niedziela, 24 września 2017

7. Dwa Wiatry

 Czułem się cholernie niewyspany. W ciągu minionej nocy budziłem się niezliczoną ilość razy, podając Andy'emu wodę, poprawiając poduszki i odgarniając z czoła przepocone kosmyki włosów. W pewnym momencie chciałem zejść na dół i zaparzyć mu napar, który wyraźnie mu pomagał, ale wypłosz nie chciał mnie puścić. Był do mnie przyklejony nawet wtedy, gdy już dawno zapadł w sen. Wówczas miałem czas na rozmyślania. Bezsensem byłaby próba ponownego zaśnięcia, gdy miałem pewność, że niebawem przeraźliwy atak kaszlu dzieciaka wyrwie mnie z drzemki po raz kolejny. Zastanawiałem się więc nad obecną sytuacją. Wracałem pamięcią do chwil, w których Andy chorował i faktycznie udało mi się dostrzec pewne podobieństwa w jego zachowaniu. Z początku wcale nie było to takie oczywiste, bo Karen w pewnym momencie przestała okazywać swojemu synowi jakiekolwiek zdrowe zainteresowanie i przejawy matczynej troski, nie wykluczając okresów jego choroby. Mimo wszystko, pamiętałem wyraźnie jedną z tych sytuacji, w której Andy na boso, w środku nocy, dreptał do pokoju rodziców. Był wtedy rozdygotany i przerażony, ale choć pukał, wołał i prosił, drzwi do sypialni Karen i Joga nigdy nie zostały dla niego otwarte. Zdaniem matki był już wystarczająco duży, by spać samemu nawet podczas choroby. Andy miał wtedy dziesięć, może jedenaście lat, ale obraz grymasu zawodu, lęku i rozpaczy malujący się na twarzy kurczowo ściskającego w ramionach poduszkę chłopca wyraźnie temu przeczył. Był wtedy jeszcze dzieckiem, na litość boską. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem i nawet nie próbowałem zrozumieć sposobu myślenia Andy'ego, jego poczynań ani tego, czym się wtedy kierował. Ale może to właśnie dlatego głaskałem teraz po głowie nastoletniego chłopaka. Nikt się nim nie interesował, nie troszczył się, nie układał do snu, kiedy ten był chory. Przecież każde dziecko tego potrzebuje. On tego nie miał, więc logiczne byłoby pragnienie uzyskania tego teraz, a ja, z jakiegoś powodu wcale nie byłem niezadowolony z bycia tym, który może mu to dać.

- Zimno mi - Wychrypiał w moją szyję, pociągając przy tym nosem. 


- Niedługo zejdę na dół i rozpalę w kominku. Ty weźmiesz w tym czasie gorącą kąpiel i się rozgrzejesz. Zrobię napar, później śniadanie i obiad, posadzę cię przed kominkiem i sam pójdę się myć. - Przedstawiłem mu plany na dzisiejsze przedpołudnie, szczelniej okrywając go kołdrą. 


On tylko mruknął coś pod nosem i zadrżał, kiedy przez przypadek musnąłem dłonią dolną część jego pleców. Następnie wczepił się we mnie niczym rzep i absolutnie nie przesadziłem z tym stwierdzeniem. Przywarł do mojej klatki piersiowej, wciskając się w nią tak, jakby chciał tam wchłonąć. Czułem go każdą częścią swojego ciała i to znowu robiło ze mną dziwne rzeczy.


- Andy, odsu-


- Możemy tak zostać? 


- Nie, jesteś za blisko. Ogarnij się i-


- Tylko na chwilę. - Przełknąłem nerwowo ślinę, miarowo ściskając i poluźniając ścisk pięści. 


- Zatraciłeś pojęcie utrzymywania prawidłowiej przestrzeni osobistej pomiędzy dwoma facetami? Jeszcze chwila i poczuję się molestowany. - Sarknąłem, nieudolnie próbując go od siebie odczepić. 


- Jesteś ciepły. - Szepnął w momencie, w którym odciągnąłem od siebie jedną z jego dłoni. - Jesteś ciepły.


- Ej... - Zmarszczyłem brwi, słysząc lekkie drżenie jego głosu.


- Ciepło jest takie dobre. 


- Młody, co ci...- Próbowałem spojrzeć na jego twarz, ale wciąż bezwstydnie wciskał ją w zagłębienie mojej szyi.

- Wiedziałem, że jest inne niż zimno, ale...

- Zaczynasz bredzić. Może jeszcze się prześpij, co? - Zasugerowałem, bo jak Boga kocham, zaczęły mi się pocić dłonie.


No bo o co mogło mu chodzić? Nigdy nie lubił ciepła. Zimą nosił jesienne ubrania, w lecie nie wpuszczał do pokoju promieni słonecznych i obstawiał się klimatyzatorami. Żadnych kurtek, pierzyn, grzejników, słońca, saun czy gorących napoi. Jedynie grubsze bluzy i swetry oraz jego puchaty koc. Zresztą mniejsza o niego, to ja miałem zasadniczy problem! Zaczynałem poważnie zastanawiać się nad swoim zdrowiem psychicznym, fizycznym i po części seksualnym. Nie to, żebym odczuwał coś w ten deseń, ale to i tak nie było normalne. Byłem niesamowicie spięty, zdezorientowany i nawet przerażony swoimi reakcjami, a raczej ich brakiem. Bo to nie tak, że denerwowałem się, ponieważ czułem się źle, obrzydliwie i niekomfortowo. Czułem się dobrze, przyjemnie i cholernie komfortowo i właśnie to w ów dyskomfort mnie wprawiało. Jestem dorosłym facetem obejmującym nastolatka, w dodatku nielubianego przeze mnie przyszywanego brata. Powinienem czuć niechęć i zgorszenie, a w najlepszym z możliwych wypadków troskę, ale na pewno nie satysfakcje! Nie chciałem tego i z coraz większym lękiem odkrywałem, że moje ruchy powoli przestają być zależne ode mnie. Jakbym podświadomie chciał go objąć, ale przecież wcale tak nie było! Mój mózg wymyślał dla ciała coraz to nowe wymówki, a ja nie miałem na to wpływu. Machinalnie kładłem dłoń blisko włosów Andy'ego, bo przecież tak jest wygodniej, mówił mózg. Co z tego, że ramie drętwiało mi po kilku minutach. Kiedy Andy opierał na nim głowę, mrowienie jakby automatycznie znikało. Czułem tylko fakturę jego miękkich, czerwonych włosów.

- Andy? - Szepnąłem niepewne, po kilku minutach srogiej ciszy. - Wszystko w porządku?

- To nic. - Odpowiedział ledwo słyszalnie, lekko rozluźniając wszelki uścisk i, ku mojemu niepożądanemu rozczarowaniu, odsuwając się nieco. - Po prostu jest mi naprawdę zimno.


***


Byłem ostro wnerwiony. Śnieżyca nie ustępowała i zaczynało mnie to coraz bardziej niepokoić. Paliwo zużywało się szybko i bezpowrotnie, a na obecną chwilę nie było żadnego sposobu, by zdobyć go więcej. Musieliśmy więc jeszcze bardziej ograniczyć korzystanie z agregatu, przez co brałem dziś prysznic w ledwie letniej wodzie. Kuchenki używałem zaledwie trzynaście minut i tylko cudem udało mi się zrobić przez ten czas jakiś obiad. Fakt faktem, sporego pola do popisu i tak nie miałem. Przygotowanie makaronu z sosem może i nie było ogromnym, kulinarnym wyczynem, ale po odpowiednim doprawieniu papryczką chili, imbirem, kurkumą, tymiankiem, rozmarynem, solą i pieprzem, dodaniu masła orzechowego, suszonej żurawiny i łyżki miodu mogłem śmiało stwierdzić, że wyszło naprawdę nieźle. Cóż, mi smakowało, a Andy nie miał praw do składania zażaleń. Wracając, obiad musiałem zrobić wcześniej, co również mnie zdenerwowało. Wypłosz zjadł na śniadanie jedynie dwie kromki pieczywa kukurydzianego z dżemem i wypił szklankę ciepłego mleka, które swoją drogą przypaliłem, niszcząc w ten sposób jeden z nielicznych garnków. Samo przyrządzanie posiłku również mnie irytowało, choć na to nie miałem odpowiedniego wyjaśnienia. Byłem po prostu zły. Później stałem się jeszcze bardziej zły za sprawą ubrań Andy'ego, które musiałem przeprać. Zostały mu już tylko letnie ubrania, więc wcisnąłem go w moją bluzę, samemu zostając w 

stosunkowo cienkim t-shirtcie z długim rękawem. Posprzątałem też nieco strych i uzupełniłem zapas świeczek o te znalezione w piwnicy. Wychodząc z niej pobrudziłem sobie dresy jakimś smarem i to chyba był właśnie ten moment, w którym moje lewe oko poczęło niepokojąco drgać. Nigdy nie byłem człowiekiem grzeszącym cierpliwością, a swój limit i tak przekroczyłem już kilka dni temu, wyciągając wypłosza z piwnicy. 

No i tak dotarliśmy do podstawowego powodu mojego tragicznego samopoczucia, głównej gwiazdy wieczoru, prowodyra zaistniałej sytuacji i niezaprzeczalnego winowajcy niefortunnych zdarzeń, które miały niebawem nadejść. Miałem bowiem przebiegły plan, który to odpowiednio wprowadzony w życie pomógłby mi pozbyć się wszelkich zmartwień na czas bliżej nieokreślony. Tak właśnie myślałem, wyjmując z szafki gąsiorek wiśniówki i przygotowując niemały dzban grzańca. Wszystko to oczywiście uczyniłem w celach leczniczych, jak zapewniłem zaskoczonego wypłosza, który, mimo początkowych protestów, prędko stracił zapał do spierania się i zgodnie z moimi zaleceniami pochłoną pierwszy kieliszek burgundowej cieczy. Na kominkowym zegarze wybiła piąta wieczór, gdy trzeci już raz zapełniałem naczynie nalewką, nie przestając również pilnować grzańca w kubku Andy'ego. 


- Pij, pij. Musi być gorące, żeby zadziałało. - Poinstruowałem go, powstrzymując przy tym nikczemny uśmiech. 


Na czym tak właściwie opierał się mój łajdacki plan? Otóż po pierwsze, był wielofazowy, co dawało mi zróżnicowane pole działania i rozmaite możliwości na poszczególnych etapach. Pierwszym z nich było sięgnięcie po alkohol i uśpienie moralności oraz wyzbycie się wyrzutów sumienia, wmawiając sobie działanie na rzecz dobra wyższego i zdrowia psychicznego. Chciałem wszystko rozegrać powoli i gładko, jednak ponownie klejący się do mnie wypłosz, powodujący palpitację serca, zimne poty, przyspieszony oddech i gęsią skórę, jak zawsze niezawodnie zrównał z ziemią mój ledwie odbudowany mur samokontroli. 


- Dobrze się czujesz? - Zapytałem starannie modulowanym głosem, będąc spiętym do granic wszelkich możliwości. 


- Od twojego ostatniego pytania tego typu minęło dziesięć minut. Niewiele się zmieniło. 


- Tym razem pytam o twoje zdrowie psychiczno-emocjonalne. - Wyjaśniłem wspaniałomyślnie, rzucając na niego morderczym wzrokiem. 


- Skąd znasz takie trudne sformułowanie? 


- Szkoda, że zostawiłem telefon na górze. Jeśli nie zdążę udokumentować tego, zanim poczujesz się lepiej i przestaniesz świrować, wszystkiego się wyprzesz, a mi nikt nie uwierzy. -  Nie odpowiedziałem na jego złośliwe pytanie, od razu się odgryzając. 

-Jeśli wypomnisz mi to choć jeden raz, kiedy wyzdrowieję...- Odsunął się prędko, patrząc na mnie spod byka.

- Nie mam zamiaru niczego ci wypominać, ale chcę uzyskać jakąś odpowiedź! Nie wmówisz mi, że nagle doznałeś objawienia i stałeś się przylepny i potulny, bo nie uwierzę, że przez te wszystkie lata ukrywałeś przed światem swoje prawdziwa „ja”. A może przez chorobę doznałeś jakiegoś porażenia komórek mózgowych i już sam nie wiesz, kim jesteś, co? Nigdy, powtarzam, NIGDY się tak nie zachowywałeś, więc masz mi wyjaśnić, co ty do cholery odpieprzasz? Jakiś syndrom niechcianego dziecka masz, czymkolwiek by to nie było?! Było sobie znaleźć w Inverness jakąś starszą cizię i załatać pustkę w serduszku. 

Idę na górę. - Wychrypiał i poderwał się z miejsca, cały czas wlepiając we mnie to dziwne spojrzenie. 

- NIE, NIGDZIE NIE IDZIESZ! - Krzyknąłem, niezbyt delikatnie pchając go z powrotem na kanapę.  - MASZ USIĄŚĆ NA DUPIE, BO MUSIMY SOBIE NA SPOKOJNIE POROZMAWIAĆ!


- Nie chcę cię martwić, ale jak na razie kiepsko ci idzie. - Mruknął niezadowolony, ale nie próbował ponownie się podnieść. 


Drgnąłem niespokojne i potarłem dłońmi zmęczoną twarz, a z moich ust wyrwał się bliżej nieokreślony, histeryczny dźwięk rozpaczy. Jebać fazowy plan. Byłem już tak daleko od mojej granicy opanowania, że tylko jedno mogło mi pomóc. 


- PIJ TO. - Podsunąłem mu pod nos kolejny kieliszek nalewki, samemu opróżniając do końca swoją szklankę. 


- Uspokój się...


- JESTEM PIERDOLONĄ OAZĄ SPOKOJU. - Odwarknąłem, wolną już dłonią dolewając sobie trunku i mocno naparłem plecami na oparcie kanapy. 


Przez następne dwadzieścia minut w pokoju panowała kompletna cisza. Wypłosz nawet nosem nie pociągnął, a ja stale dolewałem alkoholu do obu naczyń. No i co dalej? Zaciągnąłem go tu, wlałem w niego trzy kubki grzańca i sporo nalewki, a teraz nie miałem pojęcia co począć. Chciałem tylko poczuć się lepiej sam ze sobą, a wyszło na to, że poczułem się dużo gorzej. Zamiast spróbować zrozumieć Andy'ego i własne zachowania, upiłem chłopaka i jeszcze na niego nawrzeszczałem, tak właściwie za nic. Znaczy, za jego przylepność, która wywoływała we mnie dziwne odczucia. Za jego przylepność spowodowaną czort wie czym, a że czortem nie byłem, to nie wiedziałem, popadając przez to w coraz większy obłęd. Tak, to zapewne w wyniku ów obłędu stwierdziłem, że mógłbym się do tego przyzwyczaić. I niezależnej ode mnie pracy mojego ciała, rzecz jasna. Ale nie ważne, bo ostatecznie stanęło na tym, że siedzieliśmy cicho na kanapie, a atmosferę tępym nożem można było kroić. Zniszczyłem nam obu nastrój, wydoiłem pół gąsiorka nalewki, a problem jedynie wzrósł, bo nagle poczułem się naprawdę źle w panującej między nami ciszy. I był jeszcze chłód. Chłód, mimo że od kominka dzieliły mnie zaledwie dwa metry, a na ramiona zarzucony miałem cienki koc. Chłód, ponieważ Andy siedział na samym skraju kanapy, od pół godziny wpatrując się w płomienie. 


- Tak naprawdę skończyłem szkołę prawie pół roku temu. - Odezwał się cicho, kiedy zegar wskazał siódmą wieczór. - Chciałeś rozmawiać. - Wzruszył ramionami, błędnie odczytując moje zdumienie. 


- Jak to pół roku temu? - Zmarszczyłem brwi, odwracając głowę w jego kierunku. 


- Rok szkolny w tej placówce wyglądał zupełnie inaczej niż w zwyczajnych szkołach. Zaczynał się trochę później, kończył wcześniej, ale chodziliśmy na zajęcia również w weekendy, a normalne lekcje trwały do siedemnastej. - Wyjaśnił spokojnie, wciąż popijając swojego grzańca. 


- Nie miałem pojęcia. Zawsze wyjeżdżałeś i wracałeś zgodnie z funkcjonowaniem normalnych szkół. Dlaczego nic nie powiedziałeś? Rodzice...- 


Co za bezsens. Oczywiście, że rodzice o tym nie wiedzieli. Niby skąd by mieli, skoro w życiu nawet nie zapytali o szkołę Andy'ego. Znali adres oraz wiedzieli, że młody dostał się do niej bez żadnych problemów. Widocznie tyle im wystarczało.


- Miałeś prawo nie wiedzieć, nie? Szkoła zapewniła mi meldunek w tamtejszym internacie, więc mogłem przebywać tam cały czas. Przyjeżdżałem wcześniej, wyjeżdżałem później i nie było z tym żadnego problemu, więc ani ty, ani opiekunowie prawni nie zostaliście powiadomieni. Poza tym...- Westchnął ciężko, biorąc porządny łyk aromatycznego trunku. -... Znacznie bardziej wolałem być sam w pustym gmachu, niż czuć się samotnie w miejscu, w którym się wychowałem. Nie miałem zamiaru nikomu mówić.


- Więc dlaczego mówisz mi teraz? 


- Bo chciałeś porozmawiać. - Przypomniał, po czym zmarszczył brwi, jakby w zastanowieniu. - I właśnie mnie upijasz. 


Sarknąłem, szybko odwracając wzrok i pociągając solidny łyk ze swojej szklanki. Co fakt, to fakt. Już nawet sięgałem po dzbanek grzańca i nalewkę, by odnieść wszystko do kuchni, ale zrezygnowałem. Co prawda sam czułem już przyjemne szumienie w mojej głowie, a Andy wcale nie wypił mniej, ale czego ja nam będę żałował? Nie miałem zamiaru się schlać, młody pewnie niedługo padnie. Alkohol sprawnie rozwiązał mu język i pomógł zabić czas. Oto i plusy dzisiejszego wieczoru.


- I co tak właściwie miałeś zamiar zrobić, co? - Odetchnąłem, ponownie na niego zerkając. - Zostałbyś w domu jakiś czas?


- Nie myślałem o tym. - Mruknął nieprzekonująco, przenosząc wzrok na stygnący płyn w jego kubku.


- Jasne. - Uniosłem kpiąco brwi, dolewając mu przy tym wiśniówki. - W życiu w to nie uwierzę. 


- Wiem. - Uśmiechnął się lekko i przymknął oczy. - Zacząłem rozważać to jeszcze przed wyjazdem do szkoły.


- W zeszłym roku?


- Nie, przed pierwszym wyjazdem. - Wyjaśnił, a ja, choć przecież nie mógł tego dostrzec, spojrzałem na niego zdziwiony. - Już wtedy zastanawiałem się, co zrobię po skończeniu szkoły. Jasne było dla mnie, że nie będzie mnie stać na wynajem, a co dopiero kupno jakiegoś lokum. Ostatecznie nie jestem nawet pełnoletni, a po szkole artystycznej będzie mi ciężko znaleźć pracę, która pozwoliłaby mi opłacić czynsz. Wiedziałem to od samego początku, ale i tak wyjechałem. Tak właściwie nie miałem wyjścia. Gdybym został, zamieszkałbym u ciotki albo babki, więc teoretycznie to tam powinienem się udać po powrocie. Wtedy jednak jaki sens miałby mój wyjazd? 


 Poprawił otulający go koc i spojrzał na mnie tego rodzaju wzrokiem, który bezproblemowo zmuszał mnie do niekontrolowanych działań, takich jak bliski kontakt cielesny. Automatycznie więc przysunąłem się bliżej i objąłem go ramieniem. Procenty krążące w moim organizmie sprawiały, że wtedy nie wydawało mi się to nawet ani trochę nieodpowiednie.


- Więc co? - Pokręcił się chwilę, po czym wzruszył ramionami, opierając na mnie cały ciężar swojego ciała.


- Myślałem nad dzieleniem z kimś lokum na obrzeżach miasta lub po prostu akademikiem, ale oba wyjścia nie były do końca idealne. Po pierwsze, ludzie nie potrafią ze mną żyć. 


- To ty nie potrafisz żyć z ludźmi. - Mruknąłem pod nosem, bawiąc się pustą szklanką. 


- Po drugie...- Kontynuował, w ogóle niezrażony moją zaczepką. -... I tak musiałbym jakoś spłacić swoją część czynszu i zapewnić sobie jakiś byt. Jedzenie, chemia i tak dalej, to wszystko przecież kosztuje. Mam trochę oszczędności, a pieniądze na moją edukację będę dostawał jeszcze przez kilka miesięcy, ale to i tak niewiele. Rodzice w życiu nie wspomogą mnie finansowo, a nawet jeśli, to nic od nich nie wezmę. No i są jeszcze studia. 


- No właśnie, co z akademikiem?


- Zacznę we wrześniu, to ponad pół roku. W dodatku tu chodzi o walkę o stypendium, które pokryłoby koszty.


- Gdzie tak właściwie chcesz studiować? 


- Nie powiem ci. - Bąknął, w końcu odstawiając kubek i chwytając w dłonie pełną szklaneczkę nalewki. 


- E? Dlaczego? 


- Bo nie. 


- Nie ma "bo nie", powiedz mi. - Szturchnąłem go, kiedy pił, przez co podkrztusił się i spojrzał na mnie z żądzą mordu, a przynajmniej zapewne tak miało to wyglądać i wyglądałoby, gdyby nie leżał na mnie w stanie nietrzeźwości, nie kontrolując w dodatku swojej mimiki twarzy. 


- Ale będziesz się szarogęsił...- Zabawnie nadymał usta i opróżnił naczynie do końca, krzywiąc się przy tym wyraźnie, po czym odstawił je i opadł na mnie bezsilnie. - University of the Arts...


- W Londynie? Idziesz na mój uniwerek? - Parsknąłem niekontrolowanie, po czym wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. Ot tak, po prostu.


- Zamknij się. I nie twój, ty już kończysz zabawę w studenta. - Pociągnął mnie za dredy i kiedy przestałem się śmiać, ułożył się wygodniej, wciskając mi poduszkę w twarz. 


- No już dobrze, gdzie konkretnie? - Zapytałem już na spokojnie, wplatając dłoń w jego włosy. 


- Zastanawiam się, czy nie pójść najpierw do London College of Communication, a dopiero potem-


- Przecież masz już dyplom ze swojej szkoły. Jesteś na to za dobry, idź od razu na trzyletni Design. - Skinąłem głową, jakby na potwierdzenie swoich słów, by następnie spojrzeć na Andy'ego i przekazać mu swoją rację również kontaktem wzrokowym. 


On również na mnie patrzył. Leżał na mojej klatce piersiowej, więc wzrok kierować musiał ku górze. Jego włosy rozsypały się luźno, okalając mu twarz czerwoną aureolą, którą nieustannie gładziłem opuszkami palców. Uśmiechał się. Uśmiechał się w szczery, leniwy sposób, mrużąc przy tym oczy. Wyglądałby niewinnie, gdyby nie te rubinowe kosmyki i ostatnie krople burgundowej cieczy na jego ustach. Zazwyczaj były wąskie i blade, kolorem przypominając resztę jego skóry, jedynie trochę bardziej zaróżowionej i spierzchniętej. Teraz, dzięki palącemu alkoholowi, były ciemne, pełne i lśniące, dodatkowo, w potrzebie zaczerpnięcia oddechu, delikatnie uchylone. Pchany fascynacją i popędzany szumem w mojej głowie pochyliłem się nieco, nie odwracając swojego wzroku od wiśniowych kropli dopóty, dopóki moje powieki całkiem nie opadły, a kiedy ciemność ogarnęła mnie doszczętnie, inne zmysły wyostrzyły się czterokrotnie. Usta Andy'ego były gorące i miękkie. Kuszące. I chociaż było to zaledwie muśnięcie, może kilka, czułem je na swoich bardzo dokładnie, kiedy oddawały moje pocałunki. Gdy otworzyłem oczy, uderzyło we mnie jasne światło płomieni, choć moja głowa ani drgnęła. Ognień tańczył swawolnie w jego oczach tuż obok mojego odbicia, a ja, patrząc na to, czułem się, jakbym płonął. Nawet kiedy z powrotem oparłem głowę na kanapie i zwróciłem wzrok w stronę okna, za którym nieprzerwanie szalała śnieżyca, czułem to. Żar pochłaniał mnie bezpowrotnie, a jedynym miejscem nietrawionym przez palące płomienie były opuszki palców prawej dłoni, którymi wciąż gładziłem czerwone kosmyki. 




~~~


Ahoj! Przybywam do was po...miesiącu? Porażka, ja wiem. Dajcie mi jeszcze chwilę i wrócimy do zaburzonego rytmu ;)


Pragnę jeszcze zauważyć, że Dwa Wiaty niebawem dolecą do celu. Chciałam zakończyć to opowiadanko w dziesięciu rozdziałach, więc mam nadzieję, że się wyrobię.


Przepraszam Was bardzo za zwłokę,

Joys





5 komentarzy:

  1. To opowiadanie jest świetme, przeczytałam całe w jeden dzień, a teraz czekam na kontynuację, która mam nadzieje, niedługo nadejdzie.
    Powodzenia w pisaniu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo i obiecuję, że niebawem wrócę ;))

      Usuń
  2. Jestem straszną miękką bułą i boję się pisać komentarze pod opowiadaniami, ale postanowiłam zrobić wyjątek tutaj bo zerkam tu i zerkam a nic nowego już długi czas się nie pojawia. W związku z taką sytuacją chce wychwalić twoje opowiadania jak tylko się da i skromnie powiedzieć czekam na więcej i weny, weny, jeszcze raz weny życzę :)
    Żaba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, baaardzo Ci dziękuję. Zdaje sobie sprawę, że moja "chwila nieobecności" nieco się przeciąga, ale postaram się na przestrzeni tygodnia coś wam wrzucić.
      Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam cieplutko,
      Joyssli

      Usuń
  3. Hej,
    droga autorko, choć jeszcze mam zaległości i to dość spore, niestety nie mam tyle czasu jak bym chciała, mam zamiar teraz zacząć czytać opowiadanie "Navy blue roses", ale przychodzę z pytaniem bo tak dawno nie opublikowalaś nowego rozdziału i właśnie z takim zapytaniem, bo na stronie innego bloga gdzie znajdują się linki do innych blogów, właśnie wyświetla, że jest już nowy rozdział "Navy blue roses", ale nie odnajduje tej strony... czemu?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń