niedziela, 7 maja 2017

3. Dwa Wiatry



Jechaliśmy w zupełnej, niczym nie zmąconej, idealnej, nieskazitelnej, błogiej ciszy, a potem Andy włączył muzykę, o ile w ogóle można to było tak nazwać. Ostre brzmienia gitary elektrycznej przeplatały się z delikatnymi nutami skrzypiec, a wokal przebiegał z wysokich, operowych tonów do głośnego, że się wyrażę, darcia ryja. Nie miałem pojęcia, skąd on w ogóle to wytrzasnął, ale nigdy wcześniej nie słyszałem nic podobnego. Zresztą, co się dziwić. To brzmiało po prostu, jakby ktoś postawił obok siebie dwie wieże - jedną odtwarzającą jakąś operę, a drugą hard metal i na zmianę podkręcał dźwięk raz w tej, raz w tej. Boże, powiedz, jak nie zwariować?


- Wyłącz to. Wyłącz albo załóż słuchawki. Trać słuch beze mnie, to już nie mój problem. - Westchnąłem głośno i zerknąłem na niego, ale jedyną reakcją, jakiej się doczekałem, było ciche prychnięcie. - Andy, jak Boga kocham...


- Jesteś niewierzący - Przypomniał ze znudzeniem chłopak, nadal nie ściszając muzyki.


- Jesteś w moim samochodzie, z mojej dobrej woli, na moich warunkach i łasce lub nie łasce. Równie dobrze mogę dokładnie w tym miejscu zjechać na pobocze i cię wysadzić.


- Nie możesz.


- Oczywiście, że mogę! 


- Powodzenia.


- Nie wierzysz mi?


- To raczej niewykonalne.


- PONIEWAŻ?


- PONIEWAŻ tu nie ma pobocza.


Mocniej zacisnąłem dłonie na kierownicy. Byliśmy jakieś półtorej godziny drogi od tej przeklętej chałupy w Glencoe, radio wskazywało dwunastą w nocy, a pogoda była coraz gorsza. Wiatr rzucał się na nas falami, przysypując auto tonami śniegu. Obecność wypłosza była w tym momencie bardzo niewskazana. Jego i jego przeklętej muzyki.


-  Po tych kilku minutach pęka mi łeb. Tego nawet nie da się słuchać.


- To twoje zdanie. - Wzruszył lekko ramionami, cały czas wpatrując się tępo za okno.


- Według twojego ulubionego profesora jesteś bardzo otwartym dzieckiem. Nie interesuje cię moje zdanie na ten temat? - Prychnąłem kpiąco, starając się jednak skupić wzrok na drodze.


- Mam w dupie twoje zdanie w każdej możliwej kwestii.


- Wiesz, co jeszcze o tobie pisał? Że masz zaskakujący szacunek do starszych. Gdzie on się podział?


- Jest tuż obok twojego zdania. - Uśmiechnął się uroczo, w końcu wyłączając te przeklęte dudnienie i ułożył się wygodniej w fotelu - A teraz daj mi spać. 


- Przeklęty...


- Śpię.


- O Jezu...


- Ale żeś się religijny zrobił.


- ŚPIJ!


I kolejna godzina upłynęła mi w zaskakującym spokoju. Andy zasnął naprawdę szybko i choć jego sen wcale nie był niezmącony, czułem dziwną satysfakcję. Nienawidził jeździć w taką pogodę odkąd pamiętam. Zawsze zasłaniał okno bluzą i włączał głośną muzykę, byle zagłuszyć pioruny. Karen zawsze miała o to pretensje i irytowała się, że przecież wypłosz uwielbia burzę. Owszem, uwielbiał. Uwielbiał ją malować, wpatrywać się w nią. Zawsze wsłuchiwał się w krople deszczu, nieustannie uderzające o naderwaną rynnę nad jego oknem. Nie można mu było wtedy przeszkadzać - czysto teoretycznie, rzecz jasna. Ale musiałem przyznać, że coś w tym było. Coś jego. Po prostu do niego pasowało. Kiedy wpadałem wtedy do jego pokoju, żeby tylko go wnerwić, siedział na parapecie, wpatrując się w świat za oknem. Zanim zaczynał się na mnie drzeć, udawało mi się dojrzeć jego blady profil, raz za razem rozświetlany przez srebrno-błękitne błyski. Zielone czy niebieskie włosy strasznie dziwnie odbijały światło, rzucając na jego skórę kolorowe poświaty. Pamiętam też, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, że na ułamek sekundy byłem w stanie się zagapić. Oczy Andy'ego i bez burzy przyciągały wzrok, bo z daleka wydawały się niespotykanie jasne, ale to było coś innego. Miałem wrażenie, że ta cała burza, deszcz, błyskawice i pioruny... Że to wszystko jest w jego oczach. Jakby były jakimiś cholernymi projektorami, nieustannie skierowanymi w stronę nieba i wyświetlającymi to wszystko. To było przecież nierealne, żebym to w nich widział świat wyraźniej, ale tak było. Nie byłem w stanie dojrzeć przez okno tyle, ile widziałem w tych ślepiach. Każdą czarną chmurę, każdy piorun, błysk. Pewnie gdybym tak się wpatrywał - nie, żebym kiedykolwiek miał zamiar - mógłbym policzyć w odbiciu jego oczu pojedyncze krople deszczu...


- Daleko jeszcze? - Głos chłopaka wyrwał mnie z - jakże bezsensownych - rozmyślań.


- Jakaś godzina.


- Nie mieliśmy przypadkiem około tyle do pokonania? - Mruknął niezadowolony, ostrożnie zmieniając pozycję. 


- Zważywszy na to, czego słuchasz, utratę słuchu jestem w stanie zrozumieć, ale wzrok chyba jeszcze masz względny, hm? Rozejrzyj się, potem miej pretensje. I nie do mnie, bo jak bardzo zajebisty i wszechmocny bym nie był, pogodą jeszcze nie władam. 


- Może do Boga? Chociaż ostatnio to chyba ty się z nim bratasz, czy coś...


- Nie chcesz jeszcze pospać? - Warknąłem rozdrażniony i westchnąłem głośno, włączając dodatkowe światła, kiedy wjeżdżaliśmy na nierówności doliny. 


W każdym razie w wypłoszu panowała pewna zależność - żeby zachowywać się odpowiednio swobodnie, musiał czuć się bezpiecznie, a w samochodach nie czuł się nawet okej. Nienawidził długiej jazdy i podróży, ale że panicznie bał się latać, w ostateczności był na nie skazany. Jego nienawiść do aut natomiast nasilała się podczas takiej właśnie pogody. Byłem pewien, że podczas najgorszej burzy mógłby z zadowoleniem hasać po lesie, gdzie jazda w lekkiej mżawce była dla niego torturą. Nie miałem nawet zamiaru próbować tego zrozumieć. "To był Andy"- jedyne prawdziwe i słuszne wyjaśnienie otaczającego mnie, emanującego od niego dziwactwa i chłodnej aury. Ale wracając do tematu - tu miało początek moje uczucie błogiej satysfakcji. Zasnął. Zasnął w moim samochodzie podczas ogromnej zamieci. 


- Przestań tak trząść. 


- Naprawdę muszę się powtórzyć, żeby dotarło? Poza tym, wjechaliśmy do doliny. Będzie tak trzęsło już do końca, chyba że pójdziesz wyremontować drogi. Weź ze sobą łopatę, trochę napadało.


W gruncie rzeczy również nie byłem z tego powodu zadowolony. Z każdą minutą jechałem coraz wolniej, chcąc mieć jak największą kontrolę nad autem, ale wszystko szło na nic. Wiatr był tak mocny, że właściwie ledwo się poruszaliśmy. Wycieraczki już od dłuższego czasu przestawały radzić sobie z taką ilością śniegu, a opony - mimo że zimowe - zdecydowanie nie były przygotowane na takie warunki. Minuty zaczęły ciągnąć się w nieskończoność, a pokonanie jednego kilometra zajmowało nam całą wieczność. Dookoła nie było nic prócz niewielkich drzew, krzaków i przeklętej pustki zasypanej śniegiem. Nie chciałem krakać, naprawdę nie chciałem, ale gdzieś w zakamarkach umysłu już widziałem tę chwilę, kiedy w końcu samochód nie wytrzyma i staniemy w miejscu, a ja zostanę uwieziony w niewielkiej przestrzeni z czerwonowłosym potworem.



Potem było jedynie gorzej. Dużo, dużo, dużo gorzej. Gdybym mógł cofnąć czas o tę przeklętą godzinę, wykorzystałbym długie minuty na dziękowanie wszystkim bóstwom za tak cudowną pogodę. Od kiedy zjechaliśmy na węższą, nieoszczędzoną przez los drogę trzy razy stanęliśmy w miejscu. Auto było na wykończeniu, tak samo z resztą, jak i ja. Miałem dość, naprawdę serdecznie dość. 

- Co tak szumi? - Mruknął Andy po kilkunastu minutach siedzenia cicho. Chyba nawet on wyczuł, że sytuacja jest poważna. Poważnie do dupy, ma się rozumieć.


- Proponuje modlić się, aby to był cholerny wiatr, a nie sprzęgło. - Warknąłem zdenerwowany i wypłosz chyba chciał rzucić jakiś komentarz, zapewne na temat tej "modlitwy", ale - trzymajcie mnie - darował sobie. 


I wtedy coś szarpnęło. Mocno szarpnęło. Szum się nasilił, zaczęło potwornie śmierdzieć, a mi właśnie padła bateria w telefonie. Nie wytrzymałem. 


- AAAAAAAA! Nie ma, kurwa, mowy, żebyśmy dziś tam dojechali! Przepaliło się! Cała skrzynia będzie do wymiany, co w sumie w tym przypadku może równać się zakupowi nowego samochodu! Zaraz staniemy na dobre, a ta pierdolona śnieżyca-


- To tutaj - Przerwał mój - i tak nierobiący na nim żadnego wrażenia - wywód, nieco się ożywając. - To za tamtym zakrętem, wzdłuż jeziora. 


- Gdzie ty tu, do cholery, widzisz jezioro?! Wszędzie jest kurewsko biało! - Uderzyłem głową o kierownicę, powoli zatracając się w histerii. 


- Po prostu jedź! Dom jest za tą górą. - Upierał się wypłosz. 


- Jesteś pewny? - Odetchnąłem cierpiętniczo, zerkając na niego spode łba.


- Jak twojej ociężałości umysłowej. - A więc był. 


No i faktycznie, do czegoś żeśmy dojechali. Do wielkiej, białej zaspy, ściślej mówiąc. "Zaparkowanie auta" też okazałoby się niedomówieniem, bo ono po prostu zgasło, po raz czwarty tej nocy. 


- Posuń się - Przepchnąłem trochę nastolatka i wygrzebałem ze schowka klucze, by następnie spojrzeć raz jeszcze na to, z czym zaraz przyjdzie nam się zmierzyć. - Włączaj latarkę, trzeba znaleźć wejście. - Westchnąłem głośno i z trudem otworzyłem drzwi samochodu. Jeszcze nigdy nie czułem na sobie tak silnego wiatru.


- Z drugiej strony!


- CO? - Przymrużyłem oczy, starając się dojrzeć, albo chociaż usłyszeć chłopaka w tej zamieci.


- WEJŚCIE JEST Z DRUGIEJ STRONY, KRETYNIE!!! - Pewnie powinienem coś na to odkrzyknąć, ale nie miałem siły. Nie. Miałem. Kurwa. Siły.


- POŚWIEĆ TAM! - Powoli, mozolnie poruszałem się na przód, brnąc przez sięgający mi niemal do pasa śnieg. - GDZIE SĄ TE CHOLERNE DRZWI?! - Wydarłem się, docierając do ściany domu. - ANDY?! - Dzieciaka jakby wcięło, światło latarki też zniknęło, a ja byłem na skraju załamania nerwowego. 


- Klucz!


- CO?


- DAJ MI CHOLERNY KLUCZ! 


- NIE WIDZĘ CIĘ! WŁĄCZ LATARKĘ!


- TELEFON MI PADŁ! IDŹ DO PRZODU! - Biorąc pod uwagę okoliczności, śmierć wypłosza mogłaby okazać się jedynie nieszczęśliwym wypadkiem, prawda? Prawda?! 


Ostatecznie jednak znalazłem dzieciaka, klucz i dostaliśmy się do środka. I nie tylko my. Razem z nami do pomieszczenia wparowały - jak mi się wtedy wydawało - całe tony śniegu. Kiedy w końcu udało mi się zamknąć drzwi, brodziliśmy w tym białym gównie po kostki. 


- Zabijcie mnie...


- Z przyjemnością, ale nie dziś. - Odparł chłopak, otrzepując swoje włosy, z których zleciało jeszcze więcej puchu. - Nie byłbym w stanie czerpać z tego maximum przyjemności.


- Przymknij się, czubie i znajdź światło.


- Naprawdę wierzysz, że się włączy? - Parsknął kpiąco i ruszył w głąb korytarza, a mi pozostało jedynie podążenie za nim.


- Gdzie leziesz?


- Byle dalej od ciebie!


- Zero wdzięczności...- Przetarłem dłonią zmęczone oczy, zatrzymując się w salonie.


Prócz tego, że dom wydawał się dziwnie pusty i martwy, praktycznie nic się nie zmieniło. Na środku pomieszczenia, na ciemnej podłodze stał ten sam niski, drewniany stolik, ten sam kominek i dziwaczny koc tuż przed nim. Ta sama zniszczona, skórzana kanapa i dwa ciemnobrązowe fotele tego samego rodzaju. Zaraz przy otwartym wejściu zaś swoje miejsce miał ogromny regał, dźwigający na sobie tysiące książek, map i albumów. Naprzeciwko natomiast znajdowały się spore drzwi tarasowe, teraz z zewnątrz miażdżone przez ogrom śniegu, a przy nich niewielka szafka i wysoka lampa z wymyślnym abażurem. Mimo naprawdę wielu lat na karku i zdecydowanej dominacji brązu pokój zawsze wydawał mi się swoiście przytulny. Niewielki, emanujący ciszą i spokojem. 


- Ale tu syf - Mruknął Andy, pobieżnie rozglądając się dookoła. 


- Dom stoi pusty od pięciu lat, czego się spodziewałeś? - Parsknąłem cicho, nadal błądząc wzrokiem po pomieszczeniu. - Poza tym, nie tego pokoju teraz potrzebuję najbardziej.


- Hm? - Wypłosz zmarszczył brwi, najwyraźniej będąc o wiele mniej domyślnym, niż mi się wydawało.


- Wyjaśnimy sobie coś. Samochód jest ROZPIEPRZONY, pogoda się SPIEPRZYŁA, co prowadzi do SPIEPRZENIA się światła, prądu i innego ustrojstwa, nie mamy nawet PIEPRZONYCH telefonów, a ja PIEPRZĘ to wszystko i idę spać. - Zrobiłem iście histeryczną minę i żwawym krokiem skierowałem się na górę. 


Schody głośno trzeszczały pod moimi stopami, a kurz i brud sypiący się spod nich jeszcze długo miał unosić się w powietrzu. Domek był niewielki, toteż na tak zwanym piętrze, które od parteru dzieliło kilkanaście drewnianych stopni, znajdował się średniej wielkości pokój i łazienka. Pomieszczenia rozmieszczone były po przeciwnych stronach krótkiego korytarza, schody zaś ciągnęły się jeszcze dalej ku górze. Ostatnim i zdecydowanie moim ulubionym miejscem w tej chałupce, był strych. Stary, maleńki, ciemny i lekko zalatujący stęchlizną strych. Zapach spowodowany był nie do końca szczelnym dachem, którego naprawą miał zająć się lata temu mój nieszczęsny ojciec. Teraz to zadanie spadnie zapewne na nowych właścicieli. W każdym razie jakoś nigdy nie zwracałem na to większej uwagi. Choć byłem w dolinie na wakacjach tylko trzy razy, bardzo dobrze zapamiętałem to pomieszczenie. Spędziłem w nim masę czasu, nie chcąc schodzić na dół do rodziców i Andy'ego. On z resztą też nigdy nie kwapił się do przesiadywania z nimi. Najczęściej, kiedy już poddawał się w próbach odzyskania strychu, wychodził. Często spędzał noce poza domem, błądząc po pobliskich lasach i śpiąc pod gołym niebem. Wiem, bo nie raz przyszło mi go szukać. Przeklęty gówniarz. Potem zazwyczaj był chory albo przynajmniej przeziębiony, ale weź z takim rozmawiaj. Lubił zimno i nie dbał o pogodę. Jak już mówiłem, uwielbiał burzę, deszcz i chłodny wiatr. Miał głęboko gdzieś swoją słabą odporność, zapewne twierdząc, że w końcu się zaharuje. Cóż, nie wypaliło. Nadal jednak nie zwraca na to większej uwagi, nocą otwierając okna na oścież i nawet w najgorsze mrozy chodząc w jesiennym płaszczu. No właśnie, nie znosił wysokich temperatur. To kolejny powód, dla którego całe wakacje spędzone w dolinie przesiadywał w lesie. Lub w piwnicy. Zawsze jednak kłócił się ze mną o ten strych i choć na początku myślałem, że była to czysta złośliwość, tak potem nie byłem już tego taki pewien. Niby im wyżej, tym cieplej, a im cieplej, tym gorzej dla wypłosza, ale to miejsce po prostu miało swój klimat. I niewielkie okno, które można byłoby otwierać nocami, co z całą pewnością bachor miał na uwadze, próbując mnie stąd wykurzyć. 


Odwróciłem nieco głowę, zawieszając wzrok na ogromnym - jak na standardy pomieszczenia - łóżku, zajmującym praktycznie całą dostępną przestrzeń. Znajdowało się na prawo od wejścia, a obok niego zdołała znaleźć miejsce jedynie sterta wykradzionych z kredensu książek i rupieci, służąca za szafkę nocną, oraz lampa, a raczej kij z niedokręconą, przechyloną w bok żarówką, gdyż abażur już lata temu stracił zdolność do pracy. Po lewej stronie łóżka, na podłodze, leżał jasny, beżowo-szary dywan, na którym lubiłem przesiadywać, nie chcąc zabrudzić cudownej, satynowej pościeli. Był grupy i mimo upływu lat nadal miękki w dotyku. Mierzył jakoś dwa na dwa metry, a i tak lekko nachodził na ścianę z prostokątnym oknem. Całe pomieszczenie nie mogło mieć więcej niż cztery metry w poprzek. Natomiast ode mnie, stojącego jeszcze na schodach do ściany naprzeciwko było może dwa i pół metra maksymalnie. Ciasny, ale własny, hm? Zdjąłem buty, zgodnie ze zwyczajem zostawiając je na ostatnim schodku i pokonałem kilka pozostałych, w końcu w pełni wchodząc do pokoju. Syknąłem cicho, od razu rozmasowując bolącą po uderzeniu głowę. No tak, należy pamiętać również o konstrukcji samego strychu, a dach był przecież trójkątny. Jednak nawet w najwyższym punkcie wysokość nie przekraczała dwóch metrów z jakimiś centymetrami. Ale to wszytko nie było ważne, póki znajdowało się tu piekielnie wygodne łóżko i ten dywan. Ostrożnie wszedłem głębiej, tym razem schylając się nieco, by w ostateczności uklęknąć na dywanie i wepchnąć łapy pod łóżko. Po omacku starałem się znaleźć stare pudełko po butach, w którym - jeśli pamięć mnie nie myli - powinny znajdować się przeróżne świeczki, przez całe poprzednie wakacje konsekwentnie kradzione z salonu. Od zapachowych, w ozdobnych szkiełkach, bo różnokształtne, kolorowe, zwykłe, długie, do świecznika i te malutkie, w sreberkach. W końcu zanurkowałem bardziej i odszukałem pudło, ze zdziwieniem stwierdzając, że nie napotkałem na swojej drodze tyle kurzu, ile się spodziewałem. Wierzch mojego znaleziska pokrywała jedynie cienka jego warstewka, którą, prostując się powoli, strzepnąłem obok dywanu. 


- Mam cię - Uśmiechnąłem się pod nosem, wyciągając ze środka najlepiej prezentujące się świeczki. 


- Masz mnie? - Drgnąłem zaskoczony, z prędkością światła odwracając głowę w stronę wejścia. 


- Pogięło cię, oszołomie? - Warknąłem rozeźlony i posłałem mu wściekłe spojrzenie. A raczej posłałem je w miejsce, w którym prawdopodobnie znajdowały się oczy tej czarnej, niewyraźniej w ciemności plamy. - I NIE WŁAŹ TU W BUTACH!


- Aleś ty się lękliwy zrobił. I nerwowy. Nie słyszałeś trzeszczenia schodów? - Parsknął kpiąco - I spokojnie, zostawiłem buty na dole. - Uniósł - tak mi się przynajmniej wydawało - ręce do góry i przysiadł na skraju dywanu, wzdychając cicho - Kuchnia jest w całkiem niezłym stanie, tak myślę. Wszystko na swoim miejscu. Łazienka i sypialnia też, prócz jednego. Ta kanapa w pokoju niżej jest wilgotna i cholernie śmierdzi. Nie zdziwiłbym się też, gdyby to, co przeleciało mi przed oczami, okazało się szczurem czy innym zwierzakiem.


- Czy to nie cudownie? Przecież uwielbiasz zwierzęta. Na pewno się dogadacie - Zakpiłem wesoło i począłem zapalać koleje świeczki, stawiając je we wszystkie, lata temu opracowane i przygotowane do tego miejsca. Wbrew pozorom praktycznie wszystko tu było łatwopalne a sam dom cały drewniany. Trzeba było naprawdę uważać. 


- Mieszkają w kołdrach, pajacu. 


- No tak, nie lubisz się dzielić. 


- Wal się - Warknął, prędko podnosząc się na równe nogi - Biorę tą.


- Oooo nie. Po moim trupie. - Zaprotestowałem od razu i całym ciężarem ciała oparłem się o starannie złożoną, zabezpieczoną dodatkowym prześcieradłem i folią pościel. 


- Da się załatw-


- NIE. Powiedziałem NIE. NIE oddam ci tej kołdry, więc możesz spieprzać. - Podniosłem głos, wpatrując się w niego uparcie. - Jestem na nogach od SZÓSTEJ RANO, rozumiesz? Jeszcze przed świtem odbyłem jakże cudowną rozmowę z ojcem, w gruncie rzeczy spowodowaną wcześniejszą dyskusją z twoją matką, jak się domyślasz - niezbyt przyjemną. Udało jej się jednak wybłagać, a raczej wymusić na mnie odebranie cię z tej przeklętej szkoły, oddalonej od Londynu pieprzone PÓŁ TYSIĄCA MIL, których pokonanie zajęło mi pieprzone DWANAŚCIE GODZIN, w pieprzonej śnieżycy. Potem musiałem ponad TRZY GODZINY słuchać twojego irytującego głosu, psychicznej muzyki, szumienia sprzęgła i rozwalającej się skrzyni biegów, a to wszystko i tak było stopniowo zagłuszane przez pieprzoną śnieżycę! Jestem głodny, spragniony, brudny i cholernie, CHOLERNIE ZMĘCZONY i nie marzę o niczym innym niż walnięciu się na to łóżko i pójściu spać, więc z łaski swojej WYPIEPRZAJ STĄD i daj mi to zrobić! NIE chciałem po ciebie przyjeżdżać, oglądać twojego przeklętego ryja, słuchać twojego pieprzenia i w ogóle się do ciebie zbliżać, ale gdyby nie ja, zostałbyś w internacie przez koleje tygodnie, do usranej śmierci czekając na pociąg, bo oboje wiemy, jak prędko twoja matka postanowiłaby po ciebie pojechać! Więc wydobądź z siebie jakiekolwiek pokłady wdzięczności i zrób to, co robisz przez całe swoje życie, począwszy od śmierci twojego ojca, poprzez ślub matki, skończywszy na dniu dzisiejszym. Rób to, czego wymagała od ciebie Karen od małego i niezmiernie cieszyła się z tego, że w końcu udało się jej osiągnąć cel. Nie odzywaj się, nie włączaj muzyki, nie pokazuj mi się na oczy! Rób to, co od zawsze wychodzi ci najlepiej - UDAWAJ, ŻE NIE ISTNIEJESZ! 


Z tego, co powiedziałem, zdałem sobie sprawę dopiero kilka minut później, wsłuchując się w głuche trzeszczenie próchniejących schodów. Tym razem słyszałem je bardzo wyraźnie. 





~~~



Witajcie ludziska! Od razu przepraszam za nieobecność, ale ostatnimi czasy po prostu nie mam możliwości naskrobania czegokolwiek. Stąd też nastąpi zmiana w publikacji rozdziałów, które od dziś będą ukazywały się NIEREGULARNIE. Mogę wstawić dwa rozdziały NBR pod rząd, z tygodniowym odstępem, a następnie Dwa Wiatry po dziesięciu dniach. Mam nadzieję, że nie będziecie strzelać, pluć i mordować O.o

Do następnego,


Joyssli 


ROZDZIAŁ NIESPRAWDZONY! 





6 komentarzy:

  1. Jak mogłeś?! Teraz na kolanach go przeproś a nie, wogóle jak tak można ehh...
    A tak serio ja na jego miejscu chyba bym nie chciała utknąć z żadną pchłą trującą nad uchem.
    Typowy Andy i jego całkiem "normalny" tok myślenia. Nie no to trzeba być już naprawdę jakimś nie tego żeby hartować przy niskiej odporności zdrowotnej😂
    Pozdrawiam😘
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz i również ślę pozdrowionka ;)

      Joyssli

      Usuń
  2. Ja owszem- będę! I nie tylko to! JAK TO NIEREGULARNIE?!?! Toż to jakiś żart?!
    I to akurat teraz, kiedy wreszcie zdecydowałam się przeczytać To Coś?! I kiedy zaczęło mi się to cholernie podobać?!
    A wiesz Ty co? Zacytuję pewnego wyjątkowo cenionego przeze mnie autora- YYYUYYHEERRR!!!!!!
    skończyłam.
    Cześć.
    ❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤❤💘:P
    ~i tak wiesz kto, więc po co się podpisywać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skorzystałabym z - tak dobrze Ci przecież znanego - " Apfff", ale to niegrzeczne ;)

      Na lue govanen vin, pe-channas

      Usuń
  3. Świetnie piszesz. Twoje opowiadania po prostu mają duszę:) Czy można spodziewać się kontynuacji opowiadania Navy Blue Roses???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo, a co do Twojego pytania - oczywiście! Opowiadanie cały czas "się pisze". Mam nadzieję, że uda mi się opublikować kolejny rozdział za kilka dni.

      Trzymaj się ciepło,

      Joyssli

      Usuń