sobota, 20 stycznia 2018

8. Dwa Wiatry

BYŁEM PIJANY! - Wmawiaj sobie, Davidzie. 

Głosu w swojej głowie też raczej nie powinienem słyszeć, prawda? Był środek nocy, a przynajmniej tak obstawiałem. Nie byłem do końca pewien, ile czasu mogło minąć. Już niczego tak właściwie nie byłem pewien. Niewiele też pamiętałem, fakt faktem, wcale nie wypiłem tak mało. Kilka ostatnich godzin było dla mnie jedną, wielką, niewyraźną taśmą, na której jedynie poszczególne fragmenty potrafiłem jasno odczytać. Wszędzie przeplatało się ciepło i czerwone plamy, będące zapewne włosami Andy'ego, oraz palący smak alkoholu. Głuche uderzenia kołaczącego w piersi serca słyszałem nawet teraz. Aż dziw, że Andy mógł tak spokojnie spać, opierając głowę na mojej klatce piersiowej. Ostatecznie wieczór, który miał wszystko wyjaśnić i pomóc mi poczuć się lepiej, sprawił, że już nawet nie wiedziałem, gdzie mętlik w mojej głowię się zaczynał, a gdzie kończył, oraz co tak właściwie się na niego składało. Mętlik. Jakbym wrzucił wszystkie swoje wcześniejsze emocje do miksera, włączył najszybsze obroty, a potem próbował to pooddzielać. Nierealne, prawda? Mętlik. To jedyne słowo, które mogłem wyłapać. Mętlik, oraz przypadkowe słowa, które pomogłyby mi zapomnieć o tym wszystkim, co się obecnie działo. Epidemia, globalne ocieplenie, głód, powódź, wojna. Potem do głowy przyszli mi znajomi, rodzina, ulubione ubrania i słodkie pieski z grafiki Google. Ostatecznie jednak nieszczęsny mózg wyłapywał z tego zagmatwania własne odpowiedniki moich wymysłów, bym zaczął zupełnie świadomie popadać w obłęd. Ciepło, rosół, czerwony, ciepło, mętlik, czerwony, bliskość, bliskość, rodzina, obcy, czerwony, moje, cudze, czerwony, mętlik, mętlik, mętlik, Andy... I pocałunek.


Otworzyłem gwałtownie oczy, nie mogąc dłużej znieść tej ciemności. Podobno będąc ślepym, słyszy się o wiele wyraźniej. Ja nie chciałem tego słuchać. Odetchnąłem głęboko, a głowa Andy'ego, wciąż spoczywająca na moim torsie, uniosła się lekko. Kilka czerwonych kosmyków zsunęło się na pogrążoną w głębokim śnie twarz, muskając czoło i rumiane policzki. Na nieokreślony czas zawiesiłem na tym wzrok. Andy był piękny. I wcale nie musiałem tak uważać, ale gdybym miał zupełnie obiektywnie, szczerze określić jego urodę, to właśnie bym powiedział. Niecodzienny, wyjątkowy, piękny. Blada, gładka cera, niesprawiedliwe oszczędzona przez wszelki trądzik i inne niedoskonałości, sprawiała wrażenie nierzeczywistej, jakby tak naprawę była skórą porcelanowej laleczki, nie żyjącego człowieka. Sam kształt twarzy owalny, nieco kobiecy z naprawdę minimalnie zarysowaną szczęką i kośćmi policzkowymi. Usta pudrowe, lekko spękane i spierzchnięte, a mimo to wyglądające na namalowane. Górna warga węższa, dolna pełniejsza, wszystko doskonale wymierzone. Nos prosty i ładny, po prostu pasujący. Brwi zadbane, odpowiednio wyregulowane, kolorem zawsze pasując do włosów. Jasne, długie rzęsy, okalające 
teraz szczelnie zamknięte, papierowe powieki, które ukrywały moją zgubę. Duże, błękitne oczy, które ciężko było opisać słowami. Nieogarnione bardziej niż bezchmurne niebo, a jednocześnie głębokie i gwałtowne niczym fale granatu podczas sztormu. Zimne jak lodowy kryształ, o mglistym wykończeniu, zasnute deszczowymi chmurami. Rwące, górskie potoki, przeplatane leniwym, srebrnym dymem. Otulone zimową poświatą, jednak rażące intensywniej niż ledowe światła i uderzające mocniej niż błyskawice. Niezapominajki, bo jeśli choć raz w nie spojrzałeś, już na zawsze pozostaną w twojej głowie. On cały w niej pozostanie, bo nie dało się zapomnieć tak niespotykanego chaosu, układającego się w nieznany dotąd sposób w uporządkowaną całość. Tyle sprzeczności, emocji i braw, składających się na jedno, tak młode istnienie. Andy był piękny. Nie tylko na zewnątrz, przede wszystkim w środku. Trudny i skomplikowany, ale wciąż piękny. I w tamtym momencie byłem pomiędzy podziwianiem samego piękna, a powiązaniem go z faktyczną osobą. Pojawiał się problem. Andy był moim przyszywanym bratem, od dawien dawna nielubianym przeze mnie członkiem tak samo nielubianej rodziny. Nie miałem podstaw, powodów i prawa, by czuć wszystko to, co mną zawładnęło. Zagubienie i dezorientacja sięgały zenitu, a potem pojawiły się obawy i nieuzasadniona złość. I zawód, może żal. Bo przecież Andy nigdy nie był moim bratem. Nigdy nie był rodziną czy nawet przyjacielem. Był zupełnie obcą osobą, na którą patrzyłem tylko pod jednym, niezmiennym przez lata kątem. Teraz, kiedy uderzyły we mnie wszystkie inne strony i możliwości, nie chciałem nic więcej, niż widzieć w nim tylko i wyłącznie brata. Upierdliwego, młodszego brata, z którym trzeba się użerać i bez przerwy walczyć. Tymczasem dostrzegłem piękno i aurę przybijającej samotności i bezradności, której z całych sił chciałem zapobiec. Pomyślałem też, że naprawdę dobrze byłoby widzieć uśmiech na jego twarzy, przytulać go i wiedzieć, że czuje się wtedy dobrze, a nawet kłócić się i przekomarzać, bo to po prostu był on. Ten dzieciak robił ze mną dziwne rzeczy, a ja zamiast temu zapobiec, zanurzałem się w tym głębiej. To było irracjonalne i popieprzone, ale gdybym miał jakoś to nazwać... czułem fascynację i chęć opieki. Być może nienazwany jeszcze rodzaj miłości, opierający się na pragnieniu trwania przy czyimś boku, nie oczekując nic w zamian. Nie braterskiej i przyjacielskiej, ale też nie romantycznej, bo kiedy już prawie przegryzłem sobie wargę i wyrwałem pięć dredów, mogłem śmiało powiedzieć sobie, że to wcale nie tak, że Andy pociągał lub nie pociągał mnie fizycznie. Ja w ogóle na to nie patrzyłem. To było coś głębszego, uczucie gdzieś w środku. Chciałem Andy'ego. 


Ciepło, rosół, czerwony, ciepło, mętlik, czerwony, bliskość, bliskość, rodzina, obcy, czerwony, moje, cudze, czerwony, mętlik, mętlik, mętlik, Andy...


Andy.


Andy było słowem, które słyszałem teraz zupełnie wyraźnie. 


***

Obudziłem się sam, a pościel wokół mnie była nieprzyjemnie chłodna. Nie chciałem schodzić na dół. Nie chciałem niezręczności. Od kilku dni bez przerwy myślałem nad tym wszystkim, w efekcie nie dochodząc do żadnych konkretnych wniosków, a wczorajszym wieczorem jedynie bardziej gmatwając całą sytuację. Miałem dość i musiałem podjąć pewne kroki, a do tego należałoby być odpowiednio przygotowanym. Fizycznie i psychicznie. Najciszej jak potrafiłem, a zważywszy na skrzypienie schodów wcale nie było to takie proste, zszedłem do salonu, w celu zbadania terenu. W kominku palił się ognień, a z kuchni dochodziły przytłumione hałasy. Zakładając więc, że to właśnie tam znajduje się Andy, prędko skierowałem się do piwnicy, włączyłem agregat i czmychnąłem z powrotem na górę. Dłuższą chwile kręciłem się bez celu, czekając, aż woda wystarczająco się nagrzeje. Przygotowałem ubrania na zmianę, ogarnąłem strych, policzyłem świece i podniosłem z dywanu kilka farfocli. Byle tylko zająć czymś myśli. Potem wziąłem w miarę szybką, gorącą kąpiel, ubrałem się i, nie odwlekając dłużej tej chwili, skierowałem się do kuchni. 

Andy siedział na blacie, ubrany w czarne dresy i jasną koszulę z krótkim rękawem, a mnie szlag jasny trafiał, bo przecież ten dzieciak jeszcze wczoraj miał gorączkę. Szybkim ruchem ściągnąłem z siebie bluzę i rzuciłem nią w chłopaka. Ten tylko spojrzał na mnie bez wyrazu i wzruszywszy ramionami zarzucił ją sobie na plecy, po chwili powracając do zajadania się pieczywem kukurydzianym z dżemem i masłem orzechowym, oraz leżącą obok czekoladą.

- Hej. - Bąknąłem, opierając się chłodną ścianę. 

- Hej. - Chłopak tylko zerknął na mnie przelotnie, nie odrywając się od wykonywanej czynności. - Woda jest gorąca, możesz zrobić sobie herbatę. 

- Okej. - Odchrząknąłem, powoli odpychając się od ściany. - Jak się czujesz?

- Lepiej. 

- Lepiej wyglądasz. 

- Twoje lewe kuracje alkoholowe coś dały. - Parsknął cicho, kończąc konsumpcję i zeskakując z kuchennego blatu. - Idę do salonu. A, i suchary się skończyły.

Zachowywał się... Normalniej. Nie jak Andy sprzed tygodnia, ale też nie jak schodzący na tamten świat Andy dwa dni temu. No i nie nic nie wskazywało na to, by pamiętał wczorajsze zajście. Tylko nie byłem pewien, czy należało z tego powodu świętować, czy jednak walić głową w ścianę, bo może i uniknąłem pewnej niezręczności, ale teraz wszystko będzie jeszcze trudniejsze. 

Zjadłem śniadanie, wypiłem herbatę i popatrzyłem trochę w świat za oknem, obserwując niewielką poprawę w pogodzie. Śnieżyca praktycznie ustała, wiatr stracił na sile. Mimo wszystko, gdyby nie prowizoryczne ogrzewanie i komin, domek znajdowałby się teraz pod tonami białego dziadostwa. Swoją drogą najwyższy czas na kolejne sprawdzenie zasięgu. Teraz, kiedy zawierucha postanowiła być dla nas łaskawa, może udałoby mi się dodzwonić do Maxa i ściągnąć pomoc. Mój pobyt w Glen Coe trwał zdecydowanie zbyt długo i doprowadził mnie do niekorzystnego stanu emocjonalnego. I Andy. Winowajcą był przede wszystkim rozwalony na kanapie Andy, rzucający mi zdziwione spojrzenia, kiedy wręcz wbiegłem do salonu.  

- Nie chcę psuć naszych relacji. - Podjąłem w końcu, niekontrolowanie przy tym gestykulując. 

- Naszych relacji? - Andy uniósł kpiąco brew i przechylił głowę w bok, jakby wcześniej zbyt miernie dawał do zrozumienia, że pieprzę bez sensu. 


- Nie chcę psuć naszych złych relacji. - Sprecyzowałem. 


- Nie chcesz poprawiać naszych relacji, dobrze rozumiem? - Teraz zmarszczył brwi, prostując się.


- Nie to miałem na myśli! - Jęknąłem bezsilnie i, biorąc głęboki oddech, przetarłem twarz dłonią. 


- Chyba musisz zwolnić, bo nie mam zielonego pojęcia, o co tym razem ci chodzi...


- JA TEŻ!


No bo o co mi tak właściwie chodziło? Cholera, mogłem to jednak bardziej przemyśleć, wszystko poukładać, rozważyć jakieś za i przeciw, ale Andy po prostu siedział na łóżku w mojej bluzie, patrząc się na mnie tym swoim wzrokiem i wybuchłem.

- Podobaszmisię. - Wrzuciłem to z siebie z prędkością światła, a kiedy słowa te dotarły do moich uszu, komicznie rozszerzyłem oczy i jeszcze mocniej zacisnąłem dłonie. 

- Wiem. - Mruknął niewzruszenie, przyprawiając mnie tym samym o palpitacje serca.

- Nie to chciałem powiedzieć. 

- Wiem. - Skinął głową. 

- To nie miało zabrzmieć w ten sposób.

- Wiem, Dav. 

- Przestań utrudniać. - Sapnąłem błagalnie, choć przecież teoretycznie Andy wcale nie powiedział nic złego. - W każdym razie, to wszystko twoja wina.
- A może wcale nie pocałowałeś mnie pierwszy, hm?
- Co?

- Naprawdę sądziłeś, że wyprowadzając się z domu w wieku czternastu lat do miejsca oddalonego o pół tysiąca mil będę grzecznie się uczył, siedział w pokoju i powoli popadał w depresje? Może nie mam najmocniejszej głowy, ale nie jesteś nawet w pierwszej dziesiątce osób, które mnie upiły.

- Chcesz mi powiedzieć, że ty...

- Wszystko pamiętam - Skinął głową i zaklaskał mi kilkukrotnie. - I nie rozumiem o co ta cała afera.

- O co? - Wydusiłem słabo, wytrzeszczając gały jeszcze bardziej. - MY SIĘ CAŁOWALIŚMY, ANDY! 

Podczas gdy ja wymachiwałem rękami, podnosiłem głos i brałem udział w dramatycznym i być może w przyszłości traumatycznym dla mnie wydarzeniu, czerwonowłosy siedział wygodnie na kanapie, od czasu do czasu podrygując jedynie stopą i patrząc się na mnie z mieszaniną niezrozumienia, rozbawienia, obawy, kpiny i współczucia. 

- No i? 

- C-A-Ł-O-W-A-L-I-Ś-M-Y S-I-Ę  DO CHOLERY. Całowaliśmy! Jesteśmy jakby rodziną, wiesz? Coś jak braćmi, nie powinniśmy się całować! Nie powinienem nawet patrzeć na ciebie w ten sposób, a moje myśli już dawno przeszły wszelkie pojęcie i jak możesz być taki spokojny?! 

- Co zamierzasz? 

- Czy cokolwiek z tego co przed chwilą powiedziałem do ciebie dotarło?!

- Wykrzyczałeś i tak, jak najbardziej, tylko wciąż nie rozumiem twojego toku rozumowania. Tak, wiem o co ci chodzi, po za tym, twoje trybiki zawsze działały troszeczkę inaczej, nie mogę wymagać od ciebie zbyt wiele, ale zadaj sobie jedno, podstawowe pytanie. Co dalej? - Oblizał spierzchnięte wargi i nie, to nie powinno działać na mnie w ten sposób. - Doszedłeś do jakichś wniosków, gratuluję. Teraz zastanów się, czy mają wpływ na twoje życie i jakie kroki podejmiesz, bo w obecnej chwili zmierzasz jedynie do zbicia szyby w regale, niepohamowanie wierzgając łapami. 

- Ciebie to nie rusza? Tak... W ogóle? - Opadłem na stojący nieopodal fotel, starając się uspokoić oddech.

- Dlaczego miałoby? - Wzruszył ramionami 


- Jesteś wszystkim co mam. - Uciął prędko i pierwszy raz podczas tej, nazwijmy to rozmowy, spuścił wzrok. 

- C-czekaj czekaj, bo chyba w kulki lecisz. Jeśli masz zamiar puścić to mimo uszu albo co gorsza zaakceptować i wejść w to tylko i wyłącznie dlatego, że nie chcesz zrywać naszego kontaktu, to-

- Nie, nie o to mi chodziło. - Zatrzymał się na moment, zerkając na mnie i wyraźnie niepewnie wstał z miejsca. 

Spodziewałem się ucieczki, strzału w twarz, a nawet, że zacznie tańczyć breakdance na dywanie, ale na pewno nie spodziewałem się, że usiądzie mi okrakiem na kolanach. Pomijając sam fakt Andy'ego na moich udach, zaskoczenie to plus kilkaset do zawału, więc równie dobrze mogłem już nie żyć. 

- Jak się teraz czujesz? - Głupie, kurwa, pytanie. - Ja czuje się dobrze. 

- I jak mam to rozumieć? Kurna, wytłumacz mi cokolwiek, nie wiem, rozjaśnij na przyk-

- Czy ty ZAWSZE musisz być takim idiotą i wszystko spłycać?! - Syknął zirytowany i oprał dłonie na moich ramionach. - Nie możesz, nie wiem, dać temu spokój?

- Jak to dać spokój, Andy, wszystko się zmieniło!

- Nic się nie zmieniło i nic się nie zmieni, chyba że nie przestaniesz machać rękami. - Mówiąc to rzucił wzrokiem w stronę regału. 

- Wszystko się zmieni!

- Po prostu daj temu być, odpuść sobie!

- Ale jak, kiedy mój przyszywany brat siedzi na mnie w pozycji, w której wcześniej siedziały na mnie moje byłe i mówi, że jest mu dobrze?!

- Nie, trzeba zmienić taktykę, jesteś po prostu za głupi. - Powiedział jakby do siebie i przysunął się jeszcze bliżej. - Pocałuj mnie.

- Co?

- Gówno, pajacu.

A potem musiałem czegoś się chwycić, by mieć całkowitą pewność, że nie odlatuje. I to nie był delikatny, niewinny całus, jak wtedy na kanapie. To było mocne, pewne i gwałtowne, przesączone informacją, która miała zostać przekazana jasno i wyraźnie, a kiedy mogłem uznać, że odczytałem ją i przyjąłem do siebie, zacząłem rozkoszować się innymi aspektami pocałunku. Andy smakował słodko. Dżem, miód, czekolada i jego własny, słodki smak mieszały mi w głowie tak bardzo, jak jeszcze nic i nikt przedtem. Potrafił się całować. Nie miałem pojęcia skąd i od kiedy, ale w przyszłości z całą pewnością zostaną przeprowadzone odpowiednie rozmowy. Ręce z podłokietników przeniosłem na biodra nastolatka, z czasem lekko zaciskając na nich dłonie bo... Wow, to było naprawdę intensywne. Kiedy już dało mi się przejąć pełną kontrolę nad chłopakiem, począłem wprawionymi ruchami badać jego podniebienie i splatać ze sobą nasze języki, starając się robić to naprawę dobrze i zapamiętale. Dopiero wtedy tak właściwie poczułem, jak bardzo tego pragnąłem. Jak bardzo potrzebowałem i jak bardzo starałem się tę potrzebę wyprzeć ze swojego umysłu. A to, co trwało, było tak dobre, że nie chciałem przestawać już nigdy. Cóż, musiałem, kiedy to wszystko zrobiło się zbyt dobre i mógłbym nie powstrzymać rekcji swojego ciała.

- Dość. - Sapnąłem ciężko, w końcu odrywając się od jego ust i opadając całym ciężarem na oparcie fotela. 

Czułem się trochę jakbym cofnął się te kilka lat. Pierwsze pocałunki, niezręczności i brak kontroli. Jeśli miałem przechodzić to wszystko jeszcze raz, tym razem z Andym u boku, to z całą pewnością nie było ze mną do końca w porządku. 

- Zwariowałem. - Szepnąłem, przymykając ciężkie powieki i zamruczałem gardłowo. - Taa, jak nic zwariowałem. I to twoja wina...

- Upiłeś mnie...- Parsknął cicho, rozsiadając się wygodniej na moich nogach.

- ... Tylko i wyłącznie twoja...

- ... I pocałowałeś. 

- ... Twoja i twoich przeklętych ślepi. 

- To dlatego zawsze tak się gapiłeś. - Zanucił z satysfakcją, a ja gwałtownie poderwałem głowę. 

- Nie gapiłem się. 

- Gapiłeś się. 

- Nie gapiłe-

- Gapiłeś.

- Nie. 

- Ta-mmm...

Jednak jeśli całowanie czerwonowłosego dołączało do mikroskopijnego grona skutecznych sposobów na uciszenie go, mogłem śmiało na to pójść. Zakończyłem to tak samo szybko i niespodziewanie, jak zacząłem, a chłopak przez chwilę patrzył na mnie oszołomiony. Patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego, nie mogąc oderwać wzroku. 

- Gapisz się. - Uniósł lekko brwi, zbijając usta w wąską linie. 

- No. - Przyznałem bez oporów, coraz głębiej zanurzając się w tych niebiańskich tęczówkach. - Są piękne. 

- Hm?

- Twoje oczy. - Wyjaśniłem, nie odrywając wzroku ani na sekundę. - Mogłem cię nie cierpieć, ale nigdy nie mogłem przestać ich podziwiać. - Przyznałem bez żadnej krępacji. - Zawsze uważałem, że twoje oczy są naprawdę piękne. 

W pierwszej chwili Andy wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował, zamiast tego parskając i kiwając lekko głową. 

- Woah! - Zaśmiałem się teatralnie, dostrzegając nikłe rumieńce i fakt unikania przez chłopaka mojego wzroku. - Ciebie da się zawstydzić!

- W ciągu naszej dziewięcioletniej znajomości nie usłyszałem od ciebie tak bezpośredniego komplementu, jestem po prostu w ciężkim szoku. - Przewrócił oczami, a ja nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu, bo to zwyczajnie był Andy. 

- No i co teraz? - Zagadnąłem, po chwili, chcąc mimo wszystko wiedzieć, na czym tak właściwie stoję. 

- Nic. - Odparł, ponownie wzruszając ramionami. - Tylko daj temu istnieć. 

- Tak po prostu? - Zmarszczyłem brwi, wciąż nieprzekonany.

- Tak po prostu. 

I w tamtym momencie spojrzał na mnie, jak jeszcze nigdy wcześniej. Z lekko uchylonymi, spuchniętymi od pocałunków ustami, zarumienionymi policzkami i ciepłymi, lśniącymi oczami, a tańczące w nich iskierki szczęścia rozświetlały cały odbijający się tam świat. Gdyby tylko mogły, całe tony śniegu i lodu za oknem stopiłyby tak samo, jak topiły moje zahamowania i obawy. Dla tego spojrzenia byłem gotowy zrobić wszystko. 

~~~

Oto jest dzień, w którym ósmy rozdział Dwóch Wiatrów zawitał na blogu. Prawie 3k słów, w kalendarzu to odhaczę. I jak wrażenia? 

Miłego weekendu,
Joyssli

Przypominam również o świeżutkim wattpadzie: Wattpad Joyssli

5 komentarzy:

  1. Wow no super fajnie ze jesteś

    OdpowiedzUsuń
  2. o jak fajnie że piszesz :)
    proszę tak częściej :P

    pomyślności
    AA

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale z Dava shit sherlock. A Andy niewzruszony jak zawsze. Jednym słowem oni się nigdy nie zmienią. Zmienia się tylko podejście do tego drugiego. Trzymam za nich kciuki, chociaż znając gwołtowność jednego, a stalowy spokój drugiego, uważam, że będzie ciekawie😄
    Pozdrawiam✋
    ~Kira

    OdpowiedzUsuń
  4. Aż mi serce mocniej zabiło, podczas czytania tego rozdziału. Na to czekałam! Super 💜💙

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej,
    kochana ja tak z zapytaniem, co u Ciebie bo rok tak miło się zaczął, a mamy teraz lipiec już...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń