niedziela, 16 lipca 2017

6. Dwa Wiatry

Andy wcale nie zdrowiał. Kaszlał dużo i głośno, a przez jego katar pożegnaliśmy się już z prawie połową zapasów papieru toaletowego. Wyglądał też nie najlepiej. Nie, żeby kiedyś w ogóle wyglądał dobrze, ale teraz przerósł sam siebie. Był blady, bardzo blady, oczy miał podkrążone, a usta spierzchnięte. Włosów nawet nie uczesał. Armagedon.

Trudno było nie zauważyć również jego zmęczenia, ale co się dziwić. Ta noc była naprawdę ciężka. Kiedy młody po zjedzeniu zupy zasnął na dobre, odczekałem trochę i ułożyłem go wygodniej na kanapie, przykrywając dodatkowym kocem. Początkowo chciałem zanieść go na górę, jednak zrezygnowałem ze względu na ciepło bijące od kominka. Poza tym, sam musiałem zostać jeszcze chwilę na dole, a odpowiednim wydawało mi się w razie czego mieć wypłosza na oku. Rzecz jasna, nie pomyliłem się. Jak tylko skończyłem sprzątać, zaniosłem do piwnicy garnek z zupą i makaron, a wyłączając przy okazji agregat, usłyszałem kolejny napad kaszlu w wykonaniu tego małego potwora. Napad kaszlu... On niemal się dusił! Byłem nie na żarty przestraszony. Nie mieliśmy żadnych leków, które mogłyby mu pomóc, a aptekę widziałem ostatnio w Glasgow. Cała noc była dla mnie plątaniną duszności, kataru, herbaty, dokładania do kominka i niespokojnego snu, z którego w pewnym momencie wybudzał mnie nawet głośniejszy oddech dzieciaka. Ostatecznie zrobiłem też tak, jak mówiłem wcześniej. Umieściłem stary czajnik nad ogniem - nie mogliśmy pozwolić sobie na takie tępo zużywania paliwa - i w ten sposób miałem zapewnioną gorącą wodę na herbatę niemal cały czas. Gdzieś nad ranem, kiedy wypłosz trochę się uspokoił, włączył mi się tryb dobrej babci. Babci z zanikiem pamięci, jeśli już porównujemy to w ten sposób. Przez kilka godzin uporczywie próbowałem przypomnieć sobie tą całą bezsensową paplaninę, przez lata wygłaszaną przez ciocie, bacie, sąsiadeczki i inne kobiety, które czosnkiem i cebulą odpędzają złe duchy i leczą raka. Koniec końców nawet mi się udało. Ziółka. Zaraz po czosnku, cebuli i cytrynie, były ziółka. Ziółka do herbaty, ziółka do wdychania, napary z ziółek, maści z ziółek, olejki z ziółek. Ziółka miały według nich tajemniczą moc, znacznie przekraczającą możliwości antybiotyków na receptę, więc nic nie szkodziło spróbować. Co najlepsze, ziółek mieliśmy po sam sufit. Z tych, które naprawdę mogły się przydać, znalazłem rumianek, tymianek, imbir, szałwię i mieszankę ziołową z eukaliptusem, o którym mówiła babcia. Przejrzałem też dokładnie herbaty i znalazłem kilka rozgrzewających, a nawet grzańca. Resztę alkoholi zaszczyciłem sceptycznym spojrzeniem, po czym zamknąłem szafkę. 

- Podasz mi herbatę? - Mruknął cicho, nie wystawiając jednak nosa spod sterty koców. 

To też powoli robiło się niebezpieczne. "Daj mi herbatę", bez żadnego wyzwiska czy kpiny, byłoby zastanawiające, ale TO?! Jeśli powie "proszę", zacznę poważnie się zastanawiać, czy nie lepiej będzie biedaka dobić. Nawet jeśli wyzdrowieje i nie będzie żadnych powikłań, najwyraźniej postradał zmysły i nie wie, co mówi. Tego już się nie wyleczy, więc po co ma się męczyć? Egzystencja w nieświadomości. To zagraża życiu i jego, i osób w jego otoczeniu. Zagraża MNIIE, bo nie będę w stanie funkcjonować w momencie, w którym wypłosz zrobi się... Grzeczny! Zacząłbym rwać włosy z głowy, a to byłoby bardzo przykre. Naprawdę lubiłem swoje dredy. 

- Słyszysz? - Okej, progres. Nie był to może szczyt możliwości tego bachora, ale jego ton zrobił się wystarczająco zrzędliwy i pełen pretensji. Przerażające było jednak, jak słaby i cichy się wydawał. 

- Bierz łyka i odstaw, teraz będziesz się parzył. - Postawiłem przed nim kubek oraz duży garnek, w którym pływały papierowe torebeczki i zioła.

- Co to jest? Chcesz się mnie pozbyć w tak mierny sposób? - Uniósł na mnie wzrok, kiwając na garnek.

- To twoje lekarstwo. Innego obecnie nie mamy. - Westchnąłem, biorąc do ręki wcześniej wyprany ręcznik i zaczekałem, aż chłopak się napije. - No dobra, nurkuj. 

- Że twarzą? 

- Nie, że odwłokiem. - Przewróciłem oczami, podchodząc bliżej. - Oczywiście, że twarzą, czubku. Tylko się nie oparz, jest cholernie gorące. 

- Jeśli jest cholernie gorące, to oczywiste, że para mnie poparzy. - Mruknął niewesoło, zerkając bez większego przekonania to na mnie, to na napar. 

- Gdybyś dzięki temu miał wyzdrowieć, wrzuciłbym cię do kominka. Głowa w dół, już. - Kiedy w końcu pochylił się nad garnkiem, przykryłem mu głowę ręcznikiem tak, by para nie wydostawała się na zewnątrz. - Jak zrobi ci się naprawdę gorąco, to odchyl go na chwilę.

- Mhm...

Wrzuciłem tam chyba wszystko, co miało jakiekolwiek właściwości lecznicze i miałem zamiar dręczyć go tymi naparami przynajmniej trzy razy dziennie. Nie, przynajmniej pięć! Musiał wyzdrowieć, nie było nawet innej opcji. 



***

Nazajutrz, po zmyciu naczyń i zajęciu miejsca na kanapie obok śpiącego wypłosza zdałem sobie sprawę, że od naszego przyjazdu do Glen Coe minęły dwa dni. Dwa dni, które wprowadziły do mojej głowy niemały zamęt. I to przez co? No właśnie przez NIC! Nie działo się nic! Okej, Andy był chory, ale nie mogłem tego znieść! Było za... Spokojnie. Inaczej. Moje relacje z wypłoszem zawsze były proste i nieskomplikowane - nie cierpieliśmy się. Po wyprowadzce z domu widywaliśmy się w wakacje święta, zachowując się wtedy tak samo opryskliwie jak zawsze. Przyznaję, zdarzało nam się dogadać i przeprowadzić normalną konwersację, ale była to taka rzadkość, iż byłem w stanie zapomnieć, że to w ogóle możliwe. Z resztą w takim właśnie żyłem przekonaniu, nawet nie próbując się z nim dogadać. Teraz było inaczej. Czułem się dziwnie nieswojo, a mózg z przegrzania zaczął płatać mi figle. Sytuacja z tamtego wieczora co prawda już się nie powtórzyła, ale tylko dla tego, że cały czas się pilnowałem. Jeszcze nigdy nie musiałem zachowywać się tak w jego towarzystwie, a on nigdy nie zachowywał się tak przy mnie. Cichy, małomowny, ugodowy i potulny. Był jak zupełnie inna osoba, tylko o podobnym, sarkastycznym sposobie bycia, który swoją drogą objawiał się jedynie w czasie chwilowego działania leków - zaniku duszącego kaszlu i kataru. Lata praktyki nauczyły mnie, jak radzić sobie z moim Andy'm, ale tego kompletnie nie znałem. Mogłem jedynie przynosić mu herbaty, podawać koce i poprawiać włosy, kiedy osuwały mu się na pogrążoną we śnie twarz. Przed tym nie mogłem się powstrzymać, ale to przecież nic złego, czy nawet niezwykłego! Ot, był chory, więc stwarzałem pozory dbania o niego. To właśnie sobie wmawiałem. Drugim wytłumaczeniem było rzecz jasna zachowanie wypłosza. On był inny, więc, analogicznie, ja również. Usprawiedliwianie w ten sposób moich myśli było proste i wygodne, jednak nie tak przyjemne, jak uczucie miękkich, czerwonych kosmyków, przemykających mi przez palce. 

- Która godzina? - Cichy, zachrypnięty głos wybudził mnie z niepożądanych przemyśleń.

- Piąta wieczorem. Odpowiednia na kolejny napar. - Prędko wyplątałem dłoń z jego włosów z zamiarem wstania, ale Andy, na miarę swoich sił, pociągnął mnie z powrotem na kanapę. 

- Minęła niecała godzina od poprzedniego. Daj żyć - Stęknął, podciągając koc i opierając głowę na moim ramieniu. 

- Przylepny żeś się zrobił - Przełknąłem nerwowo ślinę, siląc się na spokojny, nieco kpiący ton - Teraz prawdziwy z ciebie pasożyt. Żerujesz na mnie! Jak... Na przykład kleszcz. Co powiesz na kleszcza? 

- Cicho bądź, bredzisz. - Jego słaby szept został dodatkowo zagłuszony przez materiał mojej bluzy, w którą właśnie się wtulał, zupełnie nic nie robiąc sobie z moich oczywistych protestów. 

Przez dłuższą chwilę, zgodnie z prośbą jaśnie pana, nie odzywałem się, wbijając wzrok w świat za oknem. Śnieżyca nie ustępowała ani na sekundę, jedynie przybierając na sile. Chwilami wiatr wydawał mi się tak mocny, że byłem gotów dodatkowo zabezpieczyć drzwi i okna przed możliwością wtargnięcia zawieruchy do środka. Ograniczyłem się jednak do sprawdzania co jakiś czas strychu i zabezpieczeń wewnątrz komina. Jak na razie nie odnotowałem żadnych poważniejszych szkód czy uszczerbków. Prócz tego tu, ma się rozumieć...

- Nie zasypiaj. Musisz powdychać napar i idziesz na górę. - Roztrzepałem mu włosy, prędko jednak zabierając dłoń. Zdecydowanie za często ich dotykałem. 

- Tu jest kominek.

- Przecież nie cierpisz ciepła. 

- Ale lubię kominek. - Odpowiedział niezrażony, zmieniając pozycję i układając głowę bliżej zagłębienia mojej szyi, przez co spiąłem się nieznacznie.

Ogarnij się chłopie, bo źle z tobą. Odbija ci od siedzenia z tym dzieciakiem... To było o tyle logiczne, że ostatnio tak częstego i bliskiego kontaktu cielesnego doświadczyłem, zanim zdecydowałem się trochę ograniczyć nocne wypady, weekendowe balowanie i jednonocne przygody. Po prostu się odzwyczaiłem. W dodatku to był Andy i choć jego bliskość była w porząd... Nie. Trzymajmy się tego, że od kilku miesięcy ograniczam się do przyjacielskich uścisków, a że jestem, jaki jestem, nagły, nieproszony kontakt dotkliwie wpływa na moje odczucia i emocje. Dokładnie tak jest. 

- I tak będziemy musieli iść na górę. Może i drewna jest sporo, ale powinniśmy być oszczędni. Nie możemy palić w kominku dwadzieścia cztery na dobę. Nie wiadomo, ile jeszcze przyjdzie nam tu zostać. Och, i wykąpiemy się rano, zrobię przy okazji coś do jedzenia. Paliwo naprawdę musimy oszczędzać.  - Odetchnąłem cicho, wpatrując się w dogasający ogień. 

- Okej. 

- O matko...

- Hm?

- Nic, nic. - Tak, jego ugodowość w tym momencie totalnie mnie przerażała i miałem zamiar coś z tym zrobić. - Mam déjà vu

- Déjà vu? Obecnej chwili? Musisz być naprawdę zmęczony... 

Wielki powrót Andy'ego, co?

- Tak jakby. Rodzice siedzieli w dokładnie ten sam sposób, przed dogasającym ogniem. To był zimny, deszczowy dzień, więc ojciec już wcześniej rozpalił w kominku. Za oknem co prawda nie było ton śniegu, ale strasznie lało i wiało. Ja też siedziałem na kanapie, dopóki mnie z niej nie wykurzyli i nie kazali po ciebie iść. Nie chciałem się ruszać. Było mi ciepło, dobrze i wygodnie, ale ciebie musiało wywiać do lasu. - Kiedy wróciłem myślami do tych wspomnień, niezadowolenie w moim głosie było wręcz namacalne. 

- I to jest to twoje déjà vu? Przyznaj się, że chciałeś po prostu na mnie ponarzekać. - Mruknął zgryźliwie, pociągając przy tym nosem. 

- Dokładnie. Wtedy też się rozchorowałeś. Musiałem ci targać koce do piwnicy, a potem z piwnicy na górę. Nie chciałeś się nimi przykrywać i zrzucałeś je na ziemię, więc od razu były brudne. Musiałem oddawać ci mój, ten zielony. Ten zawsze brudziłeś najbardziej. Jestem pewien, że specjalnie.

- Debil. - Skwitował z cichym prychnięciem. 

 Och, najgorsze było to, że miałem cię pilnować. To było naprawdę do dupy. - Uśmiechnąłem się pod nosem, wyczekując kolejnej reakcji. 

- Wcale mnie nie pilnowałeś. Ty niszczyłeś mi życie. - Gdy tylko te słowa opuściły jego usta, zaczął przeraźliwie kaszleć. Czułem się tak, jakby to trwało z pół godziny, ale w końcu się uspokoił. 

- Czas na twój ulubiony naparek. - Zanuciłem podle. - To było za karę. - Po prostu nie mogłem tego nie dodać. 

- Jesteś-

- Najlepszy, wiem. - Teatralnie odrzuciłem do tyłu rozpuszczone od jakiegoś czasu dredy.

- Pamiętam, kiedy je sobie zrobiłeś. Byłeś tym tak żałośnie podjarany... - Mówiąc to, chwycił między palce jeden z nich, delikatnie obracając go dookoła. - To było naprawdę zabawne. 

- Trzeciego dnia "przez przypadek" ochlapałeś je farbami. - Przypomniałem mu, odbierając swojego dreda z powrotem. 

- Byłeś zrozpaczony. - Parsknął cicho, tłumiąc kaszel w kocu. 

- Cały czas przypominałem sobie słowa tego kolesia. Jak bardzo trzeba o nie dbać i tak dalej, a ty regularnie wylewałeś na nie farby. Cud, że w końcu przestałeś.

- Stwierdziłem, że to głupie. Naprawdę żałowałem. - Uniosłem brwi, spoglądając na niego, a on jedynie uśmiechnął się złośliwie. - Te farby były takie drogie...

- Mniejsza - Przewróciłem oczami, powstrzymując grymas - Jeśli myślałeś, że nie zauważę zmiany tematu, to się przeliczyłeś. Nie uciekniesz przed tym naparem. 

- Robisz się jak ta stara ciotka, której imienia matka nie potrafiła zapamiętać. 

- Guilhermina? - Skinąłem głową, przypominając sobie jedną z tych sytuacji. - Wtedy, na urodzinach, ganiała za tobą z trzema syropami własnej roboty. Cały czas to podkreślała. Własnej roboty.

- Na kolejnych urodzinach leczyła Joga pigwami. Miała też nalewkę z pigwy. Upiłeś się nią. 

- Pamiętam, ale pamiętam też, że ty po niej rzygałeś.

- Rzygałem po starych krewetkach!

- Wmawiaj sobie...


***



Rozmowa - a raczej ckliwe wspominki -  z Andym pochłonęła mnie całkowicie. Jak już wcześniej wspomniałem, naprawdę rzadko rozmawialiśmy tak na serio. Kłótnie, wyzwiska, półsłówka i przekomarzanki nie dały mi nawet do końca... W każdym razie, nim się obejrzałem, minęły dwie godziny, ogień w kominku zgasł niemal doszczętnie, a w pokoju zrobiło się zupełnie ciemno. 

- Wstawaj, idziemy na górę. - Szturchnąłem go w końcu.

Po zrobieniu naparu, Andy położył się smacznie na kanapie, mi pozostawiając odrobinę miejsca w nogach. Było do przewidzenia, że w tej pozycji szybciej zrobi się senny.

- Zanieś mnie. - Szepnął mrukliwie, nie ruszając się ani o milimetr. 

- Chyba kpisz. - Burknąłem, podnosząc się z miejsca. Zamknąłem szyld kominka i odniosłem garnek do kuchni, a kiedy wróciłem, wypłosz leżał, jak leżał. - Młody, wstawaj.

Zero reakcji. 

- Zostaniesz tu na noc i zamarzniesz. 

Ani drgnął. 

- Andy...- Podszedłem bliżej i zdarłem z niego koc. Wtedy przekręcił się na plecy i jak gdyby nigdy nic wyciągnął ręce do góry. - Co ty robisz?

- Nie mam siły. - Odszepnął, uchylając powieki. 

- Andy, wstawaj. - Przełknąłem nerwowo ślinę, znów czując to dziwne uczucie. 

- Zanieś. 

- Nie masz prawa do żadnego narzekania i żeby nie było, że nie ostrzegałem. - Warknąłem cicho, pochylając się po to przebrzydłe cielsko.

A żebyś wiedział, że cię zaniosę. Jak cholerny worek ziemniaków. Jutro będziesz liczył siniaki, tak się będę o ściany obijał. Może nawet się niechcący przewrócę...

- Dzięki, Dav. - Ciepłe powietrze niespodziewanie owiało moje ucho, a wątłe ramiona owinęły się wokół mojej szyi. 

Cały mój misterny, podły plan poszedł... Do lasu. Działem jak w automacie, delikatnie go podnosząc i poprawiając koc. Mocniej do siebie przyciskając kiedy zaczął kaszleć. Wchodząc ostrożne po schodach, w międzyczasie gasząc świeczki. Kładąc go do łóżka, przykrywając kołdrą. Ocknąłem się w momencie, w którym Andy ponownie zaczął kaszleć. Leżałem w łóżku, na boku, nieświadomie wzrok mając nieustannie skierowany w jedno miejsce. Dzieliło nas może pół metra i ta myśl robiła ze mną dziwne rzeczy. Mimo panującego w pomieszczeniu chłodu, pociły mi się dłonie. Może się zaraziłem? Tak, to byłoby całkiem logiczne. W obecnej sytuacji jak najbardziej logiczne byłoby również rzucenie na mnie jakiegoś uroku lub odmrożenie komórek mózgowych, bo to, co działo się w mojej głowie, było absolutnie niewytłumaczalne. 



~~~


Hej hej! Witam Was w to cudowne, (dla kogo cudowne, dla tego cudowne) niedzielne popołudnie z nowym rozdziałem Dwóch Wiatrów. W przyszłym tygodniu NBR, a potem się zobaczy. Mam nadzieję, że przyjemnie spędzacie wakacje, hm? ;)

Do następnego,

Joyssli




2 komentarze:

  1. Ah Dav ty stara kwoko jak mogłeś kazać wąchać ziółka biednemu Andy'emu (nie wiem czy nawet można tak spolszczyć to imię), a ta końcówka ahh.. płynę. Po przeczytaniu tego moja reakcja ooo jakie to słodkie😊💖
    Weny i do następnego😘
    ~kira

    OdpowiedzUsuń
  2. To mój pierwszy komentarz pod jakimkolwiek blogiem ale się zdecydowałam przełamać :D
    Bardzo podoba mi się twój sposób pisania wszystko co jest tutaj na blogu pochłonęłam w ciągu niecałych 2 dni. Weny życzę i liczę że dość prędko pojawią się kontynuacje i że nie opuściłas bloga.
    Pozdrawiam serdecznie
    Żaba

    OdpowiedzUsuń