czwartek, 18 maja 2017

4. Dwa Wiatry




Noc była lodowata. Leżałem w łóżku od mniej więcej godziny, starając się zgromadzić pod kołdrą jak najwięcej ciepła. Nieszczelny dach i ciągnąca zimnem podłoga wyjątkowo doprowadzały mnie do szału, ale w dalszym ciągu moja wściekłość na panujący w domu chłód była spowodowana w większej mierze czymś zupełnie innym. Jeszcze niedawno byłem tak potwornie zmęczony, że wszystko dookoła przyćmiewała mi gęsta mgła, a wszelkie odgłosy zagłuszał cichy szept, nawołujący - śpij, śpij, śpij... Teraz to wszystko zniknęło, a moje zmysły wydawały się wyostrzone. Widziałem każdą drobinkę kurzu, przelatującą nad wciąż palącymi się świeczkami. Słyszałem wycie wiatru, łamiące się gałęzie, kapiącą gdzieś wodę, ale... AGH! Nie słyszałem Andy'ego! Nie słyszałem kroków, szelestu, oddechu czy szczękania zębów, którego się spodziewałem. Nie słyszałem zupełnie nic i ostatecznie to właśnie zmusiło mnie do wstania z łóżka. Nie powinienem był tego mówić. Gdybym mógł, te słowa nigdy nie opuściłyby moich ust, ale to już bez znaczenia. Faktem wciąż pozostawało to, że ja nawet tak nie myślałem. To było zwykłe, bezsensowne pieprzenie, spowodowane skrajnym zmęczeniem i złością. Niemniej jednak coś niemiłosierne kuło mnie w środku. Odetchnąłem głośno, wsuwając na stopy ciężkie, zimowe buty i powoli zszedłem na dół. Hałas, jaki robiły trzeszczące schody obudziłby umarlaka, toteż widząc w pokoju na piętrze puste łóżko skierowałem się na parter. Może siedział gdzieś w kuchni albo spał na kanapie w salonie? Z każdym krokiem robiło się coraz zimniej, a wszystkie źródła ciepła, takie jak koc czy kurtka, zostały na strychu. 

- Andy? - Szepnąłem, rozglądając się uważnie po spowitym mrokiem pomieszczeniu. 


Wszędzie było... głucho. Głucho i PUSTO, a pusto z całą pewnością być tutaj nie powinno.


- Andy?! - Zawołałem głośnej, ponownie sprawdzając kuchnię i sypialnię - pusto. 


I wcale nie spodziewałem się go tam zastać. Pokój sypialny należał do naszych rodziców - to pierwszy powód. Drugi był taki, że to pomieszczenie było po prostu przytłaczające. Dziwne odcienie brązu mieszające się ze zgniłą zielenią, brudnym pomarańczem i bliżej nieokreślonym, à la musztardowym kolorem były nie do zniesienia. Całość była jedynie nieco mniejsza od salonu, acz nieumiejętne ustawienie sporej wielkości mebli powodowało, że pokój wydawał się mikroskopijny. Dwie stare szafy, ciemna komoda, dwie szafki nocne, dwuosobowe łóżko naprzeciwko wejścia i trzy długie półki nad nim,  masywne zasłony i ciężkie, wyblakłe dywany... Nigdy nie mogłem pojąć, jak ojciec i Karen tu wytrzymują. Ja z całą pewnością bym zwariował. W znienawidzonej sypialni znalazłem jednak zawinięty w folię, gruby, kremowy koc, który z całą pewnością nam się przyda. Nam obu, jeśli uda mi się znaleźć tego przeklętego dzieciaka.


- Andy! - Tym razem krzyknąłem donośnie, głośno zatrzaskując za sobą drzwi pomieszczenia. - Gdzie jesteś?!


Denerwując się coraz bardziej pobiegłem do łazienki na piętrze, jednak ta też okazała się pusta. Nie było go w pokoju, salonie, kuchni, sypialni ani łazience, oraz z całą pewnością nie było go na strychu. Do jasnej cholery! Jak bardzo Andy dziwaczny i popieprzony by nie był, na pewno nie potrafił rozpływać się w powietrzu. Potrafił się jednak doskonale chować. Niemniej przeszukałem już wszystkie miejsca, w których mógłby być. Pod łóżkiem, w szafach, za kanapą, zasłoną czy regałem... Byłem gotów zajrzeć do lodówki, ale mimo wszystko starałem się zachować ostatnie pokłady racjonalności. Zbierzmy fakty: Andy'ego wcięło. Dlaczego go wcięło? Ponieważ się obraził/załamał psychicznie. Jak to się stało? Usłyszał wiele rzeczy, których nigdy nie powinien był usłyszeć. Od kogo je usłyszał? Ode mnie. Wnioski? Jestem idiotą. 


- ANDY! Słyszysz mnie?! - Po ponownym przebiegnięciu domku stanąłem w korytarzu, uspokajając płytki, drżący oddech. Z moich ust wydobywały się jasne obłoki, a na ramionach pojawiła gęsia skórka. - Andy! Proszę cię, wyjdź już! To nie jest zabawne! - Spróbowałem po raz kolejny, kurczowo ściskając w dłoni koc i nasłuchując jakiegokolwiek odzewu. - Wiem... Wiem że jesteś zły, w porządku?! Wcale nie musisz się do mnie odzywać! Po prosu chodź tutaj! Znalazłem naprawdę gruby koc! - Odruchowo rzuciłem wzrokiem na trzymany przeze mnie przedmiot i zmarszczyłem brwi. Folia w kilku miejscach pokryta była... śniegiem? Odwróciłem się gwałtownie i wbiłem wzrok w niewielką górkę białego puchu, który dostał się do środka razem z nami. Tyle, że teraz wydawała mi się jakby większa. 


- ANDY?! - Otworzyłem szerzej oczy, a po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. - ANDY, DO JASNEJ CHOLERY, JEŚLI WYLAZŁEŚ Z DOMU, TO CIĘ ZABIJĘ - Krzyknąłem ile sił w płucach i z prędkością światła znalazłem się na strychu, szybko wciągając na siebie kurtkę i niedbale zarzucając na szyję szal. Byłem nie na żarty przestraszony. Jeśli wypłosz był na tyle głupi, lub co gorsza, na tyle zdesperowany, żeby wyjść z domu na tę śnieżycę... Boże, przecież on tego nie przeżyje! Nie mam pojęcia, ile stopni jest na minusie, ale sam wiatr mógł okazać się morderczy. Z powrotem znalazłem się na dole i już chwytałem za klamkę, kiedy uderzyły we mnie trzy rzeczy. Po pierwsze, drzwi były przysypane tak mocno, że pewnie nieźle bym się natrudził, by w ogóle je otworzyć, samochód za oknem był już teraz jedynie jedną, wielką górą śniegu, a buty Andy'ego stały bezpiecznie przy wyjściu. Nie byłem pewien, czy powinienem odetchnąć  z ulgą i założyć, że w takim razie z całą pewnością nie wyszedł z domu, czy zacząć wyrywać sobie włosy z głowy i spisywać testament, bo jeśli wylazł na TAKĄ pogodę, w dodatku bez butów, albo padnę na zawał, kiedy dogłębnie to do mnie dotrze, albo umrę z wyziębienia, szukając dzieciaka, który prawdopodobnie już wcześniej podzielił mój los. Może przynajmniej podwójny pogrzeb wyjdzie jakoś taniej? W końcu ani mój ojciec, ani Karen nie chcieliby się jakoś szczególnie wypłacać. Chociaż... dowiedzą się pewnie grubo po czasie, a nasze ciała odnajdą, jeśli w ogóle tak się stanie, dopiero, gdy stopnieją śniegi. Ale ciekawą opcją będzie opłacenie ceremonii pieniędzmi ze sprzedaży tego domku. Swoją drogą, może zwabią potencjalnych kupców tą historią? Jak to dwójka ich synów tragicznie zginęła tu pewnej mroźnej nocy, gdy za oknem panowała zamieć...


Potrząsnąłem głową i zaśmiałem się histerycznie, na chwilę chowając twarz w dłoniach. To moja wina. Głupie, bezsensowne pieprzenie, ale to była tylko i wyłącznie moja wina. Andy zawsze był małym, upierdliwym, irytującym dziwadłem z kolorowymi włosami i choć doprowadzał mnie do szewskiej pasji, za żadne skarby nie chciałbym, żeby jakkolwiek się zmieniał. Po prostu taki już był, ale miał i zalety. Na przykład... Cóż, jakieś na pewno miał. Właśnie, ja nawet nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nie znosiłem go, a potem po prostu przyjąłem do wiadomości, że mam się nim jakoś zająć, zainteresować. Dzwonić, rozmawiać, pytać, co u niego, mailować z nauczycielami. To nawet nie było trudne, wydawało się po prostu właściwe. Co prawda nigdy nie widziałem i pewnie już nie zobaczę w nim brata, ale jest coś, co sprawia, że to trochę tak wygląda. Ta chęć opieki i tak dalej, to właśnie to, co czują starci bracia, tyle że nie do końca w ten sposób. Andy był w moich oczach obcym człowiekiem, nie rodziną, z którą łączą mnie więzy krwi. Był obcy, jednak mimo tego był też jedną z najbliższych mi osób. Bliższą niż rodzice, znajomi z pracy czy sąsiedzi. Nie potrafiłem tego sklasyfikować, wepchnąć go do jakieś grupy. To był po prostu Andy i z nikim innym nie łączyła mnie taka relacja, jak własnie z nim. A teraz zniknął. Zniknął, bo nie umiałem nad sobą zapanować i powiedziałem coś, czego nigdy nie powinienembył mówić. 


Odetchnąłem głęboko i począłem błądzić wzrokiem po wszystkim, co mnie otaczało, jakby w tęchnącym drewnie szukając odpowiedzi na dręczące mnie pytanie. Drewniane wieszaki, z wyrzeźbionymi ozdobnikami, drewniana skrzynia, w której latem chowaliśmy buty, parasolkę i składane leżaki, drewniane ramy obrazów i obrazków, drewniana, ozdobna misa, do której wkładaliśmy klucze lub słodycze, drewniane listwy ciągnące się do drewnianej futryny drewnianych drzwi od piwnicy, za którymi były drewniane schody, a na dole drewniany, bujany fotel, w którym zazwyczaj przesiadywał...


- Andy... ANDY! - Zafoliowany koc z cichym szelestem upadł na podłogę, a ja w mgnieniu oka znalazłem się przy owych drzwiach i, chwyciwszy za klamkę, mocno je pchnąłem. Ustąpiły odrazu. - Andy?! Andy, jesteś tu?! 


Gdy tylko przekroczyłem próg, uderzył we mnie ogrom kurzu, wilgoć i nieprzyjemny zapach unoszący się w powietrzu. Nie zważając na to, ostrożnie pokonywałem koleje stopnie, starając się dojrzeć cokolwiek w panującym wokół mroku. Tutaj nie było okien, przez które wpadałoby złudne światło odbijane przez tony śniegu. Gdy zszedłem na sam dół, ogarnęła mnie całkowita ciemność. Teraz, gdy patrzyłem na górujące nade mną drzwi, świat za nimi wydawał się o wiele jaśniejszy, niż był w rzeczywistości. 


- Andy? - Zmrużyłem powieki, wytężając wzrok jak tylko byłem w stanie. Na nic się to zdało. Nie widziałem zupełnie nic. 


Szybko wróciłem na górę i dzięki względnej widoczności znalazłem w kuchni pudło ze świeczkami. Zgarnąłem pierwszą lepszą i chwyciłem za zapałki, od lat leżące w tym samym miejscu nad kuchenką. Znalezione przed chwilą źródło światła rozbłysło niewielkim płomieniem dopiero przy trzeciej próbie, a ja boleśnie poparzyłem sobie dwa palce. Zdążyłem jednak jedynie przekląć pod nosem i po chwili z powrotem znalazłem się w piwnicy. Tym razem nie dość, że zdołałem dojrzeć otoczenie, usłyszałem cichy szelest tuż za plecami. Pewnie w innych okolicznościach nieźle najadłbym się strachu, jednakże przerażenie, które towarzyszyło mi, gdy pomyślałem, że Andy'emu mogło się coś stać, było o wiele silniejsze. 


- Andy? - Po minucie ciszy byłem gotów z zawodem stwierdzić, ze to tylko myszy, o których wypłosz sam z resztą wspomniał, ale doskonale słyszalne pociągnięcie nosem rozwiało wszystkie wątpliwości - Andy...


- Wyjdź stąd- Drżący, zachrypnięty głos przeciął ciemność jak tylko postąpiłem krok na przód. 


- Posłuch-


-  Wyjdź - Zbliżyłem się jeszcze trochę, i jeszcze, aż w końcu dostrzegłem zwinięte w kulkę, drżące ciało chłopaka. Jego blade dłonie kurczowo zaciskały się na okrytych płaszczem ramionach, a stopy spowijały wyraźnie przemoczone skarpetki.


- Czyś ty do reszty zwariował?! Szukam cię od jakiejś godziny! Przeszedłem dom kilka, jak nie kilkanaście razy! Wychodziłem z siebie zastanawiając się, czy jesteś na tyle głupi, by wyleźć na zewnątrz! Ma...- Odetchnąłem ciężko, przeczesując dłonią rozpuszczone dredy - Martwiłem się o ciebie, do jasnej cholery!


- Wyjdź - Powtórzył po raz kolejny, a ja podszedłem do niego prędko, gratulując sobie w duchu wyboru na tyle szerokiej świecy, bym teraz mógł swobodnie postawić ją tuż obok, nie martwiąc się o jej przewrócenie.


- Och, właśnie wychodzę. Razem z tobą - Chwyciłem go za kołnierz płaszcza i postawiłem do pionu, jednak wypłosz cały czas się przy tym wyrywał i próbował mnie odepchnąć. - O CO CI CHODZI?!


- O co TOBIE chodzi?! - Odsunął się ode mnie i parsknął niewesoło - Przecież nie puszczałem muzyki, nie odzywałem się, nie pokazywałem ci się na oczy...


- ANDY, DO JASNEJ CHOLERY, MOGŁEŚ ZAMARZNĄĆ! Wracamy na górę! - Przysunąłem się, chcąc chwycić go za ramię, jednak zdołał mi umknąć, z łatwością przeskakując niewysoką świecę.


- NIE - Wysyczał, niemal zgrzytając zębami - Mógłbyś przestać mi przeszkadzać?


- W UMIERANIU? - Wrzasnąłem, załamując ręce.


- W udawaniu, że nie istnieję. Wiesz, ponoć to właśnie robię najlepiej. - Odparł chłodno, głośno przełykając ślinę. 


I znów, mimo że było ciemno, mimo że nawet nie powinienem zwrócić na to uwagi, jego oczy lśniły i wywiercały we mnie niewidzialną dziurę, a ja nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Ostatecznie zacisnąłem wargi w wąską linię i odwróciłem na moment głowę, zwijając dłonie w pięści. 


- Jeśli nie pójdziesz po dobroci, załatwimy to inaczej - Oznajmiłem po chwili i rzuciłem chłopakowi ostrzegawcze spojrzenie, które skomentował kpiącym prychnięciem. - W porządku.


Nie czekając ani chwili, którą wypłosz mógł wykorzystać na zorientowanie się w sytuacji i ucieczkę, znalazłem się przy nim i jednym, silnym ruchem przerzuciłem go sobie przez ramię, niczym okazały worek ziemniaków. Spodziewałem się wyzwisk, szarpaniny i kopniaków, ale prócz jednego, mocnego uderzenia w plecy, wypłosz nie zrobił nic. Po prostu został tak, jak go ułożyłem i nie drgnął nawet o centymetr. Spojrzałem więc na drogę, jaką miałem do pokonania i przy po mocy buta zgasiłem świeczkę. Teraz, kiedy dokładnej zapoznałem się z układem piwnicy, ciemność nie była już takim utrudnieniem. Dosyć sprawnie dotarłem do schodów, a potem na górę. Pokonanie dalszej drogi było dziecinnie proste, czego zasługą była również nikła waga i chwilowa dezaktywacja Andy'ego. Kiedy już znaleźliśmy się na strychu, mało delikatnie rzuciłem chłopaka na łóżko i, nie patrząc na niego, wróciłem na dół po upuszczony wcześniej koc. Potem, kiedy tak stałem przed schodami, wejście na górę wydawało się o wiele trudniejsze. Przez moment rozważałem nawet spanie w tej nieszczęsnej sypialni lub salonie, ale ostatecznie zacząłem powoli wchodzić na górę. Andy miał prawo być na mnie zły, wiem. Tyle, że ja wiedziałem, że sytuacja wygląda o wiele gorzej. On nie był po prostu zły czy obrażony. On miał żal. Moje słowa go zraniły i choć sam się nie przyzna, nie miałem co do tego żadnych wątpliwości. A ja nigdy nie chciałem zranić go w taki sposób. Dlatego tak trudno było mi z powrotem wejść do pomieszczenia i spojrzeć na niego, ale zrobiłem to. Leżał w dziwnej, raczej niewygodnej pozycji, z pewnością takiej, w jakiej go zostawiłem. Cały drżał, a jego usta były sine z zimna. Zanim się do niego zbliżyłem, zapaliłem jeszcze dwie świeczki i zgasiłem tę, która była na wykończeniu. Potem ostrożnie wszedłem na łóżko i zacząłem pozbywać się pojedynczych części jego odzieży. Przemoczonych skarpetek, cienkiego szala, wilgotnego płaszcza. Wypłosz ani drgnął. Byłby w moich ramionach niczym szmaciana laka, gdyby nie doskonale wyczuwalne drżenie jego ciała. Co chwilę też pociągał nosem. Na koniec jakoś udało mi się wyciągnąć spod niego kołdrę i szczelnie go nią owinąć. Sam zdjąłem buty, kurtkę i położyłem po drugiej stronie łóżka, okrywając się swoim nowym znaleziskiem, a pod głowę wpychając sobie jaśka. Koc był naprawdę bardzo gruby i ciepły, więc nie miałem na co narzekać. No, może prócz pewnej niedokończonej sprawy, która nie pozwalała mi jeszcze zamknąć oczu. 


- Andy - Szepnąłem w przestrzeń, dopiero po chwili odwracając głowę w stronę chłopaka. Nadal nie wykonał żadnego ruchu, tępo wpatrując się w sufit. - Andy, przepraszam. - Powiedziałem nieco głośniej, wypatrując jakiejkolwiek reakcji - Za to, co powiedziałem. Dobrze wiesz, że wcale tak nie myślę, nie? Pieprzyłem co mi ślina na język przyniesie, rozumiesz? - Zero reakcji. - Andy...?


Minęło dziesięć, może piętnaście minut, podczas których wsłuchiwałem się w ciche szczękanie zębów wypłosza, które chyba usilnie chciał zagłuszyć, chowając usta w satynowym materiale. A potem nagle się odezwał.


- Powiedziałeś prawdę. - Jego głos był praktycznie niesłyszalny. Cichy, zachrypnięty, drżący, stłumiony przez kołdrę, ale tak bardzo chciałem go wtedy usłyszeć, że brzmiał dla mnie jak przy użyciu megafonu. - Może dlatego-


Nie dokończył, jedynie uśmiechając się cierpko i kręcąc głową, ostatecznie przekrzywiając ją w moją stronę.


- Serduszko ci zmiękło, co? - Parsknął cicho, ponownie pociągając nosem.


Przewróciłem oczami, nie mogąc powstrzymać lekkiego grymasu ulgi, jaka ogarnęła mnie w tamtym momencie. 


- Lepiej dla ciebie, wypłoszu. - Skinął na te słowa, a ja zaśmiałem się cicho - Andy? - Zagaiłem raz jeszcze, czekając, aż na mnie spojrzy - Naprawdę tak nie myślę, wiesz o tym, prawda? 


- Daj spok-


- Nie - Przerwałem mu od razu - Pojechałem po ciebie, bo chciałem po ciebie pojechać. Karen mogłaby mnie błagać na kolanach, ale gdybym nie chciał, nie zrobiłbym tego. Twój przeklęty ryj i pieprzenie jak najbardziej się zgadza, ale to nie tak, że nie chciałbym go więcej zobaczyć, czy usłyszeć. Wtedy, kiedy proponowałem ci odwiedzanie mnie i przyjazd na wakacje, mówiłem serio, Andy. Chcę, żebyś o tym pamiętał, okej?


- Serio zmiękłeś - Zaśmiał się cicho i to był ten dobry rodzaj śmiechu. W końcu ułożył się wygodnej na boku, wtulając twarz w poduszkę i odetchnął głęboko, po czym zaniósł się kaszlem.


No ładnie. Na stówę jutro będzie chory, albo chociaż przeziębiony. Będę musiał zrobić jakieś rozeznanie w kuchni. Powinny tam zostać jakieś leki. Gorzej będzie z ich datami ważności. Pewnie wszystkie już dawno...


- Wiem, Dav. Byłoby ze mną naprawdę do dupy, gdybyś był jak matka. Ostatecznie... jesteś tym, co mi zostało. Czymś defektywnym i prymitywnym, ale zawsze. - Mruknął z cichym, nieukontentowanym westchnieniem, jednak na jego ustach nadal błąkał się wcześniejszy uśmiech.


Nie odpowiedziałem. Z góry stałem na przegranej pozycji, gdyż albo musiałbym odpowiedzieć coś, co naprawdę wskazywałoby na domniemaną miękkość mojego serca, albo powiedziałbym coś, co miałoby na celu odgryzienie się, ale wtedy ta czerwonowłosa poczwara odezwałaby się ponownie, i ponowne, aż do skutku - w tym wypadku uciszenia mnie i tym samym jego zwycięstwa. Trwaliśmy więc w ciszy, już nie niezręcznej i wypełnionej napięciem. Po jakimś czasie pociąganie nosem zastąpił cichy, miarowy oddech i kaszel, więc i ja mogłem odetchnąć. Miałem wrażenie, że na zewnątrz powoli zaczyna się rozjaśniać, kiedy zapadałem w spokojny, niczym nie zmącony sen.





~~~

Witam wszystkich zgromadzonych ;) Jeszcze raz Dwa Wiatry, a w przyszłym tygodniu postaram się wrzucić wam kolejny rozdział NBR.


Do następnego, 


Joyssli


PS. Czy tylko ja nie znoszę lata i wysokich temperatur? -_-





4 komentarze:

  1. Lekki zaskok, że w czwartek, ale co ja się będę spierać, dalsze części miłe widziane😁
    A też nie lubię jak jest tak gorąco wolę mróz i śnieg. Ostatnio jak wracałam że szkoły to myślałam, że spodnie za chwilę zamienią się w moją drugą skórę, ale dałam radę😉

    Dobrze, że Andy ma Dav'a nawet jeśli jest on idiotą do potęgi. Zastanawiam się tylko czy przeziębienie w najlepszym wypadku jest warte siedzenia w zimnej i mokrej piwnicy. Na wspomnienie o myszach to aż mnie ciary przeszły ble fuj ochyda.
    Weny i do następnego😉
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz rozdziały będą pojawiałby się bardzo nieregularnie, więc trzeba po prostu zaglądać :P + I od razu człek czuje się mniej wyobcowany. Miłość do zimna łączy ludzi!

      Trzymaj się chłodno ;))
      Joyssli

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę i dziękuję!

      Usuń