wtorek, 4 lipca 2017

5. Dwa Wiatry



- Znalazłem! - Krzyknąłem, chwilę później zanosząc się kaszlem. - Ale tu syf...

Jak tylko się obudziliśmy, a nastąpiło to nieco po dwunastej w południe, rozpoczęliśmy proces orientowania się w sytuacji. Za oknem cały czas panowała zamieć, ale temperatura wyraźnie wzrosła - mogliśmy bez szczękania zębami wyjść spod kołdry. Andy'ego, jako że zdecydowanie nie był w szczytowej formie, wysłałem... W porządku, Andy sam wysłał się na parter i postanowił sprawdzić wszystkie zapasy żywności, leków i innych suchych produktów, które powinny pozostać z ubiegłych lat i, przy odrobinie szczęścia, nadawać się do spożycia. Ja zaś, uporawszy się wcześniej z jeszcze w miarę sprawnym kominem, resztkami drewna znalezionymi w dużym, wiklinowym koszu, rozpaliłem w kominku i wraz z ów koszem udałem się do piwnicy, w poszukiwaniu większej ilości materiałów na opał. Nie zawiodłem się. Na prawo od schodów widniała ogromna góra równiutko poukładanego drwa. Prędko zapełniłem kosz i już miałem udać się z powrotem na górę, kiedy coś przyciągnęło moją uwagę, prawie pozbawiając mnie przy tym życia. Dosłownie. Skupiwszy się na jednym fragmencie najwyraźniej naprawdę długiego kabla, nie zdołałem dostrzec drugiego i gdyby nie mój, jak pozwolę sobie skromnie zauważyć, wrodzony refleks i sprawność fizyczna, zjawiskowo wylądowałbym twarzą na tej zimnej, brudnej podłodze. Nic podobnego się jednak nie stało, a ja szybko znalazłem źródło mojego utrapienia.


- Młody! - Zawołałem donośnie i już po chwili usłyszeć mogłem głośne skrzypienie piwnicznych schodów. 


- Czego? - Andy pociągnął nosem, ostrożnie wchodząc do środka, bez problemów omijając przy tym powywijany we wszystkie strony kabel. Szlag by to.


- Grzecznej, gówniarzu, zawdzięczasz mi życie. Jeśli to w ogóle działa, rzecz jasna. Nie wygląda co prawda na produkt z wyższej półki, ale może coś da się zrobić. Konstrukcja wydaje się prosta...


- Czy ty właśnie znalazłeś swój mózg? - Stwierdził idiotyczne, a kiedy posłałem mu zirytowane spojrzenie, jedynie wzruszył ramionami - Opis był podobny. 


- To agregat, psycholu. Agregat prądotwórczy. Takie magiczne urządzenie, które wyczaruje nam prąd, jeśli je nakarmimy. 


- A więc znacznie bardziej przydatne niż twój mózg. - Stwierdził chłopak i podszedł nieco bliżej. - Jakie paliwo jest nam potrzebne. Ekhem, to znaczy, co je? - Odwrócił się w moją stronę, z tą swoją przebrzydłą miną i dodatkowo uniósł nieznacznie brew.


- Prawdopodobnie etylinę 95/98. - Mruknąłem w zastanowieniu, kucając przy zakurzonej maszynie. 


- Mamy ją? - Westchnął wątpiąco, przyglądając się jej sceptycznie.


- Prawdopodobnie nie...MAMY!


- Zapytałbym, dlaczego tak szalenie ekscytuje cię dalszy brak prądu, ale chyba nie chcę znać odpowiedzi.


- Nie, że nie mamy. Że mamy, czubie. Mamy! - Warknąłem, pokazując palcem na stojące obok kanistry, na których widniał wyraźny napis "AGREGAT".


- No to na co czekasz? Zapytaj się grzecznie, czy wyczaruje nam prąd. 


- Nic mi nie powie, kiedy tak się na niego gapisz. - Odgryzłem się prędko, a wypłosz jedynie prychnął pod nosem.


Na początku próbowałem usunąć z agregatu przynajmniej połowę syfu, jaki na nim zalegał, ale prędko porzuciłem ten pomysł. Na to mogłem znaleźć czas, kiedy w końcu odzyskam prąd, światło i gorącą wodę. Rzuciłem więc na niego okiem dokładnej, raz czy dwa. Nic nie wyglądało na naruszone. Chwyciłem za pierwszy kanister i zakląłem głośno.


- Jest pusty.


- W końcu znalazłeś? - Westchnął z udawaną nadzieją.


-Hm?


- No mózg.


Zacisnąłem zęby, ignorując tę - jakże inteligentną - wypowiedź i wziąłem do ręki kolejny kanister. Tym razem nie zawiodłem się zawartością. Był całkowicie pełny. Spod uchwytu trzeciego z pięciu - które, na całe szczęście, również okazały się pełne - wyciągnąłem lejek i odkręciłem korek. Z korkiem zbiornika paliwa w moim znalezisku szło mi trochę gorzej.


- Może nie jest głodny. - Zanucił złośliwie czerwonowłosy. Przelotnie rzuciłem mu mordercze spojrzenie i na powrót skupiłem się na zakrętce, a ta, po krótkiej chwili, ustąpiła. 


Potem nie było już żadnych problemów. Pięciolitrowy zbiornik wypełniłem po same brzegi i odpaliłem maszynę jednym szarpnięciem. Po piwnicy zaczęło rozchodzić się miarowe burczenie, a ja klasnąłem w dłonie i w podniosłem się do pionu, zerkając na wypłosza. 


- Jeszcze tylko woda, jedzenie i witaj cywilizacjo. - Odetchnąłem, zmierzając do miejsca, w którym znajdowała się wajcha do włączania wody. 


- Jak dla mnie, to tak czy inaczej jesteś przykładem, oraz ostatnim egzystującym okazem człowieka jaskiniowego, którego jakimś cudem ominął fenomen ewolucji.


- Bała się mnie tknąć! - Krzyknąłem zdenerwowany, gdy już wchodził po schodach. 

- Prawdopodobniejszą opcją jest zachwianie się jednego z mechanizmów ewolucji biologicznej...

Warknąłem głośno, wgapiając się w niego z czystą furią w oczach. Jak już wspomniałem - nikt nie potrafił zirytować mnie tak, jak on. Sekundę później rzuciłem się do przodu, w pędzie planując wszystkie możliwe formy zamordowania tego-


- KURWA! - Jeśli naprawdę wierzyć by w niebo i piekło, kable z całą pewnością były wynalazkiem szatana. 


A Andy był jego potomkiem.


Powoli podniosłem głowę, rozcierając na piekącym policzku warstwę brudu. Stał tam. Na samym szczycie piwnicznych schodów, nonszalancko opierając się o futrynę. Znów przybrał tą znienawidzoną przeze mnie twarz i uśmiechnął się delikatnie, z wszechogarniającą jego aurę kpiną, wyższością i chorą satysfakcją. Dosłownie nią emanował.


 - ...A to, z pozoru niewiele znaczące niedopatrzenie, doprowadziło do stworzenia defektu, który, po upływie pewnego czasu, okazał się autentyczną skazą mechanizmu ewolucyjnego. 


Następnie po piwnicy rozległ się głuchy trzask drzwi, który prędko został zastąpiony dźwiękiem jednostajnego burczenia agregatu i moimi niecenzurowanymi krzykami.




***

- A więc mamy całe tony herbat i miodu, trochę kawy, sporo przypraw, skrobię kukurydzianą, sodę, bulion, orzechy, trzy torby krakersów...O, nawet data ważności się zgadza... Pojemniki z suszonymi owocami wyglądają nieźle. Jest też mąka, cukier trzcinowy, dużo makaronów, płatki owsiane, ryż, jakaś kasza... Słodycze! Ta czekolada jest moja - Wypłosz prędko wyciągnął z szafki swoje znalezisko i uśmiechnął się pod nosem. Co za dzieciak. - Mamy też budynie, kisiele, mleko w proszku, chińskie czy inne dania do zalania wrzątkiem, trochę ekstremalnie spleśniałego chleba i przeterminowanych gofrów, suche, kukurydziane pieczywo matki, masło orzechowe, dwie puszki z fasolką jedną z... Czymkolwiek była, to się raczej nie nadaje do spożycia. Tutaj... Olej, bimber, rum, wódka... No nieźle. Są jeszcze różne sosy, dżemy i przeciery. - Zakończył z cichym westchnieniem, wyjmując kilka z wymienionych rzeczy. 


- Na razie nie umrzemy. Swoją drogą ciekawe, że mamy tutaj tyle żarcia o kilkuletnim terminie ważności. - Mruknąłem cicho, podchodząc bliżej i badając wzrokiem wnętrze szafki. 


- Zawsze robili takie zakupy, przyjeżdżając tu. Najbliższy sklep jest godzinę drogi stąd. Samochodem. - Odparł zrezygnowany, ostatecznie zamykając szafkę i otwierając suche pieczywo oraz dżem. - Pachnie dobrze. Chyba truskawkowy. 


- Pokaż - Odebrałem od niego słoik i powąchałem krótko. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo byłem głodny. Wcześniej nie miałem nawet chwili, żeby się na tym skupić. W tamtym momencie naprawdę zemdliło mnie z głodu. - Faktycznie okej. Sprawdźmy jeszcze stan wyposażenia kuchni i...- Nie dokończyłem, gdyż przerwał mi nieoczekiwany napad kaszlu. Nie mój, Andy'ego, żeby było jasne. -...i ty lepiej wracaj do kominka.


- Ni-


- Zaraz sam cię tam zaprowadzę i wrzucę do środka!




***

Andy był chory. Nie jakoś bardzo, ale jednak chory, a my mieliśmy do dyspozycji jedynie gorącą kąpiel, herbatę z miodem, witaminę C i marne środki przeciwbólowe. Nic na przeziębienie czy jego przeklętą odporność, a raczej jej brak. 


- Weź jeszcze to. Nadal masz wilgotne włosy. - Mruknąłem, podając mu samochodowy koc.


Kiedy w końcu udało nam się coś zjeść - a trochę to zajęło, przy okazji znacznie zmniejszając zapasy żywności -  postanowiłem dokładniej sprawdzić stan używalności łazienki. Na narożnej wanno-kabinie osadził się kamień i sporo brudu, w tym całe złoża kurzu, ale udało mi się z tym uporać w nie więcej niż czterdzieści minut. W szafce w kuchni znalazłem sporo detergentów. Umywalka i sedes - prócz braku deski - wypadały całkiem znośnie jak na pięć lat nieużywalności. Przetarłem jeszcze lustro, dwie drewniane półki oraz znajdujące się na nich do połowy zużyte szampony i płyny. Końcowy efekt był naprawdę niezły. Początkowo miałem jeszcze problem z wodą. Przez chwile przeraziłem się, że jej resztki zamarzły w rurach, bo ojciec zapomniał zająć się tym przed wyjazdem, ale po jakimś czasie wszystko zaczęło działać bez zarzutu. Nie, żebym nagle przestał się tym przejmować. Rury były stare i wymrożone, nawet w środku lata miewaliśmy z nimi problemy. Wtedy ratowało nas oddalone o raptem sto metrów jezioro, które teraz pokryte było - zapewne całkiem grubą - warstwą lodu i śniegu. Nie zamierzałem jednak wybiegać w przyszłość i wykrakać sobie nieszczęścia. Zamiast tego wybrałem się do auta, w celu przyniesienia walizek nieszczęsnego bachora, swojej torby, samochodowego plecaka i reszty potrzebnych nam rzeczy. Jeśli chodzi o wrażenia z tej wyprawy... Bez wątpienia zasłużyłem na tą gorącą kąpiel. Śnieg sięgał mi niemal do pasa. Śnieg... Samo otworzenie drzwi zajęło kilkanaście minut! Nie wspomnę już o samochodzie, moim cudownym, niczemu niewinnym samochodzie, który będzie nadawał się już tylko i wyłącznie na złom. Jeśli nie rozpadnie się po drodze na lawecie, oczywiście. Koniec końców udało mi się przenieść do domu zupełnie wszystko, włącznie z wycieraczkami, które rozłożyłem w korytarzu i umieściłem tam część przemokniętych rzeczy, niemieszczących się pod kominkiem. Potem, kiedy już wziąłem kąpiel, naciągnąłem na siebie dresy i koszulkę, które zawsze nosiłem w plecaku. Zakładałem je po siłowni, jeśli nie chciałem wbijać się z powrotem w spodnie w kant i marynarkę. Świeże ubrania, szczoteczka do zębów i ręcznik przydawały się również wtedy, gdy rankiem budziłem się w cudzym mieszkaniu, w cudzym łóżku, bielizna wysiała na lampce nocnej, a w głowie odbywał się koncert heavymetalowy. Na ten temat wolałbym się jednak nie rozwodzić. Wracając - Następnie wysłałem do łazienki Andy'ego. Dłuższą chwilę zajęło mi połapanie się w jego rzeczach i znalezienie jakichś czystych, w miarę ciepłych ubrań. Wszystko poprzekładane było książkami, zeszytami, ołówkami, pędzlami i tonami rzeczy, których jako grafik nigdy nie widziałem na oczy. Czas, który dzieciak spędził w łazience, poświęciłem na lekkie ogarnięcie domu i wstawienie...rosołu. Trochę zamiotłem, trochę przetarłem i wytrzepałem. I tak wykonałem pracę znacznie przekraczającą moje możliwości.  Miałem zamiar przypomnieć o tym wypłoszowi, jak tylko będzie zdolny do roboty. Nie ma na tym świecie nic za darmo. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że będę gotować temu małemu świrowi rosół...


Teraz sytuacja przedstawiała się następująco: "wyprane" - o ile to przepłukane można było tak nazwać - przeze mnie ubrania suszyły się na prowizorycznej, kijowo-krzesłowej suszarce nieopodal kominka, dom był w miarę czysty, jedzenie przeliczone, bezmięsny rosół z kostki i mieszanki suszonych warzyw na kuchence, koce poskładane na fotelach lub na strychu, zbiornik paliwa w agregacie prawie pusty, a my siedzieliśmy na kanapie przed kominkiem, czyściutcy i pachnący, zastanawiając się, czy te cholerne telefony zdążą się naładować, zanim spalimy całe pięć litrów. 


- Na ile wystarcza jeden kanister? - Mruknął Andy znad kolejnego parującego kubka herbaty z miodem, które wciskałem w niego od kilku godzin. Skurczybyk, kiedy się połapał, zaczął pić o wiele wolniej. 


- Teoretycznie na jakieś 5/6 godzin. Jeśli będziemy dobrze tym gospodarować, da radę pociągnąć cały dzień. Będziemy włączać go tylko wtedy, kiedy będzie potrzebny. Trzeba to ogarniać masowo. Gotowanie, kąpiel, ładowanie czy cokolwiek. Zupa będzie gotowa za jakieś pół godziny, makaron za dziesięć minut. Wtedy też pewnie skończy się paliwo. Ta kuchenka ciągnie od cholery prądu - Przetarłem zmęczoną twarz dłonią, rzucając okiem na chłopaka - Ale nie potrzebujemy jej cały czas. Światła też. Poza tym, mamy naprawdę dużo świec i kominek. I sporo drewna. Starczyłoby na tygodnie, tak myślę. Mamy też tą śmieszną rzecz, dzięki której możemy powiesić czajnik nad ogniem i w ten sposób gotować wodę. Ostatecznie to samo można zrobić z wodą do kąpieli. - Mówiąc to wstałem i dołożyłem do ów kominka, żeby przypadkiem nie zaczęło przygasać.  - Komin przechodzi przez strych, więc górze będzie ciepło. Gorzej z łazienką, ale przecież będziemy się kąpać w gorącej wodzie. Ją też trzeba oszczędzać. Jeśli czegoś nie dopijesz, czy po prostu trzeba będzie coś wylać, wylej za okno, nie do zlewu. Od tyłu domu, za wiatrem, żeby nie wleciało za dużo zimnego powietrza. 


- Czym się martwisz? - Nie dość, że mówił przez nos, jego głos był naprawdę zachrypnięty. Teraz przynajmniej nie kaszlał co sekundę, ale przez chwilę było naprawdę źle i w ciągu kilku godzin zdążył mocno zedrzeć sobie gardło. - Gadasz dużo i szybko, w dodatku o takich rzeczach, jakbyśmy mieli tu zostać na naprawdę długo.


- A skąd wiesz, że nie zostaniemy? - Prychnąłem, kręcąc głową - Samochód nie ruszy za żadne skarby, a nawet jeśliby ruszył, choć NIE RUSZY, nie mamy jak stąd wyjechać. Odmrozimy sobie dupy, a raczej ja odmrożę sobie dupę, bo ty, zamiast pomagać, będziesz łowił zapalenie płuc... Zamarznę, godzinami odśnieżając drogę, a kiedy dotrę do samego końca, na jej początku śnieg będzie sięgał mi do pasa, a to znaczy dokładnie tyle, że nie da się stąd wyjechać, ani tu wjechać, co z kolei znaczy, że nawet jeśli złapalibyśmy jakiś zasięg, nikt po nas nie przyjedzie, rozumiesz!? - Powiedziałem na jednym oddechu, nieco unosząc głos. Niepotrzebnie. 


- Myślisz, że nie zdaje sobie z tego sprawy? Masz do mnie pretensje? Mówisz, jakby to była moja wina. Uważasz, że to moja wina, David? - Znów spojrzał się na mnie tymi przeklętymi oczami, a w jego głosie, jak na złość, nie było teraz kpiny i złośliwości. W dodatku wiedziałem, do czego nawiązuje.  


- Nie mów do mnie w ten sposób, Andy. - Oparłem czoło na dłoni i zacisnąłem zęby.


- Gdybym przyleciał samolotem zaraz po zakończeniu roku, nie musiałbyś po mnie przyjeżdżać. Nie byłoby cię tu teraz i nie miałbyś żadnego problemu. 


- Gdybyś przyleciał wtedy samolotem, musiałbym dać pieniądze na leczenie twojej psychiki - Parsknąłem, ale na nic się to zdało. 


Andy rzadko bywał...taki. Taki inny. Nie bardzo nawet wiedziałem jak to nazwać. Na pewno nie był sobą. Normalnie zaraz by mi odpyskował i zwalił całą winę na mnie i siły wyższe. Teraz był cicho i patrzył w ognień, choć nie wiem, gdzie kierował wzrok. Płomienie tańczyły w jego oczach. 


- Gdyby rodzice przyjechali po ciebie po zakończeniu roku, nie byłoby nas tu teraz i nie mielibyśmy żadnych problemów. - Zaznaczyłem, bo przecież taka była prawda. 


- Zapowiadali kiepską pogodę, poza tym dziecko i...


- Andy. - Przerwałem mu, kręcąc głową, a on tylko skinął. Obaj znaliśmy fakty aż za dobrze. - Odczekamy, ile będziemy w stanie. Śnieżyca nie będzie trwać wiecznie. Potem jakoś skontaktuję się z Maxem i on zawiezie nas do domu. 


- Do domu? 


- Do... Domu. - Spojrzałem na niego, choć byłem pewien, że wiedział o czym mówię. Ponownie skinął głową, pociągając nosem. 


- Powinieneś mnie teraz oskarżać, a nie robisz tego. Dlaczego? - Szepnął, kierując wzrok w moją stronę. - Nie jesteś moim bratem. Nie jesteśmy rodziną. Nie jesteśmy nawet przyjaciółmi. 

- Wiem... - Odetchnąłem, zaciskając na chwilę powieki - ...Ale ostatecznie, jesteś tym, co mi zostało. 


Chłopak patrzył się na mnie przez chwilę, a kiedy dotarło do niego, że powtarzam jego wcześniejsze słowa, zmarszczył lekko i brwi i zaśmiał się. Czystym i szczerym śmiechem. 


- To było słabe. 

- Ta. Idę wyłączyć makaron i zagotować wodę do picia. - Mruknąłem, przewracając oczami. - A ty się prześpij. Musisz wrócić do stanu używalności. Chyba nie myślisz, że będę wiecznie ci usługiwał.


Kiedy wstawałem, chłopak pociągnął mnie za nogawkę, zmuszając z powrotem do zajęcia miejsca na kanapie. 


- Zostań. 


- Makaron się rozgotuje, a nie wymigasz się od zjedzenia tego. - Poinformowałem go szybko, nagle czując się naprawdę dziwnie. 


- Mhm. - Mruknął pod nosem coś jeszcze, po czym po prostu przysunął się i oparł głowę na moim ramieniu. 


Sparaliżowało mnie. Naprawdę. Przez kilka minut, jeśli tyle właśnie minęło, nie mogłem się ruszyć. Nie czułem mięśni, kończyn, cholernego języka. Nic. Kiedy to minęło, poczułem się jeszcze dziwniej. Bo niby co to miało być?! Chciałem dać młodemu opieprz, ale jak tylko obróciłem głowę... Na Boga i całą resztę tam na górze czy gdziekolwiek, to się stało drugi raz! Tyle że teraz nawet nie bardzo mnie to obchodziło. Chyba kręciło mi się w głowie, byłem skołowany. Może dostałem oczopląsu, ale na moim ramieniu rozsypane były jasnoczerwone kosmyki, więc to nawet logiczne. Andy farbował włosy dosyć często i było widać, jak bardzo są zniszczone, a ja mimo wszystko zapamiętałem je jako przyjemnie miękkie. Nie mogłem powstrzymać się przed sprawdzeniem tego, choć z tyłu głowy jakiś idiota krzyczał do mnie, że robię coś zakazanego. Tak też się czułem, delikatnie gładząc palcami kolorowe pasma. Być może chwilowo straciłem jasność umysłu, ale były naprawdę miękkie.




~~~

Hej hej, ludzie ;)

Daję wam kolejny rozdział "Dwóch Wiatrów" i zaznaczam, że nie mam pojęcia, co pojawi się w przyszłym tygodniu. Coś napiszę na pewno. 

Do następnego,


Joyssli


Niebetowano 



2 komentarze:

  1. Zajrzałam na tego bloga dopiero wczoraj , wieczorem, i od razu mi się on spodobał. Dzisiaj przeczytałam "Dwa wiatry" i zamierzam brać się następne opowiadania.
    Fajny rozdział, życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo i oczywiście zapraszam ;)
      Pozdrowionka,
      Joyssli

      Usuń