czwartek, 24 sierpnia 2017

16. Captive

Trochę świątecznego klimatu na ochłodę ;)



Captive
Na uwięzi 



Czy doprawdy na żelaznej uwięzi trzymane
jest stworzenie kochane?




Święta, święta i po? Nie, nie ma tak dobrze. Ta słodka męczarnia trwać miała przez jeszcze trzy dni, aż najbliższa rodzina w końcu wyniesie się z jego domu. Nawet nie chodziło o to, że za nimi nie przepadał, bo i jak miał wypracować sobie jakiekolwiek zdanie na temat ludzi, których widział kilka razy w życiu. Widywali się maksymalnie kilka razu w roku, na ceremoniach pogrzebowych i na święta Bożego Narodzenia, choć usłyszawszy ciche narzekania matki, mógł śmiało wywnioskować, że zjeżdżają się w te tylko i wyłącznie z powodu tradycyjnych, zimowych wyprzedaży w Londynie*. Zapewne liczyli również na hojne prezenty, choć wiadome było, że wuj Herman otrzyma od Clavelów obrzydliwy sweter, skarpety bądź szal. Z całą pewnością, jako że rodzice chłopaka nie odwiedzali pospolitych sieciówek, będzie on prosto od projektanta, a wuj, jak co roku, sprzeda go za połowę wartości, by po powrocie do domu utopić pieniądze w whisky. Ciotka Greta natomiast będzie udawała zachwyconą nowymi perfumami, które dostawała od zawsze, a których zapach nigdy jej się nie podobał. Pod tym względem najlepiej wypadał sam Victor, który nie zdążył - przez te kilka spotkań - narobić sobie wśród rodziny wrogów, a jego "ciężki stan zdrowotny" wywoływał nikłą falę współczucia ze strony tych "dobrodusznych i empatycznych". Mógł więc liczyć na podarunki niezłośliwe, dobrej jakości i w miarę udane, takie jak bezprzewodowe słuchawki, ogromna poduszka w kształcie nuty, z wyszytym na środku jego imieniem, rzemyk z zawieszką czy kosz czekolad świata, których, swoją drogą, nie mógł jeść. Przy najbliższej okazji miał zamiar oddać je komuś, kto naprawdę będzie miał z ich zjedzenia trochę radości. 

Chłopak westchnął ciężko, z lekkim niesmakiem wpatrując się góry tradycyjnych ciast, zamówionych w najlepszych cukierniach kilka dni wcześniej. Kurier jeszcze dziś rano przywiózł je do domu, tak samo jak indyka i resztę stojących na stole potraw. Jedyną rzeczą, którą Clavelowie robili sami, było otwieranie ich drogocennych win. Nakrywanie stołu, gotowanie, ubieranie choinki czy przyozdabianie domu - tym wszystkim zajmowali się wynajęci do tego ludzie. Zastawa była śnieżnobiała, wcześniej na pewno dokładnie wypolerowana, potrawy kształtem nie przypominały nawet tego, czym były, sztuczna choinka przystrojona została skromnie, w odcieniach złota i beżu, z jednym sznurem dających ciepłe światło lampek, a ozdoby w domu ograniczały się do czerwonych i beżowych świec. Chłopak patrzył na to wszystko i był coraz bardziej przybity. Jego rodzice nie zwykli gotować, a większość służby po wykonaniu swoich obowiązków dostała dwa dni wolnego, więc brakujące potrawy zostały zamówione. Dokładnie wyselekcjonowane, z wykluczeniem wszelkich szkodliwych i uczulających składników, które zastąpione zostały ich substytutami. Reszta rodziny nie wyglądała na niezadowoloną, ale zdaniem Victora były bez smaku. Jak większość jedzenia, które spożywał. Choinki również nie mogli mieć prawdziwej, gdyż było to ryzyko wprowadzenia do domu zarazków. To samo tyczyło się świątecznych skarpet, będących skupiskiem kurzu i bakterii. Jakby nie patrzeć, w obecnej sytuacji dziwem nad dziwy było samo wpuszczenie do domu takiej ilości ludzi, będących chodzącą wylęgarnią chorobotwórczych drobnoustrojów. Oto i świąteczny cud Victora Clavela. 

Rzadkością było również "rodzinne" zachowanie jego matki, wynikające zapewne z nieznacznych wyrzutów sumienia, spowodowanych sytuacją sprzed kilku dni. Tak więc dokładnie dwa dni przed przyjazdem gości, pod nieobecność ojca, chłopak zszedł do podziemi, żeby w końcu móc swobodnie napatrzeć się i posiedzieć w teoretycznie swoim samochodzie. Każda osoba zatrudniona w rezydencji Clavelów zajęta była dopinaniem zleconych im zadań na ostatni guzik, więc nikt nie zwrócił uwagi na zniknięcie nastolatka. Doktorek rzecz jasna był doskonale poinformowany. Sam nawet szczelnie odział podopiecznego w gruby, beżowy, zimowy płaszcz i zbliżonego koloru rękawiczki oraz szal. Kiedy zaś wyciągał w jego kierunku czapkę, chłopak spuścił nieco głowę i spojrzał na przyjaciela w sposób, który wywołał u niego falę śmiechu odrzucenie czapki w najciemniejszy kąt pomieszczenia. Potem Victor mógł swobodnie zejść do podziemi, a następnie niezauważenie wymknąć się na zewnątrz. Nikłe ilości topniejącego śniegu tworzyły brudne, szare kałuże na codziennie oczyszczanych chodnikach, jednak nawet to wydawało się mu naprawdę... piękne. Po prostu prawdziwe i piękne. Miał nieopisaną ochotę po prostu, jak małe dziecko, wskoczyć w jedną z nich, ale obawiał się plam na jasnym ubraniu, które zauważone z całą pewnością nie przeszłyby bez echa. Przeniósł więc wzrok w stronę alei. Na nielicznych drzewach i krzewach pozostało jeszcze trochę przymarzniętego, białego puchu, jednak toczące się po gałęziach zimne krople jasno mówiły, że już niebawem korony pozostaną zupełnie łyse. Naprawdę szkoda. Chłopak westchnął cicho i ruszył przed siebie. Obejście domu, ogrodu i alei zajęło mu nieco więcej, niż przewidywał, ale cicha ekscytacja i radość widoczna w jego oczach stanowczo odpierała uczucie drętwienia w koniuszkach palców i szczypania mocno zaczerwienionych policzków. Kilka razy minął ogrodników, przycinających rośliny i rozwieszających lampki choinkowe, ale nie zwrócili na niego większej uwagi, chcąc wyrobić się ze wszystkim w ostatnich godzinach swojej pracy. Skierował się w stronę wschodnich drzwi dopiero wtedy, kiedy stwierdził, że nie czuje stóp, a z nieba zaczął kropić lodowaty deszcz. Nie zdążył jednak dojść do celu, kiedy jego uwagę przykuł samochód podjeżdżający pod rzadko używane wejście z tyłu domu. Katering i inne dostawy oraz wszelakiej maści przesyłki zawsze kierowane były do wjazdu z zachodniej strony, goście wchodzili tylko i wyłącznie od frontu, a rodzice wjeżdżali go garażu. Tyłu używała czasem służba, ale nikt z pracujących tam osób raczej nie jeździł nowiutkim Audi A7, wartym około czterdziestu ośmiu tysięcy funtów* i nie było to bynajmniej auto należące do jego ojca. Do matki również, więc jakież było jego zdziwienie, gdy to właśnie jej sylwetka wyłoniła się po otwarciu drzwi pasażera. Miejsce kierowcy zajmował zaś wcześniej wysoki, dosyć młody mężczyzna, teraz wyjmujący w bagażnika dwie, sporej wielkości walizki, które pani Clavel zawsze zabierała ze sobą w tygodniowe delegacje. Victor nie próbował się chować ani wcześniej, kiedy samochód podjechał pod dom, ani kiedy matka prowadziła ożywioną dyskusję z towarzyszem, ani później, kiedy żegnała go namiętnym pocałunkiem. Przyglądał się tej scenie z niewzruszoną miną, wciąż pozostając niezauważonym. Zmieniło się to w momencie, w którym drzwi otworzyły się przed nim i stanęła w nich zdziwiona kucharka, trzymająca w dłoni pudełko z małymi lampeczkami-bombkami, chcąc zapewne zanieść je ogrodnikom. Zaczęła od razu lamentować nad jego wyglądem i nieodpowiedzialnością, krzykami błagając go, by wszedł do środka. Wytłumaczył się pokrótce i ostatni raz odwrócił głowę w stronę tylnego wjazdu, którym czarne auto właśnie opuszczało posesję. Skierował wzrok również na matkę, a ich spojrzenia na ułamek sekundy się skrzyżowały. Potem oboje zniknęli w drzwiach rezydencji. 

Teraz Victor z narastającym zirytowaniem obserwował rzucającą szerokimi uśmiechami rodzicielkę, nienaturalnie łaszącą się do równie zadowolonego ojca. Prawdziwa, świąteczna szopka. Nie pamiętał, kiedy ostatnio się tak zachowywali. Być może był zbyt mały, by pamiętać, a może po prostu nigdy nie było między nimi czegoś takiego. Czegoś prawdziwego, rzecz jasna. Kiedyś, dawno temu, całowali się na dzień dobry i do widzenia bez tego obrzydliwego fałszu, ale nawet wtedy to było po prostu neutralne. Pocałunek dwóch odrębnych jednostek, które stykają ze sobą usta według zapisanego w umysłach, przez lata wyćwiczonego schematu. Nic mniej, nic więcej. 

Tak więc siedział na szerokim krześle obitym ciemną, ekologiczną skórą i zastanawiał się, czy jego rodzicielka jest na tyle zdesperowana, by - w celu utrzymania swojej powierzchownej aury dobrej i kochającej kobiety - pozwolić mu na krótki spacer. Oczywiście nie rozmawiali o całym zajściu. Wątpił, by w ogóle potrafili jeszcze normalne rozmawiać, niemniej jednak od tamtego dnia była o wiele bardziej przystępna. Przymykała oko na tak wiele rzeczy, że sam ojciec niejednokrotnie uniósł brew naprawdę wysoko. Cóż, zdarzały się już takie sytuacje, a jemu zdarzało się je wykorzystywać, jeśli to w ogóle było odpowiednie określenie. Inaczej - odpowiednio użytkował okazję do normalnego życia. 

- Mamo? - Odezwał się cicho, jednak na tyle wyraźnie, by skupić na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych. - Zastanawiałem się, czy mógłbym wybrać się na krótki spacer. Zemdlił mnie zapach słodkości. 

Kobieta odchrząknęła nerwowo, mimo wszystko cały czas utrzymując na twarzy sztuczny uśmiech. 

- Nie wszyscy skończyli swój posiłek, Victorze. Byłoby niegrzecznym wstawać teraz od stołu. Poza tym, mamy gości. Przyjechali do nas z daleka, więc należałoby spędzić z nimi tyle czasu, ile jesteśmy w stanie. Nie zobaczymy się prędko. - Poinformowała go usłużnie, kierując wzrok na siedzącą przy stole rodzinę. 

- Nonsens, moja droga. Jeśli chłopak nie czuje się dobrze, niech pójdzie się przewietrzyć. Mamy dziś piękny wieczór. Nikt z nas nie będzie miał absolutnie nic przeciwko, czyż nie? - Zagabnęła ciotka Amanda, a reszta bez chwili zwłoki zgodnie skinęła głowami. 

Ona jako jedyna wśród całej familii uważała, że Victor powinien więcej przebywać na świeżym powietrzu i co roku nie przepuszczała sposobności, by wygłosić swoje racje. Była żoną zmarłego przed laty, najstarszego brata jego ojca, wuja Rogera, oraz, pomijając dziadka Hermana, najstarszą osobą podczas corocznych zgrupowań. Można było też nazwać ją przysłowiową "czarną owcą", bo choć teraz każdy bez wyjątku szanował ją i odczuwał respekt, kiedyś było zupełnie inaczej. Z tego, czego dowiedział się od ciotki Grety kilka lat temu, ślub wuja Rogera i ciotki Amandy był niemal skandalem. Mimo wysokich wpływów i dogodnej sytuacji finansowej Humphrey'owie byli farmerami, niemogącymi równać się swoją pozycją z rodziną Clavelów. Nie trudno jest się więc domyślić, jakie oburzenie wywołały zaręczyny najstarszego syna Clavela, Rogera Clavela, z jedyną córką Humphrey'ów, Amandą Humphrey. Ze swoim sposobem bycia, przekonaniami i przyzwyczajeniami przez całe lata nie mogła znaleźć sobie miejsca wśród krewnych męża, ale ostatecznie jej charakter dokonał swego. Jeszcze za życia męża wielokrotnie wykłócała się z jego rodzicami na temat "trzymania go w złotej klatce". Ona za młodu sama pracowała na fermach ojca, pomagała ze zwierzętami, ze żniwami. W jej stronach nie zwracało się uwagi na deszcze czy wiatry, toteż nie pojmowała przewrażliwienia Clavelów. Mawiała również, że zdrowie należy zahartować, nie "jajkować", czyli obchodzić się z nim jak z jajeczkiem. Victor nie znał jej dobrze, ale gdyby miał polubić kogoś z tego nieszczęsnego klanu, to właśnie ją. Miała w oczach, sposobie mówienia i bycia coś takiego, że chłopak chciał z nią rozmawiać. Chciał pytać się o życie na prowincji, o pracę na fermie i wiele innych rzeczy. Imponowała mu samym trzymaniem w garści całej ferajny, bo choć sama od dawna nosiła to nazwisko, nigdy zachowywała się jak jedna z Clavelów, a mimo to traktowana była z największym uznaniem. Cóż, może właśnie dlatego, że nie była Clavelem, bo przecież Victor wcale nie skakał z radości, będąc częścią tej rodziny. Gdyby ktoś kiedyś dałby mu wybór, stokrotnie bardziej wolałby być Humphrey'em. 

- W takim razie w porządku. - Kobieta zacisnęła na chwilę usta, po czym spojrzała na syna. - Tylko ubierz się ciepło i wróć niebawem. Nie odchodź zbyt daleko i-

- Matko, on ma osiemnaście lat, nie osiem. Da sobie radę na godzinnym spacerku o szóstej wieczorem. - Przerwała jej Amanda, zerkając na moment w stronę nastolatka. - No idźże, chłopcze, bo twoja matka jeszcze się rozmyśli i resztę wieczoru spędzisz w toalecie. Mnie też mdli ich zapach. - Mówiąc to skinęła z niesmakiem na stojące nieopodal jej talerza ciasto. 

Brunet nie mówiąc nic więcej wstał od stołu, cicho dziękując za posiłek i szybkim krokiem udał się do korytarza. Chciał odruchowo wstąpić do pokoju McDowella, ale przypomniał sobie, że w tym roku został on zaproszony na święta do swojego wieloletniego przyjaciela. Znaczy, ów zaproszenie otrzymywał co roku, jednak dopiero teraz postanowił z niego skorzystać. Ów przyjaciel pewnie był tak samo zdziwiony jak Victor, jeśli nie bardziej. Chłopak zawsze przychodził do Neemy odpocząć od duszącej atmosfery, która zawsze towarzyszyła rodzinnym spotkaniom. Teraz, prawdę mówiąc, czuł się jeszcze odrobinę bardziej samotny niż zazwyczaj. Miał jednak nadzieję, że przyjaciel dobrze spędza czas u bliskich sercu ludzi. Dobrze wiedział, że mężczyzna nie ma tutaj rodziny. Jego rodzice odeszli wiele lat temu, nie miał żony ani dzieci, a jedyna siostra mieszkała i pracowała w Ameryce. Żadne z nich nie mogło pozwolić sobie na lot za granice ze względu na wykonywany zawód lub finanse. Nie byli ze sobą też szczególnie blisko. Czasem słyszał, a nawet przesiadywał u McDowella, kiedy ten rozmawiał z nią przez telefon, ale to nie było nic nadzwyczajnego. Dwójka dawno rozdzielonego rodzeństwa, utrzymująca stały kontakt telefoniczny, od czasu do czasu wysyłająca sobie podarunki. Tak naprawdę Victor był w ich przyjaźni dosyć samolubny. On zyskał odpowiedniego lekarza, opiekuna i cudownego przyjaciela, a Neema małomówne dziecko w stanie zalążków depresji. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że być może doktorek wcale nie miał ochoty na miano przyjaciela przygnębiającego dzieciaka. Cóż, ostatecznie to na starszym mężczyźnie ciążyła wina i odpowiedzialność. Victor na początku wcale nie miał ochoty wdawać się w bliższe relacje z czarnoskórym. Był dla niego po prostu kolejnym, złym, potwornym i okrutnym lekarzem, którego rodzice sprowadzili do domu, by go dręczył. Prawda była taka, że sam McDowell nie bardzo kwapił się do pracy dla Clvelów, ale został o to poproszony przez swojego poprzednika, który na kilka miesięcy zmuszony był udać się do zachodniej Europy. Tak więc Neema zajął chwilowo jego miejsce i faktycznie, trwałoby to prawdopodobnie jedynie kilka miesięcy, gdyby nie przemycał dla podopiecznego sklepowych słodyczy, nie zaprzestał wstrzykiwania silnego antybiotyku, nie pozwalał wychodzić dziecku na dwór i nie zakochał się w nim do szaleństwa. Victor stał się dla niego synem, którego nigdy nie miał, a on dla dziecka zapewne kimś w rodzaju dziadka, choć przecież nie powie mu tego w twarz, bo jeszcze się obrazi. Chłopak miał ochotę uśmiechnąć się na samą myśl tych wspomnień. Przypomniało mu ono również o koszu czekolad, które otrzymał w prezencie tego popołudnia, a których nie będzie mógł zjeść ze względu na nieodpowiedni skład. Mógł ostatecznie wepchnąć je pod łóżko lub przechowywać u McDowella, ale bardziej miałoby to na celu zrobienie nazłość rodzicom, niż samo schowanie ulubionych słodyczy. Poza tym swojej "odpowiedniej" czekolady miał w kuchni pod dostatkiem, a z tego kosza ktoś z całą pewnością ucieszy się bardziej niż on. Zabawi się w Świętego Mikołaja, a co. Już gotowy do wyjścia chwycił stojący w rogu pomieszczenia kosz i otworzył drzwi, po niespełna sekundzie zamykając je z cichym trzaskiem. Odetchnął głęboko chłodnym, zimowym powietrzem i ruszył w stronę głównej bramy. Tak właściwie nawet nie za bardzo wiedział, gdzie iść. Gdyby obrał swoją zwyczajną trasę, wróciłby z tak samo pełnym koszem, z jakim wyszedł. Naprawdę chciał rozdać te czekolady. Wciąż pamiętał każdy raz, kiedy z zadowoleniem pochłaniał coraz to nowe słodkości, które Neema przynosił mu z miasta, a których normalnie nie mógłby nawet tknąć. Zresztą, jakie dziecko nie lubi słodyczy? Z tą myślą, bez chwili wahania, skręcił w boczną ulicę, którą miał zamiar dojść do ogromnego parku, gdzie na pewno znajdzie masę małych szkrabów. Mimo pory i dzisiejszej daty, w świąteczny czas ten bark zawsze był pełen ludzi, zwłaszcza dzieci. Znajdowały się tam dwa duże place zabaw, co roku pięknie przyozdabiane na święta. Organizowano tam również różne świąteczne zabawy i konkursy dla najmłodszych, a tuż obok parku, na rynku, coroczny kiermasz świąteczny. Zawsze chciał się tam przejść, pooglądać wystawy, kupić coś tandetnego i po prostu poczuć się zwyczajnym nastolatkiem. Dziś miał taką okazję i z całą pewnością nie będzie w stanie ukryć podekscytowania. 

Dotarcie na miejsce zajęło mu około czterdziestu minut dosyć szybkim marszem, ale zdecydowanie było warto. Ludzi było multum. Przy każdym stoisku, na każdej ławce, w każdej alejce. Rozdał już sporo czekolad, ale kosz nadal pozostawał niemiłosiernie ciężki. Bądź co bądź, bez uchwytu sięgał mu nieco za kolana, a z jego kondycją prawie godzinny marsz z kilkunastu kilowym obciążeniem był nie lada wyzwaniem. Przystanął więc w jednym z mocniej oświetlonych miejsc, choć tak właściwie, mimo że zmrok zapadł już dwie godziny temu, w parku było wyjątkowo jasno. Dodatkowo wszystkie łańcuchy, lampki, gwiazdki i tym podobne tworzyły niesamowity klimat. 

- My też możemy czekoladę? - Victor wzdrygnął się zaskoczony i spojrzał w dół. 

- Widzieliśmy, jak daje pan czekolady tamtym dzieciom, więc zastanawialiśmy się...

 - ... Czy my też możemy je dostać? 

Przed nim stało dwóch, na oko ośmio/dziewięcioletnich chłopców. Mieli praktycznie identyczne ubrania, różniące się tylko niewielkimi szczegółami kolorystycznymi. Jeden z nich, ten, który zaczął mówić, miał zielony pompon na szczycie różnokolorowej czapki, drugi zaś, stojący nieco z tyłu, niebieski. Paski na rękawach ich morowych kurteczek również się różniły, odpowiadając kolorom pomponów. Potem zwrócił uwagę na wystające spod nakryć głowy kosmyki takich samych, jasnobrązowych włosów i takie same, lekko zaczerwienione na nosach i policzkach twarze. Najbardziej jego uwagę przykuły jednak dwie pary święcących, błękitnych oczu z zielonymi refleksami. Miał dziwne wrażenie, że już nie kiedyś widział. 

- Oczywiście. - Odpowiedział po chwili zawieszenia i, schyliwszy się do kosza, podał bliźniakom po tabliczce czekolady. 

- A możemy dostać po dwie? Ma pan ich naprawdę dużo. - Dzieciak uśmiechnął się szeroko, zerkając to na niego, to na zawartość kosza. 

- T-tak, nie ma problemu. Proszę bardzo - Nieco oszołomiony podał im kolejne tabliczki, starając się przywołać na twarz przyjazny uśmiech. 

Chłopcy spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się jeszcze szerzej, nadal nie ruszając się z miejsca. 

- Wie pan, mamy jeszcze duuużo rodzeństwa! Oni też pewnie chcieliby taką czekoladę! 

- Jerry by nie chciał - Dodał ciszej bliźniak stojący z tyłu. 

- Ale Kate i Steph by chciały! Kate mówi, że jest na diecie, ale to nie prawda! Widziałem, jak ostatnio je cukierki! Ale pan się nie martwi! Jeśli da nam pan więcej, na pewno się nie zmarnują! My się nimi zaopiekujemy! 

- Tony też by chciał - Ponownie odezwał się cichszy głosik. 

- Tony chciałby nawet dwie! 

- Macie dużo rodzeństwa. - Zawahał się przez chwilę, ale pospiesznie zaczął wyjmować z kosza kolejne czekolady. Przecież taki właśnie miał zamysł - rozdać je komuś, komu sprawią radość. 

- Tak! Mike jest najmłodszy! - Wykrzyknął chłopiec, z zadowoleniem przyjmując od nastolatka tyle słodkości. 

- Tak właściwie, no Mike nie jest naszym bratem. Jest bratem Nathana, ale on jest jak brat braciszka, więc może być tak jakby naszym bratem. - Poinformował go drugi z nich, biorąc od brata połowę tabliczek. 

- Dokładnie! Potem jest Tony, my, Steph, Kate i Jerry. No i braciszek! 

- Ale braciszek nie jest już dzieckiem, więc nie dostanie czekolady. 

- Jerry też mówi, że nie jest dzieckiem, bo ma już piętnaście lat, ale oszukuje, prawda? Dzieckiem jest się do osiemnastu lat, tak powiedział braciszek! 

- A mama wtedy powiedziała, że zawsze będziemy jej dziećmi. Nawet braciszek, chociaż jest już stary.

- Nie jestem stary! - Victor wzdrygnął się drugi raz tego wieczora, prędko podnosząc wzrok. - A wy jesteście niegrzeczni. Gdzie kazałem wam czekać?

- Ale ten pan rozdaje czekolady! Gdybyśmy tam na ciebie czekali... 

- ... To moglibyśmy nie zdążyć, zanim rozda wszystkie. 

Mężczyzna westchnął z rezygnacją, delikatnie trzepiąc obu bliźniaków w tył głowy i otwierając usta, zapewne z zamiarem wygłoszenia czegoś na kształt przeprosin, przeniósł spojrzenie na nastolatka. 

- Napraw... Victor?! Wow, co ty tutaj robisz? - Tomas rozszerzył komicznie oczy i uśmiechnął się szeroko. - Znaczy, jesteś sam? Uciekłeś z domu czy jak? 

- Um, dostałem ten kosz w prezencie, ale nie mogę zjeść jego zawartości, więc postanowiłem przyjść tu i rozdać słodycze dzieciom. - Wyjaśnił krótko, pocierając dłonią zaczerwieniony ze zdenerwowania policzek. 

- Więc możesz dać nam wszystkie! - Chłopiec słysząc, że mają do czynienia z kimś znajomym, prędko porzucił zwrot grzecznościowy i stał się jeszcze bardziej śmiały. 

- Danny! - Upomniał go Tomas, zerkając przepraszająco na Clavela. 

- No co?! Przecież Victor i tak nie może ich zjeść, prawda? 

- I dlatego powinien oddać je wam, tak? - Uniósł brew, patrząc karcąco na młodszego brata. - Nie uważasz, że byłoby to niesprawiedliwe względem innych dzieci? - Zapytał cicho, kiwając głową na kręcącą się nieopodal grupkę małolatów, na razie obawiającą się podejść bliżej. - A ty jak sądzisz, Ray? 

Wyraźnie spokojniejszy z bliźniaków skinął powoli głową, wciąż mimo to zerkając tęsknie w stronę kosza. 

- Okej, pobawimy się trochę inaczej. 

Mężczyzna ściągnął z głów braci kolorowe czapki i schował je do obszernych kieszeni swojej kurki. Następnie postawił na ziemi papierową torbę, której Victor nie zdołał wcześniej dostrzec, po czym wyciągnął z niej kilka czerwono-białych zawiniątek, będących, jak okazało się już po chwili, czapkami Świętego Mikołaja. 

- Drogi dobroczyńco, rozdający dzieciom słodycze! - Zaczął świetnie modulowanym głosem, prędko naciągając na głowę swoją i bliźniaków świąteczne czapki. - Ja jestem wysłannikiem Świętego Mikołaja, patrolującym londyńskie przedmieścia. Udałem się tu wraz z moimi uczynnymi pobratymcami, Dannym - W tym momencie położył dłoń na głowie głośniejszego z chłopców - i Ray'em, - A tym razem na ramieniu tego spokojniejszego - by znaleźć kogoś, kto mógłby pomóc nam roztaczać magię świąt. Czy chcesz do nas dołączyć? - Mówiąc to, wyciągnął dłoń z czapką w stronę zaskoczonego chłopaka. 

- Tak. - Odpowiedział niemal natychmiast, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu i drżenia rąk, gdy wciągał czapkę na głowę. 

Tomas mrugnął do niego, chwilę po tym odwracając się w stronę grupki dzieci i przechodniów. 

- Czekoladowy dobroczyńca dołączył do nas! - Oznajmił donośnie, rozkładając ręce na boki. - I dzisiejszego wieczora pomożemy mu rozdać dzieciom magiczne, świąteczne słodkości, które swoją mocą sprawią, że te święta będą dla was wszystkich niezapomniane! Wesołych Świąt! 

- Wesołych Świąt! - Powtórzyli za nim bliźniacy. 

- Wesołych Świąt! - Odkrzyknął tłum zgromadzonych wokół ludzi. 

- Wesołych Świąt. - Szepnął chłopak, z czystym zachwytem wpatrując się w stojącego przed nim mężczyznę. 

Tego wieczora dotknął dziesiątek dziecięcych dłoni, rozdając łakocie na świątecznym jarmarku. Rozmawiał z dziesiątkami ludzi i widział dziesiątki przepięknych uśmiechów. Dziesiątki razy pozwalał Ray'owi bawić się swoimi włosami i dziesiątki razy bawił się z Dannym w berka. Dziesiątki razy został obdarowany ciepłym spojrzeniem Tomasa i dziesiątki razy odpowiedział na nie tak, jak potrafił. Zaśpiewał dziesiątki świątecznych piosenek, dziesiątki razy pociągnął nosem i potarł o siebie zmarznięte dłonie. Kiedy bliźniacy padali ze zmęczenia i Tomas odwiózł go do domu, wysłuchał się dziesiątek pretensji, narzekań i krzyków ze strony swojej matki, a potem dziesiątki razy zagrał na fortepianie wyśpiewywane dzisiaj melodie. Potem wyciągnął spod materaca gruby notes, a z niego kartkę i skreślił z niej jeden punkt. Wziął gorącą kąpiel i zaszył się w swoim ulubionym fotelu, dziesiątki minut czcią gładząc kawałek papieru. Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak szczęśliwy. 

Chcę wrócić do domu po zmroku, spóźniony i zmarznięty. Chcę nie czuć palców u dłoni, pociągać nosem i trząść się z zimna. Chcę wysłuchać pretensji o mojej nieodpowiedzialności i dostać szlaban. Chcę skreślić ten punkt z listy. 



* Zimowe wyprzedaże londyńskie rozpoczyna tzw. Boxing Day 26 grudnia i trwają aż do połowy stycznia. W wybranych sklepach można skorzystać z nawet 70-80% rabatu. 

* W obecnej chwili około 225 000 PLN.

~~~ 

Hej ludki. Wiem, że trochę mnie nie było, ale słowo wam daje, iż NIE MIAŁAM POJĘCIA, że na wyjazd nie będę miała możliwości zabrania ze sobą laptopa. Swoją drogą, ten już ledwo zipie, ale mam zaplanowane kupno nowego sprzętu jakoś pod koniec września, może na początku października. Zależy od finansów. W każdym razie, będę miała wtedy większe możliwości i swobodę pisania, więc powinnam jakoś nadrobić miesiąc nieobecności. 

Trzymajcie się,
Wasza Joys
( Gdyż Joyssli piszę się zdecydowanie zbyt długo ;) )



1 komentarz:

  1. Jejku! Już myślałam, że Cię coś pożarło na tych wakacjach!
    No, ale cieszę się, że jednak jesteś i to z nowym rozdzialikiem.
    W sumie, to miałam raczej nadzieję na Wiatery, które
    bezsprzecznie skradły moje serce, a mimo to, muszę przyznać, że
    16-stka NBR wypadła świetnie. Zdążyłam stęskić się już za Victorem, którego wprost uwielbiam i rządam więcej z nim rozdziałów!
    Poza tym, urzekły mnie Twoje opisy świąt u Clavelów- były niezwykle barwne i żywe, przez co czułam się prawie tak, jakbym tam z nimi była.
    Mam nadzieję, że nie znikniesz ponownie w najbliższym czasie i w roku szkolnym będziesz miała więcej czasu na pisanko.


    Życzę weny i już nie mogę się doczekać następnego spotkania;)
    Pozdrawiam

    Ps.
    Na początku zjadło Ci gdzieś jedno "i".

    OdpowiedzUsuń