dałem ci na to pełną zgodę. Dziś chcesz wywieźć go gdzieś ponownie, również za moją zgodą. Nie mam nic przeciwko, ale pamiętaj o naszej umowie, Hils. Były pewne warunki - mówiąc to położył przed nim plik kartek z krotką notatką na wierzchu. - W tą sobotę o 10 przed południem. Nie ma możliwości, byś się nie zjawił. To jeden z punktów kontraktu.

- Rozumiem - odchrząknął cicho chwycił niewielki stosik papieru. - To wszystko?

- Niezupełnie. Dziś czeka nas dostawa tego mercedesa, o którym wspominałem ci już jakiś czas temu. Przyjmiesz ją. Załatwisz formalności i sprawdzisz stan auta. Sporządź też listę potrzebnych części i średni czas doprowadzenia go do stanu używalności. Chcę mieć to na piśmie do jutra - Clavel odetchnął cicho i skinął na bruneta. - Teraz to już wszystko. Masz trzy godziny wolnego przed przyjęciem samochodu. Możesz opuścić posiadłość.

Tomas z wyraźną ulgą podniósł się z fotela i skierował w stronę drzwi. Kiedy jednak jego dłoń znalazła się na klamce...

- Pamiętaj o naszej umowie, Hils. Nie wolno ci mnie zawieść.

- Nie mam zamiaru - odrzekł pewnie i możliwie szybko opuścił pomieszczenie.


***


- Chłopaki, Tom niedługo wpadnie na próbę! - ogłosił donośnie Louis, żwawo zeskakując z wysokiego, barowego krzesła, stojącego tuż przed mikrofonem. - Rod, słyszałeś?

Szatyn nawet nie odwrócił głowy w jego kierunku, nadal brzdąkając coś na swoim basie z jedną słuchawką w uchu.

- Rody? ROOD!? - zniecierpliwił się chłopak, doskakując do mężczyzny i tupiąc nerwowo stopą, odzianą w ciemnofioletowego glana. 

Blondyn poprawił zsuwającą mu się z czoła bandanę i westchnął cicho, kierując swój wzrok ku mocno oświetlonemu sufitowi. Co za gość.

- Roderick!!!

- CO? - wydarł się w końcu, odrzucając słuchawki w bok i niezbyt delikatnie odkładając gitarę. - Nie widzisz, że ćwiczę nowy kawałek!?

- Nie słyszysz, że coś do ciebie mówię!? - odkrzyknął mu, z powrotem lokując swój wzrok w towarzyszu.

- Okej, co mówiłeś? - odetchnął cicho, drapiąc się po głowie.

Jeśli trzyletni związek z Louisem czegokolwiek go nauczył, to z całą pewnością większej przystępności, pokory, cierpliwości i uległości. W momencie rozpoczynającej się kłótni, złożenie broni było jedynym słusznym wyjściem. Kapitulacja i zadośćuczynienie, rzecz jasna. Nawet jeśli była to niewielka sprzeczka, wywołana przez Loyda. Winny był Rod, i tylko Rod. Musiał się tego nauczyć, by zostać później wpuszczonym do mieszkania. Poza tym, tego chłopaka nie szło przegadać, a jak się obrazi...

- Teraz, to możesz się pieprzyć. - No właśnie.

Bennett z lekkim uśmiechem ruszył za blondynem, który kierował się właśnie w stronę swojej ulubionej loży. W ciągu dnia klub był zamknięty dla klientów i cały do ich dyspozycji. Od ponad roku grali tu w co drugi weekend i znacząco wpływali na dochody lokalu, więc właściciel często oddawał im swój dobytek na całe dnie, pozwalając na próby i różne przygotowania.

- Z przyjemnością, ale do tego będziesz potrzebny mi ty. - Objął chłopka od tyłu, zanim ten zdążył rozłożyć się na jednej z kanap i przyciągnął go do siebie maksymalnie blisko.

- Tsk, nie puszczaj wodzy fantazji i wracaj do swoich zajmujących ćwiczeń. - Chciał mu się wyrwać, ale wtedy mężczyzna stanowczo chwycił go za biodra i przycisnął do swojej klatki piersiowej.

- Zwykle nie przeszkadza ci, gdy fantazjuję. - Między słowami począł składać delikatne pocałunki na karku blondyna. - Na przykład o nas.

- O nas? - parsknął zadziornie i uniósł brew, choć Rod i tak nie był w stanie tego zobaczyć.
- Mhm... O nas. Na przykład w naszym przytulnym mieszkanku, po miłej kolacji. Leżymy przed telewizorem i oglądamy twój ulubiony film, którym rzygam od kilku tygodni... - W tym momencie Louis szarpnął się mocniej, co wprawiło mężczyznę w jeszcze większe rozbawienie - ...więc cholernie mi się nudzi. Nudzę się, nudzę i nudzę, aż w końcu znajduję sobie zajęcie. - Przygryzł delikatnie wrażliwą skórę za jego uchem, po czym uśmiechnął się szerzej, słysząc ciche, mrukliwe westchnienie.

- Jakie? - Loyd oparł się wygodnie o tors Roda i starał się powstrzymać cisnące mu się ku górze kąciki ust.

- Twoja koszula jest lekko podwinięta, odsłaniając kawałek bladej skóry na boku - mówiąc to uniósł bluzkę blondyna, szorstkimi od gry opuszkami gładząc jego talię - więc skupiam się na nim, skutecznie odwracając twoją uwagę od filmu. Potem odwracasz się w moją stronę z tą swoją miną "za przeszkadzanie mi dostałbyś kopniaka między nogi, gdyby zawartość twoich gaci nie byłaby mi potrzebna" i...

- I? - Louis zgodnie ze słowami mężczyzny odwrócił się do niego przodem, zaplatając ramiona na jego karku. - Pocałowałbyś mnie? Namiętnie, mocno i głęboko? - Drażnił się z nim.

- O tak. - I było to ostatnie, co zdążył powiedzieć, zanim wpił się chłopakowi w usta, całując go dokładnie tak, jak sobie tego życzył.

Po krótkiej chwili chwycił Loyda pod udami i uniósł, zaraz potem przyciskając go do nieprzyjemnie zimnej ściany. Blondyn zapamiętale oddawał pocałunek, zaciskając dłonie na włosach partnera i cicho wzdychając w jego usta. Wszyscy zapewne domyślamy się, jak prawdopodobnie by skończyli, gdyby nieoczekiwane pojawienie się Tima.

- Dlaczego nie powiedzieliście, że Tomas dziś wpada-aaaaa?... - Ward skinął głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy i odwrócił się w stronę nowo przybyłego. - Oto dlaczego.

Louis uśmiechnął się pod nosem i ostatni raz musnął usta szatyna, mocno ciągnąc przy tym jego włosy, po czym zsunął się na stały grunt i podszedł do Hilsa, witając się z nim lekkim uściskiem. Podobnie uczynił Rod zaledwie kilka sekund później, by potem na powrót stanąć za blondynem i objąć go lekko.
- Co tak właściwie tu robisz? To twój dzień pracy, no nie? - zastanowił się chłopak, wyciągając Timowi do połowy spalonego papierosa spomiędzy warg i zaciągając się głęboko. Twarz bruneta wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie, ale nie odezwał się ani słowem, ponownie sięgając do kieszeni.
- Ta, ale szefuńcio dał mi trzy godzinki luzu. Potem odbieram Mercedesa-Benza von Kriegera 540 K Special Roadster z 1936. - W pomieszczeniu rozległy się ciche gwizdy uznania, a Tomas zaśmiał się pod nosem, jako kolejny odbierając perkusiście dopiero co odpalonego papierosa.
- Gratuluję stary, praca przy takiej maszynie to sama przyjemność - mruknął znad włosów Loyda zadowolony Rod.

- Jasne, gorzej z jej przyszłością - westchnął ociężale i oparł się o stojący nieopodal, wysoki stolik. - Robię ją do stania w garażu. Będzie własnością syna Clvela, ale koleś jest psychiczny. Stwierdził, że nie pozwoli chłopakowi jeździć tym autem. Ma po prostu stać.

- Kurna, świr jakiś. To grzech trzymać taki samochód i nawet nie usłyszeć warczenia silnika.

- Mi tam bardziej żal tego chłopaka. Przesrane z takim starym. - Rod pokiwał głową, przyznając tym samym Louisowi rację.

- To fajny dzieciak i trzyma się, ale cholernie mu współczuję. Żyje tam jak w złotej klatce. Ogromna chałupa, najnowszy sprzęt, służba, prywatne nauczanie... Wygląd, charakterek... - odchrząknął cicho, a Bennett zaczepnie uderzył go w ramie, doskonale rozumiejąc przesłanie. - Ale rodzice traktują go jak rzadkie, szlachetne zwierzę, nie jak syna. Odcinają mu wszystkie możliwe drogi do świata zewnętrznego. Tworzą sobie jakieś cholerne tamy, z przeciekiem w postaci wyjść raz w tygodniu. W każdym on razie ma osiemnaście lat i wszystko, prócz wolności.
- Więc tak naprawdę nie ma nic - burknął Tim i boleśnie trzepnął basistę po łapię, kiedy ten również chciał zabrać mu papierosa. - Spróbuj tylko, a nie zagrasz w tym miesiącu. Pamiętam jeszcze co nieco z ringu.
Kiedy Louis śmiał się z oburzonej miny swojego chłopaka, a Ward nadal mamrotał wymyślne groźny, Tomas jedynie uśmiechnął się wymuszenie i pogrążył we własnych myślach. Więc tak naprawdę nie ma nic. Czy w takim razie... Czysto teoretycznie, rzecz jasna, byłby w stanie coś mu dać? Coś ruszyć? Zburzyć tamę?


~~~

Cześć wam! Wybaczcie mi tak krótki rozdział po tej chwilowej przerwie, ale mam nadzieję, że spodobały wam się nowe postacie i ogólny wątek. Od teraz członkowie "Dawn" będą pojawiali się co jakiś czas w naszej historii.

Rozdział sprawdzony przez Nanni ;*

Trzymajcie się i miłej niedzieli,

Joyssli




2 komentarze:

  1. Świetnie piszesz, czytam Twoje opowiadania już od jakiegoś czasu. Kiedy można spodziewać się kolejnych rozdziałów?! Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam wszystkie twoje opowiadania i bardzo bardzo bardzo mi się podobają pozostaje mi tylko życzyć ci dużo dużo dużo weny weny :D
    Pozdrawiam i czekam na dalsze rozdziały :D

    OdpowiedzUsuń